Grudzień jak grudzień, lekki nie jest, pracy do oporu, energii jak na lekarstwo, święta za pasem, karpia nie ma, słońca też brak – życie.

Jeśli nie pamiętasz początku tej historii zacznij tutaj.

Kolejna część jest tu.

Trzecia w tym miejscu.

Czwarta tutaj.

A ostatnia tu.

Dzielnie maszerowałam popołudniami na tramwaj (miasto w tym okresie nie nadaje się do eksploracji autem – korki, brak miejsc parkingowych, tłumy szaleńców i desperatów w sklepach, wśród których czasem można spotkać i mnie, nikt nie jest ideałem, c’mon), a ciemnymi i zimnymi wieczorami wracałam do domu, układając sobie wiedzę zdobytą podczas szkoleń. (SPOILER ALERT: kilka miesięcy później, gdy nadeszła pora wystawienia pierwszej faktury nie umiałam tego zrobić, to trochę słabe, prawda? Czy tylko ja tak sądzę?). Jedną z niewielu pewnych decyzji, które podjęłam w czasie wielogodzinnych, kilkudniowych szkoleń dotyczących księgowości, była ta o delegowaniu wszystkich czynności związanych z finansami biuru rachunkowemu. Niezrozumiałe przepisy, przebieg szkolenia też bez szału, późne godziny i nerw przedświąteczny, wszystko mnie od księgowości oddalało.

Wiadomym stał się fakt, że na pewno do stycznia nie rozstrzygnie się konkurs i szczęśliwcy firm nie otworzą, ale cały czas mieliśmy nadzieję, iż opóźnienia nie będą tak znaczne. Jak łatwo się domyślić – nadzieja ta była płonna.

Procedury, wymogi urzędu, terminy, dni robocze i różne inne zawirowania, o których nie mam pojęcia sprawiły, iż do napisania biznesplanu siadłam w bodajże lutym, potem napisałam go ponownie i jeszcze raz, sprawdziłam, poprawiłam, skonsultowałam, poprawiłam, odesłałam do ponownego sprawdzenia i poprawiłam a w zasadzie napisałam kolejny raz i już chyba w marcu złożyłam go do oceny. Wiedzieliśmy także już wtedy, iż kwiecień będzie najwcześniejszym miesiącem rozpoczęcia naszych potencjalnych działalności. W mojej koncepcji powołania na świat szkoły językowej dla dzieci i młodzieży – kwiecień był miesiącem z dupy, excuse my French. Do matur to jakby musztarda po obiedzie, gimnazjaliści i ósmoklasiści po sprawdzianach końcowych też oddychali z ulgą, a jakoś nie było szans na wielu chętnych do nauki przed wakacjami. Nie mogłam na to jednak nic poradzić, nie załamywałam rąk, bo przecież po pierwsze – trudno dzielić skórę na niedźwiedziu, po drugie – nie takich nieudogodnień spodziewać się powinien przedsiębiorca. Wymyśliłam, iż prócz szkoły językowej, powstanie także biznes on-line i nim się zajmę, zanim wystartuje szkoła.

Wystarczyło poczekać kilka tygodni na ogłoszenie wyników. Mieliśmy je poznać pod koniec marca, gdy planowałam włoski weekend z Przyjaciółkami na uczczenie dwudziestu lat od matury. Zaczęłam więc odliczać dni…

 

Serio, nie pamiętam dokładnie, czy podczas telefonu do Urzędu spuszczono mnie na drzewo, czy też udzielono mi sensownej porady.

Jeśli nie pamiętasz początku tej historii zacznij tutaj.

Kolejna część jest tu.

Trzecia w tym miejscu.

A poprzednia tutaj.

Mam niejasne wspomnienie, że nie udzielono mi tym razem wskazówek – powiedziano, że obecnie takich projektów) nie ma. I znów wzięłam sprawy w swoje ręce (tak w bólach rodzi się czasem przedsiębiorczość).

kawa

 

Wklepałam w googlowe okienko frazę „efs dofinansowania na dg Poznań” i wyskoczyło mi kilka stron, które znałam dobrze, ale i kilka nowych. Poklikałam głębiej i znalazłam kilka programów. Jeden zaczynał się w październiku, inny w styczniu. Nie chciałam czekać, choć asekuracyjnie zostawiłam swój adres mailowy, żeby zabezpieczać tyły.

