Ile sznurka potrzeba na szydełkowy dywan?

Od kiedy zaczęłam prowadzić warsztaty szydełkowania i jako uzupełnienie wiedzy (albo opcję dla osób spoza Poznania) wprowadziłam Kurs szydełkowania online, regularnie otrzymuję pytania o pomoc w zakupie odpowiedniej ilości materiału potrzebnego do stworzenia wymarzonych projektów.

Postanowiłam pomóc

Podczas warsztatów i w kursie szczegółowo wyjaśniam, ile sznurka potrzebujesz statystycznie na wykonanie danego projektu, ale ta ilość i tak jest tylko orientacyjną informacją, bo każdy z nas pracuje zupełnie inaczej, nawet przy użyciu tych samych narzędzi. Różnice nie są ogromne przy małych projektach, ale ilość zużytego sznurka może się znacząco różnić w przypadku dużych projektów, takich, jak na przykład dywan.

Ile bawełnianego sznurka na dywan?

I tutaj odpowiedź to (znienawidzone): „TO ZALEŻY”. Oczywiście – zależy to od tego, jaki rozmiar dywanu planujesz, ale również od tego, jakiego sznurka użyjesz, jak ciasno go zapleciesz, jakiego szydełka użyjesz do pracy. Postaram się opisać taki „stan zero” ale dodać do tego opisu możliwe „wahania” w zależności od różnych zmiennych.

Taki dywan, jak na zdjęciu, wykonałam przy użyciu około 500 metrów sznurka bawełnianego o grubości 5mm. Pracowałam przy użyciu szydełka  – rozmiar 9.

Fot. Agnieszka Gaczkowska

Oczywiście nawet zakładając, że używasz tego samego narzędzia i identycznego sznurka, Twój dywan prawdopodobnie będzie miał zupełnie inny rozmiar. Taki urok rękodzieła.

Jeżeli szydełkujesz bardziej „ciasno” – to aby powstał dywan o podobnej średnicy (tutaj 110 cm), zużyjesz więcej sznurka. Aby splot był luźniejszy możesz zamienić szydełko na większe (rozmiar 10, 11, nawet 12) lub świadomie nawlekać oczka luźniej.

Oczywiście możesz również użyć grubszego sznurka (np. 6mm, 9mm) dostosowując do niego odpowiedni rozmiar szydełka ( np. 11-12 i 15-18). Wtedy takiego sznurka zużyjesz mniej (odpowiednio około 400 i 250-300 metrów).

Dlaczego warto zamawiać „za dużo” sznurka?

To chyba raczej jedno z pytań o oczywistej odpowiedzi…ale jednak pokuszę się o komentarz.

Zamawiam dokładnie tyle, ile potrzeba…a później domawiam odrobinę, bo chcę dodać ciekawsze wykończenie, może uzupełnić pracę o mały upominek, albo pracę uzupełniającą „komplet”.

Nie za dużo, ale…

Jestem ostatnią osobą, która namawia Cię do zbędnego chomikowania sznurków (sama upycham je w każdej możliwej szafce), ale jednak namawiam do zaplanowania, co jeszcze możesz wykonać z tego sznurka, który i tak będziesz zamawiać. Nie tylko ze względu na korzystniejsze koszty przesyłki, choć to oczywista zaleta większego zamówienia.

Dlaczego warto ciut więcej

Polecam Twojej uwadze rozważenie większego zamówienia, bo wielu polskich producentów sznurka daje możliwość zamówienia sznurka bawełnianego w jednym odcinku (nie w formie 50-100-200 metrowych motków). Najczęściej ta możliwość pojawia się przy minimalnej długości 500 metrów. Dlatego przy zamówieniu np. 450 metrów na idealny dywan, warto przemyśleć mały zapas.  Nie tylko nie musisz się wtedy martwić łączeniem sznurka, ale możesz zoptymalizować pracę (najczęściej taki sznurek jest umieszczany w wygodnym kartonie lub worku, z którego wyciągasz sznurek bez obaw o jego plątanie).  Zapytaj swojego dostawcę o taką możliwość, często nie jest ona komunikowana wprost na jego stronie. Jeżeli chcesz skorzystać z usług jednego z naszych partnerów – śmiało pisz – agnieszka@oplotki.pl podzielę się kontaktem.

A jeżeli nawet zostanie troszkę sznurka

Możesz go śmiało wykorzystać do stworzenia nowych prac. Poniżej wzory najprostszych pomysłów na wykorzystanie „po-dywanowych” resztek.

Do stworzenia takiej podkładki pod talerz użyłam około 60 metrów bawełnianego sznura o grubości 5mm. Zaplatałam go przy pomocy szydełka rozmiar 9.

Zobacz, jak można ożywić stół wykorzystując nieoczekiwane zestawienia kolorystyczne! Nie koniecznie nasze dywany i inne prace muszą „wtapiać się” w otoczenie. Przebogate palety kolorów sznurków, niezależnie od wyboru producenta dają świetne możliwości żonglowania sezonowymi dodatkami. A kiedy taka podkładka się znudzi…śmiało możesz zamienić ją w miseczkę, wazon, czy zgrabną osłonkę na doniczkę.

A wracając do dywanu

Resztki materiału można śmiało przełamać innym kolorem – poniżej zdjęcie, pracy, w której użyłam niebieskiego sznurka i stworzyłam zestaw, który uzupełnia delikatne kolory dziecięcego pokoiku. Takie żywo-niebieskie maty układam pod talerzykami z przekąskami dla maluchów, żeby unikać rysowania blatu ich biurek, kiedy przeciągają talerze w tą i z powrotem.

Fot. Agnieszka Gaczkowska

Zauważ, że dywan pomimo, że na pierwszy rzut oka ma kształt owalny, to faktycznie jest wielokątem. Efekt jak najbardziej zamierzony. Ale może masz ochotę na idealne koło? Wtedy warto przesuwać dodawanie oczek i zaczynać za każdym razem z inną ilością słupków w danym rzędzie. Mianowicie – jeżeli w 2-gim rzędzie dodajesz już na początku, w 3-cim rzędzie dodaj dopiero po wykonaniu 1 słupka, w 3-cim znowu dodaj na początku, w czwartym znowu po wykonaniu 1-2 słupków …i tak dalej. Jeżeli to, co tutaj wypisuję to czarna magia – nie martw się – spokojnie jesteś w stanie opanować szydełkową nowo-mowę podczas warsztatów stacjonarnych albo w kursie szydełkowania online. Gwarantuję Ci, że nie tylko z łatwością wykonasz taki dywan, jak powyżej, ale z powodzeniem zaprojektujesz własny!

agnieszka@oplotki.pl

stopy

Na początku, choć z pewnością bez pomocy hipnozy tego nie pamiętamy, kochamy Ją bezwarunkowo. To cudny czas bezgranicznego zaufania, spoglądania w oczy, obierania wyłącznie wspólnej perspektywy…

 

stopy

 

 

a kuku

Z upływem lat uczucie może nie słabnie, ale staje się bardziej szorstkie. Racja nie jest już tak oczywista, przewaga wieku i doświadczenia przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, budzenie samodzielności bywa bolesne. Dla relacji z obu stron.

Później jest lekko łatwiej, bo drogi się rozchodzą – nieobecność i własne sprawy zagęszczają tęsknotę i świadomość, że to kwestia chwili, kiedy to małe, smarkate dziecko opuści gniazdo, które z mozołem dla niego wiłaś. Czasem wyfrunięcie wiąże się z trzaśnięciem drzwiami, niestety. Nawet jeśli są one obrotowe…

Mam w swoim życiu i sercu doświadczenia z obu perspektyw. Tego nieopierzonego, skrzeczącego pisklaka, który wie przecież wszystko najlepiej, ale i tej doświadczonej kwoki, która wie przecież wszystko najlepiej. Obie perspektywy z tak głęboko nieprawdziwym przekonaniem…

stopy

Film o najtrudniejszym zawodzie na świecie obiegł sieć i zmoczył oczu wielu milionów ludzi kilka lat temu (jeśli przez przypadek jeszcze go nie widzieliście, jest tu: po angielsku i z polskimi napisami, znów się spłakałam, nic nie poradzę) i chyba wszyscy mamy świadomość, jak trudno jest być rodzicem, jednocześnie jak bardzo ubogacające jest to doświadczenie.

Chcę być dla swoich dzieci mamą inspirującą. Kimś, kto wskazuje możliwe ścieżki, ale nie ciągnie po nich za rękę. Chcę im pokazać, jak piękne jest życie i jak ważne jest w nim dostrzeganie małych szczęść. Chcę, by były odważne, odpowiedzialne, szczęśliwe i bogate w najpiękniejsze chwile. Chciałabym, żeby im się chciało!

Cieszę się jak dziecko, że czasem chcą się czegoś ode mnie nauczyć, że plotą ze mną makramę, czasem chwytają szydełko, widzą, że pasja w życiu to ważna sprawa.

Uch, jak Ich czasem wkurzam.

