ILE KOSZTOWAŁ 2019?

Jak wiesz, wyznaję zasadę dzielenia się, aby pomnożyć. W myśl tej zasady namiętnie dzielę się wiedzą z zespołem koleżanek współtworzących stowarzyszenie OPLOTKI. TAK! Członkinie stowarzyszenia mają dostęp do mojej wiedzy za free – nie muszą płacić za indywidualne konsultacje lub programy online jak regularne klientki.

Działałam tak od początku. Po pewnym czasie jednak przyszło mi zapłacić rachunek za… naiwność. Liczyłam, że każda z nas będzie tak samo zapalona do idei inspirowania rękodzielniczej przedsiębiorczości kobiecej jak ja, a wiedza, energia i nowe projekty będą pączkować w nieskończoność.

– No, jak to! Przecież tyle z siebie (dla Was) daję! – myślałam. Wręcz wymagałam, aby każda z nas poświęcała na pracę nad ekosystemem wzrostu rękodzielników OPLOTKI minimum tyle czasu dziennie, co ja. Szybko uzmysłowiłam sobie, że to równia pochyła – albo do katastrofy naszej idei, albo co najmniej do utraty grona niezastąpionych przyjaciółek.

Dlatego bez zbędnego gadania rozdzieliłam „miękką” ideę od „twardego” biznesu

Już nie próbuję obarczać odpowiedzialnością za OPLOTKowy biznes nikogo innego poza sobą. Dorosłam i zaczęłam po prostu zatrudniać. Piszę o tym procesie więcej w dalszej części tekstu – tutaj jednak chciałam napomknąć o tym, jak mocno nauczyłam się komunikować potrzeby i wymagać tego samego od koleżanek ze stowarzyszeniowego zespołu. Postawiłam na „małe bóle” kosztem „wielkich domysłów”. Mam świadomość, że często ranię uczucia, sama też nieraz czuję się urażona, ale mam wrażenie, że te małe blizny budują nasze wzajemne zaufanie i rzucają snop światła w miejsca rozmytych granic. Kiedy szczytny projekt społeczny idzie jak po grudzie, bo nie ma środków na jego realizację, to nie ma również chęci dawania bezpłatnej pracy ze strony zespołu. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Lepiej wspólnie poszukać takiego modelu, w którym, jeżeli nie finanse, to inne „formy zapłaty” zmobilizują do kontynuacji działań i realizowania zamierzonych celów. Może zabrzmi to gruboskórnie, ale mam wrażenie, że zaczynam rozumieć, dlaczego tak szybko wypalają się wolontariusze, zwłaszcza pracujący przy pomocy metody arteterapii.

Koszty prowadzenia pełnej księgowości stowarzyszenia, abonament platformy sklepu, stałe koszty utrzymania narzędzi do komunikacji online, jak np. ZOOM (członkinie naszego stowarzyszenia rozsiane są po całej Polsce, a nawet Europie), system do wysyłki newsletterów do rosnącego grona fanów rękodzieła (jeżeli nie lubisz naszych wiadomości – śmiało, wypisz się z naszych list, zrobisz nam finansową przysługę :). Ale śmiało możesz się też zapisać :D) to tylko niektóre ze stałych, comiesięcznych opłat. Do tego dochodzą faktury za okazyjne usługi radców prawnych, doradców lub osób zajmujących się szkoleniami choćby z zakresu komunikacji w zespole, sprawnego teambuildingu czy storytellingu lub marketingu. Oburzonym aplikującym do stowarzyszenia, którzy tzw. „składkę członkowską” uznali za osobisty atak na ideę stowarzyszenia, nawet nie poświęcam już energii na tłumaczenie…

Jak wspomniałam: uczę się szanowania czasu, również swojego, bo tylko on do nas nie wraca.

Przede wszystkim czas

Długie godziny bardziej lub mniej konstruktywnych poszukiwań rozwiązań problemów, nowatorskich ofert, innowacyjnych projektów. Długie godziny wydzierane przez każdą z nas z deficytów rodzinnych przytulasów, płatnych zleceń lub bezcennych minut z książką czy też z robótką. To ten (bezcenny) czas okazuje się największym kosztem OPLOTEK. Inkubujemy coś niezwykłego. Czuję, że małe i duże przełomy pchają nas do przodu, ale wszystkie płacimy za nie wysoką cenę.

Sama kupiłam trochę czasu. Dosłownie! Od czasu, kiedy zaczęłam delegować zadania niezastąpionemu wirtualnemu office managerowi (jak mogłam tak długo funkcjonować bez wsparcia Karoliny z Pretty Well Done?!?!) oraz Natalii, zajmującej się projektami graficznymi dla OPLOTEK (polecam współpracę z nią z całego serca), nagle zyskałam oddech na nagrywanie odcinków podcastu z ciekawymi gośćmi (cały proces, który prowadzi do nagrania, to czasowa studnia bez dna) oraz tworzenie nowych (lub ulepszanie istniejących) programów wzrostu biznesowego dla rękodzielników. Zyskałam nawet namacalne godziny, które mogę przeznaczyć na pracę 1:1 z osobami, które potrzebują moich umiejętności, aby tworzyć swoje modele biznesowe i wdrażać je w życie krok po kroku.

Nauczyłam się cenić czas!

Wcześniej przeliczałam pieniądze, teraz liczę czas. Każdy program ułatwiający funkcjonowanie procesów w OPLOTKowym biznesie jest wart inwestycji. Bramki płatności, które oszczędzają czas potrzebny na przyjęcie opłaty za kurs, programy do fakturowania, które automatyzują proces wystawiania rachunku, małe aplikacje, które usprawniają komunikację między OPLOTKami a fanami, uczestniczkami warsztatów, członkami społeczności na różnych platformach: od Facebooka i Instagrama poprzez Pinteresta, YouTube’a aż po podcasty. Paradoksalnie każda z takich inwestycji pozwala zarabiać. Moja praca jest coraz bardziej wydajna. Świadczę usługi na coraz wyższym poziomie, bo w końcu mam wystarczająco dużo czasu na rozwijanie swoich najmocniejszych kompetencji, które bezpośrednio przekładają się na sukcesy moich klientek.

Piszę o tym, aby zachęcić Cię do wyjścia z wpajanego nam od podstawówki modelu „jestem słaba z matmy = idę na korki z matmy”. Zachęcam Cię do modelu „jestem słaba z matmy = olewam matmę (o, przepraszam = deleguję), ale maniakalnie doszkalam się z polskiego, bo czuję, że te moje wypracowania dobrze mi wychodzą i lubię je pisać”. Po ludzku: rób to, w czym czujesz się mocna, dobra, spełniona, bo świat tego potrzebuje. Szkoda czasu na „szarpanie się” z tym, co nie leży w Twoich kompetencjach. Gwarantuję Ci, wokół siebie znajdziesz osoby, które lubią robić to, co Tobie spędza sen z powiek!

Przy okazji odkryłam jeszcze jeden wymiar czasu

Narzuciłam sobie dosyć intensywny rytm pracy. Jakoś pominęłam w swoim planowaniu projektów na 2019 rok fakt, że planujemy powiększenie rodziny. Szczęśliwie nie czekaliśmy długo od momentu podjęcia tej decyzji. Wczesna wiosna przyniosła radosną nowinę, co w duuuużym stopniu zweryfikowało sposób mojej pracy. Paradoksalnie pomogło w delegowaniu zadań, ale również uzmysłowiło, jak trudno jest przedsiębiorczym kobietom, które kochają swoją pracę… zwolnić.

Tak wiele pracy i to poczucie, że świat (czyt. nasz mozolnie budowany biznes) się zawali, kiedy znikniemy na ten mały moment zwany ciążą, połogiem, urlopem (Ha, ha!!! Kto go tak nazwał?) macierzyńskim, wychowawczym…

Też doświadczyłam tego FOMO (i ciągle doświadczam), choć także świadomie zwolniłam. I wiesz co? Świat się nie zawalił bez kolejnego FB live’a w moim wydaniu (szczęśliwie są w zespole niezastąpione koleżanki, które np. dziergają online! ).

Plany, które były zapisane w kajeciku (ciągle jednak preferuję rękodzielniczy oldschool notowania ręcznie na pachnącym papierze), jakoś nie uciekły, pomimo tego, że są realizowane w wolniejszym tempie. A ja dbam o siebie, choć już nie tylko dlatego, że „muszę”, ale dlatego, że zaskakująco szybko odkryłam, że mniej pracy znaczy więcej. Więcej jakości, więcej refleksji, więcej świadomości „po co” i „dlaczego”.

Doceniłam też czas mojego męża. Oczekując od siebie nie wiadomo jakiej wydajności w godzeniu domu i pracy, wymagałam tego samego od niego. Kiedy odpuściłam kilka obowiązków (o tym piszę nieco dalej), przestałam stawiać poprzeczkę tak nieznośnie wysoko również i jemu.

W końcu doceniłam jego pracę – doradztwo wideo, ciągłe podrzucanie nowinek technicznych, które kreatywnie wykorzystuję w ulepszaniu OPLOTKowej jakości pracy, niespożytkowaną energię sportową (kiedy ostatnia rzecz, która przychodzi mi do głowy, to rodzinny spacer albo basen) i wiele malutkich rzeczy, za które w ciągłym biegu nie było (czy tylko tak siebie tłumaczę) czasu podziękować.

Przestałam naciskać, choć naszym ambitnym planem na 2019 było wspólne rozhulanie OPLOTKowego kanału na YouTube’ie (ja – mózg operacji, on – mistrz jakości wideo i montażu). Kłótni o kolejne niezrealizowane pomysły było co nie miara… Odpuściłam. Pogodziłam się z faktem, że woli mieć swój świat, swoją karierę i niekoniecznie musi wspierać OPLOTKI tylko dlatego, że przypadła mu w udziale rola mojego osobistego partnera. Uczę się cenić jego dystans, chłodną kalkulację i bezlitosną krytykę, szczególnie kiedy zapalam się do nowego projektu i płonę tym moim wielkim słomianym zapałem, pełna nieumiejętności mówienia „NIE” lub „odkładania na potem” kolejnych wizji ulepszania świata.

No bo nie można wydziergać jednej poduszki! Nie!!! Ja muszę od razu całe stado! I maskotkę „on top of it!”

W 2019 nauczyłam się upraszczać

Mniej programów, mniej warsztatów, mniej widoczności online, za to więcej pracy 1-1 z klientami i więcej spotkań z EKIPĄ OPLOTKI. Tak w kilku słowach można by streścić wnioski, które płynęły z żonglowania pomiędzy kilkunastoma grupami uczestników płatnych kursów, konsultacjami 1-1 online w nieregularnych godzinach (często wieczornych, po których padałam – dosłownie – bo byłam w pierwszych miesiącach ciąży, o której wtedy jeszcze nie widziałam) i odpowiadaniu na każdą „zaczepkę” ze strony sfrustrowanych zazdrośników. Tę lekcję odrobiłam już w okolicach kwietnia/maja, kiedy potwierdzona ciąża „uskrzydliła” mnie do zadbania o swój dobrostan.

Skołatane nerwy leczyłam nie tylko szydełkowaniem, ale i ogrodnictwem w wersji „urban jungle”. Nie pytaj, ile kwiatków przybyło w naszym domu. Ja już nie liczę. W każdym razie wizyty w poznańskiej Palmiarni wydają się jakoś dziwnie coraz bardziej „swojskie” :).

Kosztem ilości, postawiłam na jakość. Mocno podniosłam ceny moich indywidualnych konsultacji oraz uprościłam programy i kursy online, łącząc kilka mniejszych w jedną spójną całość. Paradoksalnie taka zmiana zaowocowała falą świadomych klientek. W końcu pracowałam z osobami zdeterminowanymi do podejmowania świadomych inwestycji w swój rozwój. Dzięki temu, że moje programy trwają dłużej i są intensywniejsze, przynoszą znacznie bardziej namacalne efekty dla ich uczestniczek, napędzając tym samym moje poczucie, że takie decyzje były nie tylko słuszne, ale i bardzo potrzebne.

No i zyskałam czas na rzeczy naprawdę ważne 😉

Uprościłam też przekaz

Nauczyłam się bez ogródek mówić dla kogo są moje usługi i produkty, ale jeszcze bardziej dopracowałam jasny komunikat dla kogo NIE SĄ!

Coraz bardziej świadomie odstraszam naiwne dusze, które wierzą, że stabilną działalność zarobkową w oparciu o rękodzieło można zbudować w tydzień, miesiąc czy kwartał. Świadomie burzę marzenia o „robieniu spektakularnego biznesu online” w „wolnych chwilach po pracy”. Coraz bardziej otwarcie mówię o swoich wyborach i kompromisach, bo po ludzku wkurzam się, kiedy widzę tę dwulicowość „onlajnów” – pięknych na pokaz i gnijących od środka.

