jadwiga anioła kraszanki
jadwiga anioła kraszanki
Kolejny odcinek podkastu, naszej serii pt. „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, która jest realizowana w ramach projektu “Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”.
W naszym dzisiejszym spotkaniu gościmy Panią Jadwigę, która jest twórcą ludowym w dziedzinie zdobnictwa obrzędowego, a od roku prezesem Oddziału Wielkopolskich Twórców Ludowych. Pani Jadwiga opowie nam o kraszankach.
o kraszankach jadwiga anioła
Pani Jadwiga jest wszechstronną artystką, a jej największą pasją są kraszanki.
Z tego odcinka dowiesz się:
  • Co to są kraszanki?
  • Z jakich jajek można je wykonać?
  • W jaki sposób powstają ich niepowtarzalne wzory?
  • Co jest najtrudniejsze w tej sztuce i jak bardzo jest ona trwała?

Posłuchaj pięknej opowieści o jednej z najstarszych technik zdobienia jajek. A jeśli wolicz czytać, transkrypcję całej rozmowy znajdziesz poniżej.

TRANSKRYPCJA PODCASTU: „JADWIGA ANIOŁA O KRASZANKACH”

Karolina Nowaczyk: Dzień dobry, czy mogłaby się pani przedstawić naszym słuchaczom?

Jadwiga Anioła: Nazywam się Jadwiga Anioła i jestem twórcą ludowym w dziedzinie zdobnictwa obrzędowego. Od roku jestem prezesem oddziału Wielkopolskich Twórców Ludowych. Do stowarzyszenia należę od 2014 roku, także jestem stosunkowo młodym twórcą – jak na prezesa to bardzo młodym.

K.N.: Gratulujemy. Dzisiaj będziemy rozmawiać o kraszankach. Co to jest kraszanka?

J.A.: Kraszanka, czyli pobarwione jajko. Okraszone najpierw, czyli pobarwione barwnikiem. A po barwieniu jajka należy to jajko wydrapać, czyli ozdobić, okrasić. To jest ta kraszanka, czyli wydrapywane wzory, wyryte wzory w jajku wcześniej zabarwionym.

K.N. Na jajkach jakich ptaków pani tworzy te kraszanki?

J.A.: Generalnie to moje kraszanki powstają na gęsich jajkach. To znaczy na gęsich wydmuszkach. Nie na pełnych jajkach – tylko na wydmuszkach. Ze względu na to, żeby długo mogły cieszyć oko. W niektórych domach są ozdobą, tak jak bombki przechowywane w pudełkach przez wiele lat, wyjmowane tylko na okres wielkanocny. Robiłam też na kaczych, na kurzych. Wydrapuję rokrocznie na Wielkanoc do koszyczka na pełnych, gotowanych kurzych. I z takimi wydrapanymi idziemy do święconki. I to trzeba wydrapać w Wielką Sobotę rano, żeby iść ze święconką tego samego dnia. No bo jajo ugotowane musi być świeżo poświęcone, nie stare, żeby można było je zjeść. I te właśnie jaja nie zachowują się u nas, no bo – niestety – skorupki obieramy i jemy. Dużo pracy na potrzebę chwili, ale muszą być.

Jak powstają kraszanki?

K.N.: Ja tutaj widzę mnóstwo różnych wzorów. Jak pani tworzy te wzory, pani Jadwigo?

J.A.: Wszystko z głowy, nic nie kopiuję. Nie ma dwóch identycznych jaj. Nie ma takich samych wzorów, one się zawsze różnią. Gdyby nawet ktoś zadał mi takie zadanie, że mam stworzyć ileś tam jajek tego samego wzoru, podejrzewam, że nie podjęłabym się tego bo nie potrafię tego zrobić i zawsze gdzieś mi tam w myślach coś umknie, przemknie innego. Ina pewno będzie to jajko inne, nigdy nie będzie takie samo.

jak zrobić kraszankę

K.N.: Proszę nam opowiedzieć o narzędziach, o tym jak wygląda praca z taką wydmuszką?

J.A.: Narzędzia są prymitywne – to taki zwykły nożyk do ziemniaków. Często też takim gwoździem grubym wydrapywałam wzory. Są też specjalne narzędzia, które są na Opolszczyźnie. Panowie opracowali je dla swoich pań, które wydrapują jajka. Ja w większości wydrapuje zwykłym kuchennym nożem – takim do obierania ziemniaków, warzyw.

K.N.: Co jest najtrudniejszym elementem w przygotowaniu kraszanki? Myślę o tym, że trzeba pozyskać jajko, trzeba je ubarwić, uzyskać barwnik, narzędzia… 

J.A.: Najtrudniejsze dla mnie to chyba jest barwienie, ponieważ od zawsze barwię jajka w materiale roślinnym. Sama pozyskuję barwnik z roślin – są to buraki, liść barwinka, szyszki olchowe, kora dębu, łuski cebuli. No w najróżniejszych barwnikach pozyskanych z roślin barwię, nieraz są to kompozycje dwóch, trzech barwników. Też długość barwienia wpływa na to, jak bardzo się przebarwi skorupka. Zazwyczaj moje pisanki są ciemne, nie są wyraziste w jaskrawych kolorach, kolory są stonowane – powiedziałabym nawet, że w takich przygnębiających barwach – i one nigdy nie mają tego widoku radości, tylko są smutne, bo są ciemne. A wszystkie pisanki, jakie spotkałam, są szalenie kolorowe, barwne, rzucające się w oczy, a moje takie zwykłe szare jaja, ciemne.

jak malować kraszanki

K.N.: Szare nie, ale ciemne. Myślę, że wynika to z tego, że w naturze rośliny to nie są raczej barwne ptaki.

J.A.: Tak, czym ciemniej zabarwiona skorupka i bardziej wchłonie farbę, tym jest ładniejszy wzór – bo mocno wydrapany wzór jest zawsze biały. Ale ja czasem drapie płytko ze względu na to, żeby odkrywać te powłoki farby. No i niektóre z tych moich kraszanek mają właśnie takie cieniowania, które rzadko się spotyka w pisankach.

K.N.: Czy przez te lata, kiedy pani wydrapuje kraszanki – bo ludzie od wieków wydrapują kraszanki – czy jest coś takiego, co się zmieniło w technice? Coś, o czym możemy powiedzieć, że jest od zawsze? I czy coś na przykład pani zmieniła, co ułatwia pani pracę?

J.A.: Ja nic nie zmieniłam, żadnej nowoczesności nie wprowadziłam. Ja jestem taka manufaktura, jak była kiedyś, i nic nie zmieniam, nic nie udoskonalam. Z tego co wiem, to ludzie zmieniają narzędzia, udoskonalają sobie, a ja jestem twarda i stała przy jednym swoim i zawsze ciągle tak samo. Fakt jest jeden – zajmuje to mnóstwo czasu, bo żeby taka ładna kaszanka powstała, to te pięć, sześć godzin trzeba poświęcić. Trzy godziny co najmniej barwienia i dwie, trzy godziny wydrapywania. I to musi być odpowiednio przygotowane jajko, także taki czas poświęca się na jedną taką kraszankę. Jest to super zajęcie, skupienie niesamowite, uruchamia się wyobraźnia, nieraz liczy się kreseczki. Bardzo często to robię – zaczynam drapać i liczę, dojeżdżam do 60 i płatek kwiatka jest zrobiony, także to są takie treningi bardzo dobre dla starszych osób, bo ćwiczą pamięć. Należy liczyć płatki, liczyć kwiatki, żeby się nie pomylić. Niekoniecznie należy zrobić ten sam motyw, ten sam wzór na jednej i drugiej stronie tego jajka, ale chodzi o to, że skupiamy się i intensywnie liczymy, a takie liczenie bardzo dobrze wpływa na człowieka.

 

K.N.: Czyli tak, jak zawsze mówimy u nas w Oplotkach – że rękodzieło jest po prostu rozwijające, pomocne, stymulujące umysł i ciało. 

J.A.: Wiele takich zajęć prowadziłam w szkole z dziećmi. Prowadziłam zajęcia z grupami niepełnosprawnymi. Były to osoby z autyzmem, były osoby z niepełnosprawnościami ruchowymi. Także bardzo fajnie się współpracuje z takimi ludźmi. Wspaniale. Widać, że ci ludzie odnajdują jakiś inny cel w takim wydrapywaniu wzorów – nie są one takie jak od mistrza, ale powodują to, że ci ludzie niepełnosprawni koncentrują się na tym, co robią. Mają ogromny szacunek do człowieka, który ich uczy, potrafią tę radość okazać. Bardzo dobrze też pracuje się z osobami starszymi, seniorami. No nie powiem, że z dziećmi się źle pracuje, bo też się wspaniale pracuje – są wesołe i bardzo dobrze się z nimi pracuje. Dzieciaki wynoszą najwięcej, bo one mają najlepszy chłonny mózg. Po wielu latach spotyka mnie chłopiec na ulicy i mówi: ”A ja z Panią robiłem jajka! Pamiętam, miałem brudne ręce, wydrapywaliśmy wzorki i mam je do dzisiaj. Mama chowa w kieliszku”. Takie miłe wspomnienia. 

I nawet już nie pamiętam, od kiedy robię te jajka. Tak naprawdę babcia wydrapywała. Pamiętam, że u nas zawsze były wydrapywane jajka. Co prawda nie gęsie, nie zachowały się żadne wzory, a moja babcia wydrapywała je do święconki. Pamiętam taką dużą miskę od najlepszego serwisu, jaki był w domu. Babcia stawiała na stole i barwiła w garnku na piecu w łupinach cebuli, dziadek oziminę przynosił. I barwiła różnymi naturalnymi barwnikami, brała nóż do obierania ziemniaków, jak ja dzisiaj biorę, stawała przy piecu i te ciepłe jajca wydrapywała i układała w tej misce. Zawsze mieliśmy na święta takie ładne wydrapane i dla mnie było to normalne – one muszą być.

Potem zaczęłam, jak wyszłam za mąż. Dziecko było małe, to musiało mieć do koszyczka też takie jajko wydrapane. I było to też normalne dla mnie. Potem zaczęłam wydrapywać w gęsich jajkach, pierwsze to były takie wydrapane dla nas na stół wydmuszki, potem były w prezencie dla rodziny, dla znajomych. Nigdy nie robiłam tego zarobkowo, zawsze robiłem to tak z pasją od siebie. I każde było inne. I zawsze mówiłam: wybierzcie sobie, jakie chcecie, jakie się wam podoba. To tak było spontanicznie, tak się zaczęło.

o kraszankach

Wciągnęła mnie ta pasja bardzo mocno, robiłam coś, o czym w ogóle nie wiedziałam, że jest to najstarsza technika zdobienia jaj. Dopiero po spotkaniu z panią etnograf z muzeum w Dziekanowicach i rozmowie pani spytała, skąd ja to umiem. A ja mówię, że nie wiem, no tak od zawsze myśmy tak w domu robili. No i dowiedziałam się właśnie wtedy, że to są właśnie najstarsze pisanki, że tak barwiono kiedyś, dowiedziałam się historii tej pisanki, no i nic nie zmieniłam, zostawiłam tak, jak było. Postanowiłam, że tak długo, jak będę wydrapywać, będę tak barwić. Moje wszystkie pisanki są podpisane przeze mnie. Także gdziekolwiek znajdę kraszankę, wiem, że jest moja. Nigdy nie zapomnę żadnej z nich, chociaż wydrapałam już tysiące, poznam moje zawsze i wszędzie. Mam takie coś, że pamiętam wszystkie.

K.N.: Swoje dzieci się pamięta!

J.A.: Tak, swoje dzieci się pamięta, bo w każdym jest coś innego. I nieraz są pobarwione, mają plamy, niedociągnięcia, jakieś dziwne przebarwienia, to gdzieś jakaś wypustka, bo przecież skorupka to jest tylko skorupka, to stworzyła natura, tak to gęś zniosła, więc każde jest inne. Każda gęś jest inna, każde jajko jest inne i w tych właśnie przebarwieniach i niedociągnięciach, odkrywa się to, co najfajniejsze, najważniejsze. Najładniejsze są wtedy te pisanki, bo są te naturalne przebarwienia, nie trzeba ich malować, robić.

K.N.: Piękno rękodzieła – każda jest inna.

J.A.: Każda inna. Ktoś kiedyś mi powiedział, że właśnie po tym poznaje się prawdziwego artystę, że nie maluje dwóch takich samych obrazów. No i chyba u mnie jest tak samo, bo dwóch równych nie mam.

K.N.: Pani Jadwigo, czy poza dziećmi i seniorami są osoby, które chcą się nauczyć tworzenia takich pisanek?

J.A.: Wiele osób spotkałam w swoim życiu, które chciały się nauczyć, nie wszyscy mają do tego predyspozycje. Nie wiem, mi to wychodzi tak naturalnie, ale nie wszyscy mają takie zdolności, umiejętności, żeby poświęcić tak dużo czasu w tak bardzo głębokim skupieniu. I przede wszystkim, by uruchomić wyobraźnię i wydrapywać te wzory. No mało jest takich osób. Wśród dzieci przez wiele lat prowadziłam zajęcia w szkołach i przedszkolach, a spotkałam tylko jedną dziewczynkę – jedną jedyną – która była naprawdę zaangażowana. Ona nie słyszała, że już był koniec. I to jest dopiero człowiek, z którego będzie naprawdę prawdziwy artysta, bo ona nie zwróciła na nic uwagi: że wszyscy wyszli z lekcji, że warsztaty się skończyły. Ona ciągle była przy jednym jaju skupiona – opanowanie ręki, odkrywanie tych właśnie kolorów, dobieranie wzorów, no było to wspaniałe i to była jedna dziewczynka. Córka moja też umie to robić, nauczyła się przy mnie. W tej chwili jeszcze nie robi tak jak ja, bo nie wie, czy chce robić, czy nie. 

K.N.: Proszę nam jeszcze powiedzieć, jakim innym rękodziełem się pani zajmuje poza kraszankami?