Październik nadchodził szybko (co roku przychodzi błyskawicznie, a potem ciągnie się niemiłosiernie, nie rozumiem tego zjawiska), zatem przeczekałam i pierwszego dnia zgłoszeń pobiegłam do firmy. Tam przesympatyczna pani manager zapewniła mnie, iż cały projekt skończy się przed świętami. Było to wielce zaskakujące po doświadczeniu sprzed kilku miesięcy. Jak może pamiętacie – tamten trwał niemal pół roku. Najpierw wypełniłam wszystkie papiery, tym razem było ich mniej, ale i zasady rekrutacji nieco inne, choć oparte na tym samym modelu.

I tym razem proces rekrutacji wydłużano dwukrotnie, mimo tego nadal obiecywano koniec całego procesu przed Nowym Rokiem (spoiler alert: nie udało się).

Żeby nieco tylko przyspieszyć – po rozmowach z psychologiem oraz doradcą zawodowym oraz po złożeniu wstępnego planu rozwoju swojego pomysłu biznesowego – dostałam się na pokład i znów zaczęłam szkolenia. Był już grudzień…

 

ciemny hiacynt

Moja opowieść byłaby za krótka oraz za mało interesująca, miałaby za mało urwisk nad przepaścią (taka mikro kalka z angielskiego cliffhanger), za mało palpitacji serca, gdybym miała za pierwszym razem powody do radości. Nie miałam – dotacja przeszła obok. Niedaleko, niemal mnie musnęła, ale nie tyle blisko, by móc wywalczyć cokolwiek.

ciemny hiacynt

Byłam na 38 miejscu, przyznano 35 dofinansowań, był ryk, potem płacz, później szloch a następnie kilka ataków arytmii. Klasycznie. Bardzo dotkliwie przeżyłam to niepowodzenie (w mojej głowie wciąż niesie się echo: porażka, klęska, upadek!!!). Nie chcę pisać o załamaniu, wspomnę tylko, że moja rodzina bardzo się o mnie martwiła. Kilka kolejnych dni wolałabym usunąć z pamięci, choć się nie da. Łzy na wierzchu, niechęć, apatia, nieprzyjmowanie racjonalnych argumentów – słowem degrengolada. Ogólna. Odmówiłam wszelkich działań, najchętniej owinęłabym się w kokon z mięciuśkiej wełny z merynosów (żeby nie gryzła, no przecież).

Pozwolono mi na trwanie w rozpaczy przez kilka dni, może weekend. Potem zaczęto motywować do napisania odwołania. Mąż, dzieci, rodzice, koleżanki z puli szczęśliwczyń też (tu znowu zadziałała wspomniana w poprzednim odcinku Agnieszka, doskonała psycholożka, dobra, wspierająca dusza!) znajomi – wszyscy nawoływali do napisania odwołania, co po kilku dniach uczyniłam. Nic mi to nie dało, prócz wskoczenia o dwa oczka wyżej w klasyfikacji, ale ten krótki acz intensywny czas pozwolił nabrać dystansu, względnego spokoju i zaplanować działania.

Ochłonęłam, i choć wciąż jeszcze trawiłam niepowodzenie, zabrałam się za szukanie kolejnych projektów, no bo w końcu co, kurczę blade. Odczytawszy oceny mojego wcześniejszego biznesplanu, wyłuskałam powtarzające się zarzuty (dotyczyły łączenia różnych dziedzin w jednym biznesie – w moim przypadku szkoły językowej i rękodzieła). Mój projekt był oceniany przez trzy osoby. Okazało się, że to co dla mnie i moich trenerów było atutem i oznaką przedsiębiorczości, dla oceniających stało się powodem do odebrania mi największej liczby punktów. Niektóre zarzuty przeczyły sobie wzajemnie („za duża przestrzeń”, „za mała przestrzeń”, „przestrzeń dobrze dobrana”), niektóre były trochę jednak od czapy („jeśli uczestnik dysponuje samochodem o wartości 35000pln, to niezasadne jest przyznawanie dotacji”), wszystkie bolały dotkliwie, ale każdy był jakąś nauką.