Powiedzmy to sobie szczerze: biznes online to praca jak każda inna. Owszem, daje świetne możliwości skalowania (choć możesz wybrać kameralne programy, jak to jest u mnie) oraz nieograniczone wręcz możliwości finansowe, ale to wciąż PRACA. Ciągła nauka i potrzeba rozwoju, które idą w parze z rzetelnymi godzinami pracy, to nieodzowny element sukcesu.

Zbyt długo próbowałam wbić się w nierealne ideały, by serwować tę katorgę swoim klientkom. Z góry informuję o blaskach i cieniach działalności zarobkowej w oparciu o rękodzieło oraz o tym, że warto najpierw zapytać siebie, czego tak naprawdę we własnym biznesie szukam. Nie warto odkrywać tego dopiero po kilku latach pracy i frustracji.

Rękodzieło zawsze przychodziło na ratunek, kiedy potrzebny był reset, przemyślenie trudnej decyzji, czy po prostu odpoczynek psychiczny od tempa pracy.

Nauczyłam się też (to akurat była bolesna lekcja) nie zakładać z góry, że każda osoba, z którą dzielę się pomysłami i zapraszam do współpracy, ma dobre intencje. Chłodnej kalkulacji, spisywania umów, dbania o jasne wyznaczanie zasad współpracy nauczyłam się, niestety, poprzez kilka bolesnych lekcji, nieudanych projektów, rozczarowujących współpracy i poczucia bycia wykorzystanym. Ale bez użalania – to akurat wliczone w uroki bycia przedsiębiorcą 🙂 .

Zaufałam na dobre intuicji

Każdy nieudany projekt rozkładałam na czynniki pierwsze w myśl zasady: „Nie ma porażek, są lekcje”. Jednak najczęściej dochodziłam do jednego wniosku: TRZEBA BYŁO ZAUFAĆ IRRACJONALNYM PRZECZUCIOM. Kobieca intuicja, szósty zmysł, łamanie w kościach… Zwij, jak zechcesz, ale jeżeli mogę Ci udzielić rady na 2020 – takiej, której sama zbyt długo nie słuchałam – to ZAUFAJ SOBIE. Za każdym razem, kiedy coś poszło nie tak, miałam poczucie, że jakiś wewnętrzny głos mnie przed tym ostrzegał, a ja po prostu go nie posłuchałam.

Teraz uczę się w ten głos wsłuchiwać, zamiast go ignorować. Otaczam się ludźmi, z którymi o tych irracjonalnych przeczuciach i obawach mogę otwarcie porozmawiać. Nie oczekuję nawet ich rady. Sama możliwość nazwania, sprecyzowania, zwerbalizowania takich obaw najczęściej wystarcza do podjęcia decyzji.

Wygrałam moją małą wojnę o czas w domu

Pewnie pominęłabym ten wywód, uznając, że to moja prywatna sprawa, ale zainspirowana ostatnim SIGRUN LIVE postanowiłam się podzielić tą myślą.

Bo kiedy mężczyzna opowiada o tym, jak efektywnie wykorzystuje czas, aby rozwijać swój biznes, to jakoś zakładamy, że jeżeli jest ojcem, to jego partnerka ogarnia dom, a on w całości „upoważniony” oddaje się rozwijaniu biznesu. Wiem! Krzywdzący stereotyp, ale jeszcze ciągle bardzo popularny.

Natomiast ja sama dałam złapać się w pułapkę „wypada”, „trzeba” i „muszę”. Pozwoliłam się wbić w kaganiec powinności, który sprawiał, że doba kurczyła się w zastraszającym tempie, a biznes jakoś nie chciał rosnąć tak, jak powinien.

Mam dzieci. I męża. I biznes

I z czystym sumieniem na pytanie: „Jak ty to godzisz?”, odpowiadam moim: „Zatrudniam pomoc!”. DE-LE-GU-JĘ!

I, o ile nie zaskoczę Cię stwierdzeniem, że dzięki WOM (Karolina! Nie wiem, jak ja mogłam funkcjonować bez Twojej pomocy) i Niezastąpionej Projektantce Grafik (Dziękuję, Natalia! Czytasz mi w myślach i cierpliwie znosisz moje partolenie przepięknych wzorów, które produkujesz) oraz dzięki całej EKIPIE OPLOTKI (koniecznie sprawdźcie o kim mówię, bo nie sposób wyliczyć zasług dziewczyn dla budowania OPLOTKI), którą z resztą dobrze już znasz z naszych warsztatów stacjonarnych i online, jakoś daję radę ogarniać OPLOTKI, to zaskoczę Cię może faktem, że..

Najważniejsza pomoc, która umożliwia mi tak dynamiczny rozwój biznesu jest w domu!

Długo próbowałam udowadniać sobie i światu, że potrafię być super mamą, perfekcyjną panią domu i businesswoman gotową na okładkę Forbesa! I TO JEDNOCZEŚNIE!

Bajzel w tle? Nie zrobione „pazury”… Nie, to tylko wspomnienie po czasach, kiedy chciałam wszystkiego na raz i to SAMA! Teraz w nauce szydełkowania pomagają mi koleżanki z zespołu, a w wysyłce bezpłatnych schematów szydełkowych – programy do automatyzacji wysyłki maili (ps. Tutaj zapiszesz się po takie bezpłatne schematy szydełkowe).

I jakoś plany przeciekały przez palce.

Dopiero, kiedy zaczęłam z uporem maniaka zmieniać utarte szlaki funkcjonowania naszego domu, znalazłam miejsce na rozwój biznesowy

Zaczęłam dzielić się obowiązkami z mężem. I nie pytaj, jak długo uczyłam się zdzierżać ubieranie dzieci „nie po mojemu”, „nie pod kolor”, „jak nie moje” lub podłogę umytą nie tak, jak trzeba, albo okna z odbitymi paluchami całej rodzinki, uniemożliwiające przezierność. Jak trudno było nauczyć się puszczać mimo uszu kąśliwe uwagi moich i Jacka rodziców na temat tego, jak to się powinnam nauczyć tego i tamtego w domu, jaka to ze mnie była kiedyś „porządna” gospodyni… Ech…

Polubiłam nawet spaghetti w ciągach trzydniowych – w kombinacjach z długim makaronem, ryżem i świderkami. Mąż – zapalony maratończyk/triatlonista – lepiej znosi te kalorie. Ale przynajmniej dzieci pałają do niego miłością bezwarunkową za to wybawienie od warzywno-bezcukrowej-zdrowo-tortury wyrodnej matki z poprzeczką powyżej zdrowej swojskiej normalności pomidorówki i żurku.

Podzieliłam się odpowiedzialnością

Zaakceptowałam, że nie muszę być na każdym spacerze, basenie, wycieczce do parku czy wypadzie na plac zabaw. Zaakceptowałam nie-wegańskie, nie-bezglutenowe, nie-BIO-SRO-ORGANIC, tylko po to, aby znaleźć balans między pracą, domem i sobą.

Nie, nie jestem „za dobra, żeby sprzątać”, „za leniwa, żeby pucować podłogę” lub „za obrzydliwa, żeby myć toaletę” (ah, te oceniające metki, które same sobie naklejamy). Nie szkoda mi czasu na gotowanie (zwłaszcza wspólne) czy długie godziny dyskusji nad pizzą (ot, taka rozpusta czasami) lub drożdżówką (sam gluten, cukier i tłuszcz! O, biada!). Po prostu wiem, że mam poczucie najlepiej spożytkowanego czasu, dzieląc go pomiędzy rękodzielników, przyjaciół i rodzinę oraz osoby, przy których czuję, że wzrastam jako człowiek. Wszystko inne wolę odpuszczać.

A Ty?! Ile godzin tygodniowo pracujesz ZA DARMO?

Czuję, że dzięki takiemu patrzeniu na sprawy daję pracę koleżance, która akurat w tym momencie jej potrzebuje. Dziwne, że ode mnie oczekiwano (społeczeństwo, rodzice, teściowie, mąż, a może ja sama?), że będę wykonywać te wszystkie obowiązki domowe – pracę! – bezpłatnie, ale kiedy inna kobieta zostaje za to wynagradzana (jak za jakąkolwiek inna pracę) nagle staje się to tematem gorącej dyskusji. Ale jak to? Mamy płacić obcej kobiecie xxx (tu wstaw dowolną liczbę) stówy za to, że robi coś, co my możemy za darmo?!

Za drogo?!, Co tak tanio?! Za godzinę? Za konkretną pracę? Jak wycenić mycie okien…a prasowanie?! I tak dalej)

Oczywiście, że możemy – równouprawnienie wkracza „pod strzechy” – ale czy je stosujemy w praktyce i pochylamy się nad tą toną zadań wspólnie? A może Ty wydajesz rozkazy, mąż/dzieci karnie wykonują, ale ciężar odpowiedzialności i logistyki ciągle „wisi” na Tobie i wypala Cię na co dzień?

Czy może troszeczkę bardziej robisz Ty lub robię ja?

Czy może robi ON, ale to Ty dyrygujesz, zarządzasz i tkwisz w roli domowego logistyka (albo lepiej – jak to u mnie było – „wiecznie zrzędzącej baby”).

Jeżeli myślisz, że zatrudniając pomoc, możesz poczuć się jak „pani na włościach” lub właśnie obawa przed taką relacją Cię hamuje – uspokoję Cię! Sama – karmiona legendami dziwnych pań narzekających na ukraińskie gosposie, oskarżające je o kradzieże kostek masła z lodówki – wzdrygałam się na samą myśl, że miałabym być choćby w najdrobniejszym stopniu stać się do nich podobna. Odwlekałam decyzję w nieskończoność.

Takie bajki można włożyć między wiersze (oczywiście, pewnie zdarzają się wyjątki), ale wystarczy popytać i przeznaczyć uczciwą kwotę na wynagrodzenie dla takiej osoby, a nagle Twoim oczom ukażą się równe babki z praktycznym podejściem do życia, głową otwartą na elastyczne modele współpracy i ramionami gotowymi wspomóc dodatkową parą rąk.

Zaskoczy Cię, jak świetnie takie osoby zarządzają swoimi mikroprzedsiębiorstwami i zasobami czasowo-siłowymi! Uwierz mi, wiele możesz się nauczyć o przedsiębiorczości od takich kobiet!

Czy nie martwię się, że rozpuszczam dzieci?

2019 „wyleczył mnie” z obsesji bycia „idealną matką”.

NIE. Nie rozpuszczam moich dzieci tylko dlatego, że ktoś pomaga nam w domu.

Nie. Nie jestem wyrodną matką, bo przez 3 dni z rzędu jedzą pomidorówkę.

Nie. Nie popełniłam macierzyńskiego grzechu numer jeden, bo mąż zabrał dzieciaki na weekendową wycieczkę SAM, żebym mogła naładować akumulatory i po ludzku się za nimi stęsknić.

NIE, NIE, NIE.

A właściwie – TAK!

MAM prawo wychowywać moje dzieci po mojemu i słuchać nikogo innego poza nami (no, mąż ma tu też coś do gadania :P). I TY TEŻ MASZ TAKIE PRAWO! Twój biznes nie musi być POTEM!

TY, WY. Nie musicie być POTEM!

Nie mam innej odpowiedzi. Dzieciaki ogarniają swój pokój, pomagają przy podawaniu posiłków i ich sprzątaniu, pomagają szorować rowery czy samochód. Włączamy je świadomie w jakąkolwiek pracę, którą wykonujemy wspólnie. Wiem, że w niektórych domach dzieci robią więcej, w innych praktycznie nic, ale przestało mnie to interesować.

Nie mam poczucia, że moje dzieci przegapiły jakąś ważną lekcję samoobsługi domostwa, bo podczas ich pobytu w szkole/przedszkolu ktoś inny niż ja ogarnia kurze czy szybę w łazience. Jakoś ciężko byłoby mi (TERAZ) wmówić, że jako dorosłe istoty nie „rozkminią” instrukcji użytkowania zmywarki czy pralki (podglądając technologiczne nowinki – pewno niedługo będą do niej gadać, a ona sama się załaduje).

Poza tym – dzięki delegowaniu prac domowych ćwiczę tzw. „communication skills”

Polecam!  Za takie ćwiczenia (już pewnie się domyślasz) – płacisz coachom od teambuildingu solidne kwoty, tymczasem możesz się ich uczyć w praktyce na własnym DOMOWYM gruncie.

Nie lubisz gotować? Super! Deleguj to zadanie! „A co jeżeli nie będzie mi smakowało?”. Po prostu ustalisz, co jest OK! Nauczysz się przy okazji komunikować potrzeby swoje i swojej rodziny, a może nawet nauczysz swoją rodzinę komunikowania potrzeb nie „przez Ciebie”, ale indywidualnie? Z kulturą, z poszanowaniem czyjejś pracy (asertywne NVC się kłania, i to w praktyce!).