J.A.: Ja jestem taki człowiek orkiestra, bo żyję tak, jak pory roku żyją. Na Wielkanoc pisanki, pieczywo obrzędowe, palmy wielkanocne, kwiaty z bibuły, wyroby ze słomy, wieńce dożynkowe. Trochę jeszcze zostało mi z domu rodzinnego zielarstwa, takiego ludowego. I tak ze wszystkim: jak kalendarz idzie, tak ja też.

K.N.: Czyli na Gwiazdkę mamy ozdoby?

J.A.: To tylko ze słomy, słoma przynosi szczęście, bogactwo. Ludzie w to wierzyli i zawsze taki snopek zboża powinien stać w kącie, bo to przynosi dostatek i ozdoby ze słomy powinny być na choince. Kiedyś wieszano na podłaźniku, pod sufitem, i u nas są ozdoby ze słomy, snopek w kącie, chociaż mamy już XXI wiek, ale niech zostaną te dawne wierzenia i tradycja.

K.N.: To ja mam pytanie: Czy snopek z lnu też się liczy?

J.A.: Nie, nie liczy się. To musi być owies, żyto, pszenica i jęczmień – te cztery zboża.

K.N.: Dobrze, to w tym roku się postaram i będzie taki snopek stał u mnie. Jednak skąd wziąć w mieście taki snopek?

J.A.: Bo to tylko na wsiach taka tradycja.

K.N.: No ale zobaczymy, może powoli coś tam zakrzewimy dzięki naszym rozmowom z twórcami.

J.A.: Wielu jest zakręconych ludzi właśnie w takim klimacie kultury ludowej, jednak większość to pisarze, rzeźbiarze, koronczarze, a mało jest właśnie takich, którzy żyją porami roku i żyją tak, jak żyli ludzie dawniej.

K.N.: To miejmy nadzieję, że dzięki naszej rozmowie ktoś się zainteresuje i chociaż spróbuje żyć porami roku.

J.A.: Ja zapraszam do tego, bo jest to piękne i kontakt z naturą jest niesamowity. Człowiek musi żyć wtedy ze zbieractwa, musi zbierać barwniki, musi zbierać zioła, sam ręcznie zbierać zboże na polu. Przy okazji spaceruje, wychodzi z domu. Dopiero na zimę schodzi do domu i wtedy zaczyna przerabiać to, co zebrał. 

K.N.: Dziękujemy za tę rozmowę.

J.A.: Bardzo dziękuję. 

wywiad z magdą wojtecką
wywiad z magdą wojtecką
Kolejny odcinek podkastu i naszej serii pt. „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, która jest realizowana w ramach projektu “Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”.
W naszym dzisiejszym spotkaniu gościmy Magdalenę Wojtecką, która od 9 lat mieszka w Hadze w Holandii. Magda jest rękodzielnikiem z zamiłowaniem do historii rękodzieła. Jest także członkiem Stowarzyszenia Oplotki oraz wolontariuszką w „Polce” – Poolse vrauen in Segbroek.
Z tego odcinka dowiesz się:
  • Co to jest lucet?
  • Co to jest widelec dziewiarski i dlaczego się tak nazywa?
  • Jakie są rodzaje sznurków i do czego można je wykorzystać?
  • Co to jest bardko tkackie i tabliczki do tkania? Czym się różnią?
  • Jakie są rodzaje splotów?
  • Do czego służyły krajki?
Wysłuchaj tej interesującej opowieści i przekonaj się, co można stworzyć za pomocą tych narzędzi w XXI wieku. A jeśli wolisz czytać, transkrypcję nagrania znajdziesz poniżej. Zapraszamy 🙂
Więcej szczegółów o projekcie znajdziesz na stronie Rękodzieło Wczoraj i Dziś >> 

Listen to „37_2020 Magdalena Wojtecka o lucecie, bardku i igle dziewiarskiej” on Spreaker.

 

TRANSKRYPCJA PODCASTU „MAGDALENA WOJTECKA O LUCECIE, BARDKU I IGLE DZIEWIARSKIEJ”

 

Magdalena Wojtecka: Cześć, nazywam się Magdalena Wojtecka, mieszkam w Hadze w Holandii od 9 lat. Muszę przyznać, że postrzegam siebie jako rękodzielnika z zamiłowaniem do historii rękodzieła. Jako osoba kreatywna nie mam ulubionej dziedziny rękodzieła, chyba bardziej fascynuje mnie proces nauki samej techniki i jej historii w jednym. Jestem członkiem Stowarzyszenia Oplotki. Ze stowarzyszeniem mamy wspólną ideę rozpowszechnianie rękodzieła i muszę przyznać, że to jest bardzo inspirujące. Jestem też wolontariuszem w Polce, czyli Poolse vrouwen in Segbroek. Są to kobiety zrzeszone w grupie, które pomagają sobie nawzajem na emigracji. Dzisiaj chcę opowiedzieć o lucecie, bardku, tabliczkach i igle dziewiarskiej. Brzmi ciekawie?

Justyna Renn: Brzmi ciekawie, trochę zapomniane techniki.

M.W.: Tak są to techniki wczesnośredniowieczne, chociaż tak naprawdę przez całe średniowiecze służyły naszym przodkom do wyrobu tych rzeczy, które potrzebowali. Są to rzeczy dziewiarskie, natomiast nie są bardzo skomplikowane w obsłudze. Myślę że dzisiaj każdy z nas spokojnie może przysiąść i sobie udziergać, co potrzebuję za pomocą tych przyrządów.

J.R.: Co to jest lucet, który w Polsce nazywany jest widelcem dziewiarskim?

M.W.: Muszę powiedzieć, że widelec dziewiarski to nazwa jest adekwatna do wyglądu, ponieważ przypomina nasz współczesny widelec tylko bez środkowych zębów. Z powodzeniem można go zrobić w domu. Oplata się włóczkę wokół dwóch zębów po bokach i przeciąga. W bardzo prosty sposób powstaje kwadratowy sznurek. Jest on dosyć sprężysty, bardzo fajny. Dzisiaj mamy sznurki płaskie, okrągłe, a ten właśnie ma taką oryginalną konstrukcję, obrócisz go z każdej strony i będzie kwadrat.

J.R.: Do czego mógł być wykorzystywany ten sznurek?

M.W.: Tym sznurkiem można było się przepasywać na przykład suknię, można było szyć aplikacje na sukni czy na dekolcie, można było też nosić zawieszoną sakwę – naszą dzisiejszą portmonetkę. Była to rzecz bardzo przydatna. Innym bardzo przydatnym narzędziem dziewiarskim było bardko. Jest to drewniana tabliczka ze zrobionymi otworami na włóczkę. Musisz w odpowiedni sposób przeciągnąć i później dodatkowo włóczkę przeplatać, przekładać. Na podobnej zasadzie są też tabliczki do tkania, natomiast one różnią się tym, że musisz ich użyć minimum 4, żeby powstał wyrób tkacki. Oczywiście możesz ich użyć dużo więcej, ale takie minimum to są 4. Są w kształcie kwadratów i mają po bokach wywiercone otwory, przez które przeciągasz włóczkę. Różnica pomiędzy jednym a drugim urządzeniem polega na tym, że na bardku możesz tkać proste wzory kwadratowe, bardziej geometryczne, natomiast tabliczki dają wzór ukośny, można by rzec – diamentowy. Muszę przyznać, że tabliczki są dla mnie bardziej skomplikowane, bardko jest łatwiejsze. Więc jeżeli ktoś ma ochotę uczyć się, zachęcałabym zacząć od bardka.

bardko

J.R.: A co wykonywane było na bardku i na tabliczkach?

M.W.: Wykonywane były krajki. Krajki są to wąskie paski barwne, służyły one też do przepasywania się, do obszywania sukien, czyli miały taką bardzo praktyczną funkcję, żeby te suknie się nie niszczyły zbyt szybko. Natomiast jeżeli mówimy typowo o średniowieczu, no to one miały jeszcze inne zastosowanie, miały chronić tę osobę, która ją nosiła. Dzisiaj tak naprawdę współczesnym odpowiednikiem krajki będzie taśma pasmanteryjna. Jak szukałam w książkach na temat krajek, to doszukałam się bardzo ciekawego zastosowania. Krajki służyły do przewiązywania niemowląt i właśnie w jednej książce było napisane, że dziecko ułożone prosto było unieruchomione, owinięte właśnie krajką i miało uniknąć dzięki temu krzywicy. Tak sobie skojarzyłam w dzisiejszych czasach takie nasze chustowanie.

J.R.: Chyba tak, ale faktycznie podejrzewam, że oni też nosili w chustach dzieci. Krajki są wykorzystywane też w strojach ludowych do tej pory, prawda?

M.W.: Tak, to wszystko zależy od regionu tak naprawdę. To, co było we wczesnym średniowieczu, przewija się również do naszych czasów. Pewne elementy zostały zachowane, na przykład kolor czy dobór krojów. Myślę, że we wszystkim można poszukać jakiejś analogii. Natomiast fascynujące jest to, jak nasi praprzodkowie radzili sobie z tym, żeby mieć odzież ciepłą, ładną, żeby ona była praktyczna, ale też w ich mniemaniu miała chronić ich przed złymi duchami, demonami. My dzisiaj nosimy biżuterię dla ozdoby, a ówczesne kobiety nosiły ją po to, by ochronić siebie, biżuteria była amuletem. No i właśnie ten lucet, o którym wspominałam na początku, też służył do wyrobu biżuterii, na przykład można było zrobić bransoletkę za pomocą tego urządzenia.

Kobieta w sukni przepasanej krajką, mężczyzna w butach przepasanych krajką; Żródło: Igor D. Górewicz Poznaj Słowian str 24

Kobieta w sukni przepasanej krajką, mężczyzna w butach przepasanych krajką; Żródło: Igor D. Górewicz, Poznaj Słowian, str 24

J.R.: Igła dziewiarska. Co to było takiego?

M.W.: Igła dziewiarska jest to też bardzo fajny przyrząd. Dla mnie chyba najbardziej skomplikowany i najbardziej prosty w swojej prostocie. Przypomina współczesną igłę. Igła dziewiarska jest wykonana z drewna. Długości są różne – od 6 cm do 12 cm. W środku ma wyżłobiony otwór, co najmniej 3 mm, przez który się przeciąga włóczkę, no i z tego robi się na przykład skarpety, rękawiczki i czapki. No muszę przyznać, że dzisiaj właściwie chyba w Polsce zanikło już wyplatanie za pomocą igły dziewiarskiej. Chcąc uczyć się kiedyś właśnie tym sposobem, musiałam szukać informacji w języku szwedzkim i norweskim. Tam nadal jest ta igła żywa, są wykonywane po dziś dzień piękne ozdoby, tutaj w Holandii też. Kiedyś na ulicy widziałam dziewczynkę ubraną właśnie w strój wykonany za pomocą naalbinding, czyli igły dziewiarskiej. Różniło się to od szydełka, dlatego przykuło moją uwagę. Dziewczynka była fantastycznie ubrana, miała czapkę i rękawiczki, no i ten splot rzeczywiście jest zupełnie inny. Więc jeżeli chcemy mieć coś wyjątkowego, innego niż ma sąsiadka, zachęcam do nauki tkania za pomocą igły dziewiarskiej. Na początek polecam ścieg najprostszy, który nazywa się Oslo To tak, żeby postawić pierwsze kroki.

J.R.: Czy obecnie lucet jest często wykorzystywany? Bo mi się kojarzy, że można zrobić na przykład ze złotej czy srebrnej nitki biżuterię?

M.W.: Można, ale powiem ci więcej. Jeżeli ktoś na przykład szyje sutasz, to te sznurki do sutaszu też byłyby bardzo fajną podstaw. Tak, zamiast włóczki wziąć właśnie te sznurki i oplatać. Wyjdzie nam zupełnie nowy wyrób, oryginalny starą metodą. 

J.R.: Czy ten lucet, te widelce, są w różnych wielkościach, ten sznurek może być różnej szerokości?

M.W.: Tak jest. Widziałam też lucety dwustronne, jeżeli ktoś nie lubi zbyt dużo tak zwanych przydasi, to może mieć właśnie lucet dwustronny, czyli z jednej strony są te widelce szersze, a z drugiej strony są węższe. Fajnie może sobie tym lucetem operować. Jeżeli ktoś ma ochotę, może zrobić sobie go w domu. Wystarczy wziąć drewniany widelec, wyciąć środkowe zęby i właściwie już jest urządzenie czy narzędzie dziewiarskie.

J.R.: Czyli właściwie można robić różnej szerokości paski, różnej grubości?

M.W.: Tak, są dwie metody. Jedna jest taka, że robisz sznurek i ten sznurek zszywasz w odpowiedni sposób, natomiast druga metoda troszkę bardziej może trudna, ale efekty są szybsze. Robisz jak gdyby podstawy sznurka i później, przeplatając już na tym lucecie, robisz koło. Jeśli chcesz zrobić podstawkę pod kubek, to nie musisz tego już zszywać, ponieważ stosując właśnie tę metodę przeplatania, już ta podstawka jest gotowym produktem.

Żródło: Zdobnictwo wczesnego średniowiecza, t.2, wyd. Triglav

Żródło: Zdobnictwo wczesnego średniowiecza, t.2, wyd. Triglav

J.R.: To może być bardzo ciekawe, bo zupełnie inaczej pewnie będzie wyglądać niż robione na szydełku.

M.W.: Tak, powiem, że te podstawki są bardziej stabilne. Jednak tutaj masz zachowany ten krój kwadratowości cały czas, więc jest to jednak taka podstawka stabilna. Koszyk nie wybrzusza się, tylko stoi tak zupełnie prosto.

J.R.: A te wszystkie urządzenia są nadal wykorzystywane w rekonstrukcji strojów?

M.W.: No tak, bez tego właściwie nie mogłoby się to zadziać, czyli rekonstruktorzy nie mieliby jak odtworzyć tych strojów. Myślę, że oni mają bardzo szeroką wiedzę i bardzo chętnie się nią dzielą na festynach historycznych. Można podejść, zapytać, dotknąć. To jest bardzo fajne doświadczenie, takie rękodzielniczohistoryczne. Muszę też powiedzieć, że z bardka dzisiaj można utkać wisior albo dekorację naścienną, jeżeli ktoś tak chce udekorować sobie mieszkanie. Ta tkanina utkana za pomocą bardka może też być szeroka.