Uch, jak mnie czasem wkurzają.

Uch, jak Ją czasem wkurzałam.

Takie zapętlenia…

Taka żonglerka…

fot: pozytywnaperspektywa.pl

żonglerka

Dlaczego uważam, że nikomu czasu nie brakuje.

Jedna robótka na kanapie, pięć zaczętych koło fotela, dwie kolejne – oczywiście wymagające dopracowania – w sypialni… I tak na okrągło. Pomysłów na kolejne i materiałów w trakcie przesyłki, aby zacząć jeszcze inne, już nawet nie liczę.

Też tak masz? Też masz wrażenie, że czasu jest za mało? Masz wrażenie, że ciągle Ci go brakuje?

Jeżeli czytasz dalej…to UFF – nie jestem jedyna!

Mam wrażenie, że ciągle słyszę „nie mam czasu…bo to…” …”nie mam czasu, bo tamto…”

Ale przecież wszyscy mamy go dokładnie tyle samo. Doba dla nikogo nie kurczy się i nie rozciąga. Statystycznie potrzebujemy mniej więcej tyle samo, aby jeść i spać ( no chyba, że jesteś mamą maluszka – to masz jeszcze bardziej „pod górkę”). Nie jesteśmy maszynami…odpoczywamy, spotykamy się ze znajomymi, odwiedzamy rodzinę. No po prostu – ogarniamy codzienność.

No to jak to jest z tym czasem?!

Na pytanie „jak Ty to wszystko robisz?!” odpowiadam „wybieram!”.

Wybieram, co jest dla mnie ważne, co stanowi priorytet i przybliża do jasno obranego celu. Wybieram, co sprawia, że posuwam się do przodu. Jeżeli mam wrażenie, że efekt jest odwrotny, przestaję. Natychmiast!

Ale po kolei, czyli od czego zacząć.

Planowanie.

Chyba nie ma sensu powtarzać frazesów. Wiemy dobrze, że planowanie to klucz, ale od samego planowania nic się jeszcze nie dzieje. Klucz to wdrażanie i analiza. Jeżeli pojawia się nieśmiała myśl, że któryś z elementów planu może nie do końca ma sens – sprawdzam to! Analizuję. Podejmuje decyzję: kontynuuję albo nie. I tego (nowego) planu się trzymam. I tak w kółko! Aż do realizacji. Ale, ale! Zbyt częsta zmiana planów to na pewno nie jest recepta na sukces. Konsekwencja już zdecydowanie z większym prawdopodobieństwem.  Regularny rytm takiej rewizji pomaga. Zakładam comiesięczne planowanie strategicznych celów i cotygodniowe planowanie ich wdrażania. Jeżeli coś budzi moje zastrzeżenia – odkładam do analizy w dniu planowania. Nie odrywam się od pracy, nie przerywam procesu wdrażania, działam w wyznaczonym przez siebie rytmie. Nie ma jednego idealnego! – Idealny to TWÓJ rytm – wypracowany na bazie prób, błędów i doświadczenia w jego ulepszaniu i dostosowywaniu do swoich potrzeb.

Parking Pomysłów (Dzięki Kaśka za świetny pomysł!)

Niekończące się listy zadań? Wydłużające się w nieskończoność  mikro i makrozadania? Skąd ja to znam…Dzięki Kasi wdrożyłam sprytny patent na te straszno-listy. Parking pomysłów to nic innego jak zapisywanie zadań na listach, które z góry nie są przeznaczone do natychmiastowej realizacji. Te zadania potrzebyją przemyślenia, „dojrzewania”…a często ostatecznie z nich rezygnujemy lub realizujemy w totalnie innej formule.

W ten sposób „odchudzam” listę i taką w formie „light” wdrażam. Nie wiem, czy na Ciebie też to działa…ale wykonanie 3, nawet dużych, zadań…to jednak nie 30 i łatwiej mi je ogarnąć.

Tu z pomocą przychodzi proste narzędzie TRELLO, które służy mi jako taka „niegubiąca się kartka” na komputerze. Tradycyjna lista to u mnie ciągle analogowy old school, czyli notes i pióro, albo przynajmniej ulubiony długopis….(ta frajda z ręcznego wykreślania….BEZCENNA!)…ale „zaparkowane” pomysły lądują już u mnie w „onlajnach”, żeby ilość fruwających wokół biurka kartek nie sprawiała iluzjii bałaganu.

Może u Ciebie też są takie zadania, bez których świat się nie zawali? Zaparkuj je. Kiedy Twoja lista zadań się skróci, wrócisz do nich z inną energią.

 

Ale skąd wiem, które pomysły zaparkować?

Priorytety! U każdego inne, nawet u mnie – na przestrzeni czasu zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Bądź dla siebie dobra!

Wiem, jak to jest rozwijać biznes w trakcie opieki nad dzieciakami…trudno wtedy oszukiwać się, że napisanie posta, czy artykułu będzie ważniejsze, niż czuwanie przy łóżeczku chorującej pociechy.

Świat się nie zawali.

Ustal priorytety na teraz. Na miesiąc. Na rok. Zmieniaj je, aktualizuj, ale pod żadnym pozorem! Nie biczuj się! Nie muszą to być misje ma Marsa, żeby były ważne. Twoje priorytety to Twoja sprawa i nikomu nic do tego! Choćby to było ukończenie jednej pracy szydełkowej w miesiącu, zamiast lśniących podłóg każdego dnia (hehe – to jest mój cel w kategorii „zadbane domostwo”).

Ale też nie odpuszczaj.

W myśl zasady „co masz zrobić jutro, zrób dziś”,wykorzystaj pierwszą nadarzającą się okazję aby nadrobić.  Ustal sobie swoje  (realistyczne!) tempo pracy i postaraj się go trzymać. Nie dla oceny wirtualnej publiki, ale dla swojego dobrostanu, poczucia, że dajesz sobie świetnie radę. I pamiętaj!…

Powiało patosem.

No dobra, to jak jeszcze można sobie radzić z wiecznym brakiem czasu na rękodzieło?

Zgodnie z zasugerowaną tematyką przyda się kilka szybkich patentów. Moje nie koniecznie muszą przypaść Ci do gustu, ale zacytuję tu kilka sprawdzonych sposobów uczestników naszej grupy dla przedsiębiorców chcących budować biznes w oparciu o rękodzieło…(klikaj tutaj)

Ania:

„organizacja! moja lista „To do” to dla mnie rzecz święta!”

Piotrek:

„ Dla mnie brak czasu to synonim braku organizacji czasu. Gdy mam konkretny plan działania, realizuje go krok po kroku to okazuje się, że naprawdę duże projekty można zrobić w krótkim czasie. Doby nie wydłużymy ale możemy lepiej ją wykorzystać.”

Sandra:

„Zgadzam się z Wami. Ostatnio byłam załamana tym czasem braku u siebie. Teraz widzę, że jeśli poświęcę jeden z pokoi na pracownię, zainwestuję w sprzęt (stół kreślarski, sztaluga, coś do organizacji), to będzie całkiem inna bajka. Dopiero zaczynam chociaż doświadczenie w rysowaniu mam duże” ”

Jakie wypróbowane patenty mogę dodać od siebie?

 

Zaakceptuj siebie! Polub swoje wady i zaakceptuj je! Może to wcale nie wady?

Długo, oj zbyt długo, wydawało mi się, że POWINNAM mieć domostwo lśniące, jak u mamy. Karciłam się za włóczki porozrzucane na kanapie. Proces dziergania następował dopiero, kiedy domowe pielesze wyglądały co najmniej, jak na insta-fotkach. Przy dwójce dzieci – MISSION IMPOSSIBLE (każda mama wie, o czym mówię). Dopiero, kiedy się poddałam, autentycznie, odpuściłam w poczuciu gigantycznej porażki, odkryłam, że po drugiej stronie „mocy” (a raczej niemocy), ukryty był błogostan twórczy. To tam drzemały spokojne godziny dziergania z podkastem w słuchawkach (nie znasz tej formuły Priv-radia? – polecam naszą „stację” OPLOTKI– posłuchasz np. przez Apple podcasts albo apkę Podcast Addict na Androida).

Siedziałam tak sobie otulona kokonem porozrzucanych zabawek dzieciaków krzyczących jedno przez drugie, ale jakimś cudem rozwiązujących samodzielnie swoje konflikty bez wybijania zębów. Nie dostrzegałam jedzonka porozrzucanego wokół talerzyków, „piciu” samodzielnie (wylewanego) nalewnego do kubeczków przez dzieci.

I było mi tak dobrze.

Tak Twórczo! Kończyłam nie jedną, ale kilka prac w miesiącu. Czasem tygodniowo „wyrabiałam normę” twórczą miesiąca, czy roku koleżanek „od szydełka”. Dopiero, kiedy „wysyciłam się” tym przebłyskiem geniuszu zaczęłam szukać balansu między (w granicach przyzwoitości) wizją czystego domu i twórczej przestrzeni.