Zatrudniłam pomoc w domu (nawet nie wiesz Asiu, jak bardzo jestem Ci wdzięczna!).

I nie czuję, żebym poniosła tym jakąś porażkę na linii Matka – Pani domu – Żona – Kobieta.

A co najważniejsze, ta decyzja przełożyła się bezpośrednio na rozwój mojego biznesu, zwiększając moją skuteczność jak żadna inna!

Czas o tym głośno powiedzieć! Bo o ile zatrudnianie wirtualnego wsparcia to już trochę taki „lans” wśród mikroprzedsiębiorców, o tyle szukanie pomocy „w domu” to jeszcze (niestety) ciągle powód do wstydu dla przedsiębiorczych kobiet. Zmieńmy to! Mówmy o tym głośno. Nowa dekada nadchodzi i to MY odpowiadamy, jakie standardy zaczną obowiązywać nasze córki!

Dobra, powiało patosem. Już się uspokajam. Do rzeczy – w końcu tutaj o podsumowaniu 2019 być miało!

Jakie sukcesy zaskoczyły OPLOTKI w 2019

Dużo, jak na jeden rok. Ale nie doszłoby do tego, gdyby nie małe wewnętrzne zwycięstwa nad samą sobą! No to od nich zaczynam…

Pozbyłam się poczucia winy.

Już nie tłumaczę, dlaczego godzina mojej pracy kosztuje X, a program mentoringowy albo kurs online Y. Nie rozpaczam, kiedy hejt leje się strumieniami, bo przecież „w głowie się smarkuli poprzewracało” (swoje lata mam, ale facjata i mimika ciągle niepoważna :P). Grzecznie odpowiadam, że NIE, nie wierzę, że pomagając bezpłatnie, mogę zagwarantować Pani sukces biznesowy, i odsyłam na stronę z cennikiem uzależnionym od dostępu do mnie bezpośrednio 1-1. Wierzę, że działa zasada „siłki” – gdyby karnety rozdawano za darmo, prawdopodobnie nikt by na siłownię nie chodził! Trenerzy też nie byliby profesjonalistami. Energia pieniądza to tylko narzędzie: dla klienta – do podjęcia świadomej decyzji i wytrwania w postanowieniu/pracy, dla trenera/mentora/nauczyciela – narzędzie pozwalające na samorozwój i profesjonalizm.

Niestety, wiele rękodzielniczek interpretuje słowa: „Pomagam rękodzielnikom budować stabilne biznesy na fundamencie ich unikalnych rękodzielniczych umiejętności” jako: „Tak, doradzam za free, bo mąż utrzymuje całą nasza pięcioosobową rodzinę, a ja bawię się w panią businesswoman i zapraszam Cię do wspólnej zabawy”.

Nie! To praca.

Jeżeli ktoś sugeruje Ci (instafocie nie kłamią :P), że biznes rękodzielniczy to picie kawki na ręcznie dzierganym pledzie, z lapkiem niedbale rzuconym w kącie łóżka, żeby coś tam poklikać, i sprzedawanie haftowanych w stanie ZEN tamborków ustawiającym się w kolejce klientom to… Hmmm… Cóż, będę tą brutalną babą, która sprowadzi Cię do rzeczywistości. Tak. Tak może wyglądać Twój biznes, ale po okresie układania modelu prosperowania Twojej małej firmy, nauki delegowania i tworzenia modelu biznesowego, który po prostu działa. I chyba nie muszę tłumaczyć, że do tej idylli wiedzie ścieżka ogarniania wszystkiego samodzielnie (bo nie stać Cię na pomoc), „zarywania” wolnych chwil i szukania partnerów, z którymi będzie nam po drodze (okupiona rozczarowaniami równie często jak sukcesami). Ale to (wbrew obiegowej opinii) jest świetny pomysł na własny biznes. Unikalne umiejętności rękodzielnicze są i – w dobie, kiedy roboty będą już za nas robić absolutnie wszystko – będą coraz bardziej „w cenie”. Modele biznesowe mądrze dostosowane do indywidualnych potrzeb twórcy to coś, co w ostatnich latach stało się moim absolutnym „konikiem”.

To pieniądze na rachunki, kredyty, dziecięce baseny, inwestycje w rozwój własny i firmy. Ten biznes działa jak każdy inny i ciągle nie mogę się nadziwić, jak bez dyskusji płacimy np. za lekcje angielskiego. Dlaczego nikt nie wzdryga się, kiedy słyszy cenę za godzinę indywidualnych konsultacji, a raczej szuka cennika na stronie? No i raczej oczywiste jest, że w godzinę to ta Pani języka nie nauczy, „of kors”. Ale za to na wieść, że moje usługi (czy usługi koleżanek rękodzielniczek z zespołu), konsultacje 1-1 oraz kursy też mają cenę, następuje szok poznawczy. Jeszcze większy szok, kiedy uświadamiam, że godzina konsultacji to zaledwie ustalenie celów biznesowych, nakreślenie strategii działania itd. A jednak ZBUDOWANIE stabilnej działalności w oparciu o rękodzieło to już regularna praca! To samo z szydełkowaniem! Dlaczego ktokolwiek miałby się spodziewać, że od poziomu „jak ja mam to szydełko złapać?” do poziomu „dziergam te maskotki dla dzieciaków jak oszalała i jeszcze sprzedaję je sąsiadkom” prowadzi jedna godzina szydełkowych „korków”? Takich klientów nasz zespół odsyła do wielu godzin bezpłatnych treści na YouTube’ie (nasze też dodają swoją cegiełkę do tego morza kontentu) :).

No dobra, nie jesteśmy może jeszcze przyzwyczajeni do czerpania merytorycznej wiedzy z Internetu (czy rzeczywiście?). Lubimy tych speców z dyplomami na ścianie w nieskazitelnych biurach, no nie? Sama nabrałam się na tę „szopkę”, kiedy poszukiwałam zaufanego radcy prawnego… Długa historia.

Od kiedy sama uczę przez Internet, stałam się bardziej świadomym klientem korzystającym z dobrodziejstw technologii. I z całą energią pokazuję swoim klientkom, w jaki sposób tę technologię mogą zaprzęgać do pracy w swoich biznesach rękodzielniczych, dając tym samym przestrzeń na twórczy rozwój.

Dużo czasu i doświadczenia (i twardego dupska) potrzeba było, abym nauczyła się dostrzegać wartość w swojej pracy (co kuriozalne – inkasowanie za pracę jako architekt nie sprawiało mi problemów, bo mam na dowód swoich kompetencji stos dyplomów, takich do oprawienia i powieszenia na ścianie w wypucowanym biurze :P). Lata doświadczenia i świetnie działający ekosystem OPLOTKI to moje portfolio. „Papiery” powoli też się pojawiają (oj, jak te dyplomy uznania i certyfikaty za zasługi łechczą ego), choć nie zabiegam o nie tak bardzo, jak o „żywe wizytówki” prężnie działających biznesów moich klientek.

NIE, TO NIE!

Powoli uczę się mówić stanowcze NIE toksycznym relacjom, ludziom, którzy potrafią tylko brać, znajomym, którzy pojawiają się tylko w okolicy własnych potrzeb. Powoli, ale stanowczo stawiam granice i bronię ich jak lwica (w końcu zodiak zobowiązuje) oraz świadomie otaczam się inspirującymi ludźmi, którzy nie pozwalają iść na łatwiznę dzięki swoim niezłomnym kręgosłupom zasad i bliskich im wartości. Odpuszczam ludzi, którzy nie walczą o naszą relację i o wspólny CZAS. To luksusowe, deficytowe dobro naszych czasów stało się moim nieodzownym narzędziem weryfikacji z kim jestem w stanie budować, a z kim drogi splatają się tylko w przelocie.

JAKIE PORAŻKI LEKCJE DAŁ 2019

W styczniu odrobiłam lekcję z 2018 roku i rozpoczęłam rok od urlopu (szusowałam z mężem i dzieciakami w Alpach). Najmądrzejsze, co mogłam zrobić, bo tegoroczny prezent świąteczny – nasza trzecia dzidzia – skutecznie odłożyła kolejny wypad narciarsko-snowboardowy na 2020 :).

Dzięki naładowanym bateriom z wielkim zapasem energii rozpoczęłam tradycyjne programy wsparcia dla rękodzielników (np. Akademia Rękodzielnika). Energii wystarczyło również na akcje charytatywne: zaangażowanie w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy ( w tym roku też działamy!)  czy wsparcie dla Fundacji Tęczowy Kocyk (zachęcam Cię do pochylenia się nad misją tej grupy – wsparcie dla kobiet, które straciły swoje maleństwa, zanim te jeszcze miały szansę zobaczyć nasz świat; możesz z powodzeniem wesprzeć czasem lub rękodziełem). To wsparcie przerodziło się w regularne akcje, które wrosły w grafik przedstawicielek naszej społeczności. Gdyby nie społeczność OPLOTKI, te działania nie miałyby też takiej skali! Co ja tam sama mogę? Często kończy się na planach, a życie weryfikuje, czy pomóc się uda. W grupie jednak nie było odwrotu i pomoc nabierała większego, bardziej regularnego, uporządkowanego wymiaru.

Wiosna minęła na inspirujących wydarzeniach kobiecych. Wielkopolski Kongres Kobiet czy  Tydzień Silnych Kobiet uzmysłowił naszej OPLOTKowej społeczności, że to, co robimy, to już nie tylko rękodzieło. To również inspirowanie kobiecej przedsiębiorczości, wzmacnianie kobiet w pierwszych biznesowych krokach. Aby nie być gołosłowną, sama coraz częściej zaczęłam mówić o misji OPLOTKI poza światem rękodzielników. Moje prelekcje na Poznańskich Dniach Przedsiębiorczości czy poznańskim meetup’ie podcastowym (współorganizowany przez OPLOTKI PYRCASTER 2019  oscylowały wokół niszy rękodzielniczej, ale w kontekście niedocenianego potencjału tych kobiecych, w większości, mikroprzedsiębiorstw.

W marcu wystartowałam do wyborów!

Tym newsem jakoś niespecjalnie się dzieliłam. Jakoś nie potrafiłabym mieszać rękodzieła w swoje prywatne inicjatywy. Co prawda były to wybory lokalne, ale jako przewodnicząca Zarządu Rady Osiedla działam aktywnie i czuję, że łamię na każdym kroku utarte schematy funkcjonowania skostniałych mechanizmów na rzecz oddolnego wpływu mieszkańców na swoją najbliższą okolicę. Od tego czasu zupełnie inaczej patrzę na kobiety w „wielkiej polityce” i chylę czoła. LUDZIE! TA PRACA TO KOMPETENCJE, O KTÓRYCH NIE MIAŁAM POJĘCIA. Uczę się ich powoli. Selektywnie, bo do dyplomatycznych skilli na zadowalającym poziomie to ciągle bardzo mi daleko, ale już do skuteczności i motywowania sąsiadów do brania spraw w swoje ręce (czyli tzw. mądrze brzmiącej „partycypacji społecznej”) już mam jakiś naturalny dar :P.

Mam nieodparte wrażenie, że rękodzieło znowu odsłoniło swoje „inne” oblicze. Odkryłam je na nowo jako narzędzie konsultacji społecznej, wzbudzania dyskusji publicznej na ważne tematy (ważne i lokalnie, i globalnie!). Tym bardziej ochoczo zaangażowałam się też we współpracę w ramach projektów społecznych, gdzie oplotkowe rękodzieło mogło pojawić się w formie warsztatów ogólnodostępnych (dzięki finansowaniu zewnętrznemu warsztaty często mogły odbywać się w formie bezpłatnej dla uczestników) dla mieszanych grup – społecznych, wiekowych i kulturowych.

Dziel się, aby pomnożyć!

Od początku roku aktywnie dzieliłam się również źródłami swojej wiedzy, motywacji i środowiskiem osobistego wzrostu. Jako ambasadorka programu SOMBA (online MBA) cierpliwie pomagałam w onboardingu nowych osób w tym programie (Ha! Właśnie sobie zdałam sprawę, że „robię studia” biznesu online, za które nie oczekuję „papieru”!). Aktywnie informowałam o krótkich momentach, kiedy rekrutacja do programu była otwarta (w tym roku aż 3 razy – w styczniu, czerwcu i wrześniu. W 2020 prawdopodobnie będzie to możliwe tylko w styczniu – tutaj możesz zapisać się na listę osób, które mailowo informuję o szczegółach)

Tegoroczny urlop letni spędziłam z rodziną w Chorwacji, ale tym razem nietypowo. Przetestowałam w praktyce ideę WORKATION i polecam :). Cały dzień plażowania katował dzieci, które padały wykończone słońcem i wodą, i jednocześnie ładował moje baterie. Kiedy mój Jacek trenował intensywnie do kolejnego triatlonu, ja dłubałam sobie niespiesznie wakacyjny program wsparcia rękodzielniczych biznesów. To podczas urlopu powstał zarys kursu HANDMADE – Jak zamienić kosztowne HOBBY w dochodowy BIZNES. Z powodzeniem wprowadzałam również kolejne koleżanki do programu SOMBA. Dzięki temu kolejne polskie przedsiębiorczynie dołączyły do międzynarodowej społeczności przedsiębiorców online.