Kobieta w rękawiczkach wykonanych za pomocą igły dziewiarskiej; Żródło: Igor D. Górewicz Poznaj Słowian, str 24

Kobieta w rękawiczkach wykonanych za pomocą igły dziewiarskiej; Żródło: Igor D. Górewicz, Poznaj Słowian, str 24

J.R.: A czy kolory i wzory są też historyczne? Czy można sobie samemu zaprojektować wzór?

M.W.: No tak jak wspominałam, mamy trochę ograniczone możliwości wzoru, ponieważ bardko daje proste sploty – kratki i inne wzory z dominującymi pionowymi liniami, natomiast tabliczki to jest splot ukośny. Tylko to nas ogranicza w tych dwóch sposobach tkania. Natomiast kolory, dobór włóczki, czyli materiału dzisiaj właściwie mamy nieograniczony, możemy równie dobrze użyć nici z lnu, jak również użyć akrylu.

J.R.: Kiedyś właściwie był używany len i bawełna.

M.W.: Wełna.

J.R.: Ale my pokażemy również, jak się robi za pomocą lucetu sznurki, ponieważ zapraszamy na warsztat, w którym to będzie pokazane.

M.W.: Tak, bardzo się cieszę na tę możliwość. Muszę przyznać, że bardzo lubię dzielić się swoją wiedzą. Myślę, że to będzie ciekawe i inspirujące doświadczenie, jak można w domu zrobić sobie lucet bardzo prosto i jakie ciekawe rzeczy mogą z niego powstawać nawet w XXI wieku. Także zapraszamy do obejrzenia. 

J.R.: Dziękujemy.

9_36_2020 Olga Krause-Matelska o papierze czerpanym

 

9_36_2020 Olga Krause-Matelska o papierze czerpanym

Olga Krause-Matelska o papierze czerpanym

 

Kolejny odcinek naszej serii pt. „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, która jest realizowana w ramach projektu “Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”.
Dziś gościmy panią Olgę Krause-Matelską z Fundacji Nasze Podwórko, która między innymi zajmuje się odtwarzaniem tradycji papierniczej, opowiadaniem o niej i prowadzeniem warsztatów.
Z tego odcinka dowiesz się:
  • Jak rozpoczęła się przygoda pani Olgi z papierem?
  • Co to jest papier czerpany?
  • Jak powstaje papier czerpany?
  • Jak wygląda proces powstawania takiego papieru?
  • Czego można użyć do wytworzenia i ozdobienia papieru?
  • Jaki papier nadaje się do mielenia i tworzenia kolejnych wyrobów rękodzielniczych?

 

Serdecznie zapraszamy do wysłuchania tej ciekawej historii połączonej z lekcją ekologii. A jeśli wolicz czytać, transkrypcję podcastu znajdziesz poniżej 🙂

TRANSKRYPCJA PODCASTU „Olga Krause-Matelska o papierze czerpanym”

 

Karolina Nowaczyk: Dzień dobry, czy możesz się przestawić naszym słuchaczom?

Olga Krause-Matelska: Nazywam się Olga Krause-Matelska, reprezentuję Fundację Nasze Podwórko. Mieszkam obecnie pod Rogoźnem w Gościejewie. Z mężem prowadzimy fundację, która między innymi zajmuje się odtwarzaniem tradycji papierniczych, opowiadaniem o nich, prowadzeniem warsztatów.

K.N.: Skąd to zainteresowanie papierem?

O.K.-M.: Zainteresowanie papierem jest z innego miejsca, czyli z Czerwonaka. Pracowałam tam przez kilkanaście lat w Ośrodku Kultury i podczas jednego z projektów historycznych trafiliśmy na taki trop – papiernicze tradycje tego miejsca. Okazało się, że ta tradycja jest unikalna, że jest to rzadkie rzemiosło. I zaczęło się grzebanie w literaturze. Od pierwszego artykułu, jaki przeczytałam dzięki koleżance Karolinie Nowaczyk, zainteresowało mnie to na tyle, że zaczęłam doczytywać, szukać literatury z różnych dziedzin – począwszy od mechaniki przez źródłoznawstwo, bo określanie wieku papieru jest jedną z nauk pomocniczych historii. Więc tak wielotorowo czytałam na ten temat i starałam się odtworzyć w warsztatach tę tradycję Czerwonaka. Zainteresowało mnie rzemiosło i historia. Stwierdziłam, że to jest ciekawe hobby i bardzo ciekawe warsztaty dla dzieci, gdzie można przy okazji mówić o historii. Wciągają również mężczyzn, dorosłe osoby. Obudowaliśmy ten warsztat różnymi urządzeniami, mamy specjalny stół, specjalne ramki, sita, prasę, mamy kolender, którego dzisiaj też używamy, i różne inne akcesoria. To wszystko jest bardzo ciekawe, ale przy okazji dostrzegliśmy też aspekt ekologiczny tego przedsięwzięcia. Papier tradycyjnie robiono w średniowieczu z włókien roślinnych i ze szmat. Przetwarzano je i rozdrabniano w specjalnych urządzeniach napędzanych energią wody lub wiatru. My w swoich warsztatach czasami próbujemy też zmielić jakieś rośliny, ale przetwarzamy przede wszystkim makulaturę. Robiąc papier z makulatury, zaczęliśmy postrzegać inny aspekt tego rzemiosła i tych warsztatów – ekologiczny. Często łączymy swoje zajęcia z opowieścią o ekologii. Także jedną gałęzią hobby jest drążenie historii i odtwarzanie starych technologii, ale drugą mówienie o ekologii, o tym, że można, a nawet trzeba przetwarzać nie tylko papiery, ale i inne tworzywa. My akurat się skupiamy na papierze, pokazujemy, co można z tego przemielonego papieru zrobić.

o papierze czerpanym

K.N.: Czy mogłabyś powiedzieć o etapach tworzenia papieru? Jak go zrobić, jak wygląda taki proces?

O.K.-M.: Ten historyczny proces zaczynał się od tego, że trzeba było pozyskać dużo słomy roślinnej albo szmat i je przetworzyć. Przetworzyć, czyli macerować. Mówiąc prosto: pozwolić im zgnić. Potem trzeba było je zmielić, rozdrobnić. Robiło to duże urządzenie napędzane w Europie najczęściej kołem wodnym. To tak zwana stępa. To jest europejski wkład w tradycję, która sięga starożytnych Chin. Kiedy rozdrobni się tę masę, powstaje pulpa, z której można tworzyć papier. Rozpuszcza się na powrót w wodzie. I z tej zawiesiny wodnej wyczerpuje się przy pomocy sita papier. Sito ma swój określony kształt, można je dopasować do arkusza, znaczy stworzyć w ten sposób wielkość arkusza, i następnie trzeba to odsączyć z wody. To się działo pod prasą; my używamy do tego prasy introligatorskiej. Następnie trzeba to wysuszyć i potem mamy już gotowy papier. Jeszcze dodatkowo ten papier przyklejano w papierniach. Robiły to najczęściej kobiety – przyklejały papiery klejem kostnym, gładziły specjalnym kamieniem, żeby był gładziutki i nadawał się do pisania, potem podzielony na ryzy trafiał do tych, co papier użytkowali. My nie używamy dzisiaj do produkcji ani szmat, ani włókien roślinnych. Co najwyżej robiąc eksperymenty z jakimiś roślinami, mielimy je i wrzucamy do kadzi czerpalnej. Mamy specjalny stół z kadzią, który się rozkłada i pozwala nasze warsztaty przenosić z miejsca na miejsce, sita i ramki. Przy pomocy sita czerpiemy masę makulaturową z roztworu wodnego, który jest w kadzi, potem odsączamy na ściereczkach, potem wkładamy pod prasę introligatorską. Czasami gładzimy w kalandrze, czyli w takim dużym maglu, zabieramy go na niektóre warsztaty, ale jest bardzo ciężki, więc nie zawsze go używamy – nie jest konieczny. Potem suszymy papier na suszarce i jest gotowy do tego, żeby coś z niego zrobić. Można jeszcze go potem na przykład posmarować żelatyną albo klejem kostnym, wtedy po wysuszeniu oczywiście będzie gładki.

papier czerpany

K.N.: Ja tutaj widzę takie papiery, które mają jakieś fragmenty roślin, jakieś zmielone kawałki. 

O.K.-M.: Papiery robimy z różnych rzeczy, na przykład ten zielony, taki marmurkowy troszeczkę, to jest najprawdopodobniej trawa z kosiarki, po prostu mielona razem z makulaturą. Z takiej pulpy wyczerpaliśmy na sicie kartki, są one dość twarde i dosyć efektowne. Na niektórych papierach widać rośliny, ponieważ można dekorować je roślinami. Można je na przykład wrzucić bezpośrednio do kadzi z wodą i wyłowić sitem. Efekt jest bardziej przypadkowy. Można je po prostu położyć na papierze przed prasowaniem. One się zazwyczaj bardzo ładnie łączą z tą masą papierową, to jest kwestia potem już kompozycji. Można zrobić papiery dwukolorowe, wtedy się używa takich przesłon. Takim papierem dwukolorowym jest papier z serduszkiem. Są dwie warstwy – jedna miała dziurkę w kształcie serduszka i złożyliśmy dwie warstwy. Papiery mogą mieć różne faktury zależnie od tego, na jakim materiale będziemy go wkładać do prasy: czy będzie to na przykład juta, czy grubo tkany len. Wygląda to bardzo dekoracyjnie, ale nie zawsze jest dobre, gdy chcemy na nim pisać, bo on jest taki chropowaty, porowaty, ale próbowałam – można pisać długopisem, pióro niespecjalnie się nadaje. Ten papier działa trochę jak bibuła. Można zrobić papier zapachowy, na przykład z mielonej mięty. Długo zachowuje zapach mielonych ziół. To są takie eksperymenty robione dosyć rzadko, ponieważ w domowych warunkach ciężko jest zmielić zioła. Po prostu tępi się blender. Tym sposobem wykończyłam już kilka blenderów. Dlatego zbieram stare blendery. Uboczna część naszej działalności to zbieranie starych blenderów takich z lat 70., bo mają bardzo dobre parametry. Takim domowym sposobem można ten papier z powodzeniem produkować. Oczywiście jest to czasochłonne, pracochłonne i może nie tyle brudne, ile się strasznie chlapie. Potem w kuchni jest nie lada bałagan, ale też jest przyjemna zabawa z dziećmi. Dzieci bardzo lubią to robić, choć im starsze, tym niechętniej moczą ręce. 

jak powstaje papier czerpany

K.N.: Jest zainteresowanie tym papierem, ludzie chcą się tego nauczyć?

O.K.-M.: Wydaje mi się, że tak. Obserwujemy to tak jak dzisiaj – podczas festynu. Nie jest to bardzo duża impreza, ale mieliśmy ogromne oblężenie i dzieci, i ich rodziców. Rodzice przychodzą zobaczyć. Niekoniecznie uczestniczą, ale wypytują o technologie, jak to się robi. Są zaciekawieni. Dla mnie jest to praktyczna forma uczenia historii. Dzieci i dorośli podczas wykonywania papieru chętnie słuchają historii. Opowiadając o tradycji papierniczej w Poznaniu, opowiadam o renesansowym Poznaniu, o tradycji rzemiosła, drukarstwie. To wszystko się łączy. 

K.N.: Mam podarte kartki papieru. Ile musi upłynąć czasu od momentu, kiedy zacznę drzeć papier, do momentu, kiedy uzyskam tę moją kartkę?

 O.K.-M.: Właściwie można to zrobić w ciągu jednego dnia, chociaż na pewno lepiej jest papier namoczyć. Łatwiej jest go wtedy zmielić. Jak mam czas, to wcześniej zostawiam go w wodzie na dłużej, ewentualnie czasem podgotowuję. Natomiast nie używam żadnych dodatków, ponieważ papier, którego używam, ma już w sobie dodatki, przede wszystkim jest bielony. Najczęściej jest to papier, który dostaję od różnych instytucji z niszczarki. Jest to papier do drukarek, często zadrukowany tuszem, więc on wszystko ma już w sobie. Im więcej kolorowych gazet, tym kolor będzie inny. Papier gazetowy z gazet takich jak Gazeta Wyborcza, Polityka czy Głos Wielkopolski jest świetny, ale uzyskujemy z tego zawsze pakier szary, bo tam jest dużo farby.

papier czerpany jak wygląda

K.N.: A czy nadaje się papier z kolorowych gazet, taki kredowy?

O.K.-M.: Dużo gorzej. Trzeba by go chyba pogotować, ale lepiej tego nie robić, bo on jest pełen chemii. Ja go nie używam, czasem dodaję ręczniki papierowe. Robiliśmy różne eksperymenty, na przykład kupowałam czystą celulozę. Ale myślę, że właśnie brakuje nam wiedzy i używamy tej celulozy tylko jako dodatek, ponieważ nie udawał nam się papier z samej celulozy.

K.N.: Zastanawiam się, czego – zamiast prasy – użyć w domu do odciśnięcia tej kartki. Bo czym ona jest bardziej odciśnięta, tym ten papier jest bardziej zbity. Wałek do ciasta? 

O.K.-M.: Wałek niekoniecznie, bo on rozpulchnia papier, będzie rozciągał włókna. Myślę, że lepiej włożyć go pomiędzy dwie szmatki, zabezpieczyć i przygnieść ciężkimi książkami. Papier wyschnie bez odciskania, tylko trochę dłużej będzie wysychał. Natomiast my do wałkowania używamy kalandru, czyli maglownicy, ale na późniejszym etapie, jak on już jest odsączony. W dwóch szmatkach wkładamy i trzeba robić to dość umiejętnie, ponieważ on często się rozrywa. Takie maglowanie dodatkowo ten papier wygładza i odsącza, ale dużej różnicy nie ma niż po odsączeniu w prasie. 

papier czerpany

K.N.: Czy polecasz zabawę w papier czerpany?