Nie porównuj się do innych. Oni zawsze mają „więcej czasu”.

Teraz, kiedy dzieciaki w przedszkolu, duża część materiałów w pracowni, jest jeszcze łatwiej i cele estetyczne (no dobra, czasem po prostu lubię, jak jest porządeczek. Nawet, jeżeli trzeba się namęczyć przy sprzątaniu) jakoś nie wymagają tyle poświęcenia – tyle CZASU.

Jestem zadowolona, ale wyobraź sobie, jakie było by to poczucie zadowolenia z ilości czasu poświęcanego na sprzątanie kosztem pracy rękodzielniczej, gdybym porównała się do koleżanki z „pomocą sprzątającą” (czyt. mąż robi WSZYSTKO w domu!) albo do koleżanki, która dzielnie ogarnia samodzielnie 300-metrową willę. Jestem zadowolona, bo porównuję siebie do …. samej siebie….tylko z „wczoraj”. Kiedy stawiam sobie jakiś cel i staram się go osiągnąć – nie ma innej opcji, tylko wypadać satysfakcjonująco w takim porównaniu. Uwalniam czas na pracę twórczą rezygnując z jego poświęcania na zbędne (moim osobistym zdaiem, nie musi tak być dla Ciebie) prace domowe. I TADAM! Czasu już mi nie brakuje.

Grupuję zadania. To działa jak magiczna różdżka.

Dziergasz kilka oczek, po czym przypominasz sobie o poście, który miałaś napisać, ale do niego potrzebne zdjęcie, ale gdzie ten aparat. I tak po godzinie łapiesz się na sprzątaniu, bo przecież… jak tu znaleźć ten obiektyw w bałaganie…

Nie daj się chaosowi!

Jeżeli wiesz, że zdjęcia prędzej, czy później zrobić będzie trzeba – to notuj sobie wszystkie pomysły przez tydzień, dwa i zabierz się za to działanie, jak zaświeci (czyt. będzie optymalne oświetlenie). Jeżeli pisanie postów to niekończąca się destrakcja…napisz ich kilka na raz i zaplanuj na zapas (na FB da się to zrobić z poziomu programu, dla Instagrama są dedykowane aplikacje np. bezpłatny Later.)

Kiedy piszę – to piszę!

Wyłączam powiadomienia, wyciszam komórkę i siadam do kilku tekstów. Robię swoje, kończę i siadam do następnego zadania. Przerwy to działania, które pozwalają odpocząć głowie, ale już zajmują ręce (osobiście – odpoczywam przy innej pracy np. sprzątaniu, ale brudne kubki nie ruszają mnie, dopóki nie poczuję, że głowa dymi od ciągłego skupienia i ewidentnie potrzebuje chwili oderwania od konstuowania nowych zdań). Jeżeli przerwę w połowie proces napełniania zmywarki, bo „wena” dopadła przy fusach od herbaty… nie kończę, biegnę do komputera „złapać” myśl, zanim ucieknie przy kostce do zmywarki, czy nabłyszczaczu. Priorytety są u mnie tutaj. Przy nabłyszczaczu pozostają w weekend, kiedy niespodziewane naloty rodzinne i tak wyrwały by mnie ze stanu płynnego, skupionego pisania a brak kubków utrudnił by relaks przy plotkach – czyli weekendowy „number one” na liście priorytetów.

To grupowanie to również kwestia indywidualna

…ale zgodzisz się ze mną, że jak już idziesz do fryzjera, kosmetyczki, żeby zrobić się na bóstwo…bo przecież wielka impreza… to można przed nią „wcisnąć” prośbę do męża, żeby trzasnął Ci kilka fajnych fotek… nie będzie trzeba biegać w popłochu, kiedy takie nagle okażą się potrzebne – bo np. koleżanka chciała by o Tobie napisać kilka słów na swoim blogu.

No dobra, z tymi fotami to troszkę przykład „na siłę” – ale jednak przyznasz, że jak już misternie konstruujesz tło, światło, całe to „domowe studio”, bo akurat „na już” potrzebna fotka dla klientki, to warto „przy okazji” strzelić kilka ujęć innych produktów?

Nie zaginam rzeczywistości

Kiedyś próbowałam pisać najważniejsze teksty wieczorem. Cały dzień „nie było kiedy”, bo przecież a to ktoś dzwoni, a to dzieciaki czegoś chcą… Było trudno, ale pisałam. Nie miałam innego wyjścia. Nie jestem tym typem, który wydajnie pracuje późną nocą, tym bardziej pisanie sensownej treści szło mi jak @#$#@%…no nie szło. Weszło mi to „w krew”. Dopiero po pół roku dzieciaków = przedszkolaków dotarło do mnie, że tak być nie musi! Telefon wyciszyłam, dzieci spokojnie tańcowały sobie na logopedycznych zajęciach, podczas, gdy ja pisałam w tempie błyskawicy! Posty, teksty, maile do klientów. Palce tańczyły po klawiaturze i to, co zajmowało męczące kilka godzin wieczorem było gotowe po godzinie porannej rutynki!

A wystarczyło tylko uświadomić sobie rzeczywistość

W moim wydaniu to:

a) praca wymagająca skupienia najlepiej idzie mi rano,

b)kiedy dzieciaki są przy mnie szkoda mi czasu na gapienie się w monitor.

Koniec kropka.

Owszem, jeżeli masz tak samo, ale Twoje pociechy w domu, nie masz wyjścia, no chyba, że jesteś jedną z tych szczęściar, której dzieci praktykują (AVE!) drzemkę. „Zaginanie rzeczywistości” i udowadnianie, że:

a)da się pisać produktywnie wieczorem,

b) da się skupić przy dzieciach

To misja skazana na porażkę.

Lepiej zabrać się wtedy za dzierganie (haha!) czyt. robić to, co przybliża Cię do Twoich celów, ale jest wykonalne w warunkach, które masz…a nie-byłoby wykonalne, gdyby (i tu wstaw ten stan idealny, którego brak jest ciągłą wymówką).

Rękodzielnicy mają lepiej!

Nie linczuj mnie od razu kontrargumentami, bo takie na pewno się znajdą. Ale zobacz, czy któryś z moich patentów na bardziej produktywne wykorzystanie czasu jest dla Ciebie.

Jako osoby, które najczęściej tworzą swoje produkty rękami, mamy myśli „wolne”. Nie zawsze korzystam z tego patentu, bo lubię oddać się w pełni liczeniu oczek (ot- taka moja joga dla umysłu), ale kiedy pracuję nad bardzo powtarzalnym wzorem np. kocem, który nie wymaga ode mnie skupienia na samym wzorze, puszczam sobie podkast rozwojowy i słucham rad odnośnie prowadzenia biznesu, promocji, albo po prostu śledzę historie przedsiębiorców, którzy dzielą się swoimi sposobami na „ogarnianie rzeczywistości” (polecam np. ten (polski) i ten podkast (po angielsku) )

Nie musisz od razu być zagorzałym fanem

…podkastowej formy dousznej, ale już słuchanie muzyki, telefoniczne zaległości, Natflixowa kolejka niezbędnosci…to wszystko da się „W TRAKCIE PRACY”!

Czy znasz podobny zawód?

Jakoś ciężko mi wyobrazić sobie panią z Urzędu, która bezkarnie odpala „Grę o Tron” między 7.00 a 15.00 a ja MOGĘ 🙂 I choć w praktyce jednak wybieram rozwojowy podkast (mąż by mi nie wybaczył spoilerów wieczorem 🙂 ) to sama świadomość, że mam pracę dającą tyle wolności działa jakoś motywująco.

Wiem, niekoniecznie czytając ten tekst tworzysz rękodzieło zarobkowo, ale nawet tym bardziej – masz ten przywilej, że potrafisz „spiąć się” w pracy… bo wiesz, że dzięki temu „podłubiesz” wieczorem w ukachanej technice, zamiast nadrabiać to, na co brakło energii w ciągu dnia.

Nie tworzysz? A chcesz spróbować?

Ale ostrzegam – grozi bardzo skutecznym przyspieszeniem procesu planowania czasu i znajdywania go nawet tam, gdzie go pozornie nie ma…

Po to, żeby… „jeszcze tylko 3 rządki wydziergać”, „jeszcze tylko 3 koraliki nawlec”, „jeszcze tylko…zaszyć, przymocować, przylutować, dodać, ująć, ponakrajać…

Jeżeli chcesz spróbować nowej techniki – zaglądaj tutaj(warsztaty rękodzieła – Poznań ) – Pasja skutecznie uczy organizacji czasu 🙂

A jeżeli już tworzysz i organizacja czasu pozwala Ci na podglądanie naszych szkoleń z zakresu rękodzielniczej przedsiębiorczości – wskakuj tutaj.

A Ty? Masz jakieś sprawdzone patenty na „BRAK CZASU” ?

Pisz: agnieszka@oplotki.pl

pled

Nie będę ukrywać oczywistego faktu – za kilka miesięcy przekraczam magiczną granicę wieku.