Dzięki czerwcowemu ładowaniu baterii wakacje były dużym krokiem do przodu. To wtedy testowałam pierwszą edycję kursu HANDMADE – HOBBY CZY BIZNES – ponad 600 osób (!) wzięło udział w bezpłatnej, pilotażowej edycji kursu. Dzięki ogromnej porcji wiedzy zwrotnej od uczestników, kurs został wzbogacony o dodatkowe elementy, został pozbawiony oczywistości, które zbędnie go obciążały oraz mocno zmienił formułę na model pracy własnej w dogodnym dla uczestników czasie. No i oczywiście duża porcja wiedzy teoretycznej została zamieniona na praktyczne ćwiczenia do wdrożenia „na już”.

Dzięki takim pracowitym, choć przyjemnym (dużo krótkich wyjazdów rodzinnych, kiedy tylko pogoda na to pozwoliła) wakacjom, jesień stanowiła najmocniejszy punkt pracy z rękodzielnikami. Inkubowane w programie HANDMADE HOBBY CZY BIZNES  oraz AKADEMII RĘKODZIELNIKA modele biznesów handmade wkraczają wzmocnione w przedświąteczny szał zakupowy w naszym OPLOTKOwym sklepie.

Autorki tych rękodzielniczych przedsięwzięć wkraczają w 2020 rok z jasną strategią działania w przyszłości i jestem przekonana, że szerokie wody przed nimi.

A co poza tym w 2019 roku w OPLOTKI?

  • Przeprowadziłyśmy ponad 20 konkursów na FB „KREATYWNA ŚRODA” (co tydzień aż do końca wakacji). Nie zapeszamy, ale może wrócimy do tego formatu w przyszłym roku :)). Dzięki nim na naszym profilu zaczęła funkcjonować aktywna wymiana informacji między twórcami, którą w dużym stopniu kontynuujemy w bezpłatnej grupie OPLOTKI AND FRIENDS JAK ZARABIAĆ NA RĘKODZIELE”.
  • W świat powędrowało ponad 50 odcinków podcastów… (posłuchasz tutaj, jeżeli jeszcze ich nie znasz. Nowy epizod co poniedziałek :))
  • … oraz ponad 50 wpisów blogowych.
  • Na OPLOTKowym YouTube’ie pojawiło się ponad 40 nowych wideo – relacji z wydarzeń, wideo-tutoriali dla fanów rękodzieła, wideo-lekcji wspierających twórców rękodzieła i innych.
  • Poznałyśmy maaaasę wspaniałych ludzi podczas warsztatów stacjonarnych i online. W momencie tworzenia tego materiału przeprowadziłyśmy już ponad 50 warsztatów!

 

A osobiście…

Przerobiłam kilometry włóczki na produkty handmade (w tym roku były to głównie kocyki i akcesoria dla nadchodzącego dzidziusia ), grzebałam w glinie, tworzyłam mydełka handmade z córką, filcowałam z synkiem, wycinałam, kolorowałam, kleiłam, rysowałam i z czystą przyjemnością warsztatowałam SIĘ.

Korzystałam pełną piersią z dobrodziejstwa ekosystemu OPLOTKI – nie tylko prowadziłam warsztaty, ale też uczęszczałam na najróżniejsze warsztaty jako zwykły „laik”. Chyba najbardziej utkwiła mi w pamięci wiklina, do której na pewno jeszcze kiedyś wrócę . Spędzałam czas z ludźmi napędzanymi pasją i marzeniami. Skutecznie unikałam tych napędzanych zazdrością i kompleksami. Świadomość, że jestem odpowiedzialna za swoje szczęście, ciągle dzwoniła z tyłu głowy i w tym roku nie dała się frustrować.

Przestałam pracować z osobami, które chcą szybkich sukcesów bez grama pracy. Powiedziałam NIE kilku klientom, którzy kierują się wartościami sprzecznymi z moimi (ależ jestem wdzięczna, że mam ten komfort finansowo-psychiczny). Nadal dzielę się bezpłatnie wiedzą w grupie OPLOTKI AND FRIENDS – JAK ZARABIAĆ NA RĘKODZIELE, ale również coraz bardziej stanowczo zapraszam do płatnych programów, dzięki którym mogę skupiać się na klientach w wymiarze, który przynosi dla nich gwarantowane sukcesy biznesowe.

Z wielką otwartością i ciekawością wkraczam w ten nowy rok 2020.

Jako mama (już trzeci raz!), kobieta, partnerka, ale również przedsiębiorczyni i sprawczyni całego tego OPLOTKowego zamieszania. Z pełną odpowiedzialnością zamierzam pokonywać kolejne swoje bariery, kompleksy, słabości, żeby ciągnąć za rękę każdego, kto czuje, że doba ma dla nas wszystkich bogactwo 24 godzin. Kwestia tylko tego, czy je bezpowrotnie stracimy, czy będą najcenniejszymi wspomnieniami na nadchodzące lata :). Wierzę, że rękodzieło to nasz wehikuł.

agnieszka@oplotki.pl

 

No censorship! 2019 in Review.

How much did 2019 cost?

I do follow a rule that says „If You wish to multiply…You just share”. And according to that rule I have given away a lot of precius expertize and experience. However, in 2019, I trained myself to invest this energy wisely. I did share, but mainly with team-members and OPLOTKI community. I forced myself to value my time and finally raised my prices. So I also shared my services, but gained more confidence via this Energy of cashflow. Funny enough – it resulted in more clients! The Energy of money became a boost for accoutablility for handmade artists I work with!

That is why I separated the charity from business with a thick line

I separated my own company from the association OPLOTKI. Despite the same name, they have different objectives. The company is business. It’s aim is to pay the bills, but also show handmade artists that my busiess coaching skills in terms of crafting businesses grow as I Invest practically majority of my revenue to grow those skills further on. The company handles online courses for handmade artists, offline and online handmade workshops , e-store and events. The association is charity. This is where, as a team of 12 handmade artists, we carry out charitable auctions, free handmade workshops for kids and local community. We also run an online handmade butique that sells hand-crafted goods.

In 2019 I stopped expecting members of the association to work as hard as I do in my business. I understood that my mission does not have to be a prority for everybody. Paradoxically, the less I pressed, the more work my friends wanted to put in and the more fun we (again) had from spreading the „Polish handmade is a tool for meeting others”  message. The more fun our free family meetups with handmade themes (again) became. This two-paced track keeps my company quickly growing and keeps me present at a slow but steady activity of the association. Now I know I can afford charity and this luxury boosts my charitable activities and keeps the motivation to work at a high level even on „rainy days”.

Time, above all

In 2019 I have finally learned to delegate. I still do not know, how I handled all those tasks before…but now a VA, a graphic designer, and also massive help at home…keeps me focused on really important things.

I can finally focus on recording podcast episodes while VA does the editing and publishing.I can write deeply personal blog posts, as I am finally free to think them through properly. I can –finally- devote even more time to work with my clients, as I am not overloaded with loundry, cleaning and other house-duties and logistics…that piles up with 3 kids ( including baby Sara born on 30th of December). I finally enjoy slow-paced bedtime reading and mindful workouts with kids. I take advantage of swimming pool with the whole family and finally find time for simple walks.

How precious time is

I used to count money. Now I count time. Whenever, wherever I can make processes smarter and save an hour or two – I invest. Piece of software that automates anything in the company, people who can show me a „better, faster way”, masterminds that help me generate smarter solutions how to improve quality of my services in time…those are now my main points of focus.

And WOW! – How they pay off! Every investment „buys” this precious resource = TIME, that used wisely generates more and more growth.

Time – another dimention

I love my job. I forget myself by the desk and oftentimes it is hunger or thirst that makes me stand up and see I have been clicking there a couple of hours in a row. When we decided to have 3rd child I was kind of thinking „You need to slow down” …but neither the information about pregnancy…nor classical pregnant-woman-pains could keep me away from work. Only last – ninth month, when I literally could not sit by the desk tought me to work even more effectively. It turned out, that lots of self-care…resulted in massive effectiveness at work. Ideas came like crazy, when my head had ample of sleep. Writing blog posts was pure inspiration, as the ideas had time to incubate, get talked through with mastermind friends and simply „grow in me”. I tought myself to exchange quantity for quality. Time did not span, but got another dimention. I would describe it as balance. I feel I have been working at 110% of my capacity before…now when I am at 90%…the work I do –  is still 100% or beyond. I wish You find Your optimum pace – it seems a constant hustle is overrated and an intuitive balance fuels us like nothing else. I think I forgot to mention I somehow also attracted like-minded clients – those clients You treasure for every moment of your work together.

Pregnancy proved to me something I felt even way before. Online business is like no other opportunity for mothers to find balance between being both – an enterpreneur AND a mum (at the same time!). My motto „children = motivation, not excuse” came to live like never before and empowered me in my message to the world. There is nothing a woman is allowed to „drop” on a child as a reason for not following her goals. I know I am more fortunate than many other women around the world in terms of their situation, resources, support…however, there are also some more fortunate, who give the guilt –burden on their kids for their own failures or for not even trying to persue their passions, goals. If I could build a sustainable online business on foundation of crochet skills (perceived in Poland as one of least profitable branches of business, or hooby, not business, as they call it) I believe there is no field a woman could not succeed in terms of successful online business.

Of course I asked for help ( SOMBA – online MBA by Sigrun gave me all the tools I needed) Of course I worked hard ( Yup – 2 years of hustle, even with every support of SOMBA) Of course I had worse moments ( When I knew bigger investment in coaching program will be hard to handle with an infant coming in December 2019), but I took the risk…and succeeded. There were failures, or rather strong lessons along the way…but guess what?! Those were most precious learnings that led to all the glorious moments of success! Worst case scenario – for anyone- is NOT EVEN TryING. Therefore I plan even more investments…. Even more boldly…with brevado I would never afford before.

The plans I write down in my oldschool notebook ( Yes, business online, yet handmade notebooks prevails 😛 ) are slowly coming to reality… I just needed to put the date on them…the rest was logistics. Instead of „I have to” I started using „I want” „I plan” I wish…And all the wording made a huge difference. Those dreams came true…those plans materialized and those distant desires became real. I use them now as foundation for thinking big and planning further. Way beyond my family, my business, my friends. If I imagine there are women out there that use their kids as an excuse to not even trying…I feel even more motivated to continue what I do.

And yes, I am being judged for „showing off” with my „perfect happy family” (believe me, we all have our worse days) thriving business ( If You only knew the whole long  journey that led me to this point) …but I train myself not to care. I know I have taken the full responsibility for my own happiness and I am more and more confident in passing tools to achieve it to other handmade artists building their online businesses.  I stopped putting this burden of „how to find a perfect solution” on my co-workers, business partners, friends from OPLOTKI association. I stopped expecting my husband to make our everyday …a shiny rainbow. I ceased to mold my kids into perfect mini-me’s and opened myself to their individuality instead. I focused on myself with work.

And You know what?

Everything seems to fall into place…without my constant overpresence…and me ?

I keep on growing…in happiness! I took responsibility for my own happiness and understood I need to change nobody but me in order to get that.

No, no! I can not crochet a toy rabbit! My rabbit needs to be XXL super-toy with a magical skill of being a piece of furniture  „on top of it!”

In 2019 I learned to simplify

There were less launches, less online programs ( 5 of them were put together as one) less online and offline workshops and waaay less visibility online. Instead I focused on more 1-1 contact with my clients and members of my team. The quantity was definitely transformed into quality. I know I will continue on that path in 2020.

Stress from work was healed by family life, and family struggles were diminished by business sucesses. This fragile balance seemed to keep my sanity in hectic pace of our daily reality.

Plus…I finally got to know my business from a clients’ perspective.

One of the activities of OPLOTKI is coordination of handmade workshops led by my clients (handmade artists from various fields whom I teach how to conduct such workshops) . Those are everything ranging from crochet, knitting, weaving, macrame, pottery, painting, drawing, creative zero-waste upcycle…Name it – we probably have it!

It was only in 2019 that I allowed myself to take part in those workshops as a regular client. I indulged myslef in evening pottery, took slow offline time to talk to total strangers, gained a real perspective, how those workshop-small-talks grow into friendships, mind-opening conversations,offline healing alternative to our constant scrolling.

I took my elder daughter (6) and son (4) with me, whenever I could — just to discover we share passion for oldschool manual „getting dirty hands” crafts. I re-entered their world with joy..after feeling I have already started to loose them to the world of friends, peers, newest kids’ craze in the playground, once they started kindergarden…

Ironically …I rejoined with my kids through my work! How rewarding is that!