O.K.-M. Jak najbardziej polecam zabawę w papier czerpany. Uważam, że to jest ciekawy sposób spędzania wolnego czasu. Poza tym, kiedy się zrobi samemu papier, pojawia się mnóstwo pomysłów, jak go udekorować. Można na przykład barwić go w masie, czyli dodawać barwników i pigmentów do wody. Barwniki spożywcze są bezpieczne dla dzieci. Można malować jeszcze mokry papier bezpośrednio akwarel – pięknie kolory się rozchodzą. Można namaczać przyschnięty papier i robić jakieś przejścia kolorystyczne. Można wrzucać na przykład bibułki, które też same z siebie będą barwić papier. Najlepsze pomysły przychodzą do głowy wtedy, kiedy robi się papier. 

K.N.: Bawiąc się z dziećmi, nigdy nie wiadomo, czy dorośli też nie zapałają chęcią do pozyskiwania własnego papieru do dekoracji, lub zrobienia własnej papeterii…

O.K.-M. Może tak się zdarzyć, bo u mnie coś, co wynikało z obowiązku w pracy, przerodziło się w pasję. Zaraziłam tym męża i to on teraz głównie zajmuje się czerpaniem papieru i mieleniem. Taka zabawa z dzieckiem może bardzo twórczo rozwijać. Zaczynie się od zmielenia papieru i sprawdzenia, co z tego wyniknie, a kończy się na dekorowaniu i zrobieniu własnej papeterii. A jak się ma zmieloną pulpę papierową i doda się trochę kleju, to można przejść w formy przestrzenne, czyli po prostu stworzyć rzeźbę papierową, zrobić maski, przedmioty użytkowe. Masa papierowa jest bardzo trwała. Dla mnie zaskoczeniem było, że zbroje armii chińskiej były wykonane z papieru. Armie wtedy miały łuczników i kuszników i z wielką siłę przebijały normalne metalowe tarcze z blach. Okazało się, że papier ma taką gęstość i takie warstwy, że papierowa tarcza i zbroja chroniły przed strzałami, tak czytałam. Papier jest rzeczywiście twardy i trwały. Czasem robię takie eksperymenty z papierem: dwa lata temu zostawiłam na dworze resztkę masy papierowej w foremce, byłam ciekawa, co się stanie. Wygląda jak coś naturalnego np. huba, korek. Nie spleśniał, mocno się nie zmienił, po prostu wysechł i jest bardzo trwały. Próbowałam go rozkruszyć i nie udało mi się.

z czego zrobić papier czerpany

Robiliśmy warsztaty w Poznaniu i przyszedł paninżynier, bo chciał zobaczyć, jak zachowuje się papier. Myślał o wykorzystaniu go do budowy kadłubów do łodzi. W muzeum papiernictwa widzieliśmy różne pomysły na papier, nie przypuszczałam, że w tylu różnych dziedzinach jest używany. Ta historyczna technologia, która powstała 2000 lat temu, nadal może pokazać swoje nowe oblicza, a warsztaty w jakiś sposób o tym mówią. Może te warsztaty zachęcą któregoś z tych młodych ludzi do spojrzenia na papier w nowy sposób, jako tworzywo odnawialne. W końcu można tworzyć go z lasu, który się sadzi… Oby rozsądnie eksploatować i odtwarzać. Ja ten aspekt ekologiczny mocno podkreślam. Na warsztatach tworzymy tak zwane tytki, czyli torebeczki, których można używać zamiast foliowych woreczków. I każde dziecko i dorosły po naszych warsztatach wie, jak złożyć tytkę z gazety, żeby nie biec do sklepu i nie kupować kolejnej torebeczki-folióweczki.

K.N.: Tym ekologicznym akcentem możemy zakończyć naszą opowieść. Olgo, serdeczniedziękuję za spotkanie.

O.K.-M.: Dziękuję za zainteresowanie. Było mi bardzo miło.

sławomir wesołek wywiad

sławomir wesołek wywiad

Sławomir Wesołek o fachu szewca

W dzisiejszym odcinku z cyklu „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, realizowanego w ramach projektu „Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”, rozmawiamy z panem Sławomirem Wesołkiem. 

Sławomir Wesołek prowadzi swój warsztat szewski od niemal 40 lat. To rodzinna tradycja, bo zarówno dziadek, jak i ojciec byli szewcami.

Co robi szewc?

Czy bycie szewcem i cholewkarzem oznacza pracę tylko przy butach? Absolutnie nie 🙂 Choć noszenie własnoręcznie zrobionych butów, niepowtarzalnych w swoim rodzaju, jest niewątpliwym plusem tego zawodu, o czym pan Sławomir mógł się niejednokrotnie przekonać.

Do warsztatu szewskiego pana Sławomira (znajdującego się przy ulicy Reja 79 c w Wągrowcu), można przynieść prawie wszystko: buty, botki, kozaki i oficerki, nesesery, torebki i torebeczki, plecaki (nawet te firmowe), smycze dla psów, uzdy dla koni, paski do spodni i wiele, wiele więcej. Pan Sławomir tu naprawi, tam przyszyje, zwęzi lub poszerzy. Nasza rada? Nie wyrzucaj! Napraw!

co robi szewc tradycja a nowoczesnosc

Z naszej rozmowy z panem Sławomirem Wesołkiem dowiesz się:

  • Co robi szewc?
  • Skąd się bierze buty?
  • Jak nie nosić butów?
  • Co to znaczy, że but jest dobry?
  • Kiedy powinniśmy oddać but do szewca i dlaczego warto to robić?
  • Czy usługi szewskie dużo kosztują?
  • Co zrobić, gdy kupimy za mały but?
  • Dlaczego nie powinno się wlewać do buta octu?
  • Jak szewc rozciąga but?
  • Jakich narzędzi potrzebuje szewc?
  • W czym szewc może pomóc pannie młodej?
  • Czy łatwo jest zrobić but?
  • Jak kupować buty?
  • Jakie są elementy buta?
  • Jak zostać szewcem i gdzie można uczyć się zawodu?

Zapraszamy do wysłuchania rozmowy z panem Sławomirem o tym, co robi szewc. Jeśli wolisz czytać, transkrypcję znajdziesz poniżej 🙂 

Transkrypcja podcastu: „Sławomir Wesołek o fachu szewca”

Sławomir Wesołek: Nazywam się Sławomir Wesołek, prowadzę warsztat od wielu lat, prawie czterdziestu. Miałem usługi i wyrób obuwia. Produkowałem i sprzedawałem po targowiskach, potem produkowałem buty i odstawiałem na sklepy, a potem wróciłem tylko do usług, czyli znowu naprawiam buty. Robiłem buty na miarę przez wiele lat, jednak cholewkarz, który ze mną współpracował (i szył wierzchy do tych butów na miarę), ma już ma ponad dziewięćdziesiąt lat, więc przestałem robić na miarę i teraz już tylko i wyłącznie robię usługi. 

Karolina Nowaczyk: I pana zakład znajduje się…? 

S.W.: W Wągrowcu przy ulicy Reja 79 c.

K.N.: Zapraszamy!

S.W.: Zapraszamy. Dziadek był szewcem, w 1912 roku założył warsztat, potem tata miał w Bydgoszczy warsztat. Ja też w tej Bydgoszczy miałem warsztat, ale przeniosłem się do Wągrowca. No i cały czas te usługi robię. I to nie tylko usługi szewskie, ale także sprawy cholewkarskie, bo mam dwa zawody: cholewkarz i szewc. Buty naprawiam, torebki naprawiam, kozaki poszerzam, zwężam, zamki wszywam. Szeroki asortyment. Nesesery naprawiam, paski. Wszystko, co możliwe, bo nawet przy oficerkach do koni czy uzdach do koni coś zszyję. Różne rzeczy robię: pasy transmisyjne, smycze dla psów. Szeroki asortyment.

Justyna Renn: A proszę powiedzieć, czym się różni szewc od cholewkarza? 

S.W.: Cholewkarz to ten, co robi wierzch do butów, a szewc to ten, co robi spody. Teraz jest wielu szewców, co tylko umieją zrobić zelóweczkę, fleczek i koniec. Nawet maszyn do szycia nie mają. Ja dużo rzeczy szyję: plecaków, nie plecaków, torebek. Naprawiam. Na przykład same rączki się urwą, to ja to przyszyję i plecak jest. A plecak Adidasa kosztuje 150 zł, pasek się urwie, ja przyszyję za dyszkę i można nosić dalej. 

K.N.: Czyli to tradycja rodzinna, że zajmuje się pan, powiedzmy ogólnie, butami, że ma pan zakład szewski? Czy było łatwo się panu nauczyć tego zawodu, czy to było mozolne? Czy to było coś, co po prostu było w rodzinie, więc było to naturalne?

S.W.: Ja już jak miałem dziesięć lat, to chodziłem tacie pomagać i od piętnastego roku życia robię w tym zawodzie, czyli robię czterdzieści lat. 

K.N.: Szewska złota rączka. Czy ma pan uczniów, czy są osoby, które chcą się uczyć tego zawodu? 

S.W.: Ja wyuczyłem wielu uczniów, ale już teraz nie, bo ten zawód zanika i jest nieopłacalny.

K.N.: Czyli to naprawdę pasja, żeby w tym zawodzie w tej chwili pracować?

S.W.: Pasja. Jestem przed emeryturą parę lat, także mnie już zarobek nie interesuje. Mam zadowolenie z tego, że to robię.

K.N.: Jakie zmiany zachodziły w tym zawodzie w trakcie pana praktyki?

S.W.: Dużo się zmieniło. Weszła technika, pojawiło się więcej rodzajów gum niż dawniej, kolorystyka jest większa, narzędzia są lepsze i nowocześniejsze. To ułatwia pracę, pozwala wiele czynności zrobić lepiej, inaczej.

K.N.: Czy miał pan zlecenie na jakieś specjalne buty, coś takiego niepowtarzalnego?

S.W.: Robiłem miarowe, ortopedyczne. A tak to robiłem sobie różnego rodzaju – takie, jakich nie miał nikt. Miałem czerwono-czarne, biało-czarne, miałem kozaki, na przykład dół biały, góra siwa – taka wyduszona na krokodyla. One były takie niepospolite, że jak gdzieś szedłem, to wszyscy się oglądali. Nikt takich butów nie miał, bo były nie do kupienia. A dzisiaj to dużo szyję, jak coś pęknie, coś się zepsuje. Poszerzę kozaki, zwężę kozaki, rozciągnę buty zbyt wąskie lub na halluksy.

K.N.: No właśnie, skąd te haluksy się biorą? Od jakich butów? Czy od obcasów? 

S.W.: Nie, wcale nie. Jak jest dobrze but wyprofilowany, to nie musi być od obcasów. Ale od płaskich na pewno młodzi mają płaskostopie, bo od młodego wieku noszą buty, które nie mają tego wygięcia. Jak jest but źle wyprofilowany, to potem tak się dzieje. Ludzie kupują buty za wąskie i zamiast dać je rozciągnąć, to dusi, dusi, bo fajne, więc się chodzi. No i tak wydusi, aż ta kość zaczyna rosnąć. Wielu kupuje niezdrowe buty, zbyt wąskie. Można dać do szewca rozciągnąć, ale nie pomyślą ludzie.

J.R.: Teraz młodzi ludzie nie wiedzą, że można dać naprawić czy rozciągnąć buty.

 S.W.: Tak, starsi ludzie wiedzieli, że to wszystko jest do zrobienia, a młodzi ludzie nie widzą i z niewiedzy noszą. Teraz się często zamawia internetowo przez tę pandemię i często ludzie kupują za małe buty. Ci, co wiedzą, no to przyniosą, żeby rozciągnąć, a ci, co nie, to się męczą i męczą. Zaczynają tam lać wody lub octu. Cuda-niewidy wymyślają, a nie wymyślą, bo nie rozciągną. Czasami nawet buty mogą się skurczyć.

J.R.: Czy buty nie ze skóry też się da rozciągnąć?

S.W.: Tak, adidasy rozciągną się, jak ja z czuciem wbiję to kopyto, namoczę, to się rozciągnie przez noc, wyschnie ta woda i but będzie rozciągnięty. Tylko trzeba z czuciem, bo jedno uderzenie więcej i z jednego buta są dwa.

K.N.: Ale to są lata praktyki, lata doświadczenia w tym zawodzie. Proszę nam powiedzieć coś o narzędziach. Co to jest za maszyna?

S.W.: To jest taka powojenna/przedwojenna singerka, bo dawniej te maszyny były. Dzisiaj są nowoczesne maszyny, które są kolosalnie drogie. Rzemieślnik nie jest w stanie tego kupić, dlatego mam jedną maszynę, taką singerkę. Szyję nią sprawy cholewkarskie, zwężania, poszerzania, paseczki do butów, torebki… A z kolei na takie cięższe sprawy, grubsze rzeczy, to mam drugą maszynę. Tu mam szlifierkę, że jak robię fleczki, no to oszlifowuję, jak dorabiam. Bo to wszystko się dorabia, dziś już nie ma gotowych fleków. Wszystko się dorabia – duże, małe. Szlifuje się to wszystko na szlifierce, dlatego mam szerokie i wąskie koło. Teraz rzadko, ale jeszcze zdarza się, że ktoś przyniesie buty na skórze, to mogę je nawoskować. Takie powojenne były, takie luksusowe dla prezesów, z górnej półki, jak to się mówi. Jeszcze można takie drogie buty zamawiać albo kupić, bo one są po pięć tysięcy, po siedem tysięcy. I wtedy one są na skórze i szyte. Ja też mam takie ładne, różnego rodzaju droższe buty. Bo jak jest przysłowie: “Szewc bez butów chodzi”, to ja akurat odwrotnie – mam dużo butów.

J.R.: Czy ślubne buty jeszcze dziewczyny zamawiają? Czy pan robi też ślubne buty?

S.W.: Nie, ale często robię poprawki do ślubnych butów, bo nie pasują i poprawiam. Bo za ciasne są i rozciągnę, czy paseczek dorobię, czy obcas zniżę, bo za wysoki i źle się chodzi. Ładne są, ale niepraktyczne. A to trzeba całą noc przetańczyć. 

J.R.: Dobrze wyprofilowany but zrobić to nie jest takie proste.

S.W.: No nie, ciężko dostać nawet, bo dziś robi się na ilość. Te lepsze firmy, które są droższe, takie jak Wojas, Ryłko, Gino Rossi, Vanessa to lepiej robią buty, ale za odpowiednią sumę. A te takie typu CCC, to jest wszystko takie na chwile. 