 

Postanowiłam działać dalej, nie miałam wiele do stracenia. Nadal żałowałam bardzo i z zainteresowaniem obserwowałam rozwój biznesów dziewczyn, które dotację uzyskały. Też tak chciałam. Zadzwoniłam zatem do wspomnianego już w poprzednich odcinkach Poznańskiego Centrum Wspierania Przedsiębiorczości z pytaniem o kolejne projekty z EFS. Tym razem odesłano mnie z kwitkiem, ale bogatsza w cierpliwość, postanowiłam zadzwonić do źródła, czyli Urzędu Marszałkowskiego i dostałam kilka wskazówek. Ponownie rozpoczęłam poszukiwania.

rękodzieło dla wnętrz

Oczywiście, że zadzwoniłam, są jednak granice lenistwa.

Okazało się, że pierwszy numer telefonu na liście kierował do programu

, który zaczynał się lada moment, za dwa czy trzy tygodnie, odbywał się w Poznaniu (czyli na miejscu), przewidywał udział kobiet po 30 roku życia, wszystko zaczynało się układać.

Kiedy nabór miał ruszać, pobrałam dokumenty, wypełniłam je, opisałam dość zwięźle pomysł na mój biznes. Pierwszego dnia rekrutacji pobiegłam do biura projektu niczym rącza łania, pełna obaw, że o 11 to już na pewno pozamiatane i miejsc nie ma. Okazało się tymczasem, że wprawdzie zainteresowanie jest spore, ale miejsc zostało jeszcze kilka… naście… dziesiąt.

To cut the long story short – rekrutację wydłużano dwukrotnie. Po dwóch miesiącach proces ruszył. Zaproszono mnie na spotkanie z doradcą zawodowym i psychologiem, po kilku dniach ogłoszono listę przyjętych do programu kobiet, na której się znalazłam! I to nawet na dość wysokim miejscu. Pełna optymizmu odpowiadałam na maile z biura, szykowałam się na kurs przedsiębiorczości, cieszyłam się niezmiernie, gdyż z 50 osób przyjętych 35 miało otrzymać dotację, wiara w moje siły była przeogromna.

Zapisałam się do grupy, która zajęcia rozpoczynała na samym początku, synek miał chodzić jeszcze do przedszkola (cała akcja działa się równo rok temu), kupiłam sobie nowy zeszyt, zaostrzyłam ołówki, nabiłam pióro i wtedy bratanek męża przytargał nam do domu bostonkę aliboż coś w jej stylu i trzeba było kombinować.

Jako kobieta przedsiębiorcza u progu budowania własnego imperium biznesowego zakasałam rękawy, podrapałam się po czole i po długim rozważaniu orzekłam, że mąż idzie na opiekę. I wiecie co? Nie mógł. Z racji przebywania przeze mnie na urlopie wychowawczym, małżonkowi lub partnerowi nie przysługuje opieka nad dzieckiem, niezły ubaw, nie? Szczęśliwie miał jeszcze dwa dni opieki nad dzieckiem zdrowym i wykorzystał je do opieki nad dzieckiem chorym. Tak system obeszliśmy (wychodzi na to, że człowiek na wychowawczym sam nie może zachorować, wyjechać albo dorobić, no trudno).

Kurs trwał osiem upalnych dni, w tym sobotę, niektóre zajęcia były pasjonujące, inne piekielnie trudne (rachunkowość, finanse, aktywa i pasywa, prawo księgowe i kruczki w podatkach. Mniaaaam!), poznałam siedem świetnych dziewczyn, nauczyłam się obsługiwać PEKĘ (kartę miejskiej komunikacji), pobiegałam po mieście, co mi się rzadko zdarza, nauczyłam się wieeelu rzeczy i siadłam do pisania zasadniczego biznesplanu. I tu zaczęły się schody. Strome i wysokie, gdyż formularz biznesplanu był serio mocno skomplikowany nawet dla osoby niegłupiej, za jaką siebie mam.