I worked on messaging

I trained myself in communication. I mean – I always worked on presenting, what is my work all about. I talked about my lifelong passion for handmade crafts that led me to architecture only to get rediscovered during maternity leave and flourish into OPLOTKI brand. I talked a lot about how I have built successful online business based on crochet (no business coaching at the beginning!) skills. I teach now, step by step, how to follow my pattern and repeat my success with any handmade skill and scale it online…Though I still avoid using term „business coaching” when describing what I do for handmade artists.

However…this Year I trained myself in talking about what I AM NOT.

I am not charity organisation that helps women who are not willing to invest in themselves. I am not a person, who believes You need all the money in the world to even start thinking about Your own business. I do not believe You are ever allowed to blame anybody but You for Your lack of success.

I started being bold ( Thanks to my business menthor – Sigrun I ceased to fear judgemental opinions about my point of view) with what I believe in. Yes, It deterred people who do not agree…but it also gave me a whole lot of support of like-minded women, who became my best clients.

I boldly talk about ups and downs in my business. I will talk even more in 2020 about constant need for growth, about struggles of solo-preneur, about juggling between home and office MODE, when this is how You spend everyday. But mostly I will direct my messsaging to handmade artists…wrongly thinking online business is nothing but a passive income and dance on roses. It is worth being honest and admitting that online, like any other business takes guts and hard work to be successful.

Talking about guts

2019, like any other Year tought me to trust it! Every time I had this „gut feeling something is going to work out…it did. Each time, my mind told me „follow this path” despite some quiet voice from inside was warning me in some kind of way…It collapsed…

I cannot explain it in any rational way…but I do not need to. I just started to listen to that inner voice. And It seems it never fails to lead me in a good direction.

I started to consiously surround myslef with people who dare to follow their inner voice too and together find joy in the everyday. Many of those inspiring friends I know online, but there is nothing impossible once You find Your tribe…

This October we met in Zurich during Sigrun Live ( an event organized by Sigrun, as part of SOMBA)

I won my little war at home

I did not realize I live the „Polish mother stereotype” until I met other women from SOMBA. It was kind of obvious to me, that I am responsible for the „home realm” as Jacek and I decided to have kids. As his career did not even get a scratch…my company ( I owned architectural studio already back then) basically ceased to exist (after second child I stopped living … torn between absence at the office and absence at home…and chose to drop work totally). I lived the perfect stereotype allowing myself to drown in cooking, cleaning, and baby-classes logistics.

Despite the fact I joined SOMBA to develop my online business, as I thought It will allow me to „make some money on the side” while handling all the house-duties…I quickly found out constant lack of time fueled a total shift in my way of thinking. From frustrated perfect-mum-o-wife, I again became fully fledged enterpreneur…but this time…I negotiated house duties with my husband too. Paradoxically – my handmade business tought us how to became a real partners at home….

 

I have husband, kids …and business

We quickly discovered that there are tasks at home that we can delegate to allow ourselves some more TIME with each other or with kids. Paradoxically – the DELEGATING learning from my business has vastly helped at home. And I am not only talking about floors being finaly clean without another argument „whos’ turn was it” to wash them Saturday morning. I am talking about more and more conscious planning what our family everyday will look like.

Too long have I tried to prove everybody else (or myself actually) I can champion it all – business, role of a mum, a coscious enterpreneur, a wife, a lover, an inspiring woman, a daughter, a sister…I believed, I have to comply to all the social norms, stiff rules in order to achieve that.

How liberating was this awareness, that I do not HAVE TO agree with all of them…that I can actually discuss them and re-define them …now we make our family rules for ourselves.

Now I live by my rules.

Plus I can choose!

I chose working on my business over washing floor. I chose handmade workshops with kids over cooking 3-meal dinner every day. I chose hiring help over constant struggles with my husband. And I feel good…even with other mommies from my kids’ playground frown with disapproval and judge me „she is so lazy! She works from home and yet does nothing at home!”.

In my planning notebook for 2020 I already wrote „Find what else You can delegate at home to find time for weekly family Yoga classes” …  I also promised my kids some new dolls, as majority of them went out to become gift for their (or my) friends. Yup – I plan to do even more crocheting this year … business is business 😛

It is more Your or my fault?

 

We took different paths. Jacek with his corpo-career, me with all the enterpreneurial ups and downs. One blaming the other for not understanding the everyday stuggles. And THE KIDS! The catalyst for all the painpoints. It was hard to realize how we change as a couple. But it was no loger that hard, when I took full responsibility for my  part of the job, as he was taking hesponsibility for his. What I mean… with business growth I also shifted privately. From a woman needing strong arms to hold me when I am down…to a self-sufficient enterpreneur holding my his hand when he needs this kind of support. How blind was I assuming he „got this” every time I was lost. Or actually kind of expecting that from him. How much deeper the connection goes, when You no longer desperately need that other person, but You rather choose to be with him every day. 2019 was a year of constant shift in that direction. My enterpreneurial journey motivated him to grow. His cosy, standard position in his company was no longer enough….so he also stepped out of his comfort zone to change it. We both gained from that. This funny competition-cooperation professional-private balance between us gave some extra buzz to our life, giving new energy as a couple.

Ok, but what happened to OPLOTKI in 2019?

I could count out numbers, revenue, events etc, however, again, I will focus on more intangible growth and breaktrhoughs.

I got rid of funny guilt.

I no longer feel guilty, when I communicate my prices. I do explain, why my hourly rates is this… and the online course is that, however I no longer react to criticism. Self-confidence allows me to channel this energy to working with my clients instead. I have noticed that the energy of money serves best to those, who use it to keep themselves accountable to the goals they set for themselves. I am barely a facilitator in this process and the prices to my products serve more as a tool for my clients’ decision-making process.

No, handmade IS my WORK, not only HOBBY

If somebody suggests that working in handmade business looks like insta –reality ( lazy coffee on a hand-knitted blanket and laptop lazy clicked at in between sips) – I am telling YOU – IT IS A BIG FAT LIE. It can look like that maybe after a couple of years, when You learn the hard art of delegating, however…at the beginning it is WORK like any other. Anybody telling You it is pure dance on roses…obviously does not want to prepare You for the reality. Yes, I love this job. Yes, I get to knit or crochet and call my favourite hobby “work”. Yes, I meet wonderful, inspiring people and call it “business meetings”. However…there  are times, when it is hard, when sudden turns require cold-blooded business calculations and unexpected downfalls make me question if this is all worth it. It takes a lot of creativity and hard work to make this business grow and I believe that any entrepreneur shares this scenario. DO not get me wrong…I am not one of the “hustle, hustle” fans…however, I am also telling YOU – even handmade business means WORK.

Maybe that is the reason, why I get all emotional, when people perceive professional handmade brands as homestead-mummies’ hobby businesses. That is why I strongly push my clients to raise their prices and treasure their artistic work. That is why I pay so much attention to raising my clients’ awareness, that without proper business-planning there is no success.

I have also learned to quickly quit working with people who do not commit to their success. It is sad, but still true, that women look for excuses or “others” to blame for their lack of success. House duties, kids, spouse, lack of money to invest…those are top reasons they give for not taking necessary effort in order to start or continuously work on their businesses. Some time ago, I tried to convince them to change perspective at all costs…now I gently coach them…but quit working, when I see their mindset unables them to take responsibility for their success.

WHY?

Because there are so many determined women out there, that could use their hard situation as excuse…yet they take the effort to grow…that I somehow feel I channel my skills way better, when I facilitate their work instead. I strongly believe, that they come to use my services, when they are ready to work on their handmade businesses’ success.

And one last thing when it comes to handmade WORK. I have given myself permission to say NO. In 2019 I ( first time) said no to clients, that were willing to buy my services. No – it was not pride…It was this gut feeling, that I am not the best fit for them. I have trained myself to trust this gut feeling and not to take on too many clients. Consequently, as I needed to choose, I chose those that I felt are best fit. Call it selfish…I call it “strengthening my skills”. I trusted my gut feeling and it paid off- every single person I took onboard my signature programme made a progress in her handmade business. So I will continue this strategy. Saying NO to a client is a good thing for me, especially if I have any doubt that I will be able to guarantee their business growth. That is the reason I do not scale massively, but in exchange I get to carefully select whom I work with instead. The work becomes a pure blessing and clients’ successes charge my batteries constantly.

What were failures lessons in 2019

In January 2019 I still remembered the hustle from previous year 2018, so I started with 2 weeks in French Alpes with the whole family. That was a solid learning worth mentioning – Self-care in terms of full batteries for work is crucial. Thanks to such an entrance to 2019 … fully chanrged engines kept up with 2 signature programme launches, charitable events, firs speaking engagements, co-hosting of 2 podcasting conferences…and a pregnancy with 3rd baby.

In June I also experimented with the WORKATION format. And will definitely repeat it this year. The idea of a family holiday combined with working in the evenings…or at times, when kids are sound asleep appeals to my pace. I loved it so much this June in Croatia. When my husband was doing his thriatlon trainings, kids fell quickly asleep, all tired from the beach-adventures…I had my quiet time to work. Despite being 4th month pregnant, I found it very effective and inspiring to be able to take my work with me to holidays.

I did not expect I can recharge and do some work at the same time, yet it is possible and I will definitely repeat such WORKATION more often in 2020.

In march I won the election!

This is an information, I did not share in my social media. It was all quite new to me. As I am this type of „omnipresent mamma” – I get involved in many local issues. At school, at kindergarten , at local playground. Always active…never silent…especially when it comes to changing “old ways” in order to have our kids grow in more tolerant, eco-friendly everyday-reality.

Therefore…a natural way to influence our local community was to run in local elections and invite other like-minded mammas and daddies to join and influence our local community. At first – it was only to pave the way for other women and mums to get to our local board together ( it was nearly all male, all “elderly people” deciding what will the local city budget be spent at). I assumed, I will help other women get through hard beginning time of election and then drop off, when they get settled, however having a spectacularly high result in elections, having all young and full of energy fellow friends entering our local board…I decided to stay (as head of the board…off course … I somehow could not play second fiddle).

As I did not really plan for that, I found it fascinating, how many new skills there are to master. Diplomacy was certainly not my strong side and I feel there is a lot of work for me to do in that field, however local politics seems to be another arena, where I get to prove that uniting with other open-minded men AND WOMEN brings positive change.

Since elections, I also look at handmade workshops we do in OPLOTKI as a tool for social change. Now, when I am more aware of bottom-up movement that can change local politics, I value those handmade workshops even more. I am no longer scared to touch on delicate local politics or deeper topics during workshops – as long as participants have a safe space to discuss their painpoints. We treat our handmade workshops more and more as a safe space for discussion than ever before and discover new dimensions to handmade learning. It is so elevating to observe that love for handmade unites even those with different opinions on other issues…

Share to multiply!

Since the very beginning of 2019 I shared my sources. I kept it transparent that the source of my business growth lays in SOMBA. This online MBA by Sigrun gives me not only powerful tools, but also irreplacable community of like minded enterpreneurs supporting each other on daily basis. I openly communicated that and invited other enterpreneurs to join, as now i am an official Affiliate for the program and also a #sombamentor.

And how about numbers?

  • I published over 50 podcast episodes
  • I published over 50 blog posts
  • I published over 40 Youtube videos
  • Our team conducted over 50 handmade workshops (both online and offline)
  • I met dozens of inspiring people during events and conferences. Some of them I visited as a speaker, and 2 of them as a co-host.

And personally?

I changed some kilometers of yarn into crochet design, I participated in countless handmade workshops – both individually or with my friends or kids. I knitted, painted, sculpted, felted, created some handmade cosmetics and a wicker basket.

I basically called it “WORK”!

In total – I finally allowed myself to recharge my batteries by becoming my own client. I took part in workshops conducted by members of my team and saw, how it helped me to improve our services. I worked on my business using framework I regularly use when working with my clients – handmade brand owners.

I ceased working with people who do not treat handmade seriously and look for a side-money and shifted more into professionals who treat handmade as their regular income and everyday work.

And I became mum…for the third time…that pushed me to using my working time even more effectively.

I know we all have 24 hours, however I feel that in 2019 I trained myself to make the best use of every waking hour. That is also what I wish for You.

I believe we can make 2020 EPIC by wise decisions in our everyday work.

agnieszka@oplotki.pl

 

 

sprzęt do nagrywania video

Od czasu, kiedy na moim biurku zagościł profesjonalny setup do nagrywania video i ewidentnie poprawiła się jakość  roboczych nagrań, otrzymuję liczne zapytania: Jaki to sprzęt do nagrywania video? Jak go ustawić? Ile kosztuje taka wersja podstawowa? Czas zmierzyć się z odpowiedziami hurtowo! Do dzieła. Jeśli i Ty szukasz sprzętu do nagrywania, czytaj koniecznie!