Nie planuję z tej okazji kupić samochodu, do którego trzeba się będzie wczołgiwać, a który wysokością nie dogoni najmłodszego syna. Nie chcę też nauczyć się jeździć na motocyklu. Nie zamierzam się wydziarać, skoczyć ze spadochronem czy też sprawić sobie młodszego o dekadę lub dwie partnera (gdzież znalazłabym egzemplarz choćby dorównujący mojemu Mężowi, który od dwudziestu lat dotrzymuje mi kroku??). No ale przecież lamusem być nie warto, coś w życiu trzeba zrobić,

zakładam więc firmę.

pled

 

Praca w szkole, dająca wprawdzie satysfakcję na kilku polach, nie zaspokajała jednak jednego z ważniejszych celów, dla których wykonuje się pracę – zarabiałam zdecydowanie mało, a po piętnastu latach uczenia, z dwoma tytułami magistra i kilkunastoma kursami ukończonymi w ciągu tych lat, chciałam uzyskiwać nieco większe dochody. Takie tam marzenia, wiecie.

Sprawdziłam, że zapotrzebowanie na rynku ciągle jest spore. Znam swoje umiejętności i możliwości, wiem, że warto spróbować. Nie mam wiele do stracenia, ciągle przebywam na urlopie wychowawczym, korzystam trochę z tej bezpiecznej bańki, do tego wygrałam dotację unijną, także jestem otoczona buforami z każdej strony (takie trochę gumowe ściany!). Muszę wykorzystać tę okazję. W mojej firmie zajmę się nie tylko rękodziełem, choć i taki mam plan. Z wykształcenia jestem filologiem angielskim i to nauka języka będzie mnie utrzymywać.

W kolejnych odcinkach co miesiąc będę opowiadała, jeśli tylko jesteście zainteresowani, którędy biegła moja droga do sukcesu. Dokąd pójść, gdzie szukać, jak trafić.

I co zrobić, gdy któreś zakręty są zbyt ostre. Bo bez cierni się nie obyło…

zdjęcia: niezastąpiona pozytywnaperspektywa.pl

Zapraszam Cię do przesłuchania odcinka PODKASTU, w którym mówię o samej konferencji, jeżeli „douszna” formuła przyswajania informacji jest dla Ciebie wygodniejsza.

Kasia Aleszczyk – organizatorka  wydarzenia i „spec” od WordPressa „ogarnia” całą organizację, ale po kolei.

https://youtu.be/EDIOUUwvzao

O co chodzi

Zapewne nie obcy jest Ci koncept samej konferencji. Ot idea powszechnie znana – zebrać w jednym miejscu „mądre głowy” i osoby chcące się czegoś od nich nauczyć i ułatwić przepływ wiedzy, dzięki mąderemu zaplanowaniu prelekcji, paneli, warsztatów i dyskusji. Najczęściej taka konferencja trwa od jednego do kilku dni i wymaga dojazdu w konkretne miejsce takie, jak sala wykładowa, aula co-work lub różnego rodzaju biuro.

To PRAWIE to samo

Prawie, bo konferencja online jest pozbawiona jednego z powyższych elementów. Mianowicie nie ma potrzeby dojazdu. Możesz śmiało uczestniczyć w przepływie wiedzy i umiejętności z domu…siedząc wygodnie w kapciach przed swoim komputerem. Całość odbywa się online.

To jeszcze nie wszystko!

Częstym minusem (jak dla mnie, bo może nie wszyscy tak mają) jest „jednoczesność”. Duże konferencje zorganizowane są w ten sposób, że w kilku salach jednoczeście toczą się ciekawe wydarzenia. Niestety wtedy jesteśmy zmuszeni wybierać i mamy nieprzyjemne poczucie, ze coś wartościowegonas ominęło. Przytoczę tu choćby przykład Poznańskich Dni Przedsiębiorczości. Choćby w tym roku – podczas mojej prelekcji toczą się zwykle 2-3 atrakcyjne wykłady i zagryzam zęby, ponieważ tracę je jakby „zautomatu” (swoją drogą zapraszam – udział jest bezpłatny, dzięki finansowaniu ze środków Miasta Poznań) .

To samo, ale bez minusów

W przypadku konferencji online – powyższy problem również został wygodnie rozwiązany. Każda z prelekcji to faktycznie video, do którego uczestnicy mają dostęp przez tak długi czas, jak tylko zadecydują ( mogą wybrać podczas zakupu biletów).

Sprytne prawda?

Sama jestem wielką fanką konferencji. Regularnie uczęszcam, bo nie tylko traktuję je jako stałe źródło inspiracji, poszerzania wiedzy i horyzontów, ale również jako rodzaj „pożytecznego” przerywnika w pracy oraz miejsce nawiązywania ciekawych kontaktów.

Masz ochotę wziąć udział w swojej pierwszej konferencji online? Nie ma lepszej okazji! Domyślasz się pewnie, że ten artykuł nie pojawił się bez powodu.

A jaki to powód?

Chciałam bardzo serdecznie zaprosić Cię na konferencję, w którą Kasia Aleszczyk włożyła ogrom pracy, a ja znalazłam się wśród zacnego grona prelegentów. Znajdziesz tam aż 35 prelegentów, ponad 40 godzin nagrań oraz cenne warsztaty przeprowadzone przez organizatorkę. Samodzielnie możesz zdecydować, jak długo chcesz mieć dostęp do tych materiałów oraz, czy planujesz być „na żywo” dokładnie w dniach trwania konferencji (3-7 czerwca 2019).

Samą konferencję znajdziesz TUTAJ

Poniżej wymieniłam wszystkich prelegentów wraz z ich „miejscami w sieci”

Janina Daily 

Jeżeli lubisz błyskotliwy humor – to na pewno spodoba Ci się ten filmik Janiny.

Ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla? | Janina Bąk | TEDxKoszalin

https://www.youtube.com/watch?v=4DruxASC1kM

Marek Jankowski

Kasia Iwanoska

Joanna Gotfryd

Monika Czaplicka

Magdalena Urbaniak

Wojtek Wawrzak

Mariusz Stachowiak

Tomasz Palak

Kinga Rak

Agnieszka Fiuk

Asia Inak

Dorota Białkowska

Maciej Swoboda

Agnieszka Krzyżanowska

Karolina Brzuchalska

Agnieszka Wojtas

Kasia Bieleniewicz

Magda Paciorek

Sylwia Stein i Artur Pajkert

Izabela Mrochen

Krzysztof Radzikowski

Michał Kowalczyk

Agnieszka Zapora

Krzysztof Dróżdż

Agata Górska

Magdalena Białecka

Anna Wolska de Keijzer

Michał Mackiewicz

Agata Dutkowska

Agnieszka Bury

Agnieszka Łabno-Kucharska

Ewa Dudek

Dorota Mularczyk

Przemek Dębski

Wojciech Babicz

Wszystko zaczynało się już w czwartek. Zazwyczaj było trochę nerwów, popędzania, budzenia zawsze o te pół godziny za wcześnie. Szkoła już nie angażowała uczniów, Babcia od świtu krzątała się po kuchni i przygotowywała front prac. Trzeba było wstać.

szydełkowy kosz
kosz

Po szybkim śniadaniu rozdysponowywano prace – z początku miałam wyłącznie sprzątać swój wiecznie zabałaganiony fragment pokoju dzielonego z bratem. Z każdym rokiem jednak obowiązków przybywało. Dochodziło pieczenie mięs i ciast, chleba, przygotowywanie sosów, zakupy, gotowanie zup, krojenie sałatki – jasne, że nie wszystko naraz! Nie będę koloryzować – nie zawsze tryskałam radością i nie każdego ranka rzygałam tęczą na widok niekończącej się listy zadań. Do dziś nie lubię myć okien pod przymusem świąt, a idea wiosennych porządków nie przemawia do mnie w ogóle.

ile sznurka na kosz
sznurowy kosz

I owszem, w dzisiejszych czasach dbam o dobrą atmosferę przede wszystkim i staram się panować nad odruchowymi odzywkami „zostaw, to na święta!”, żeby za kilka dni powtarzać „jedzcie, proszę, przecież nie wyrzucę”. Nie zmienia to jednak faktu, że jest jakaś magia w tej świątecznej atmosferze a jej aura i światło odróżniają ją od codzienności.

Dziś dbam o wygląd stołu, dopieszczam drobiazgi, dobieram serwetki. Szydełkiem wykonuje koszyki, pojemniki na jajka. Makramowym splotem tworzę podkładki. Po obrus na stół świąteczny wybrałam się aż do Włoch! (oczywiście żartuję, ale podczas niesamowitego weekendu z przyjaciółkami spędzonego niedawno w Padwie faktycznie kupiłam przecudnej urody obrus w monsterowy rzucik). Na ścianach wiszą słoneczne grafiki, cały dom pachnie rzerzuchą i hiacyntami (mieszanka wyb…itnie wiosenna).