J.R.: A dużo jest polskich firm szyjących buty?

S.W.: Są, ale dużo nie. I jak są, to są drogie. Te tanie dają robić wszystko gdzieś w Chinach i Korei. Firma polska, ale nie u nas zrobione.

J.R.: Ale są fabryki butów, które produkują w Polsce?

S.W.: Są i robią dobre buty, ale to już takie od 500 zł w górę. Proszę zobaczyć, tu mam dwie pary butów polskich, kupiłem je przecenione za 210 zł i noszę je już 4 lata, a one są jak nowe. A teraz kupiłbym z ceratki za siedem dyszek, to starczą na jeden sezon, razy cztery lata to już wyszło 280 zł. I jeszcze nie wiadomo, czy bym grzybicy nie dostał od tego sztucznego. Czyli mam osiem dych w kieszeni i nadal do noszenia ze trzy lata. I mam buty, które noszę już pięć czy siedem lat i są jak nowe. 

K.N.: Jak ma Pan ten but w ręku, to czy mógłby pan elementy buta przedstawić naszym słuchaczom, bo nie wszyscy znają?

S.W.: Dobrze – na górze cholewka, podszewka, wkładka, podspód, spód, zelówka i flek. 

J.R.: Teraz są modne sztuczne skóry robione z ananasa albo z papieru. Czy to jest dobry materiał?

S.W.: No nie wiem, musiałbym mieć. Ale powiem wam, że mam czapkę. Pokażę, bo nie wiem, z czego to w ogóle jest. Sztuczne, ale głowa się nie poci. W ogóle nie chciałem kupić, ale potem się przekonałem i kupiłem, bo jest taka inna. Faktycznie mogą być – tak jak mówicie – inne skóry dobre, bo mam oparcie z trawy morskiej, które jest bardzo wygodne. Sztuczna skóra jest dobra, ale nie cerata zwykła. Bo wtedy noga się zapoci i to jest w ogóle nie do noszenia. To chemikaliami czuć, a jak się nogę wyciągnie, to jest mokra. Ale jak będzie sztuczna, jak na adidasach czy najkaczach, to wcale nie tak źle.

K.N.: Mam jeszcze takie pytanie techniczne: Czy jak porównuje pan swoją pracę 40 lat temu i teraz, biorąc pod uwagę to, że jest więcej narzędzi, więcej materiałów, czy ta praca jest łatwiejsza technicznie? Szybciej pan może dany but wykonać, naprawić? 

S.W.: Lżejsza jest teraz. Kiedyś musiałem papierkiem szlifować, teraz mam szlifierkę. Kiedyś musiałem w czajniczku wodę grzać i na tym ogrzewać, a teraz mam opalarkę, która momentalnie grzeje. To mi bardzo ułatwia pracę.

K.N.: Czyli wszystkim tym, którzy byliby chętni do tego zawodu, możemy powiedzieć, że nie jest to fizycznie trudna praca?

S.W.: Ależ skąd, niech Pani patrzy, ja mam rękę jak pan doktor. Bo to tylko mam śrubokręciki dobrych firm, magnetyczne. To tylko chwyci, wkręci i już gotowe. Nożyczki mam dobrej firmy, ostre jak brzytwa.

K.N.: Czy jest to zawód, w którym potrzeba dużo cierpliwości?

S.W.: Raczej nie, ale trochę trzeba. To zależy, co się robi. Są rzeczy, że nie, i są rzeczy, że tak. Czasem są takie drobiazgi nieopłacalne, ale człowiek robi, żeby zadowolić klienta. Robię dla przyjemności, a nie dla pieniędzy, bo z niektórych rzeczy nie ma pieniędzy. Robię coś godzinę czasu na przykład i 7 zł państwo bierze, plus towar jest dycha, no i ja wezmę dychę, bo nie mogę wziąć więcej, no to po prostu godzinę robię dla przyjemności, nie dla pieniędzy, no i po to, żeby klienta zatrzymać. 

J.R.: Kiedyś buty się bardziej szanowało niż teraz, naprawiało się. A teraz są tak tanie buty, że zmienia się je co chwilę.

S.W.: Ja mówię, że biednego nie stać na tanie buty i kupuje drogie. Chodzi w nich latami. Ma dwie pary lub trzy, ale ekstra. A bogaty kupuje ciągle, ciągle, ciągle, ciągle. W sumie wydaje więcej pieniędzy, chodzi w czymś gorszym i niszczy stopy. Kupi pani bawełnianą bluzkę i ona oddycha, a w sztucznej się pani zapoci.

J.R.: Ale myślę, że ludzie wracają do naturalnych materiałów.

S.W.: Tak, zaczynają rozumieć, że jak kupi droższą bluzkę, naturalną, to można prać i prać, nic się nie dzieje. To tak jak ze skórzanymi butami – też się nic nie dzieje i można długo chodzić, pastować, pastować i odświeżać, i nic się z tym nie dzieje.

J.R.: No właśnie jak dbać o buty, aby nam długo służyły?

S.W.: Są pasty różne i woski. Ja to wszystko mam, więc jak naprawiam buty, to przy okazji odnawiam. I za to już nic nie biorę. Mam kolory past, mam szczotki do nakładania i polerowania, inne do czarnego, inne do kolorowych. Przejadę i normalnie są jak nowe. Ktoś przyniesie brudne, ja szmatą zetrę, przejadę pastą, wypoleruję i już. I klienci się cieszą, bo da brudne, a odbiera jak nowe. Mnie to dużo nie kosztuje, a przez to mogę zdobyć klientów. Mam papierowe torebki z pieczątkami z dwóch stron. I jak ktoś idzie, to reklamuje moją firmę.

J.R.: A gdzie się uczy takiego zawodu? Są szkoły, które uczą szewców?

S.W.: Ostatniego ucznia to z Urzędu Pracy miałem, pełnoletni człowiek, bo miał 21 lat. Urząd mu płacił 900 zł, takie stażowe. I on potem zrobił poszerzone cholewkarstwo szewskie. W Katowicach wyrobił papiery, że może po całej Europie jeździć, pracę znaleźć i dobrze zarabiać w tym zawodzie.

J.R.: A czy to jest tak, że to jest w Polsce zawód, który ginie, czy na całym świecie?

S.W.: Na świecie nie wiem, ale u nas ginie, bo to zawód mało dochodowy. W małych mieścinach za mało pracy, w dużych czynsze drogie. Choć trochę jeszcze szewców jest, bo ktoś te buty musi naprawiać. Kupi pani szpilki za 600 zł, a po jednym wieczorze fleczek wyleci. I co? Nie wyrzuci pani butów za 600 zł. Trzy dyszki pani zainwestuje i chodzi w nich dalej. A jak mąż kupi sobie eleganckie buty też za 600 zł i gdzieś czubkiem zahaczy i mu się odklei, to też nie wyrzuci. Sklejenie kosztuje dychę. Warto naprawiać. 

K.N.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę i wszystkiego dobrego życzymy. 

 

CO ROBI SZEWC oplotkico naprawia szewc szewc naprawa torebki

 

zuzanna kozdęba o wiankach podcast

zuzanna kozdęba o wiankach podcast

Zuzanna Kozdęba o wiankach

Gdy nadchodzi wiosna, niemal każda mała dziewczynka plecie wianki z kwiatów. A każdy z tych wianków jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Zuzanna Kozdęba swoją pasję do kwiatów odkryła dawno temu, właśnie na polnej łące, gdzie wraz z kuzynkami szukała roślin do kwietnych bukiecików. Atlasy roślin z ręcznie malowanymi obrazkami zamiast zdjęć były jej ulubioną lekturą przed snem. I chociaż Zuzanna na co dzień zajmuje się nauczaniem języków obcych, to gdy przychodzi lato, jej pracownia Co ja plotę jest pełna zapachów i kolorów, a pod sufitem suszą się ogromne ilości roślin, które potem zamieniają się w wianki z kwiatów.

Z naszej rozmowy z Zuzanną Kozdębą dowiesz się:

  • Kim tak naprawdę jest wianczarka?
  • Jak pleść wianki i od czego zacząć?
  • Czy wykonywanie wianków z kwiatów wymaga dużo przestrzeni?
  • Czy wianki można zapleść z każdej rośliny?
  • Gdzie zdobyć kwiaty na wianki i jak z nimi postępować?
  • Jakie są rodzaje wianków? 
  • Czy zimą również można pleść wianki?
  • Jak dbać o wianek z kwiatów i jak go przechowywać?
  • Gdzie można nauczyć się plecenia wianków z kwiatów?

Zapraszamy do wysłuchania rozmowy z Zuzanną Kozdębą o wiankach z kwiatów. A jeśli wolisz czytać, transkrypcję nagrania znajdziesz poniżej 🙂

 

Wszystkie zdjęcia użyte w tym artykule pochodzą ze strony Co ja plotę >>

Transkrypcja podcastu „Zuzanna Kozdęba o wiankach”

 

Karolina Nowaczyk: Dzień dobry, prosimy, żeby nam się pani przestawiła. 

Zuzia Kozdęba: Dzień dobry, jestem Zuzia Kozdęba i jestem wianczarką z Wągrowca.

K.N.: Kim jest wianczarka?

Z.K.: Wianczarka, przynajmniej w moim wyobrażeniu, to kobieta, która plecie wianki. Tak sobie wyobraziłam tę nazwę. Drugi raz spotkałam się z tą nazwą w jednym dramatów Miłoszewskiego i okazało się, że taka nazwa występuje w języku polskim. Wianczarki to kobiety, które przekazują historię, przekazują dzieje za pomocą tańca, śpiewu i myślę, że ta nazwa wianczarka już tak przylgnęła i została.

wianki z kwiatów

Jak to się wszystko zaczęło

K.N.: Jak się zaczęła pani pasja?

Z.K.: Pasja? Czym skorupka za młodu nasiąknie… Mama farmaceutka, także spacery po polach, patrzyłam, co jest czym, co zrywać i kiedy. Do czego używać roślin, czego nie dotykać. 

K.N.: Czyli przez mamę zaczęła się pasja do roślin. A jak to się stało, że w te rośliny teraz pojawiają się u pani w formie wianków? 

Z.K.: Wcześniej pojawiały się w formie bukietów, które z siostrą i kuzynkami sprzedawaliśmy jako dzieci, żeby sobie zarobić na wesołe miasteczka, które do nas przyjeżdżały, do mojego rodzinnego miasta Skoki. Jak chciałyśmy iść, to musiałyśmy zarobić, a że było nas pięć, to sporo rąk do pracy. Teraz zostałam sama, kuzynki lajkują i kupują, a ja plotę. W sumie pierwsze wianki, które zaczęłam robić i sprzedawać, sięgają chyba czterech lat wstecz, tak jak tutaj się przeprowadziliśmy i zyskałam miejsce do pracy, zyskałam pole do popisu, bo chciałam udekorować swój dom. 

kwietne wianki

Wianki z kwiatów – jak wygląda proces tworzenia

K.N.: Czy wykonywanie wianków, cały ten proces, czy on wymaga dużo miejsca? Czy do tego jest potrzebna przestrzeń? 

 Z.K.: Ogrom przestrzeni! W tym momencie wykorzystuję nasz strych, który ma powierzchnię pewnie 50 metrów i tam suszę rośliny, tam pracuję. Ale docelowo tutaj, w budynku gospodarczym obok domu, będzie powstawała pracownia, atelier, w którym będzie można pracować, bo suszenie roślin najlepiej sprawdzi się na strychu.

K.N.: Przewiew? 

Z.K.: Przewiew, jest gorąco i jest ciemno, a to rośliny lubią, żeby zachować kolor. Żeby zachować ładny kolor roślin, jest potrzebna wysoka temperatura i właśnie odpowiednie “nienaświetlenie”. Im ciemniej, tym lepiej.

K.N.: Czy mogłaby nam pani powiedzieć o tym całym procesie? Od momentu, kiedy zobaczy pani kwiatka, do momentu, w którym jest już gotowy wianek?

Z.K.: Przed zobaczeniem kwiatka czytam o kwiatku. Mam tutaj u siebie na stałe takie małe atlasy roślin, jeszcze z lat 70-tych, Delfiny Gayówny z malowanymi ręcznie rycinami. To są piękne stare książki, które ja jako dziecko przeglądałam częściej niż Brzechwę, także jakby naturalnie wrosły we mnie. Także oglądając, czytając, potrafię sobie wyobrazić, co się z nimi stanie, jak będą w wianku, ale nie zawsze potrafię sobie wyobrazić, co się stanie, jak zacznę je suszyć. Historii pod tytułem: “Zetnijmy to i ususzmy” jest mnóstwo, bo nie wszystko się nadaje do suszenia. Oczywiście dzisiaj ogromną wiedzę czerpię również z internetu: to strony takie jak Pinterest, strony osób zajmujących się hodowlą bylin, roślin suszonych. Takie dokształcanie się, co jeszcze można, co jeszcze można zdobyć. Bo nie wszystko można zerwać, nie wszystko można ususzyć samemu. Czasami fajnie jest też kupić coś od kogoś, kto te rośliny hoduje. 

jak suszyć kwiaty na wianek

K.N.: To ja jeszcze wrócę – mamy ten kwiatek i co?

Z.K.: Mamy kwiatki i idziemy na strych. Zrywamy kwiatek, czyścimy kwiatek, zostawiamy tę część rośliny, która nas docelowo interesuje. Czyli jeśli na łodydze są liście, to te liście zrywamy. Czyli mamy tylko główkę. Jeśli liście są ładne, to zawsze testuję, co się stanie z liśćmi po zasuszeniu. No bo liść potrafi się też ładnie zasuszyć, potrafi zachować formę. Łączymy kwiaty w nieduże bukiety, żeby mogły oddychać i wieszamy je na strychu do góry nogami. 

K.N.: Jak długo się suszy taki kwiat?

Z.K.: To zależy od temperatury, zależy od pogody. Potrafi być to kilka dni, a przy nieznośnej pogodzie suszenie może się też zepsuć.

K.N.: To lato, które teraz mamy, jest dosyć wilgotne, czyli nie jest korzystne do suszenia?