Jak nagrywać video w dobrej jakości?

softbox oplotki

Nie mam lampy!

Pewnie większość poradników lub list sprzętów must have  zawiera profesjonalne (d)oświetlenie. Ten zestaw go nie ma!

Na początku trudno było mi się przyzwyczaić – przywykłam do pierścieniowej lampy doświetlającej twarz (w świetle której wyglądałam jak Zombie) lub przynajmniej soft boxa ( takiej wielkiej, stojącej przed biurkiem kreatury, która stanowiła wątpliwą ozdobę przestrzeni pracy), który bezlitośnie grzał wszystko wokoło – włącznie ze mną pocącą się podczas nagrań podwójnie (stres zawsze robił swoje).

No jak to?!, zapytasz… Ano tak! – Jakość nagrań jest tak dobra, że sprzęt z łatwością radzi sobie z „trudnymi” warunkami oświetleniowymi… Co więcej – nareszcie znalazłam sposób na „ciepłe” kadry. Miałam serdecznie dość prześwietlonej twarzy z każdym porem widocznym jak oaza na pustyni! To był  główny powód inwestycji w sprzęt. Ok – to wiesz już, że możesz „przyoszczędzić” na lampie, ale szykuj się na resztę wydatków.

Jaki sprzęt jest potrzebny do nagrywania video

Kamera (a właściwie aparat)

Przechodzimy do meritum. Tak zwany „aparat do nagrywania”, jak to mówię, żeby unaocznić, co to za „ustrojstwo”  tak pięknie „zbiera” obraz mojej facjaty. I dobrze kombinujesz, zastanawiając się, czy tak można. Można, ale to wiąże się z kolejnymi elementami całej układanki.

Do nagrywania używam aparatu  Lumix z systemem Micro 4/3, który zwykł wypełzać z szafki tylko przy okazji rodzinnych wakacji, wycieczek „w plener” i urodzinowo-imieninowych meet-upów. To mój „tajny doradca” poświęcił długie godziny na znalezienie sposobu wykorzystania tego sprzętu do mojej codziennej pracy online, ale o tym dalej.

Mikrofon

mikrofon oplotki

Sam aparat, pomimo że diabelnie kosztowny, nie posiada super-wyczulonego mikrofonu. Jest najzwyczajniej w świecie przygotowany do innych celów niż nagrywanie Youtubowych szkoleń online dla rękodzielniczych biznesów :). A tak naprawdę – stoi po prostu na przygotowanym stojaku w dosyć dużej odległości ode mnie. Z dwóch powodów. Po pierwsze – lubię być widoczna w kadrze, który ukazuje nieco więcej, niż zoom-in na moją facjatę. Po drugie – nie lubię, kiedy w obrębie pracy moich rąk plączą się jakiekolwiek sprzęty – dlatego również aparat jest w znacznej odległości uniemożliwiającej przypadkowe strącenie w momencie chwilowego kartko-chaosu na biurku.

Stąd mikrofon firmy Rode – również nieco lepszy, niż potrzeba, ze względu na nagrania podcastu Oplotki. Stoi sobie niepostrzeżenie w pobliżu mojej buzi podczas nagrań, ale odłączam go, kiedy pracuję w skupieniu bez potrzeby nagrywania czegokolwiek.

Stojaki i mocowania

Wybór na rynku przeogromny, tylko który dla mnie? No właśnie – taki, który pozwoli na ustawienie powyższych sprzętów w odpowiedniej odległości i wysokości od twarzy, ale jednocześnie da gwarancję, że w trakcie nagrania nic się nie poluzuje, przesunie, czy po prostu odczepi. Tak zwane „tipody” dają radę – ale rzeczywiście bez porady „speca” nie miałabym pojęcia, które wybrać, aby były jednocześnie dopasowane do ciężaru sprzętu, ale i zarazem nie zajmowały śmiesznie dużej powierzchni blatu. Tutaj zdecydowanie warto zdać się na kilka dobrych rad, niż przeczesywać czeluści aukcji internetowych i opinii specjalistów zachwalających „magiczne” właściwości każdego z nich.

Okablowanie

I w końcu przechodzimy do tych „niby” szczegółów. Ale jak wiemy, to tam diabeł tkwi. Najważniejsza część całego zestawu to odpowiednio dopasowane kable i kabelki, przejściówki i baterie, zasilacze i wtyczki, które nie dość, że łączą wszystkie elementy układanki w zgrabną całość, to jeszcze zapewniają bezstratny przekaz materiału bezpośrednio do komputera/laptopa. I tu jest punkt, na którym większość „amatorów” (w tym ja) się poddaje, kiedy próbuje całe to „ustrojstwo” zmontować samodzielnie. „Haczyk” całej prostoty układu tkwi w miejscu dopasowania wszystkich tych elementów do wybranego mikrofonu i aparatu/kamery.

No to jaki jest ten haczyk?

Choćbym bardzo chciała wytłumaczyć, jak to się robi lub choćby od czego zacząć, to moja jaźń nie ogarnia tak wielu zmiennych. I tu przyznaję się bez bicia, że oddelegowałam zadanie do speca. Jacek Gaczkowski – to moja wyrocznia w tych sprawach. Po przedyskutowaniu budżetu przeznaczonego na tę inwestycję (czyt. „fanaberię”, kiedy rodzinka dowiedziała się, jaką kwotę przeznaczam na kilka kabelków, aparat i mikrofon) to on zmontował całość w świetnie działający, łatwy do obsłużenia układ.

Dzielę się tym „tajniakiem”

Kiedy enty raz z kolei koleżanki „po onlajnowym fachu” dopytywały o piękną jakość moich video, postanowiłam podzielić się tym moim osobistym doradcą ze światem. Namówiłam go nawet, żeby nagrał krótki poradnik, w którym wytłumaczy, jakiego rzędu może to być inwestycja (sama „złapałam” się na pragnienie niesamowitej jakości w cenie podrzędnej kamerki z chińskiego onlajnowego sklepu, ale jak już się domyślasz — tak raczej się nie da).

Tyle zrozumiałam z jego zawiłych (dla mnie) tłumaczeń, że kwotę, którą chcesz przeznaczyć na zorganizowanie takiego zestawu do nagrywania pięknych video z profesjonalnym dźwiękiem, możesz dopasować do swoich możliwości. Wybór każdego z elementów „układanki” jest nieskończony. Trudność tkwi w znalezieniu odpowiedniego stosunku jakości do ceny sprzętu, który oczywiście będzie dostosowany do Twoich osobistych potrzeb. No nie dałabym się namówić na wodoodporne właściwości, skoro wiem, że w deszczowe plenery na moim biurku nie grożą. Rozumiesz, o czym mówię?

Nie przeciągam z tłumaczeniem, które nie przybliża Cię do Twojego wymarzonego sprzętu. Odsyłam za to do krótkiego video Jacka, które gościnnie umieścił na naszym oplotkowym kanale YouTube w ramach odpowiedzi na coraz częstsze zapytania o jakość naszych nagrań.

Video znajdziesz poniżej oraz bezpośrednio na naszym kanale .

A do samego Jacka śmiało pisz pod adres: jacekgaczkowski@wp.pl

 

 

Korzystaj – nie będziemy trzymać tego naszego „tajnego” doradcy sprzętowego w szafie – chętnie dzielimy się ze światem 🙂

Co to takiego ta afiliacja?


Niby wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Google i już wiadomo… ale czy tak do końca?
Ostatnia dyskusja na jednej z grup Facebookowych pokazała wiele niejasności i sprzecznych emocji, dlatego postanowiłam konkretnie dać Ci znać, co myślę na ten temat.

Z afiliacją mamy do czynienia wtedy  – tak pisząc własnymi słowami – kiedy ktoś coś poleca i ma z tego profit. Spotkasz się z nią na przykład, kiedy blogerka promuje produkt za konkretne wynagrodzenie.

Afiliacją nazwiesz moment, kiedy otrzyma na przykład kilka procent wartości od każdej sprzedaży promowanego na swojej stronie produktu. Takie polecanie, ale z bonusem. Niby prosta sprawa…
Ale jednak nie taka prosta…

Wyobraź sobie, że ktoś promuje płatki kukurydziane, za chwilę wyskakuje z owsianką, minutkę później opowiada, jakie to parówki firmy X smaczne. A w kolejnym tygodniu jest już na diecie wegańskiej, bo przecież bonusy za kotlety sojowe teraz idą w górę.

Męczące prawda?

Dlatego właśnie dłuuuugo wierzyłam, że taki model totalnie nie jest dla mnie. O jakież wielkie dopadło mnie zdziwienie, że coraz częściej korzystam z poleceń, kiedy szukam konkretnych usług albo produktów i te polecenia to też afiliacja!

Odkryłam, że osoby bardzo znane, posiadające silną i ugruntowaną markę też afiliują (jest w ogóle taki czasownik?! – nie mam pojęcia, ale jakoś ładnie mi tu brzmi).

Kiedy szukałam dobrego programu do nauki konkretnego oprogramowania – skorzystałam z polecenia specjalisty – okazało się, że zarobił na tym poleceniu. Kiedy szukałam sensownego hostingu – poleciła mi go specjalistka od WordPressa, która otwarcie opowiedziała o współpracy z tym dostawcą i wręcz poinformowała mnie o swoim zarobku w przypadku mojej decyzji zakupowej.

Warto przemyśleć!

Wtedy jeszcze raz zrewidowałam swoje poglądy na temat afiliacji i doszłam do wniosku, że skoro ktoś podpisuje się pod produktem innej marki lub innego autora SWOIM WŁASNYM imieniem i nazwiskiem, to najważniejsze jest dla mnie, KTO poleca dany produkt. Chyba czasem jest to nawet dla mnie ważniejsze niż sam produkt.

Nie zrozum mnie źle – chodzi po prostu o zaufanie, jakim darzę osobę polecającą. Nie da się ufać „troszeczkę”. Albo ufam, albo nie… i często wybieram produkt właśnie ze względu na to, jaka osoba go poleca.

Co więc myślę o afiliacji?

Jak dla mnie idea świetna — ale wiadomo, jak to wychodzi w praktyce, kiedy pieniądze wchodzą w grę.
W tym naszym polskim bagienku najczęściej działa to na zasadzie „a kupię bez afiliacji, bo jeszcze komuś się lepiej będzie powodzić ode mnie A fuj.”  Czyli klasyczne „równaj do dołu”. Osobiście patrzę, KTO poleca, dopiero potem na produkt. Jak ktoś jest afiliantem 10 marek, nie posiadając niczego swojego, to jest dla mnie raczej sprzedawcą, niż ambasadorem. Ale korzystam z zakupów afiliacyjnych.

Od czasu, kiedy coraz bardziej zagłębiam się w mocno niszowe usługi coachingowe, kupuję TYLKO przez polecenie. Jeżeli ktoś na tym zarabia — a jeszcze jest to ogarnięta, bardziej doświadczona w biznesie kobieta i chce się dzielić wiedzą — to kupuję głównie ze względu na to, że podpisuje się pod czyimś produktem swoim nazwiskiem.


Bądźmy transparentni!

Lubię wiedzieć, jeżeli ktoś jest afiliantem. Jeżeli nie wiem, pytam wprost, ale jest to raczej argument „za” zakupami, nie „przeciwko”. Kiedy kupuję dobry produkt i wiem, że i tak będę go polecać — otwarcie piszę do jego autora, czy mogę uczestniczyć w programie afiliacyjnym, jeżeli go ma. Nie każdy może. W przypadku świetnego programu do ogarnięcia Pinteresta dla biznesu na przykład — dostałam odpowiedź odmowną, ponieważ nie osiągnęłam milionowej społeczności w tym medium.  Kiedy tam dojdę — na pewno aplikuję znowu, bo program jest świetny.

Polecajki…


Afiliowałam konferencję Kasi Aleszczyk  (tutaj znajdziesz artykuł na ten temat) – i byłam zaszczycona zaproszeniem — bo pracy w nią włożyła masę, a content prelegentów bardzo wartościowy (przy bardzo niskiej cenie). To niby grosze — ale wizerunkowo podpisuję się pod przedsięwzięciem obiema rękami i kibicuję powtórce.

I nie-polecajki.
Byłam afiliantką książki, z której osobiście skorzystałam, ale wycofałam się z programu, bo strategia autorki idzie w kierunku maksymalnego zarabiania i coraz mniej w tym misji i relacji z człowiekiem — nie odpowiadało mi to i po prostu zrezygnowałam, choć pieniądze całkiem przyzwoite, to jakiś wewnętrzny zgrzyt sprawiał, że czułam się jak tani sprzedawca. Zrezygnowałam.