Z pieca wychodzą mazurki i moja przeukochana babka, na którą przepis znalazłam na fantastycznym blogu http://dziekujeniegotuje.pl

Babka daktylowa:

składniki:

  • 175 g miękkiego masła
  • 200 g mąki (u na orkiszowa, pół na pół biała i razowa)
  • ½ łyżeczki sody
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 50 g cukru trzcinowego
  • 2 duże jajka, wybełtane
  • 3 łyżki płynnego miodu
  • 2 przejrzałe banany
  • 50 g suszonych daktyli bez pestek
  • 50 g suszonych moreli
  • 50 g słupków migdałowych lub posiekanych migdałów
  • polewa:
  • 2 łyżki płynnego miodu
  • 10 – 15 g masła
  • nieco soku z cytryny
  • posiekane daktyle, morele i migdały do ozdoby

wykonanie:

Mąkę, masło, cynamon i cukier, który można w ogóle pominąć lub zmniejszyć jego ilość, jaja i miód ubij mikserem. Dodaj rozgniecione banany i posiekane daktyle i morele oraz migdały. Ciasto wlej do blachy babkowej.

Piecz około 45 minut w 180 stopniach, po wyciągnięciu z piekarnika polej polewą, której składniki wcześniej rozpuść w garnku w grubym dnem.

Babka jest cudownie wilgotna, pyszna i smakuje lepiej z każdym dniem (w przeciwieństwie do tradycyjnej baby drożdżowej).

Plan mam taki, żeby być. Z dziećmi przy grach planszowych, na rowerach, spacerach, rozmowach. Z mężem przy kawie, dobrej książce, serialu późnym wieczorem. Żeby celebrować każdą minutę. Beż złości, pośpiechu i pierdolca porządkowego.

handmade basket
handmade basket

A już jutro wstanę, obudzę dzieci trochę wcześniej niż by chciały i upieczemy te mazurki razem. Bo tak lubimy.

Tak! Do Ciebie Piszę droga mamo!

Czy zastanawiałaś się kiedyś, jaką OOOOGGGGRROMNĄ KRZYWDĘ robisz swojej córce…”Poświęcając się dla niej”?!?

Co ja bredzę?

Hmmm…Pomyślmy o tym wspólnie.

Dziecko = wymówka, czy motywacja?

Sama zaczęłam budować markę OPLOTKI od zera w najgorszym możliwym momencie ( czyt. Z noworodkiem, który właśnie dołączył do 2 lata starszej siostry w misji „utrudniania” mamusi biznesowych podbojów). I tak, często się zastanawiam, gdzie byłabym ja i OPLOTKI, gdybym nie poświęcała tyle czasu i uwagi pieluchom, drzemkom, obiadkom i rozwojowym zabawkom, basenom, umuzykalnieniu, spotkaniom na placu zabaw, pogadankom dla mam….STOP!

Wyrodna matka?! NIE! Realistka.

Codziennie dokonywałam takich samych wyborów, jak Ty. Mogłam sączyć kawkę scrollując insta-feed i wyszukiwać najmodniejszych dziecio-gadżetów sezonu…mogłam sprzątać klejące się podłogi w niekończącej, skazanej na przegraną walce o porządek przy dwójce maluchów…ale wybrałam pracę…Cierpliwe godziny przed komputerem wyrywane pomiędzy drzemką a spokojną zabawą, wyjęte spomiędzy wizyt babci i lepszych dni męża…Zero fryzjera, zero kosmetyczki, zero ploteczek z psiapsółkami. Zero rozpraszania – świat rodziny i świat moich osobistych celów w ciągłej walce o pozycję dominanty.

PRACA. Cierpliwa, mądra, nieudawana.

Kiedy masz tak mało czasu, planujesz mądrze. Strategicznie lokujesz uwagę, czas przed ekranem i z dużą rozwaga planujesz spotkania (przy okazji uczysz ludzi NIESPÓŹNIANIA i szacunku dla Twojej godziny „wydartej” dzieciom).

Kiedy masz tak mało czasu śpisz, jak zabita, zamiast rozmyślać o wszystkich za i przeciw.

Kiedy masz tak mało czasu, działasz, bo wiesz, że taki miesiąc, tydzień, dzień, godzina mogą się nie powtórzyć. Nie masz czasu na strach, wstyd, obawy. Wiesz, że albo to zrobisz, albo będziesz znów układać klocki z dzieckiem z drzazgą w mózgu.

MAMA ma trudniej

Dlatego właśnie myślę, że to nieprawda! Mocno wierzę, że dzieci to katalizator, nie przeszkoda. Motywacja, a nie wymówka. Dlaczego kobieca przedsiębiorczość w dziwaczny sposób eksploduje w okresie macierzyńskiego? Nie mamy już na co czekać, nie mamy już gdzie odkładać. Lepszy czas już był, lepszego czasu już nie będzie.

Dałamy tu i teraz

Działamy tu i teraz, bo wiemy, że robimy to nie tylko dla siebie, ale dla nich. Nasze małe klony patrzą uważnie, chłoną każdą lekcję, wyczuwają każdy fałsz. Jeżeli próbowałaś nauczyć dziecko czytać książki uciszając je bajką, wiesz, o czym mówię. I niech pierwsza rzuci hejtem ta z mam, która nie puściła dziecku Youtuba w poczekalni u lekarza albo w dniu, kiedy slajdy na kolejną prezentację za cholerę nie chciały się zmaterializować w zaplanowanym czasie…a mąż tkwił w korku…

Nie jestem idealna

Moje dzieci wiedzą dobrze, co to Koniki Pony, Psi Patrol, czy Kraina Lodu…ale wiedzą też, co to znaczy kochać to, co robisz, walczyć o swoje przekonania, działać w imię wartości, które samodzielnie układasz w hierarchię od najważniejszych po te, na które „zabrakło czasu”. Tak – jestem przedsiębiorczynią, ale też matką, żoną, kobietą. Był moment, kiedy mój mózg utonął w macierzyńskim lukrze i jestem ooooogromnie wdzięczna, że kilka rozsądnych kobiet wyłowiło mnie wtedy i twardym, mocnym wzorem dało do myślenia. Choć moja mentorka biznesowa Sigrun nie ma własnych dzieci (fakt, ma przybrane, ale twardo twierdzi, że ma misja wspierania kobiet w budowaniu biznesów w oparciu o wartości i przekonaia jest ważniejsza niż jej osobiste instynkty), bo całą energię kanalizuje w inspirowanie przedsiębiorczych kobiet do działania i zmiany myślenia o nas, jak o mniej profesjonalnych, bardziej zawodnych, predestynowanych i często sprowadzanych do biologicznej roli matki – to nie twierdzi, że tak trzeba.

Ja też.

Wiem, że dzieciaki dają nam w kość, ale jak często my same użalamy się nad sobą, łamiemy się pod ciężarem tego „co powiedzą” inne mamy, kiedy pozwolimy sobie na chwilę dla siebie, na podążanie za własnym celem, na słuchanie tego, co mamy w środku… Jak wszyscy bezglutenowo, to ja też muszę! Jak wszystkie na gimnastykę, to moje dziecko tym bardziej! Jak książki, to tylko takie top-design, co to instagram ceną rozsadzi, bo w bibliotece to już beee. Kupujemy, kupujemy i dajemy, bo przecież nam nie było dane, a w tej pogoni zapominamy o sobie…i kiedy po kilku latach te nasze „główne powody” nie robienia niczego z własnymi marzeniami odchodzą w świat przyjaciół, rówieśników, pierwszych miłości…my umieramy na pustkę, poczucie straty i niemocy twórczej.

Najlepszy moment już był, masz tylko tu i teraz

Jeżeli masz niesamowity pomysł, pragnienie, marzenie o samorealizacji, RÓB TO! I nie traktuj dzieci jako zakładników swojego lęku. Nie pozwól im winić się za Twój brak odwagi!

I żeby była jasność! Nie namawiam Cię do minimalnego macierzyńskiego i rzucania się w wir przedsiębiorczości, przewodnictwa duchowego, przełamywania schematów tylko po to, aby Twoje dziecko widziało w Tobie SUPERMENKĘ! Mówię o uważności…ale takiej skierowanej na CIEBIE.

Wyjdź z cienia własnego dziecka (dzieci)!

Dziecko czuje twój lęk, twój opór przed zmianą, twój żal za omijającą Cię szansą…choćby była to kawa z koleżanką, a nie lot na Marsa!

Jak chcesz motywować Twój skarb do nieustraszonego podboju świata w imię ideałów, w które wierzy, skoro sama chowasz głowę w piasek traktując dziecko jako wymówkę, a nie motywację?

Tworzysz? Rękodzieło to Twoja dusza?

Odważ się !

Pisz do mnie!

OPLOTKI narodziły się właśnie w takim „najbardziej nieodpowiednim” momencie mojego życia. Wierzę, że Ty także potrafisz stworzyć coś TWOJEGO. I choć czujesz, że mówię tu do MAM, potraktuj tą opowieść szerzej. Dzieci….trudności losu, słabe zarobki, niewspierające otoczenie…mogła bym wymieniać bez końca. To mogą być twoje WYMÓWKI…ale jeżeli masz dosyć „jaj” … staną się TWOJĄ MOTYWACJĄ!

agnieszka@oplotki.pl

Podziel się treścią!