 K.Z.: Dosłownie 3-4 dni temu prawie płakałam na strychu, bo lało praktycznie dwa dni i okazało się, że w niektórych miejscach dach przecieka. Zrobiło się po prostu bardzo wilgotno i zastanawiałam się, czy wszystko nie spleśnieje, ale przedwczoraj wyszło słońce, dzisiaj byłam i okazało się, że wszystko pięknie odparowało, co było krzywe wyprostowało się. Jeżeli coś nam się krzywo ususzy, to też jest taka metoda: potraktowanie takiej rośliny parą wodną, można dać jej troszkę nasiąknąć. Też fajnie jest nawilżyć rośliny przed pracą, żeby nie były bardzo kruche, bo jeżeli są bardzo kruche, to będzie się ciężko pracowało, mogą się zniszczyć. Jeżeli mam do czynienia z rośliną bardzo kruchą, tak jak na przykład lawenda (która jest przepiękna, ale nienawidzę z nią pracować, ponieważ jest bardzo krucha), dobrze jest ją wystawić na noc na dwór, żeby delikatnie złapała z powietrza wilgoć. Będzie się lepiej słuchać. Taki kwiatek wisi i jak jest już suchy, trafia do koszyka pod tytułem: “Kompozycje wianka”, bo zanim zacznę pleść, wymyślam sobie temat, jaki będzie przewodni każdego wianka, wtedy dobieram rośliny w zespoły i wplatam.

wianki z kwiatów suszonych

 K.N.: Jak długo trwa wykonanie takiego wianka?

K.Z.: Mówimy o momencie, kiedy już wszystko jest ususzone, gotowe, czyli sam proces plecenia trwa do czterech godzin. Na pewno nie jest to praca taśmowa i dziennie jestem w stanie zrobić tak 3-4 maksymalnie wianki. 

K.N.: To i tak uważam że 3-4 wianki to dużo.

Z.K.: Trzeba poświęcić cały dzień. Zawodowo zajmuję się nauką języków obcych i wakacje są takim czasem, w którym ja nie pracuję, także to jest moja druga działalność artystyczna i mam na to czas.

K.N.: Lato czas wianków.

Z.K.: Tak, to jest mój wymarzony, wyczekiwany czas.

wianki na głowę

Techniczne aspekty tworzenia wianków z kwiatów

K.N.: To ja mam jeszcze takie pytanie: mam rośliny i chcę zrobić wianek, i co? Jakiś podkład? 

Z.K.: Pokażę na prezentacji. Zaczynam zawsze od wyboru podkładu. Na przykład takie słomiane podkłady, nie robię ich sama, choć bym mogła, ale to wydłużyłoby nam zdecydowanie czas pracy, takie podkłady, wianki słomiane można kupić wszędzie w sieci lub na giełdach kwiatowych. Podkład i giętki drucik florystyczny wystarczą nam za podstawę. A co będziemy pleść i w co będziemy wplatać kwiaty, to już dyktuje nam wyobraźnia. Pierwsze wianki, jakie robiłam na samym początku, były na gipsówce polnej, jednak od gipsówki odeszłam, bo ja lubię co roku coś zmienić. W zeszłym roku miałam wianki na zatrwianie tatarskim – to taka roślina uprawiana w celach florystycznych, często się ją wykorzystuje na trwałe bukiety, taki biały charakterystyczny, kaszkowaty kwiat. A w tym roku na wiosnę wyśniło mi się, że zrobię wianki na sianie, żeby w domu chociaż raz było dużo siana, i robię na sianie. 

K.N.: Czyli to jest tak, że inspiracja przychodzi jak coś pani zobaczy, to jest po prostu taki błysk i to jest to.

Z.K.: Proces tworzenia wianków zaczyna się w głowie i tak naprawdę zawsze mam oczy szeroko otwarte. O co zawsze boi się mój mąż. Prowadząc samochód, większą uwagę przywiązuję do pobocza niż do drogi, więc jak jedziemy gdzieś dalej, zwłaszcza w teren nieznany, to umawiamy się, że on prowadzi, tylko z tego względu, że boi się o mnie, że nie będę patrzeć tam, gdzie powinnam. Zawsze mam w samochodzie sekator, worki, kartonik na rośliny. Zawsze się coś może przydarzyć, często się przydarza.

o wiankach z kwiatów zuza kozdęba

Justyna Renn: A czy wianki ślubne też pani robi? Albo ozdoby?

Z.K.: Wianki ślubne chyba lepiej, żeby były z roślin żywych, więc jeżeli ktoś ma taką prośbę i miałby to być wianek z kwiatów żywych, to musiałaby być bliska osoba, żebym zrobiła. Po prostu kwiaty żywe to nie moja bajka, nie wiedziałabym chyba do końca, które ze sobą połączyć, więc chyba to zostawię kwiaciarkom. A wianki ślubne suszone, gdzieś słyszałam, że chyba nie do końca przynoszą szczęście, więc jeżeli ktoś się uprze, to okej, zrobię. Za to świetnie sprawdzają się suszone wianki na sesjach zdjęciowych, takie w stylu boho. Widziałam ostatnio któryś z moich wianków u znajomej fotografki z Wągrowca. Przysłała mi wczoraj zdjęcie z sesji ciążowej z białym wiankiem, bardzo piękna.

K.N.: A ja mam jeszcze pytanie techniczne, bo teraz mamy kwiaty, czyli wybór kwiatów i to jest strefa kreatywności, ale takie twarde techniczne elementy, które trzeba mieć, żeby ten wianek był wiankiem?

Z.K.: Twarde techniczne elementy: jest podstawa, drucik, jest sekator. Bukiety z suszu, które są do takiej postawy drucikiem przymocowane, ale jest klej na gorąco, który służy po to, żeby już później przepięknie ubrać, bo nie wszystkie elementy da się złapać i wpleść, łamią się.  Od tej metody już odeszłam. Co jest jeszcze potrzebne? Żel na oparzenia, plastry, bo klej na gorąco jest jednak gorący, i osoba karmiąco pojąca (u mnie w tej roli mąż Bartuś). Jak się zafiksuję na pracy, to po prostu plotę.

warsztaty plecenia wianków

K.N.: Jak ten gotowy wianek, który już mamy skończony,  konserwować, żeby jak najdłużej, jak najładniej wyglądał?

Z.K.: Jako że też interesuje się troszkę malarstwem, świetnie sprawdza się werniks anty UV, który nie pozwala, żeby ta roślina wyblakła, także można potraktować takie kwiaty werniksem. Poza tym nie wieszamy wianków w tak zwanych planach słonecznych, chyba że chcemy, żeby nam się wybarwił. Niektórzy chcą, żeby był spłowiały, to okej. Wybieramy miejsca nienasłonecznione w domu, nie zewnętrzne drzwi, bo kwiat suszony nie może dostać z powrotem wilgoci. Moja mama się przekonała kilka razy, bo ona koniecznie chce na drzwi wejściowe wianki. Mówię jej: “Mamo, dobrze, ale on będzie ładny dwa tygodnie”. “To mi zrobisz następny, dobrze?”. Nie farbuję też roślin, dlatego one się po prostu z czasem będą zachowywać naturalnie, będą troszeczkę, troszeczkę płowiały. Ale najważniejsze kolory i forma, forma zostanie na pewno na długo.

K.N.: Myślę, że to jest właśnie ich urok, że są naturalne, że nie ma ani barwienia, ani sztucznych elementów, tylko to jest sama natura, potem będzie się tak wybarwiał ,jak się w naturze wybarwia.

Z.K.: Poza tym nic nie jest wieczne, one też nie mogą być wieczne, mają być wspomnieniem lata i mają służyć przez kilka sezonów. A z tego co wiemy od zaprzyjaźnionych osób, to przez kilka nic się z nimi nie dzieje. Czasem ktoś nie lubi i boi się, że będzie mu się kurzył, to wtedy mówię, że może od czasu do czasu sprayem do włosów. Ja tego nie lubię, bo wolę jak jest pachnący, i tak wieszam.

jak zrobić wianek

Nowoczesne metody plecenia wianków

 K.N.: Tradycja i nowoczesność. Jakie tradycyjne metody powstawania, plecenia wianków, w jaki sposób je pani zamieniła na coś nowocześniejszego, żeby sobie ułatwić pracę?

Z.K.: Nowocześniejsze są na pewno metody pracy z wiankiem, między innymi podkłady, o których mówiłam, których nie trzeba już wyplatać ręcznie, bo są do tego specjalne maszyny, które od razu przy żniwach zbierają słomę i przekształcają na wianki różnej grubości i średnicy, to jest jedna rzecz. A druga to też wspomniane wcześniej kleje na gorąco z pistoletem, bardzo przydatnym.

K.N.: Co to jest wianek zimowy?

K.Z.: Wianek zimowy, dla mnie przynajmniej, to jest wianek, który jest upleciony z żywych roślin, to jest taki wianek, który powiesimy sobie nad kominkiem lub na drzwiach wejściowych, wianek, który jest pełen owoców, orzechów, słodyczy. Upleciony najczęściej z jałowca, do środka idzie rokitnik przepiękny, który się pięknie komponuje z pomarańczami, głóg, który nam został z jesieni, ostrokrzew, szkarłatnica. To są żywe, grube, zielone, pachnące rośliny. Świerku nie polecam, jeśli ktoś nie lubi pracować w grubych rękawicach, o wiele lepiej sprawdzi się miękka jodełka, sosna z szyszkami, pachnące zimowe rośliny. 

wianek zimowy

K.N.: Czy prowadzi pani warsztaty, czy są osoby zainteresowane nauką wyplatania wianków?

Z.K.: Okazuje się, że tak i ku mojemu zdziwieniu nie są to dzieci, a mamy, które z dziećmi przychodzą. Pierwsze warsztaty, które robiłam, to chyba warsztaty, które sięgają trzy lata wstecz. To były warsztaty prowadzone w Bibliotece Publicznej w Skokach, z którą mam przyjemność na co dzień współpracować, która niesamowicie wierzy w te wszystkie zdolności moje, która mnie promuje, kupuje moje rzeczy i pomaga, jak może. Tam były moje pierwsze warsztaty właśnie dla rodzin i to były wianki zimowe. Materiały są ogólnodostępne dla wszystkich, bo każdy gdzieś pewnie na ogródku ma rośliny zimozielone. Wianki jesienne, które wyplatałyśmy w zeszłym roku tutaj, u pani Kuczerepy-Budzyńskiej, wianki na nawłociach suszonych – nawłocie są przepiękne, nie mam jeszcze ich w tym roku, będą pewnie za jakieś trzy tygodnie takie gotowe do ścięcia. Moment ścięcia roślin jest ważny, wcześniej o tym nie mówiłam, ale też trzeba wybrać ten moment, kiedy roślina jest piękna. To ten dzień zakwitania. Przychodzą osoby zainteresowane, pytają właśnie jak suszyć rośliny, które suszyć, jak w ogóle zabrać się za wianek i okazuje się, że nagle każdy potrafi taki wianek zrobić i wcale nie trzeba wielkich nakładów finansowych.

K.N.: Czy ja dobrze myślę, że samo plecenie wianka to jest chyba najłatwiejszy element, trudniejsze jest przygotowanie i dobór roślin.

Z.K.: Tak właśnie. Mój mąż zawsze pyta: “To co dzisiaj robisz? Podstawy czy ubierasz? Podstawy – to będziesz się nudzić”. Faktycznie, jak robi się już któryś wianek, jest nudno.

wianek zimowy

J.R.: Ale trzeba mieć wyobraźnię, wiedzę, jak dobrać rośliny, które rośliny się sprawdzą, które będą ze sobą ładnie wyglądały, prawda?

Z.K.: Tak jak mówiłam wcześniej, robię sobie najpierw temat przewodni, na przykład Tajemniczy ogród. Wtedy wiem, że idzie bluszcz, mech, idą hortensje, no i pewnie kluczyk powinien w środku wisieć. Potrzebna jest wiedza, rozglądanie się, łączymy rośliny, które lubią się, które kwitną w tym samym momencie, rosną obok siebie, to wtedy ładnie się komponują w wianku. Niektóre rośliny się ze sobą nie lubią, źle się komponują.

J.R.: Czyli trzeba podglądać Naturę.

Z.K.: Tak właśnie, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i mieć dużo pomysłów. Kreatywność jest bardzo ważna przy takiej pracy i trzeba mieć patenty.

K.N.: Dziękujemy za rozmowę i życzymy kolejnych wspaniałych wianków.

zuzanna kozdęba co ja plotę

Zuzanna Kozdęba

Jaka jest idea projektu “Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”?

Celem naszego projektu jest wzmocnienie tożsamości narodowej poprzez zapoznanie się z polskim rękodziełem, kulturą, tradycją, folklorem. 

Techniki rękodzielnicze ulegały transformacjom na przestrzeni czasu – chcemy to pokazać, a tym samym rozbudzić w Tobie rękodzielniczego bakcyla! 

Bo rękodzieło jest naprawdę dla wszystkich, a o jego dobroczynnym wpływie możemy mówić bez końca 🙂

Wszystkie rozmowy, które przeprowadziłyśmy do tej pory w ramach projektu, znajdziesz na stronie Rękodzieło Wczoraj i Dziś >>

 

haft pałucki podcast

haft pałucki podcast

Haft pałucki – rozmowa z Wiesławą Gruchałą i Krystyną Ługiewicz

 

W dzisiejszym odcinku z cyklu „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, realizowanego w ramach projektu „Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”, rozmawiamy z panią Wiesławą Gruchałą z Muzeum Regionalnego w Wągrowcu, z paniami z Koła Miłośniczek Haftu Pałuckiego przy Muzeum Regionalnym w Wągrowcu oraz z panią Krystyną Ługiewicz opiekującą się kołem hafciarskim. Haft pałucki zdobił elementy stroju ludowego na terenach Pałuk (styk Wielkopolski, Kujaw i Pomorza).

Haft pałucki – kto się tym zajmuje?