Ale lubimy polecajki…

Afiliuję też produkty Pani Swojego Czasu, bo i tak je polecam (szczególnie dżunglove – bo kocham ten motyw całym sercem). Grosze z tego, bo w ogóle tego nie promuję, ale jak wpadają koleżanki na kawę i widzą te wszystkie planery i karteczki i ściany oblepione suchościeralnymi dżunglakami — to oczywiście podaję mój link. Ola Budzyńska robi kawał dobrej roboty – już nie tylko w zakresie zarządzania sobą w czasie, ale takiego ludzkiego ogarniania rozhisteryzowanych babek co to niby by chciały, ale cały świat jest winny, że im nie wychodzi. Pod tym podpisuję się, totalnie.

I na deser

Program, z którego jestem DUMNA jak cholera, bo kiedy aplikowałam, to wcale nie była to jeszcze
strategia autorki, żeby współpracować w modelu afiliacyjnym i nie było tak łatwo jak teraz (trzeba się
było uczyć prowadzić afiliacyjny samolot „w trakcie lotu”).

Po roku udziału w SOMBA aplikowałam do programu afiliacyjnego, bo i tak polecałam program i dzięki temu mamy polską podgrupę językową wewnątrz programu. Pomimo że Sigrun (Autorka tego online MBA) od nas tego nie wymaga — wkładam tyle energii,  ile mogę w „opiekę” nad osobami, które dołączają do programu z mojego polecenia — i jest to przyjemność — bo są to świadome pracowite babki, których nie trzeba niańczyć, a mastermindy z nimi dają mi wrażenie, że tyle samo „biorę”, co „daję”.

Pomnożysz, dzieląc się…


Zakładam, że dzielimy się tym, co wartościowe i w myśl tej zasady działa moja afiliacyjna aktywność.
Nie znoszę „pierdół”, bo to strata cennego czasu, który już do nas nie wróci. Jeżeli korzystacie z programów, które są wartościowe, AFILIUJCIE! (Jeżu, jak to się odmienia?!).

To jest świetne narzędzie, żeby zarabiać na czymś, co i tak robicie, a wspierając kogoś, kto robi dobrą robotę, wygrywamy wszyscy. Nie ma tu ofiar, wykorzystanych, czy przegranych. Nie dajcie się, proszę wbić w przekonanie, że zarabianie jest złe — jesteście wartościowymi, mądrymi ludźmi, którzy mają ważne rzeczy światu do powiedzenia, ale świat tak działa, że zaczniecie być słyszani, kiedy zasięg Waszej działalności wzrośnie. Pieniądze mogą tylko temu pomóc.

Pasjo-biznesy są fajne, ale kiedy nie zarabiają, to umierają, bo stają się kosztownym hobby. A po jakimś czasie powodem frustracji. Afiliacja może pomóc również na początku, kiedy Wasze produkty jeszcze nie są tak dopracowane, albo marka nie jest tak znana.

Ale to przyjdzie.

Trzymam kciuki!
Agnieszka@oplotki.pl

PS Program SOMBA znajdziesz również TUTAJ

A tutaj ( lub klikając grafikę poniżej) możesz zapisać się na listę mailową, abym przesyłała Ci aktualne informacje o programie.

Zanim zacznę –  chciałabym, byś zadała sobie kilka kluczowych pytań (bez obaw, nie odpowiadasz nikomu, poza sobą).

  • Od czego zacząć biznes w oparciu o rękodzieło?
  • Na czym się skupić, żeby zarabiać?
  • Skąd mam wiedzieć, czy mój pomysł jest dobry? jak to sprawdzić?
  • Jak nie zwariować robiąc wszystko, aby ten biznes w końcu ruszył?!?

 

Jeżeli te pytania dręczą Cię na co dzień – to wiesz, że warto dalej czytać. No to zaczynamy!

Od czego zacząć biznes w oparciu o rękodzieło?

Od tego, od czego zaczynamy każdy biznes, jeżeli ma być czymś więcej niż tylko kosztownym hobby. Planujemy. Określamy swoje cele finansowe, zawodowe, czasowe. Opracowujemy plan strategiczny i plan wdrażania swoich założeń. I działamy. Filtrując cele przez pryzmat osobistych wartości, priorytetów, bazując na naszych realnych możliwościach, środkach, zasobach – budujemy REALNE plany działania. Nie ma sensu porównywać się do innych, ale już jak najbardziej jest sens porównywać się do… siebie. Z przeszłości.

Nie porównuj się do innych

Dlaczego mówię o tym w odpowiedzi na pytania „od czego zacząć rękodzielniczy biznes?”. Bo niestety zbyt często jest to właśnie nic innego jak kosztowne hobby. Warto na samym początku zdecydować, czy tak nie powinno przypadkiem pozostać.

Rękodzieło to świetny sposób na odstresowanie, odpoczynek od pracy, to niejednokrotnie pasja, jakich mało. Nie musi być sposobem na zarabianie, czyli PRACĄ i warto to sobie uświadomić, ZANIM ruszysz szturmować szkolenia i kursy na temat promocji, brandingu, reklamy na Facebooku i całej tej oferty „sukcesu w miesiąc”, jakiej masa w „internetach”.

Stabilne źródło zarobku w oparciu o rękodzieło jest w zasięgu ręki. Ale to praca. Jak każda inna. Warto skonstruować model biznesowy z głową, co zapewne przyspieszy proces zarabiania, ale łudzenie się, że utrzymywanie się z rękodzieła będzie niekończącą pasją twórczych momentów… to raczej mało realistyczna wizja pracy zarobkowej.

Nie to, żebym chciała Ci odradzić tę drogę zawodową… ale warto liczyć się z faktem, że na początku nie będzie łatwo. Samo zaplanowanie swojej pracy tak, aby przynosiła efekty, zadowolenie, stanowiła dla nas źródło nie tylko satysfakcji, ale i utrzymania to inwestycja czasu i energii.

Na czym się skupić, żeby zarabiać?

Wdrażać w życie! Nawet najlepszy plan jest bezwartościowy, jeżeli nie wdrożysz go w życie. Niestety wielu spotkałam świetnych twórców, którzy poddali się w połowie drogi i z wielkim poczuciem porażki wrócili do tego, co robili ZANIM podjęli decyzję, aby spróbować swoich sił w działalności w oparciu o rękodzieło. Samotność, poczucie przytłoczenia nadmiarem obowiązków, brak partnerów do rozmowy w momencie wątpliwości lub czasu ważnej decyzji… nie pomaga. Nie twierdzę, że cokolwiek zrobi ktokolwiek za Ciebie, ale już otoczenie się grupą osób o podobnych celach – znacznie ułatwia drogę.  

Próbowałaś się kiedyś wspinać na Mount Everest… no dobra, na Rysy chociaż? Łatwiej, kiedy masz kogoś obok, prawda? Nie znaczy to, że stawia kroki za Ciebie, ale jakoś mniej marudzisz, a jak już naprawdę nie dajesz rady, duża szansa, że podzieli się łykiem wody, kiedy Twoja już się skończyła. Już rozumiesz, do czego zmierzam? 

Branża rękodzieła to taka trochę wspinaczka na szczyt… ciężko liczyć na zrozumienie ze strony koleżanki, która wyleguje się na plaży, ale już łatwiej o sensowną radę od tej, która rok temu zdarła kolano ześlizgując się ze zbocza, bo wyszła na szlak… w japonkach.

Dobra, dobra, nie zapuszczam się w meandry metafor, ale jedno, co warto zapamiętać, z tych wynurzeń, że jeżeli Twoim celem finansowym są Rysy – to nie ma sensu porównywać Twojej mapy do tej od koleżanki zmierzającej do Doliny Pięciu Stawów. Może i fragmencik przejdziecie razem, może nawet wyruszycie z tego samego schroniska, ale kiedy Wasze szlaki się rozdzielą, życzycie sobie pewnie powodzenia i każda idzie w swoją stronę – ze świadomością, że fajnie było przejść kawałek wspólnie. Niby ta sama droga, ale minęła jakoś szybciej, raźniej.

Małymi krokami do celu

Skąd mam wiedzieć, czy mój pomysł jest dobry? Jak to sprawdzić?

Nie ma innej drogi, niż zweryfikować swój pomysł w praktyce. Ale ale… zanim weźmiesz kredyt na nową pracownię rękodzieła – sprawdź, czy w ogóle ktoś zechce ją odwiedzać. Niekonwencjonalne metody działania, inwestycje czasu i energii są jak najbardziej wskazane – ale bez skutecznego sprawdzenia rynku, konkurencji, zasadności Twojego pomysłu na zarabianie… nie warto maksymalizować swoich działań. Badanie rynku – to szumny „must have” do odhaczenia na liście zadań, ale jak to się właściwie robi w branży rękodzieła? Nie ma utartych schematów i gotowej recepty na sukces – jest za to kilka sprawdzonych metod do ich wypracowania. Jedną z nich jest działanie – robienie tego samego, ale zupełnie inaczej. Nie obędzie się bez narzędzi badania, czy Twoje założenia były słuszne – bo co Ci po badaniu rynku, którego nie potrafisz zinterpretować, porównać z innymi. 

Jedna z uczestniczek moich warsztatów była załamana faktem, że na zorganizowane przez nią pierwsze warsztaty przyszły „tylko” 3 osoby… Ileż lżej było jej cieszyć się z tego wyniku, kiedy zwierzyłam się z faktu, że kilka moich pierwszych warsztatów… miało frekwencję zerową. Nawet teraz – po kilku latach działalności ciągle zdarzają się takie warsztaty! Ale są i takie, kiedy proszę koleżanki z zespołu o pomoc, bo jest aż tak wielu chętnych.

Jak nie zwariować robiąc wszystko (poza rękodziełem), aby ten biznes w końcu ruszył?!?

Piszesz posty, produkujesz treści na blogu, jesteś aktywna na Instagramie, może nawet zastawiasz się nad Youtubem, Pinterestem, czy podkastowaniem? Masz wrażenie, że ciągle za mało się promujesz, bo Twoje prace sprzedają się okazjonalnie? A kiedy czas na twórczą pracę?! Kiedy czas na urlop?!?

Odpowiedź prosta! Kiedy tak zaplanujesz!

Nie ma się co łudzić, że praca „sprzeda się sama”, więc wcielasz się w sprzedawcę i księgową. Podstawowe kwestie prawne też są kluczowe, więc wykrajasz czas na ich dopilnowanie. Nie można się promować bez sensownych zdjęć, więc studiujesz, co to ta migawka i przesłona, jakie ISO itd. I po kilku miesiącach łapiesz się na tworzeniu sklepu internetowego, w którym nie ma czego sprzedawać, bo przecież brakuje Ci czasu na tworzenie. I kółko się zamyka…

Kiedy słyszysz „deleguj pracę”, łapiesz się za kieszenie… i zastanawiasz, skąd masz wziąć środki na księgową, skoro przecież ta machina „jeszcze nie zarabia”. 

Jak wyjść z tego zaklętego koła?

Postawić na zbudowanie modelu biznesowego w oparciu o Twoje potrzeby i cele. 

Tak proste! I tak trudne!

Kiedy pytam „ile chcesz zarabiać miesięcznie?” pewnie nie przychodzi Ci kwota stu tysięcy Euro…

A może jednak? 

Niezależnie od tego, o jakiej kwocie pomyślałaś – czy przeliczyłaś, ile to oznacza sprzedanych produktów lub usług? Pewnie podzieliłaś właśnie tą „pomyślaną kwotę” przez średnią cenę Twojego bestsellera? A co z kosztami jego wytworzenia?

Rozumiesz?

To proces. 

Łatwiej przejść go wspólnie. 

Dasz radę sama? 

Świetnie! Nie czekaj ani chwili. To coś, co absolutnie trzeba zrobić,  jeżeli jeszcze nie zaczęłaś!

Podsumowując – nie wierz mi na słowo! Sprawdź to! A dlaczego?!

A na koniec…

Kim ja właściwie jestem, żeby Cię uczyć, jak robić biznes w oparciu o rękodzieło?!?

Jako właścicielka marki OPLOTKI z powodzeniem utrzymuję się z działalności w oparciu o rękodzieło. Prowadzę warsztaty szydełkowania, koordynuję organizację warsztatów z innych dziedzin rękodzieła, prowadzę sklep internetowy oraz dzielę się wiedzą i doświadczeniem z zakresu prowadzenia takiej właśnie działalności. Znajdziesz mnie na Instagramie, Facebooku, PinterestYouTube, a tutaj posłuchasz moich podcastów

Jestem architektem

Studiowałam na Poznańskiej Politechnice (Architektura i Urbanistyka) i Technische Universitat Berlin (jeżeli chcesz poczytać więcej o takich podpunkcikach obok nazwiska, którymi chwali się w CV – to tutaj szczegóły).