Przypnij do PINTEREST!

Jak to się stało, że zając-zabawka awansował na królika-giganta, z którego zrobiło się legowisko dla całej rodzinki? Sama się zastanawiałam!

Dzięki inspirującym fotkom „zwieńczenia” tej opowieści wróciłam do historii projektu, który zaczął się blisko dwa lata temu. Gotowi do zanurzenia w prehistorii? No to startujemy!

Szydełkowy zając czyli maskotka amigurumi jako prezent dla własnych dzieci

Szukałam fajnego prezentu wielkanocnego dla maluchów – takiego, którego można by szarpać, tarmosić i bezkarnie „memlać” (dla nie-dzieciatych – brać do buzi, ślinić, gryźć bezzębnymi dziąsłami w totalnym poczuciu bezpieczeństwa mamy, która nerwowo sprawdza, czy zabawka aby na pewno posiada certyfikat, albo przynajmniej jakiś atest spożywczy ). Takiego prezentu, z którego ucieszyła bym się jako dbająca o jako-taką estetykę pokoiku dziecięcego mama (no dobra, jako dziecko też).

Nie to, że nie znalazłam…wręcz przeciwnie, wybór mnie przygniótł.

NIC, absolutnie NIC, nie mieściło się w moich kategoriach „przyzwoitego stosunku jakości do ceny”. Pewnie gdzieś tam „w internetach” istniały takie zabawki które były i proste, i estetycznie nieoszałamiające nieprzyzwoitym nagromadzeniem detali na centymetr kwadratowy, i wreszcie nie rozsypały by się przy najbliższym kontakcie z moim dzieckiem (do dziś nie wiem, jak to robią te dzieci insta-mam, że ich pokoje są sterylnie czyste, niepotargane książeczki stoją w równych rządkach na półkach, a maskotki nie ulegają zaplamieniu ulubioną farbką/ciastoliną/kredką…podczas zabawy z ukochanym przyjacielem dnia…). Pewnie nawet znalazła bym taki egzemplarz, który nie kosztuje „miliona monet” i spełnia powyższe wymagania, ale czas, który mogła bym przeznaczyć na jego szukanie, przeznaczyłam na samodzielne jego tworzenie. No nie wiem, dzieci mam mocno podatne na zabrudzenia jakieś. Zabawka, którą mogę wrzucić do pralki i wyciągnąć w dokładnie identycznym stanie, tyle, że w wydaniu sprzed nalotu ciastolinowego masażu…to skarb. Postanowiłam go wydziergać.

Trwało to. Dziergałam i prułam. Prułam i dziergałam. Wypełniałam i odchudzałam, kombinowałam z długością uszu, rączek, nóżek. Bardziej pyzaty, czy niepoprawny politycznie chuderlak.AAA! Tyle dylematów!

Ale oszczędzę Ci szczegółowych perypetii matki-projektantki. Skwituję tylko. Powstał! Prototyp trafił do fazy crash-testów, czyt. testowanie na dzieciach (własnych, żeby nie było!) – level HARD. Przeżył. Twardziel z niego. Moje dzieci go nie zniszczyły = przetrwa każde dziecko.

Pan Zając, bez cienia wielkanocnej niespodzianki, trafił na stałe do dziecięcego pokoiku. Wędruje do dziś między półką na książki, posłaniem na dziecięcych łóżeczkach, podłogą, szafką, koszem na zabawki, biurkiem pełnym farbek, szufladą z ciastoliną…i innymi zakamarkami fantazjii dziecięcej kreatywności przestrzennej. Teraz już nieco bardziej orientuję się, gdzie takich zabawek szukać, ale mimo wszystko cieszę się, że jako totalny anty-medialny ignorant stwierdziłam, że prędzej sama zrobię, niż znajdę w sieci…bo nie było by PANA ZAJĄCA!

Co jakiś czas PAN Z. znika na 2 dniowy urlop i pojawia się w wersji bez kredkowych blizn, farbowanych uszu i zabłoconych nóżek. Czyściutki, mięciutki i podejrzanie pachnący świeżymi gaciami (autentyczne słowa! „Mamo, czemu PAN ZAJĄC pachnie gaciami?! – biegnę, ze strachem w oczach i myślą „Boże znowu kupa u młodszego???”…a tu starsza córcia porównuje zapach kolejnych świeżo upranych majtasów, czekających na włożenie do szafki – porównuje zapach… z zającem…też świeżo z suszarki wyswobodzonego.) wraca regularnie na posterunek.

Fot. Agnieszka Gaczkowska

Nie to, żebym zagrzewała swoje dzieciaki do crash-testów…ale muszę przyznać – z przyjemością doszłam do wniosku, że stworzyłam zabawkę niezniszczalną. Na powyższym rozmazanym zdjęciu (mam nadzieję, że autorki pięknych fotek poniżej nie zlinczują mnie za umieszczenie mojej „amatorki” w jednym wpisie…) pierwszy prototyp PANA ZAJĄCA. Dokładnie ten, do którego wnętrza zutylizowałam bawełniane tkaniny (wybacz mężu te t-shirty, które dopełniły brzuszek, kiedy już pocięłam wszystkie dziecięce tetrowe pieluchy z nieużytych zapasów i ciągle zajęczym trzewiom było mało). Kolejne egzemplarze (zwłaszcza zamawiane przez koleżanki) były już raczej wypełniane na życzenie (a to leciutka kulka silikonowa, a to bawełniany puch… co tylko sobie „zażyczyły”, bo głodna testowania kreatorka ciągle miała mało). Kto by pomyślał, że zadałam sobie tyle trudu, żeby dojść do uzasadnionego wniosku, że pierwsza myś – 100% bawełny – to strzał w dziesiątkę (nie radzę testować, co dzieje się, kiedy wewnętrzny pokrowiec z wypełnieniem pełnym drobniutkich kuleczek np. styropianowych lub silikonowych, pęka przy maksymalnym wirowaniu – zwłaszcza, jeżeli macie zamiar jeszcze kiedyś używać tej pralki…i łazienki…). Teraz (żeby nie było, że na fali zero-waste) używam głównie bawełny z recyclingu (nie będę kryła, że ta idea jest bliska działalności OPLOTKI i staramy się ją wdrażać, gdzie tylko możemy, zwłaszcza, że dzięki modzie na EKO jest o nią coraz łatwiej). Dla domowych egzemplarzy – często są to „zutylizowane” ręczniki i prześcieradła, dla klientów specjalnie zamawiana bawełna z recyclingu.

Oszczędzę Ci perypetii prototypowania, ale możesz śmiało podejrzewać, dlaczego w mojej stalej ofercie znajdziesz tylko 2 wzory tego typu (jest jeszcze „KOCIEŁ” – znajdziesz go tutaj oraz prace koleżanek). Do PANA ZAJĄCA mam jednak największą słabość, bo związanych jest z nim coraz więcej historii (bez obaw, nie zanudzę Cię wszystkimi…no może kiedyś, w napadzie weny, stworzę kolejny tekst).

Z zacięciem produkuję klony pana Zająca w wydaniu z mniejszym, większym brzuchem, innymi wyrazami haftowanej twarzy…z miną i jej brakiem (jakoś prostota i minimalizm są mi najbliższe). Jeden z zająców zagościł na potrzeby sesji we wnętrzach autorstwa pracowni wnętrz KRAUPE STUDIO (Dzięki za piękne fotki JAGA KRAUPE!) . Gdyby tylko u mnie choć czasem panował taki porządek, zrobiła bym dla Ciebie podobne fotki pana Z. z pokoiku dzieciaków (no dobra – jest jedna fajna o tu, ale nie aż tak dobra, jak te poniżej).

Zając wielkanocny na szydełku – czyli jak zrobić najlepszą zabawkę handmade

Nie to, żebym taką designerką się zrodziła…nie, nie (pomarzyć nie zawadzi)…to dzieciaki podsunęły mi ten pomysł. No dobra, powiedziały wprost – „mamo zrób nam takiego zająca, ale dużego, żeby można na nim się bujać”.

RRETY? Bujać?!? Seroiusly?!? Jakie bujanie?

Krzyżówka konia na biegunach z zającem? TO ponad moje siły projektowe!

I tak, ostatecznie, bujanie dzieciaki zapewniają sobie same…zając po prostu służy wielkim kuperkiem, na którym mogą się usadowić.

Fot. Agnieszka Gaczkowska

Amigurumi ze sznura, czyli takie cuda – tylko własnoręcznie!