Pisanie go, liczenie, zmiany, kolejne liczenie, szacowanie, kolejne zmiany, znów przeliczanie, konsultacje, poprawki, przeliczanie, a jakże, pochwały, poprawki, przeliczanie, życzenia powodzenia, cały ten proces trwał około miesiąca, w sierpniu złożyłam gotowe dzieło pełna obaw ale i nadziei i rozpoczęło się czekanie. Wraz z Dziewczynami z grupy nerwowo zagryzałyśmy palce, nakręcałyśmy się wzajemnie i gdyby nie nasza oaza spokoju – Agnieszka – pewnie wpadłybyśmy w nerwicę (a wtedy prosto do Agi na kozetkę!)

Z początkiem września przyszły wyniki.

Połowa z nas dostała dofinansowanie, druga połowa nie.

Czy miałam powody do radości? Czekajcie na kolejny odcinek mojej firmowej sagi.

 

Zaczęło się od informacji usłyszanej od koleżanki. Że jest taka możliwość. Że są programy na rozpoczęcie działalności. A informacja ta zbiegła się z procesem decyzyjnym, przebiegającym u mnie podówczas, dotyczącym podjęcia kroków zawodowych. Byłam (i do dziś jestem) na urlopie wychowawczym, do pracy na etacie nie chciałam wracać. Mając małe dziecko u progu przedszkola nie chciałam pracować w szkole, w której przenigdy nie pracowałam na pół gwizdka, zawsze angażowałam się mocniej, nie umiem inaczej.

Zatem zbiegły się dwie informacje w dobrym czasie. Ale żebyście nie pomyśleli, że to już spowodowało, że pobiegłam do wujka google’a. Nie. Jestem leniwą bułą, tak łatwo się nie daje ruszyć. Zaistniała trzecia okoliczność. Jedna z moich Przyjaciółek kończyła studia i żeby uzyskać dyplom coacha, szukała chętnych do sesji. Pobiegłam. (żartuję, jak wspomniałam wcześniej – jestem kanapowym ziemniakiem, nie biegam). Ale – nie zaprzeczę – chętnie skorzystałam z możliwości przeczołgania siebie. Po pytaniach, któremi niczym snajper strzelała Justyna, podjęłam trud i rozrysowałam sobie meandry błądzącej i ruszyłam pytać.

Najpierw trafiłam do Urzędu Pracy. W tejże cudnej instytucji niemalże odbiłam się od drzwi (trafiłam tam koło 14, a to już kres możliwości pań zza biurka, słowem: z(a)mykały!!!), ale słowo „niemalże” dało mi szansę na otrzymanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nie mogłam otrzymać dofinansowania z UP (wysokość takiej dotacji to OKOŁO 18 tysięcy złotych i o więcej nie pytajcie, bo nie wiem), gdyż nie byłam zarejestrowaną bezrobotną i stanowczym tonem poinformowano mnie, jakże nagannym jest proces rejestracji wyłącznie w celu otrzymania dotacji. Zawsze byłam wzorową uczennicą i na takie zachowanie w życiu bym sobie nie pozwoliła. Dowiedziałam się również, iż warto udać się do miejsca, w którym wspiera się początkujących przedsiębiorców (jak gdyby UP takim miejscem nie był, choćby z założenia…) i tam poszłam w kolejnym tygodniu.

W moim mieście było to http://www.powp.poznan.pl/kat/id/153 i tam przyjęto mnie bardzo sympatycznie.

Przede wszystkim, zasiano nadzieję na to, że się uda.

Po wtóre, czułam się tam jak partner rozmowy, a nie roszczeniowy petent.

Tam też dostałam magiczną listę. Listę z adresami firm, w których trwał nabór do projektów unijnych, w których mogłam uczestniczyć. Skierowane były one do osób po trzydziestym roku życia oraz BIERNYCH zawodowo (urlop wychowawczy to jeden z przykładów bierności). Wystarczyło zadzwonić…

Czy podniosłam słuchawkę? (kto w dzisiejszych czasach podnosi słuchawki, błagam…)

Odpowiedź w następnym odcinku.

 

stopy

Na początku, choć z pewnością bez pomocy hipnozy tego nie pamiętamy, kochamy Ją bezwarunkowo. To cudny czas bezgranicznego zaufania, spoglądania w oczy, obierania wyłącznie wspólnej perspektywy…

 

stopy

 

 

a kuku

Z upływem lat uczucie może nie słabnie, ale staje się bardziej szorstkie. Racja nie jest już tak oczywista, przewaga wieku i doświadczenia przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, budzenie samodzielności bywa bolesne. Dla relacji z obu stron.