Pracę zaczęłam już na początku studiów ( to moje drugie po Filologii Angielskiej na UAM studia) – kiedy koledzy z roku imprezowali, ja pisałam kolejne podania, aby zawalczyć o praktyki w lokalnych biurach. Od biura do biura, od asystentki asystenta, po coraz bardziej samodzielnego projektanta z epizodami zawodowymi w Warszawie i Berlinie wróciłam do ukochanego Poznania i tutaj założyłam swoją firmę. Oszczędzę Ci bolączek zawodowego życia – skwituję tylko, że finanse rekompensują długie godziny skupienia, stresu i odpowiedzialności związanej z pracą. Tak długo, jak mogłam, poświęcałam każdą wolną chwilę na rozwój zawodowy. Ale kiedy na świecie zawitała córeczka i z przychustowanym maluszkiem dzielnie biegałam po budowie… Już powoli czułam, że to chyba nie tędy droga, bo…

Jestem mamą

Z jednym dzieckiem jeszcze (choć wysiłkiem ponad siły) godziłam rolę profesjonalistki i nocnej niani, ale kiedy pojawiło się drugie, postawiłam na jedną kartę. Nikt mnie nie zmuszał, miałam komfort wyboru, ale zdecydowałam się spędzać długie godziny z dwójką urwisów zamiast, rozwijając się w ukochanej profesji. Niczego nie poświęciłam, nie byłam rozczarowana, nie mogę powiedzieć, że kiedykolwiek żałowałam wyboru ( jeżeli jesteś mamą wiesz, jak potrafią dać w kość  momenty macierzyństwa na pełnych obrotach. Też tak miałam….i  mam, ale i tak drugi raz wybrałabym tak samo). Gdyby nie ta pustka, która pojawiała się po każdym odrzuconym na rzecz macierzyństwa zleceniu, pewnie nigdy nie odkryła bym ponownie, że…

Jestem rękodzielnikiem

Tęsknota za pracą, tempem zawodowych spotkań, kreatywnym procesem projektowym i adrenaliną jego weryfikacji przez klienta wywołała wielką potrzebę rozpychania tych momentów między obiadkami, klockami i dziecięcymi basenami czymś własnym. To COŚ  – to było właśnie rękodzieło. Powrót do wszystkich zapomnianych technik, które właściwie zaprowadziły mnie na architekturę zbudował most między dziećmi a mną…DAWNĄ MNĄ. Nie mówię tu tylko o rzucaniu się w wir spontanicznej rzeźby, malarstwa, szydełkowania, szkicowania… rodem z własnego dzieciństwa, tylko teraz w wydaniu z własnymi dzieciakami do spółki… Mówię tu głównie o szydełkowaniu, które z jednej strony dawało ucieczkę od stresów macierzyństwa, a z drugiej zataczało koło ku architekturze. Tym razem w wydaniu bardziej mięciutkim niż kubatury i budowa. W wydaniu ciepłych, organicznych wnętrz wyposażonych w rękodzielnicze dodatki. Szybko odkryłam, że o ile wykształcenie architektoniczne nie jest tak powszechne, szydełkowanie już zdecydowanie przyciągnęło większą rzeszę praktykujących pań. To uświadomiło mi, że…

Jestem kobietą, 

klasyczną „babą”, aby być bardziej precyzyjną. Lubię być w otoczeniu innych plotkujących istot. Po latach pracy w męskich zespołach głodna byłam tej energii. Głodna tym bardziej, że jedyne, o czym z innymi kobietami rozmawiałam, to bezglutenowe obiadki i dziecięce przypadłości. Tęskniłam za kobiecą przestrzenią, ale taką „naszą”, nie dziecięcą. Stworzyłam OPLOTKI – czyli przestrzeń na „plotki” przy O-plataniu. Z mojej potrzeby narodziła się cała idea zajęcia się rękodziełem „na serio” nie tylko „po godzinach”, których i tak przy dwójce maluchów było coraz mniej. Tak jak wiele innych kobiet po urodzeniu dzieci zamarzyłam o pracy, która pozwoli bezszwowo połączyć rolę profesjonalistki z rolą matki „obecnej”. Ale daleka jestem marzeń w tej materii, wiedziałam, że moje przedsiębiorstwo działające w oparciu o rękodzieło musi być co najmniej w połowie tak finansowo opłacalne, jak praca w zawodzie, bo…

Jestem żoną, 

ale taką, która od A do Z musi mieć realny wpływ na to, jak wyglądają nasze wspólne decyzje. Również te finansowe. Dlatego bez owijania – piszę tutaj z perspektywy osoby, która nie najlepiej czuje się w relacji zależności finansowej i traktuje biznes – również ten w oparciu o rękodzieło – jako realne narzędzie finansowania wspólnego życia. Z pracy jako rzemieślnik można „płacić rachunki” – ale jedynie wtedy, kiedy potraktuje się ją jak pracę.

Łudzenie się, że kolejki chętnych ustawią się po moje produkty i usługi bez jakiegokolwiek wysiłku w budowaniu strategii działania na rynku… to słaba metoda. Nie będę Cię karmić frazesami „rób, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia” – bo nawet dla mnie – „szefa” we własnej wymarzonej firmie to bzdura. Bez pracy nic się nie zadzieje – ale to Twoja w tym głowa, aby praca była przyjemna, odbywała się w obszarze Twoich najlepszych umiejętności, była zaplanowana w taki sposób, aby dawać satysfakcję i zarobek, a nie poczucie porażki. Długo wydawało mi się, że skoro biznesplan, badanie rynku, kalkulacja zysków i strat przychodzą mi łatwo, to dzieje się tak dla każdego. Tak nie jest, po części dlatego też…

Jestem szkoleniowcem

no nie mogłam się oprzeć, nie znoszę tego terminu – ale nic tak dobrze nie określa tego, co robię, aby osiągnąć swój cel. „Rekrutuję” kolejnych rękodzielników do współpracy, „wyławiając” perełki z płatnych programów online (np. Akademia rękodzielnika), szkoleń stacjonarnych ( np. szkolenie dla Poznańskiego programu Zaułek Rzemiosła) oraz bezpłatnych grup dla chcących budować biznes w oparciu o rękodzieło (grupa).

Wiem, że osoby, które zdecydowały się na budowanie biznesu w oparciu o rękodzieło i świadomie inwestują czas, energię i środki finansowe w powodzenie swojego przedsięwzięcia – już tam są  – i to im chcę ułatwiać drogę. Dlatego daję wiele możliwości osiągania Celu, jakim jest zarabianie na rękodziele. Można skrócić sobie drogę – korzystając z mojej wiedzy i doświadczenia w intensywnych programach (np. akademia rękodzielnika), można też korzystać z bezpłatnych możliwości, jeżeli taka inwestycja, to za dużo dla Twojego osobistego budżetu. Dlaczego można wolniej? Bo dzięki temu można bezpłatnie! Wierzę, że brak finansowego zaplecza to nie przeszkoda, potrzeba po prostu więcej pracy. Właśnie dlatego…

Jestem społecznikiem

Jako Prezes Zarządu Stowarzyszenia dzielnie walczę o zewnętrzne finansowanie projektów skierowanych zarówno do rękodzielników, jak i początkujących przedsiębiorczyń. Wiem, jak trudno było mi nauczyć się specyfiki skutecznej promocji w dobie social-mediów i niekonwencjonalnych strategii biznesowych i jak często jest to bariera, ograniczająca nawet najcenniejsze rękodzielnicze mikrobiznesy. Jeżeli finanse to jedyny powód, dla którego nie możesz wystartować z Twoją rękodzielniczą działalnością – pisz – problemów nie rozwiążę jednym mailem, ale jeżeli wiesz, czego chcesz, nie ma przeszkód, które mogą Cię powstrzymać. Otoczenie się wspierającymi ludźmi o podobnych celach nic nie kosztuje, a może dodać sił w krytycznych momentach. 

Jestem taka jak TY

A skoro mi się z powodzeniem udaje się „żyć z rękodzieła” dlaczego Tobie miało by się nie udać?

Z powodzeniem łączę rolę architekta, mamy, żony, kobiety, szkoleniowca…i wiele innych! Tak jak Ty!

Masz w sobie energię, aby zawojować świat! – jeżeli potrzebujesz środowiska wzrostu, grupy ludzi o podobnych celach, pomocy i wsparcia. Jesteś we właściwym miejscu, bo w takim właśnie celu stworzyłam Akademię Rękodzielnika

Program startuje w określonych momentach w roku – dlatego, żeby nie przegapić startu, koniecznie zapisz się na tę listę. Pamiętaj, że Akademia – to droga „na skróty”. W programie swobodnie korzystasz z mojej wiedzy i doświadczenia,  uczysz się tutaj na moich błędach, błędach kolegów i koleżanek z programu, swoich. Popełniasz je, bo działasz! Gdybyś mogła osiągnąć to samo sama – pewnie już dawno byś to zrobiła.

W naszym OPLOTKowym arsenale, narzędzi wspierania rękodzielników jest wieeele. Tym, od którego polecam zacząć – jest kurs „HANDMADE – HOBBY, czy BIZNES” … który pozwoli Ci samodzielnie odpowiedzieć na pytanie…czy droga do własnej działalności w oparciu o rękodzieło jest dla mnie. Tutaj znajdziesz wszystkie potrzebne informacje STRONA ZAPISU NA LISTĘ ZAINTERESOWANYCHKURSEM. 

 

 

A Jeżeli już Tworzysz...tutaj znajdziesz 6-częściowy video- poradnik „Jak wycenić rękodzieło” 

 

 

 

Zaczęło się od informacji usłyszanej od koleżanki. Że jest taka możliwość. Że są programy na rozpoczęcie działalności. A informacja ta zbiegła się z procesem decyzyjnym, przebiegającym u mnie podówczas, dotyczącym podjęcia kroków zawodowych. Byłam (i do dziś jestem) na urlopie wychowawczym, do pracy na etacie nie chciałam wracać. Mając małe dziecko u progu przedszkola nie chciałam pracować w szkole, w której przenigdy nie pracowałam na pół gwizdka, zawsze angażowałam się mocniej, nie umiem inaczej.

Zatem zbiegły się dwie informacje w dobrym czasie. Ale żebyście nie pomyśleli, że to już spowodowało, że pobiegłam do wujka google’a. Nie. Jestem leniwą bułą, tak łatwo się nie daje ruszyć. Zaistniała trzecia okoliczność. Jedna z moich Przyjaciółek kończyła studia i żeby uzyskać dyplom coacha, szukała chętnych do sesji. Pobiegłam. (żartuję, jak wspomniałam wcześniej – jestem kanapowym ziemniakiem, nie biegam). Ale – nie zaprzeczę – chętnie skorzystałam z możliwości przeczołgania siebie. Po pytaniach, któremi niczym snajper strzelała Justyna, podjęłam trud i rozrysowałam sobie meandry błądzącej i ruszyłam pytać.

Najpierw trafiłam do Urzędu Pracy. W tejże cudnej instytucji niemalże odbiłam się od drzwi (trafiłam tam koło 14, a to już kres możliwości pań zza biurka, słowem: z(a)mykały!!!), ale słowo „niemalże” dało mi szansę na otrzymanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nie mogłam otrzymać dofinansowania z UP (wysokość takiej dotacji to OKOŁO 18 tysięcy złotych i o więcej nie pytajcie, bo nie wiem), gdyż nie byłam zarejestrowaną bezrobotną i stanowczym tonem poinformowano mnie, jakże nagannym jest proces rejestracji wyłącznie w celu otrzymania dotacji. Zawsze byłam wzorową uczennicą i na takie zachowanie w życiu bym sobie nie pozwoliła. Dowiedziałam się również, iż warto udać się do miejsca, w którym wspiera się początkujących przedsiębiorców (jak gdyby UP takim miejscem nie był, choćby z założenia…) i tam poszłam w kolejnym tygodniu.

W moim mieście było to http://www.powp.poznan.pl/kat/id/153 i tam przyjęto mnie bardzo sympatycznie.

Przede wszystkim, zasiano nadzieję na to, że się uda.

Po wtóre, czułam się tam jak partner rozmowy, a nie roszczeniowy petent.

Tam też dostałam magiczną listę. Listę z adresami firm, w których trwał nabór do projektów unijnych, w których mogłam uczestniczyć. Skierowane były one do osób po trzydziestym roku życia oraz BIERNYCH zawodowo (urlop wychowawczy to jeden z przykładów bierności). Wystarczyło zadzwonić…

Czy podniosłam słuchawkę? (kto w dzisiejszych czasach podnosi słuchawki, błagam…)

Odpowiedź w następnym odcinku.

 

Jak to się wszystko zaczęło…

Czyli zaproszenie do świata O –plotek- twórczych rozmów przy rękodziele.

Marzysz, gonisz choć nie wiesz za czym. Może próbujesz być tu i teraz. Próbujesz pogodzić prace rodzinę i czas dla siebie?

Nie jesteś sama!

Czytaj dalej