O uszycie takiego cudaka na pewno bym się nie pokusiła, ale już proste wypełnienie uszyte na starej maszynie (spadek po babci, jakoś nie mam serca zmienić na „nowszy model” ) i szydełkowany prostym ściegiem pokrowiec załatwiły sprawę. Sekret tkwi w odpowiednim „zasznurowaniu” całości (ale to już mój mały sekret firmowy).  Nie żeby to takie proste w rzeczywistości było…

To był jeden z najbardziej czasochłonnych projektów. Niezliczone próby nadania upragnionego kształtu, udane i mniej udane wersje pokrowca, ściegi wymagające poprawy i samo sznurowanie…Niekończąca opowieść. Tak w skrócie. No ale mina dzieciaków…BEZCENNA!

Oszczędzę Ci szczegółów, wolę skupić się na efekcie, a ten zadowolił nie tylko mnie. Dzieciaki nie odstępowały zająca na krok. Z wielkanocnej atrakcji stał się dekoracją całoroczną, którą ochoczo ubierano, tarmoszono, przemieszczano po całym domostwie, testowano wraz z kumplami z piaskownicy. Było oblewanie soczkiem, jedzenie ciasta na grzbiecie, traktowanie jako podręczny stół do rysowania i worek treningowy pozwalający na upust nadmiaru energii. Przetrwał wszystko.

Ponownie – pralka okazała się moją tajną bronią w walce o beżowo-białą czystość przyjaciela dziecięcych zabaw. „Dlaczego zabijasz zająca! Mamooo!” –  mniej więcej tak pomagały dzieci przy każdorazowym „oskórowaniu” poprzedzającym pranie pokrowca zająca. Szybko się jednak nauczyły, że przywracanie „skóry” to równie fajna zabawa, co jego brudzenie. Za każdym razem decydowały, czy ucho dłuższe, czy krótsze…czy tym razem buzia większa, czy mniejsza (bez stresu – wersja dla klientów ma wygodne uproszczenie, które pozwala na demontaż-pranie-montaż bez potrzeby zgłębiania tajników szydełkowania), a ja szurowałam go za każdym razem według ich upodobań, zmieniając tym samym nieco jego miedzy-pralkowe wcielenie.

Puf XXL – czyli skąd się wziął szezlong handmade

No dobra. Mimo początkowego założenia tymczasowość wielkanocna przegrała z miłością do tarmoszenia zwierza. Zając zamieszkał na „metrażu”. Stał się członkiem rodziny i choć nijak się miał do kruczoczarnej kanapy, minimalistycznych lamp, czy mocno kontrastowych biało-czarnych zestawień dodatków i mebli… wkradł się niepostrzeżenie jako stały element wystroju salonu. Zapytacie dlaczego? Otóż, jak się szybko okazało zając miał jeszcze jedną właściwość. Stop. Niewłaściwe słowo. Zając miał jeszcze jedną SUPERMOC. Był szezlongiem.

Co to jest szezlong?! I kto tak jeszcze w ogóle mówi?

Tak wiem, dokładnie to samo pytanie padło z ust dzieciaków/znajomych/męża. Nie będę Cię tu odsyłać do Wikipedii (w razie czego tutaj link) – bo krótko – to taki fotel, ale z długim siedzeniem. Dokładnie taką rolę zaczął pełnić Pan ZAJĄC w naszym salonie. Taka sofka, której nigdy nie zmieściliśmy i wygodny fotel, który zawsze był na końcu zakupowej listy. Nie muszę chyba dodawać, że zagościł w salonie nie tylko dlatego, ze to dzieciaki go tutaj przytargały.

Został, bo i ja i mąż ochoczo nań się wylegiwaliśmy podczas Netflixowych maratonów pt. „jeszcze tylko jeden odcinek i na dziś koniec”. Coś nas urzekło w tej miękkiej bawełnianej formie. Jakoś tak idealnie było „coś pod głowę” i pod resztę skatowanego dniem ciała. Jakoś tak nieoficjalnie i na półleżąco, że i w piżamie wypadało się pod kocykiem ulokować. Pokochałam ten „mebel” na tyle, że zapragnęłam własnego (kto próbował użytkować dziecięce zabawki w ich obecności wie, o czym mówię) i tak zaczęły się przygotowania do projektu PUF XXL.

I jak to z projektami „dla siebie”, a nie dla klienta…

Szło opornie. Zawsze było coś ważniejszego do zrobienia…a że pokrowiec tego meblo-twora to ponad dwa tysiące metrów bawełnianego sznurka do zaplatania w równiuteńki wzór…no cóż…trochę to trwało.

Pewnie trwało by znacznie dłużej, gdyby nie Marysia (dzięki za bodziec do działania!). Szary prototyp leżał w pracowni już od dobrego miesiąca, kiedy wpadła po rękodzielnicze dodatki do kolejnego projektu wnętrz (swoją drogą MUSISZ zobaczyć, efekt finalny pracy nad projektem – o tutaj znajdziesz filmik). Kiedy okazało się, że szuka takiego właśnie „pufala xxl” do nowej „misji” wnętrzarskiej o kryptonimie BALI… obie wiedziałyśmy, że coś z tego będzie.

Takim sposobem…miesiącami odkładany projekt zmaterializował się w tydzień, aby ostatecznie zamieszkać w BALI ( nie, nie – nie martw się o transport na drugi koniec świata … to tylko, w zgrabny sposób budząca uzasadnione skojarzenia,  nazwa wnętrza na warszawskim Żoliborzu).

Swoją drogą – historia zatoczyła tutaj koło. Zając amigurumi znalazł swój dom w pokoju obok, a dokładniej w prześlicznym pokoiku dziecięcym (Dziękuję Shoko Design, za przepiękne zdjęcia).

Ale momencik…po kolei. Na początku był…SZARY (no wiem, kojarzy się z „Ciemność” … i tak troszkę było. Pierwszy prototyp miał „pasować” do mojego salonu. Skoro już inwestuję w całą przygodę tworzenia tego mebla, to już chociaż zimny kolor w tonacji dodatków mojego wnętrza wybiorę jak należy. „Koniec z tym beżem” – myślałam sobie – mając po dziurki dziergania non stop w odcieniach ciepełka jasnego koloru pana Z.

Kolejne egzemplarze bawełnianych maskotek pchały mnie w kierunku kolorystycznej kontry. I szary puf xxl zmaterializował się w końcu na dobre.

Do testowania nowości zaprosiłam niezawodne urwisy, które po kilku sesjach skakania, rozlewania i tarmoszenia przygotowały produkt do pierwszego prania. Mechanizm ściągania pokrowca uprościłam na tyle, że nie był już widowiskową zabawą dla maluchów, ale jednocześnie oszczędził mi misternego wiązania. Po pierwszej sesji prania-suszenia-zakładania ponownie ewidentnie stwierdziłam, że TO JEST TO! Tym bardziej dziękuję Magdzie, właścicielce KRAUPE STUDIO, że podczas jednej z sesji swojego projektu wnętrz pozwoliła na uwiecznienie prototypu po raz pierwszy (znowu ogromne dzięki Jaga Kraupe za fotki!)

I tak szaraczek stał sobie w naszym salonie. No dobra, zalegał. A my na nim. (Nawet nie wiesz Magda, jak jestem Ci wdzięczna za te fotki – nie muszę tutaj demonstrować mojego prywatnego bajzelku, żeby pokazać, jak ostatecznie wyglądał szary puf!). Zdradzę Wam tylko, że do dziś eksperymentuję z tym tematem i nic bardziej funkcjonalnego nie była bym w stanie zaproponować (no przynajmiej na chwilę obecną). O jakaż była moja radść, kiedy okazało się, że puf sprawdził się również jako dyżurny mebel w naszej tymczasowej pracowni w Zajezdni Poznań podczas projektu OPLOTKI POP-UP. Rozsiadały się na nim grupki dzieci i dorosłych w oczekiwaniu na twórcze warsztaty. Teraz to już wspomnienie – puf, na szczęście, wrócił do domu po zakończeniu projektu w nienaruszonym stanie i po odświeżeniu w pralce znów służy jako dyżurny obiekt do „zalegania”.

Wracając do projektu POP-UP. To właśnie w tej tymczasowej pracowni Marysia odwiedziła nas, aby poszukać ciekawych dodatków do swojego projektu. BALI (bo tak nazwała projekt) pełen był naturalnych materiałów i ciepłych, delikatnych kolorów. Kiedy jako dodatek do pokoiku dziecięcego zwyciężył PAN ZAJĄC… a w salonie zagościć miał puf… to zgadnij, w jakim kolorze dziergałam przez cały najbliższy tydzień? Ps. Dzięki Justyna za pomoc przy projekcie! To była przygoda!

Zając to nie fizyka kwantowa! taki puf też! (Zobacz, jak powstaje)

Tak! Możesz takie dodatki u nas zamówić (znajdziesz tutaj) Ale możesz z powodzeniem zrobić je samodzielnie! Nic nie daje mi takiej frajdy, jak możliwość kreowania oryginalnych dodatków do wnętrz! Rękodzieło idzie z pomocą dając praktyczne narzędzie. Nie muszę Cię prawdopodobnie przekonywać, że takie dodatki to unikat, jeżeli dodam, że możesz samodzielnie taki unikat wykonać… to mam nadzieję, że skutecznie zarażę Cię moim osobistym sposobem na kameralny networking (warsztaty szydełkowania w nielicznym gronie) i wylogowanie z zabieganej codzienności (dzierganie tego, co Ci wyobraźnia podpowiada oddając się magii powtarzalnych ruchów rąk).