Koło Miłośniczek Haftu Pałuckiego działa nieprzerwanie od 2013 roku, a zawiązało się po warsztatach zorganizowanych przez Muzeum Regionalne w Wągrowcu. Kołem opiekuje się pani Wiesława Gruchała z muzeum w Wągrowcu, a mistrzynią czuwającą nad poprawnością wzorów jest pani Krystyna Ługiewicz z Bożejewiczek. Koło Miłośniczek Haftu Pałuckiego tworzone jest przez hafciarki, które zdobywają nagrody w najstarszym konkursie hafciarskim w Polsce, organizowanym w Szubinie od ponad 50 lat.

Warto przy tym wspomnieć, że pani Krystyna Ługiewicz, jako twórczyni ludowa, nie tylko jest laureatką wielu konkursów, ale też otrzymała wyróżnienie “Zasłużony dla kultury polskiej”, medal ministra kultury i dziedzictwa narodowego oraz marszałka województwa kujawsko-pomorskiego. Jej prace można podziwiać w wielu muzeach w Polsce. Pod jej czujnym okiem można także uczyć się sztuki haftowania w muzeum w Wągrowcu oraz w domu kultury w Rogowie.  

haft pałucki hafciarka przy pracy oplotki

Co to jest haft pałucki?

Haft pałucki jest bardzo charakterystyczny, zdobi elementy stroju pałuckiego: czepiec, kryzę, koszulkę, fartuch, halkę białą i czerwoną. Czerwona halka nazywana jest “piekielnicą”, ponieważ jest w kolorze czerwonym, a hafty są w kolorze czarnym. 

Głównymi motywami haftu pałuckiego są motywy roślinne, takie jak listki, gałązki oraz bukiety, a jego struktura jest bardzo mięsista, wypukła. Czepce, kryzy i koszulki w stroju pałuckim są w kolorze białym, haftowane białą, bawełnianą nicią. Występują tu motywy florystyczne z obdzierganą dziurką. Halki, kryzy i fartuszki wykańcza się w tak zwany ząbek, o krawędziach obdzierganych dziurek. Fartuszek, zazwyczaj w paski, był w kolorach blado czerwonym i białym, haftowany białą nicią.

haft pałucki jak wyglądazdobienia na serwetcejak wygląda haft pałucki

Jak wygląda strój pałucki ozdobiony haftem pałuckim?

Strój Pałucki składa się z charakterystycznego czepca wykonanego z białego płótna lub tiulu zdobionego wypukłym haftem pałuckim. Do czepca doszyte są szerokie haftowane bandamy, czasem sięgające kolan. Do białej haftowanej koszuli panny zakładają gorset w kolorze czarnym lub granatowym, a mężatki krótki kabat w ciemnym kolorze. Do tego haftowana kryza, czyli rodzaj kołnierzyka, oraz czerwone, drobne korale. Dół składa się z kilku warstw: najpierw biała, haftowana halka, potem czerwona flanelowa halka (tzw. piekielnica), następnie dyrdok, czyli wełniana spódnica (dawniej pasiasta, obecnie w ciemnych kolorach), a na samym wierzchu haftowany fartuch.

haft pałucki piekielnicahaftowanie haftem pałuckimhafciarka pokazuje haft pałucki

Panie z Koła Miłośniczek Haftu Pałuckiego mają mnóstwo pomysłów, a haft pałucki wykorzystują również do ozdabiania obrusów, serwetek, woreczków, a nawet maseczek do zakrywania nosa i ust. 

Zapraszamy do wysłuchania krótkiej, ale bardzo ciekawej rozmowy z mistrzyniami haftu pałuckiego 🙂

 

Jaka jest idea projektu “Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”?

Celem naszego projektu jest wzmocnienie tożsamości narodowej poprzez zapoznanie się z polskim rękodziełem, kulturą, tradycją, folklorem. 

Techniki rękodzielnicze ulegały transformacjom na przestrzeni czasu – chcemy to pokazać, a tym samym rozbudzić w Tobie rękodzielniczego bakcyla! 

Bo rękodzieło jest naprawdę dla wszystkich, a o jego dobroczynnym wpływie możemy mówić bez końca 🙂

Wszystkie rozmowy, które przeprowadziłyśmy do tej pory w ramach projektu, znajdziesz na stronie Rękodzieło Wczoraj i Dziś >>

 

Beata Kabała o Kopkach

Beata Kabała o Kopkach

Kopka, czyli nakrycie głowy z okolic Biskupina

Dziś prezentujemy kolejny odcinek podcastu z cyklu „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, realizowanego w ramach projektu „Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”.

Jednym z najważniejszych elementów każdego stroju ludowego jest nakrycie głowy. Nie zawsze jest to chusta lub czepiec, jakby się mogło wydawać. Każdy region ma swoje określone wzory, formy i sposoby noszenia.

Miałyśmy niezwykłą przyjemność porozmawiać z panią Beatą Kabałą – kopczorką z Wielkopolski. Pani Beata szyje kopki, czyli tradycyjne nakrycia głowy z okolic Biskupina.

Co to w ogóle jest kopka? Jak wygląda kopka? Jakie są rodzaje kopek? Czy współcześnie jest zapotrzebowanie na kopki? Jesteś ciekawa(-y)? Zapraszamy wysłuchania ciekawego wywiadu z panią Beatą o tajemnicach powstawania kopek. Jeśli jednak wolisz czytać, niż słuchać, transkrypcję podcastu znajdziesz poniżej.

Transkrypcja podcastu „Beata Kobała o kopkach”. 

 

Karolina Nowaczyk: Dzień dobry, pani Beato.

Beata Kabała: Witam serdecznie.

K.N.: Bardzo nam miło, że zgodziła się Pani opowiedzieć nam o rękodziele, którym się pani zajmuje. Czy mogłaby się nam pani przedstawić?

B.K.: Mam na imię Beata Kabała, mieszkam w Krobi, obecnie pracuję jako instruktor do spraw folkloru i organizacji imprez w Gminnym Centrum Kultury i Rekreacji imienia Jana z Domachowa Bzdęgi w Krobi i jestem też kopczorką.

K.N.: Proszę nam jeszcze powiedzieć, w jakim regionie Wielkopolski się znajdujemy?

B.K.: W Biskupiźnie, południowo-zachodnia Wielkopolska, na terenach Biskupizny. Biskupizna to mały mikroregion, do którego należy 13 miejscowości i Krobia.

Co to jest kopka?

K.N.: Proszę nam powiedzieć, jest Pani kopczorką. Co to jest ta kopka? 

B.K.: Kopczorka to osoba, która zajmuje się właśnie szyciem i układaniem kopek. A kopka to jest takie nakrycie głowy ludowe, tutaj właśnie u nas na Biskupiźnie. Tych kopek są trzy rodzaje, bo jest oddzielna dla dziewczynki – kopka taka okrągła, jest kopka z okapem i jest kopka, którą nazywamy klapicą – to jest kopka mężatki.

K.N.: Proszę nam powiedzieć, jakie są elementy kopki. Jak wygląda kopka? Z czego ona się składa?

B.K.: Kopkę wykonuje się z tiulu bawełnianego, na tiulu bawełnianym długości 2 m haftuje się wzory z katalogu biskupiańskiego, takie nasze, i ząbki. Wtedy ten pas, który się wyhaftuje, zszywa się i do tego doszywa się denko. W środku kopki jest denko, a to, co takie uszy stoją, to się nazywa okap. Z tiulu bawełnianego wycina się pasy, to się wszystko krochmali i te pasy się układa. Ten przód kopki jest układany z takich rurek. No to trzeba ręcznie wszystko układać. Kryze podobnie się robi, ponieważ kryza też ma ząbki, które też trzeba na dwumetrowym tiulu wyhaftować i w taką stójkę doszyć guziczek. Wtedy kryza jest gotowa. Wiadomo, to pochłania dużo czasu, bo trzeba siedzieć i szyć, haftować. A więc to jest pracochłonne, ale cieszę się, że mogłam się nauczyć i tę tradycję podtrzymywać i robić kopki dla innych zespołów.

K.N.: Jak to się stało, że zajęła się Pani kopkami?

B.K.: Moja przygoda z biskupizną zaczęła się od najmłodszych lat, ponieważ już w przedszkolu należałam do zespołu. Potem jak przeszłam do szkoły podstawowej to w klasach 1-3 też mieliśmy zespół i w starszych klasach też był zespół, i tak przechodziłam jak gdyby samoistnie. A jak wyszłam ze szkoły podstawowej, moja babcia należała do zespołu ludowego. Na początku było to Towarzystwo Kulturowe, które powstało w Domachowie, potem przekształciło się w Biskupiański Zespół Folklorystyczny z Domachowa i okolic. Babcia do niego należała i zabierała mnie na różne występy, stroiła po biskupiańsku. Już jak miałam 4 lata, to mi uszyła strój, żebym sypała kwiatki po biskupiańsku. I tak z nią wszędzie wyjeżdżałam, to mi się spodobało. Jak już skończyłam szkoły i średnie, i wyższe, to zaczęłam od lipca 2000 roku układać kopki. Nauczyłam się właśnie od babci. A w 2017 roku dostałam dofinansowanie z Ministerstwa Kultury i miałam możliwość uczenia trzech dziewczyn tej sztuki haftowania, układania od podstaw. Z materiału układałyśmy, haftowałyśmy i każda miała zrobić jeden taki komplet: kopkę i kryzę.

Jak tworzy się kopkę?

K.N.: Właśnie miałam zapytać, czy są osoby, które chcą się tego nauczyć od podstaw, które chcą się zajmować tworzeniem kopek?

B.K.: Te dziewczyny, które się uczyły u mnie, to jedna widzę, że na swój własny ślub uszyła i wyhaftowała klapice, więc widzę, że ona też uprasuje sobie kryzik. Widzę że bierze się za to. A tamte dwie pozostałe to wiadomo – inna praca. To wiadomo, tak też nie ciągnie ich jakby do tego. Ale myślę, że byłoby zainteresowanie… Gdyby się powiedziało w szerszym gronie, to myślę, że osoby byłyby zainteresowane nauką układania.

K.N.: Jak długo trwa układanie takiej kopki, zupełnie od podstaw? 

B.K.: Od podstaw, to gdyby codziennie się haftowało, to tak z miesiąc trzeba poświęcić na hafty. Teraz też technologia, wiadomo, idzie do przodu, więc zainwestowałam w maszynę hafciarkę i ona już jest taka sprytna, że można zaprogramować z katalogów wzory, zeskanować, włożyć w ten program hafciarki i przekształci się we wzór komputerowy na hafciarkę. Wtedy można wyhaftować na tiulu bawełnianym wzór biskupiański. Wiadomo, jest szybciej niż ręcznie. Niektóre zespoły na przykład chcą kopki na już, jak najszybciej, to wtedy nie byłabym w stanie tyle w tak krótkim czasie zrobić, tyle kopek, więc po prostu sobie ułatwiam maszyno-hafciarką. No ale tak z miesiąc trzeba haftować, później prasować, układać, krochmalić. Do tego musi być specjalny krochmal, nie taki zwykły jak kupujemy w sklepie, tylko musi być krochmal ryżowy, taki w postaci ziarenek ryżu, i on jest taki sztywny. Rozrabiam go i krochmalę te wszystkie elementy – i kopkę, i kryzę. To musi wyschnąć. Jak są wszystkie elementy usztywnione, to wtedy muszę zamoczyć w boraksie. Łyżeczka boraksu na taką kopkę, płaska łyżeczka, żeby też nie za dużo, bo później by się rwało i by się przedzierał ten materiał, bo on jest dosyć cienki. Czyli taka płaska łyżeczka na talerzyk i zalewamy wrzątkiem, bo boraks jest w postaci proszku. Wtedy jak rozmieszam ten boraks, to moczę tę kopkę czy kryzę, wtedy woda wpija w ten materiał i wtedy jest możliwość rozłożenia, prasowania i formowania takiej kopki.

K.N.: Aha, czyli krochmalem Pani usztywnia, a potem boraksem nadaje Pani tej elastyczności, żeby formować?

B.K.: No boraks trochę pewnie też usztywnia, ale ta kopka, żeby nie była taka sztywna, to musi zmięknąć, więc dlatego babcia robiła najpierw krochmalem, a później boraksem. Teraz jest możliwość, że na żelazko można nałożyć sobie taką nakładkę nieprzywierającą, a kiedyś nie było tych nakładek i moja babcia jak krochmaliła, to później ten krochmal się kleił do żelazka. Jeszcze kiedyś były te żelazka z duszą, to się kleiło wszystko. Wtedy babcia posypywała mąką ziemniaczaną. Miała takie małe siteczko i posypywała, jednak wtedy oczka materiału zaklejały się tą mąką. Jak znalazłam właśnie tę nakładkę na żelazko, to już wtedy nie muszę sypać mąki ziemniaczanej, tylko moczę w boraksie, rozkładam i prasuję z tą nakładką na żelazko i się nic nie dzieje, nie żółknie, można spokojnie uprasować. No i tak samo koronki też muszę tę samą procedurę, bo musi też być i ukrochmalona, czyli usztywniona później w boraksie, i wtedy te paski prasuję i układam w rurki, żeby było do kopki.

K.N.: To jest ogrom wiedzy, wykonanie takiej kopki to jest naprawdę ogrom wiedzy.

B.K.: No na początku myślałam, że się tego nie nauczę, ale babcia mówi: “Dziewczę naucz się, bo jak mnie zabraknie, to kto będzie robił!”. Dlatego właśnie się nauczyłam.

K.N.: Żeby przekazać tę tradycję? Trzeba mieć umiejętności nie tylko haftowania, ale też umiejętności właśnie techniczne.

B.K.: Moja mama mi też pomaga, bo moja mama wszywa. Jak ja wyhaftuje maszyną czy ręcznie, to mama zszywa denko z okapem, a ja już robię następną. Mama pomaga mi. Też szyjemy lalki biskupianki, więc też mi szyje stroje, chociaż nie jest krawcową, ale tak się nauczyła. Bo ona też jest z biskupizny, pochodzi z Posadowa i opowiadała, że pamięta, jak była mała, no to na wsiach siedziały kobiety na ławkach i sobie dziergały. I tak mówi, że zawsze jak biegały dzieciaki po dworze, po wsi, to przyglądały się, co tam babcia robisz, co tam ciotka robisz (bo wszyscy na wsi mówili do siebie ciotka, wujek, nie mówili pan, pani). Mama właśnie mówiła, że pamięta z tych ławek, że kobiety sobie haftowały, dziergały, zajmowały się domem, niektóre chodziły w pole… Ale większość mężczyźni pracowali w polu, a kobiety domem i obejściem się zajmowały. To wtedy tak wieczorami, popołudniami sobie siedziały na ławkach i śpiewały i haftowały.