Później jest lekko łatwiej, bo drogi się rozchodzą – nieobecność i własne sprawy zagęszczają tęsknotę i świadomość, że to kwestia chwili, kiedy to małe, smarkate dziecko opuści gniazdo, które z mozołem dla niego wiłaś. Czasem wyfrunięcie wiąże się z trzaśnięciem drzwiami, niestety. Nawet jeśli są one obrotowe…

Mam w swoim życiu i sercu doświadczenia z obu perspektyw. Tego nieopierzonego, skrzeczącego pisklaka, który wie przecież wszystko najlepiej, ale i tej doświadczonej kwoki, która wie przecież wszystko najlepiej. Obie perspektywy z tak głęboko nieprawdziwym przekonaniem…

stopy

Film o najtrudniejszym zawodzie na świecie obiegł sieć i zmoczył oczu wielu milionów ludzi kilka lat temu (jeśli przez przypadek jeszcze go nie widzieliście, jest tu: po angielsku i z polskimi napisami, znów się spłakałam, nic nie poradzę) i chyba wszyscy mamy świadomość, jak trudno jest być rodzicem, jednocześnie jak bardzo ubogacające jest to doświadczenie.

Chcę być dla swoich dzieci mamą inspirującą. Kimś, kto wskazuje możliwe ścieżki, ale nie ciągnie po nich za rękę. Chcę im pokazać, jak piękne jest życie i jak ważne jest w nim dostrzeganie małych szczęść. Chcę, by były odważne, odpowiedzialne, szczęśliwe i bogate w najpiękniejsze chwile. Chciałabym, żeby im się chciało!

Cieszę się jak dziecko, że czasem chcą się czegoś ode mnie nauczyć, że plotą ze mną makramę, czasem chwytają szydełko, widzą, że pasja w życiu to ważna sprawa.

Uch, jak Ich czasem wkurzam.

Uch, jak mnie czasem wkurzają.

Uch, jak Ją czasem wkurzałam.

Takie zapętlenia…

Taka żonglerka…

fot: pozytywnaperspektywa.pl

żonglerka

pled

Nie będę ukrywać oczywistego faktu – za kilka miesięcy przekraczam magiczną granicę wieku.

Nie planuję z tej okazji kupić samochodu, do którego trzeba się będzie wczołgiwać, a który wysokością nie dogoni najmłodszego syna. Nie chcę też nauczyć się jeździć na motocyklu. Nie zamierzam się wydziarać, skoczyć ze spadochronem czy też sprawić sobie młodszego o dekadę lub dwie partnera (gdzież znalazłabym egzemplarz choćby dorównujący mojemu Mężowi, który od dwudziestu lat dotrzymuje mi kroku??). No ale przecież lamusem być nie warto, coś w życiu trzeba zrobić,

zakładam więc firmę.

pled

 

Praca w szkole, dająca wprawdzie satysfakcję na kilku polach, nie zaspokajała jednak jednego z ważniejszych celów, dla których wykonuje się pracę – zarabiałam zdecydowanie mało, a po piętnastu latach uczenia, z dwoma tytułami magistra i kilkunastoma kursami ukończonymi w ciągu tych lat, chciałam uzyskiwać nieco większe dochody. Takie tam marzenia, wiecie.

Sprawdziłam, że zapotrzebowanie na rynku ciągle jest spore. Znam swoje umiejętności i możliwości, wiem, że warto spróbować. Nie mam wiele do stracenia, ciągle przebywam na urlopie wychowawczym, korzystam trochę z tej bezpiecznej bańki, do tego wygrałam dotację unijną, także jestem otoczona buforami z każdej strony (takie trochę gumowe ściany!). Muszę wykorzystać tę okazję. W mojej firmie zajmę się nie tylko rękodziełem, choć i taki mam plan. Z wykształcenia jestem filologiem angielskim i to nauka języka będzie mnie utrzymywać.

W kolejnych odcinkach co miesiąc będę opowiadała, jeśli tylko jesteście zainteresowani, którędy biegła moja droga do sukcesu. Dokąd pójść, gdzie szukać, jak trafić.