Zapraszam Cię na warsztaty – z pewnością opanujesz sztukę szydełkowania i takie cuda wyczarujesz samodzielnie!

A jeżeli chcesz skontaktować się ze mną bezpośrednio – śmiało pisz: agnieszka@oplotki.pl

Mogę napisać epopeję na temat powodów, dla których warto…ale to nigdy, przenigdy nie zastąpi choćby jednej próby – PRÓBY Z TWOJEJ STRONY! Dlatego jedyne, czego mogę Ci życzyć, to aby po przeczytaniu tego tekstu – postanowienie, aby spróbować wygrało z toną rozpraszaczy, trudnościami, obowiązkami i tym okrutnym „duchem na ramieniu” – duchem o imieniu „to może jutro”.

Nie jestem psycholożką, ale opowiem Ci, kiedy rękodzieło ratuje moje skołatane nerwy i daje kopniaka do pracy. Może i Twoim (nerwom, nie kopniakom) pomoże!

Co zrobić, kiedy nic Ci się nie chce?

Oj często, często to mam – i jestem pewna, że nie tylko ja! Otwieram komputer i gapię się w ekran, zamiast pisać, rysować, tworzyć. To ten rodzaj pracy, gdzie nie ważny jest czas, ważny jest efekt. Ten rodzaj pracy, który grozi szybkim wypaleniem, jeżeli nie znajdziesz sobie skutecznego narzędzia do wskrzeszania kreatywności. Nie wmusisz od razu popadać w zachwyt nad techniką szydełkowania, ale przemyśl kilka faktów.

Motoryka mała pobudza procesy myślowe.

Bez obaw, nie będę Cię tu obarczać najnowszymi wynikami badań amerykańskich naukowców, ale faktów nie da się nie zauważyć, już nawet w przedszkolach stosuje się metodę pracy z motoryką małą celem wspomagania rozwoju…dlaczego więc rezygnujemy z tego prostego patentu, kiedy „jesteśmy duzi”?

Kiedy dopada mnie totalna blokada, teksty nie chcą spływać spod palców, a pomysłowe posty do social mediów idą „jak po grudzie”  – po prostu siadam do dziergania, choćby dziesiątego szala! „SZALONA!?!”  – Nie! Uwierz mi, po krótkiej chwili, kiedy odrywam się od presji, uspokajam oddech i umysł dzięki magii zaklętej w powtarzalnych ruchach dłoni, głowa nagle znowu jest „wolna”. Znowu zaczynam pracować na najwyższych obrotach, a pomysły na nowe teksty, zgrabne frazy, sprytne porównania wskakują do niej, jak szalone. Wtedy dbam jedynie o to, żeby kartka i długopis, albo przynajmniej dyktafon w telefonie były pod ręką i TADAM… wena wraca. Praca dalej wre.

Nie wierzysz?

Spróbuj!

Ale, ale…to nie dzieje się tak od razu.

Tzn. dzieje się tak u mnie…ale zanim doszłam do takiego trybu ON- OFF, kiedy potrafię włączać kreatywność jak za sprawą prostego przełącznika…potrzebowałam procesu. Potrzebowałam się tego nauczyć, potrzebowałam dostrzec to proste narzędzie, które zawsze miałam pod ręką.

Potrzebowałam wyjść z domu.

Szydełkowanie zawsze znaczyło dla mnie chwilę ucieczki od hałasu w kierunku SIEBIE. To zawsze był czas oderwania od zgiełku i skupienia na myślach i uczuciach, ale dopiero, kiedy zaczęłam organizować warsztaty szydełkowania odkryłam zwielokrotnioną moc współdziałania. Celowo poniżej umieściłam video-relacją z Pacanowa (na codzień warsztatuję głównie w Poznaniu), żeby pokazać Ci, że w tym „fachu” nie ma barier pt. „za daleko” …”jestem za mała, duża, zbyt zajęta”.

Żeby nie było – nie namawiam Cię do rzucenia pracy i oddania się szaleńczemu maratonowi twórczych warsztatów rękodzieła (tak jak to u mnie się stało- rzuciłam się w wir szerzenia tej idei „na pełen etat” ) – no praca sama się nie zrobi….ale…

Namawiam Cię do wyjścia z domu i spróbowania wspólnego tworzenia. Przez chwilę oderwij się od problemów. Spójrz na to, co się u Ciebie aktualnie dzieje oczami totalnie „obcych” (świadomie włożyłam w cudzysłów – Ci „obcy” stają się „znajomi” nadzwyczaj szybko, kiedy łączy Was choćby technika, której właśnie poświęcacie czas) i uwolnij się od presji.

Też to mam. I myślę, że baardzo dużo wrażliwców tak ma.

Jeżeli jesteś jedną z takich osób – spróbuj spojrzeć na rękodzieło, jak na broń. Broń w tempie codzienności. Broń zabijającą tempo sieci. Twoją broń na szalone „produkowanie”.

Kiedy kolejna godzina bezproduktywnego klikania daje Ci poczucie, że Twój czas „przecieka” – oddaj się swobodzie tworzenia namacalnych dowodów pracy w postaci oryginalnych artefaktów. Dla mnie (typ, który zawsze musi robić coś po coś, bo ot tak sobie, to bez sensu) – patentem na dawanie sobie przyzwolenia na takie „marnowanie” czasu pracy, było tworzenie rzeczy „potrzebnych”. Ot na przykład dywan, czy puf, albo szal w kolejnej wersji kolorystycznej, który zawsze mógł stać się prezentem pełnym włożonego weń serca i czasu. Jakoś łatwiej było mi wytłumaczyć tej racjonalnej mnie samej, że to jest potrzebna część pracy…ODPOCZYNEK to też praca. Jeżeli na dodatek odpoczynek może być twórczy i owocować w rękodzielnicze cuda – czemu nie!

Tak – to jest mój patent. Im więcej osób „marnuje czas” na bycie tu i teraz, otwieranie się na drugiego człowieka i wychodzi ze wspólnego warsztatu z „odświeżoną” perspektywą, tym bardziej czuję, że moja praca ma sens.

Choć po trzygodzinnym warsztacie zostaje mi zaledwie ulotna fotka, post na Instagramie, w porywach szybka, niedbała relacja (ciągle sobie obiecuję, że będę pamiętać o dokumentacji tych momentów, ale mijają stanowczo za szybko), to wiem, że było warto. To, co zadziało się w mojej głowie i w głowach ( i dłoniach!) uczestników, jest bezcenne. Nie potrafię tego mierzyć inaczej, niż dzięki Waszym opiniom, mailom, fotkom kolejnych gotowych prac (nawet długie miesiące po warsztacie!) i tym chwilom dzikiej radości, że puściłam w świat coś, co toczy się, jak kula śniegowa. Kiedy uczestnicy warsztatów polecają warsztaty dalej, albo dołączają do naszego zespołu lub rozkręcają własne warsztatownie … czuję, że moja praca ma sens.

Ale dlaczego Ci o tym piszę?

Bo organizacja takich warsztatów to PRACA. Tak, jak Ty pracujesz i szukasz w rękodziele „oddechu”  – tak i ja muszę się ogromnie napracować, aby warsztaty (o ironio – meritum mojej pracy traktuję jak największą rozrywkę) doszły do skutku. Promocja samego wydarzenia, strona internetowa, social media, opisy warsztatów, system rezerwacji. To wszystko, co sprawia, że Tobie jest łatwiej odnaleźć warsztat – jest moją pracą. I ja – podobnie, jak Ty szukam w rękodziele od niej odpoczynku. Cóż mogę dodać – pewnie nie muszę Ci tłumaczyć, jak cieszę się, że do naszego zespołu prowadzących dołączają nowe osoby…wtedy to ja mogę być w roli „korzystającego” z dobrodziejstw warsztatowania, a nie stresować się rolą prowadzącego.

Niezależnie od tego, kiedy dopadnie Cię nagła blokada Twórcza, poczujesz, że nie masz siły, albo po prostu dopadnie Cię brak słońca i spadek nastroju – pamiętaj, że rękodzieło to bezpłatny lek, który możesz sobie zaaplikować natychmiastowo. Możesz z powodzeniem stosować go samodzielnie (Oj, jak marzę czasem o lekarzach, którzy wypisują recepty na godzinkę z szydełkiem i włóczką). Możesz też multiplikować jego działanie w grupie. Jeżeli nie znajdujesz takiej wokół siebie – zawsze możesz skorzystać z naszego grafika. Do zobaczenia podczas wspólnego ładowania baterii!

Nasz aktualny grafik warsztatów znajdziesz tutaj.

agnieszka@oplotki.pl