I co zrobić, gdy któreś zakręty są zbyt ostre. Bo bez cierni się nie obyło…

zdjęcia: niezastąpiona pozytywnaperspektywa.pl

Wszystko zaczynało się już w czwartek. Zazwyczaj było trochę nerwów, popędzania, budzenia zawsze o te pół godziny za wcześnie. Szkoła już nie angażowała uczniów, Babcia od świtu krzątała się po kuchni i przygotowywała front prac. Trzeba było wstać.

szydełkowy kosz
kosz

Po szybkim śniadaniu rozdysponowywano prace – z początku miałam wyłącznie sprzątać swój wiecznie zabałaganiony fragment pokoju dzielonego z bratem. Z każdym rokiem jednak obowiązków przybywało. Dochodziło pieczenie mięs i ciast, chleba, przygotowywanie sosów, zakupy, gotowanie zup, krojenie sałatki – jasne, że nie wszystko naraz! Nie będę koloryzować – nie zawsze tryskałam radością i nie każdego ranka rzygałam tęczą na widok niekończącej się listy zadań. Do dziś nie lubię myć okien pod przymusem świąt, a idea wiosennych porządków nie przemawia do mnie w ogóle.

ile sznurka na kosz
sznurowy kosz

I owszem, w dzisiejszych czasach dbam o dobrą atmosferę przede wszystkim i staram się panować nad odruchowymi odzywkami „zostaw, to na święta!”, żeby za kilka dni powtarzać „jedzcie, proszę, przecież nie wyrzucę”. Nie zmienia to jednak faktu, że jest jakaś magia w tej świątecznej atmosferze a jej aura i światło odróżniają ją od codzienności.

Dziś dbam o wygląd stołu, dopieszczam drobiazgi, dobieram serwetki. Szydełkiem wykonuje koszyki, pojemniki na jajka. Makramowym splotem tworzę podkładki. Po obrus na stół świąteczny wybrałam się aż do Włoch! (oczywiście żartuję, ale podczas niesamowitego weekendu z przyjaciółkami spędzonego niedawno w Padwie faktycznie kupiłam przecudnej urody obrus w monsterowy rzucik). Na ścianach wiszą słoneczne grafiki, cały dom pachnie rzerzuchą i hiacyntami (mieszanka wyb…itnie wiosenna).

Z pieca wychodzą mazurki i moja przeukochana babka, na którą przepis znalazłam na fantastycznym blogu http://dziekujeniegotuje.pl

Babka daktylowa:

składniki:

  • 175 g miękkiego masła
  • 200 g mąki (u na orkiszowa, pół na pół biała i razowa)
  • ½ łyżeczki sody
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 50 g cukru trzcinowego
  • 2 duże jajka, wybełtane
  • 3 łyżki płynnego miodu
  • 2 przejrzałe banany
  • 50 g suszonych daktyli bez pestek
  • 50 g suszonych moreli
  • 50 g słupków migdałowych lub posiekanych migdałów
  • polewa:
  • 2 łyżki płynnego miodu
  • 10 – 15 g masła
  • nieco soku z cytryny
  • posiekane daktyle, morele i migdały do ozdoby

wykonanie:

Mąkę, masło, cynamon i cukier, który można w ogóle pominąć lub zmniejszyć jego ilość, jaja i miód ubij mikserem. Dodaj rozgniecione banany i posiekane daktyle i morele oraz migdały. Ciasto wlej do blachy babkowej.

Piecz około 45 minut w 180 stopniach, po wyciągnięciu z piekarnika polej polewą, której składniki wcześniej rozpuść w garnku w grubym dnem.

Babka jest cudownie wilgotna, pyszna i smakuje lepiej z każdym dniem (w przeciwieństwie do tradycyjnej baby drożdżowej).

Plan mam taki, żeby być. Z dziećmi przy grach planszowych, na rowerach, spacerach, rozmowach. Z mężem przy kawie, dobrej książce, serialu późnym wieczorem. Żeby celebrować każdą minutę. Beż złości, pośpiechu i pierdolca porządkowego.

handmade basket
handmade basket

A już jutro wstanę, obudzę dzieci trochę wcześniej niż by chciały i upieczemy te mazurki razem. Bo tak lubimy.