Kopka a współczesność

K.N.: Czyli to takie było spotkanie towarzyskie wykorzystane jednocześnie do zrobienia czegoś twórczego. A proszę powiedzieć, pani Beato, czy te elementy kopki są w jaki sposób wykorzystane w stroju współczesnym?

B.K.: Koleżanka założyła taką nieformalną grupę, w której właśnie pokazujemy hafty takie nasze tradycyjne, biskupiańskie, łączymy właśnie czy to kopkę, czy kryzę ze współczesnością. Mamy taki “Paryski szyk, biskupiański dryg”. Tak się nazywa pokaz mody. A ta grupa nazywa się Kryza i koleżanka Jola Łabuzińska z Żychlewa właśnie zapoczątkowała taki styl. Rodzice brali ślub – mama po biskupiańsku – i wpadła na pomysł, że to połączymy. Zwykłe ubranie, na przykład białe spodnie, z czarną jaczką z koronkami… Albo kryzę nie zakłada się na szyję, tylko w pasie ozdabia czarną sukienkę, chusty się przywiązuje na przykład na ramionach, choć tradycyjnie na głowie nosiły biskupianki. I takie połączenie bardzo się podoba ludziom. Jak tak robiliśmy na Festiwalu Tradycji i Folkloru taki – można powiedzieć – striptiz biskupiański, bo tych elementów jest sporo, i dziewczyny się rozbierały, rozbierały, wszystkie elementy zdejmowały, to podobało się ludziom. Strój składa się również z koszulki i takich jak kiedyś kobiety nosiły, takich można powiedzieć majtek z klapą… I właśnie do tego momentu były rozbierane, a tych warstw jest trochę w strojach biskupiańskich. Tak się spodobało, że jak na przykład gdzieś jedziemy albo do nas przyjeżdżają, to też pytają o ten właśnie pokaz mody. I często go pokazujemy właśnie w połączeniu ze współczesnością, te biskupiańskie czy kopkę, czy kryzę i te ubiory, które mamy.

Justyna Renn: A kopka kobiety zamężnej jak wyglądała? 

B.K.: No ona już ma inną formę, to już nie ma tych koronek z przodu, tylko ma bardziej takie fale i z tyłu ma wstążki dwie, takie szerokie i bardzo cienkie, haftowane w kwiaty kolorowe, a na wierzchu, na górze, zamiast koronek ma jedwabną chustę w takie pasy fioletowo-zielone. No trudno jest teraz te wstążki dostać, ale kiedyś tak właśnie się kobiety stroiły, mężatki. U nas kobiety, które mają taką klapicę, bo to się klapica nazywa, to ubierają się, a która nie ma, no to ubiera tą panieńską, można powiedzieć, kopkę. I takie właśnie mamy elementy stroju. No tak jak gdzieś jedziemy, to wszyscy właśnie nas podziwiają, że takie mamy i piękne stroje, i to nakrycie głowy takie inne niż pozostałe regiony. Bo inni mają wianki czy jakieś inne czepce, a my mamy właśnie takie stojące i koronkowe kopki. To tak się wszystkim podoba. My też jesteśmy zadowoleni, dumni, że właśnie możemy podtrzymywać tradycję. Ja należę do Biskupiańskiego Zespołu Folklorystycznego z Domachowa i okolic. Mam tę tradycję przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Ale młodzież i dzieci, które mieszkają na naszych terenach i przyjezdne, to bardzo im się to podoba i nie wstydzą się tego, chcą zakładać te stroje. Zespoły mamy w przedszkolu i w szkole podstawowej w Starej Krobi. U nas w szkole w Krobi to zakładają chętnie dzieciaki te stroje. Czy jak są jakieś potańcówki, czy jak mamy Tabor w Starej Krobi, to też przyjeżdżają i z nami się bawią, tańczą i uczestniczą w warsztatach. Także u nas ta tradycja jest żywa i bardzo się z tego cieszymy, że możemy i mamy z czego czerpać. Mamy jeszcze starsze osoby, które nam podpowiadają, jak to było dawniej. Więc mamy skąd czerpać te pieśni i stroje, więc się cieszymy, że jeszcze ta tradycja tu u nas jest i ma się dobrze.

Kopka na przestrzeni wieków

J.R.: A proszę powiedzieć jeszcze, jak się zmieniała kopka na przestrzeni wieków?

B.K.: No właśnie przed wojną kopka miała inny kształt, ponieważ były tak szerzej układane koronki tu z przodu, a okap z tyłu był upinany. No moja babcia jak zaczęła należeć do zespołu, już po wojnie, to ta kopka przyjęła inną formę. Kiedyś była tak bardziej szeroko układana, a teraz jest wyższa i węższa, a koronki są szerzej i bardziej z przodu, ta kryza. Babcia zaczęła wyżej układać koronki i ta kopka taką formę przyjęła właśnie po wojnie, więc ja już tak się nauczyłam i tak właśnie robię, jak moja babcia robiła.

K.N.: Czy można powiedzieć, że ta zmiana to była kwestia mody?

B.K.: Myślę, że też kwestia mody. Na co dzień kobiety też się inaczej stroiły, wygodniej można powiedzieć, i nie nosiły tych kopek. Kopki zakładało się do kościoła czy na zabawę, jak chciało się elegancko wystroić. Moja babcia mówiła, że było ich cztery siostry, no to każda chciała się wystroić do kościoła, a wiadomo, czasy były ciężkie. Babcia się urodziła w 1919, więc nie każda dziewczyna miała kopkę, dzisiaj już jest inaczej. Więc każda chciała się wystroić do kościoła, to najpierw jedna szła do kościoła, zakładała kopkę, wracała, druga zakładała i szła do kościoła i tak się zmieniały. Później babcia, skoro miały jedną kopkę na cztery, to stwierdziła, że będzie się uczyła robić kopki i do pani Rozalii Andrzejewskiej przez dwa tygodnie chodziła pieszo z Żychlewa do Starej Krobi co drugi dzień. I się uczyła. Ta pani mówiła, że albo przez te dwa tygodnie się nauczysz i będziesz robiła, albo nie. Wiec tak babcia była pilna, mówiła ,że chce się nauczyć i się nauczyła przez te dwa tygodnie. 

Z czego zrobiona jest kopka

K.N.: Pani Beato, a materiał, który pani wykorzystuje do wykonania kopek dzisiaj, czy on jest trudno dostępny, tak żeby ta kopka jak najbardziej przypominała tą tradycyjną? Ten materiał, na którym pani pracuje, ta siatka bawełniana… Czy to jest raczej łatwe do dostania? 

B.K.: Tiul bawełniany. Bo mamy różnego rodzaju tiule, ale one się właśnie nie nadają, bo są takie i sztywne, i nie trzymają krochmalu, a te właśnie są bawełniane. Jak się ukrochmali w krochmalu, to wtedy można nadać kształt tej kopce. Bo ona jest usztywniana. Tiule, te bawełniane, też są różne, oczka są większe i mniejsze. Najlepszy jest tiul, który ma najdrobniejsze oczka. No ja zamawiam w Warszawie i tam pan z firmy zamawia jeszcze z zagranicy. Trudno jest dostać, bo to u nas w Polsce się nie dostanie tego tiulu, jest drogi i kosztowny, więc dlatego każda jak ma tę kopkę, to dba, żeby miała jak najdłużej i czystą i ładną. No bo to są kosztowne materiały i samo zrobienie wymaga dużo pracy. I dlatego tak się szanuje te kopki. Babcia mi zawsze mówiła: “Dziewczę, tylko musisz mieć ładny, duży karton, żebyś nie pogniotła okapu. Więc dbamy wszyscy o te kopki i kryzy, żeby jak najdłużej nam służyły.

J.R.: A jest szansa, na przykład jak się coś ubrudzi, żeby ją jakoś wyprać, odświeżyć, czy już trzeba nową robić?

B.K.: No więc przede wszystkim trzeba szanować, trzeba chronić przed deszczem, bo to wiadomo jest nakrochmalone. Jak jest wilgotno czy gdzieś na przykład przy wodzie jesteśmy, to trzeba uważać. Była taka sytuacja, jak w Kazimierzu chodziliśmy nad wodą. Wilgoć była i później dziewczyna mówi: “Czemu ja mam ten kryzik taki oklapnięty?”. Mówię: “Jak chodziłyście tam przy wodzie, to jednak wilgoć powoduje, że ten okap i kryza trochę oklapną”. Trzeba właśnie, tak jak mówiłam, przed deszczem chronić. Jak się zabrudzi czy tam coś się z nim stanie, no to jeśli kobieta ma pojęcie, to sobie sama przeprasuje. Ja to nie rozkładam całej, tylko lekko przejadę żelazkiem tak, jak ona jest pozszywana. No ale ktoś nie potrafi, to musi do mnie przynieść, ja muszę wszystko to porozpruwać na części pierwsze, że wszystko musi być oddzielnie. Koronki i ten okap z denkiem zostaje, a te wszystkie koronki, które były na przodzie, to wszystko odpruwam. Wtedy trzeba od początku krochmalić i układać od nowa. Wiadomo, że kryzik przy szyi się trochę brudzi, to muszę uprać i ułożyć od nowa. U nas w zespole to staramy się co pięć lat odświeżać, prać. Więc każda ma szanować i dbać, żeby jak najdłużej służyły. Trzeba w kartonie zamkniętym trzymać, żeby kurz i brud się nie dostał. Też się tak zdarzyło, że ktoś na wiosce na szafie trzymał karton i kot się w nim wyspał! Więc sztywne pudełko i przykrycie, żeby nic nie weszło, żeby jak najdłużej były ładne i czyste: i kopka, i kryza.

K.N.: Dziękujemy bardzo, pani Beato, i życzymy dalszych pięknych kopek.

B.K.: Dziękuję. 

ludowe nakrycia głowy kopkakopka a ludowe nakrycia głowytradycyjne nakrycia głowy a kopka

 

tkactwo ręczne wywiad

tkactwo ręczne wywiad

Karolina Nowaczyk o historii tkania, sztuce tkackiej i tkactwie ręcznym

Dziś znowu sięgniemy do niemal samych początków sztuki rękodzielniczej w ramach naszego cyklu „Rękodzieło wczoraj i dziś”.

Tkactwo ręczne to jedna z najstarszych znanych nam technik. Czy wiesz, że za pierwsze krosno służyło… drzewo i jego gałęzie? Niesamowite, prawda?

Historia rozwoju tkactwa ręcznego w Polsce jest bardzo kolorowa, nieraz przeplatana złotymi nićmi, które po dziś dzień zdobią wawelskie komnaty, pobłyskując w przepięknych arrasach. Ale tkactwo to również sztuka użytkowa: obicia mebli, dywany, serwety… Ma w sobie coś magicznego i nie da się ukryć –  można je wykorzystać niemal do wszystkiego.  Można tkać formy duże i formy miniaturowe. Można tkać na krośnie poziomym lub na krośnie pionowym. A na pewno można się w tkaniu ręcznym całkowicie zatracić. Tak jak nasz dzisiejszy gość – Karolina Nowaczyk. Karolina ma swoją własną pracownię tkacką, a o tkactwie ręcznym w Polsce i na świecie wie bardzo wiele. Dlatego serdecznie zapraszam Cię do wysłuchania mojej rozmowy z Karoliną, która z pasją opowiada o tym, czym tak naprawdę jest tkactwo ręczne i jak rozwijało się na przestrzeni wieków.

Czy istnieje coś takiego jak polska sztuka tkacka? Czy tkanie ręczne odchodzi do lamusa? A może wręcz przeciwnie – najlepszy okres ma jeszcze przed sobą? Czy tkactwo ręczne jest dla każdego?

Odpowiedzi na te pytania, znajdziesz w poniższym odcinku podcastu. Zapraszam!

Jeśli wolisz czytać, zamiast słuchać, transkrypcję odcinka znajdziesz poniżej. 


Więcej informacji, a także wywiadów i ciekawych artykułów znajdziesz na stronie projektu Stowarzyszenia Oplotki „Rękodzięło wczoraj i dziś. Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele” >>

Tradycja i Nowoczesność w polskim rękodziele

Transkrypcja odcinka podcastu: Karolina Nowaczyk o historii tkania i sztuce tkackiej

Agnieszka Gaczkowska: Rękodzieło wczoraj i dziś. Zapraszam Cię do kolejnego odcinka naszej serii dotyczącej tego, jak nieznane techniki rękodzieła zmieniały się na przestrzeni czasu i jak wyglądają w dzisiejszych czasach. 

Witam was w kolejnym odcinku naszej oplotkowej serii „Rękodzieło wczoraj i dziś”. Jestem bardzo przejęta, bo dziś mamy takiego „nowego starego” gościa – Karolinę, którą już słyszeliście w naszym podcaście. Jednak ostatnio skupiałyśmy się na osobistej opowieści o tkaniu, a teraz projekt wymógł na nas trochę inne spojrzenie na tkanie. Dzisiaj będziemy się trochę zastanawiać nad tym tkaniem: jak to było kiedyś, a jak teraz to wygląda. Oczywiście bardzo serdecznie zapraszam Was do opowieści Karoliny, która opowie nam o tej technice, o której można mówić i mówić, i mówić. Już nie przedłużam, oddaję głos Karolinie. Karolina, opowiedz nam coś o sobie i tkaniu.

Karolina Nowaczyk: Witajcie, tkanie to jedna z najstarszych technik rękodzielniczych. Właściwie już na jakiejś gałęzi zawiązywano pionowe nici, obciążano je karmieniami i przytykano czymkolwiek. No oczywiście nićmi, ponieważ chodziło o to, żeby to było do noszenia, to były tkaniny typowo użytkowe, tkaniny, z których robiono ubrania. Przetykano te nitki wątku, czyli te nitki poziome, na tych niciach pionowych zawieszonych na tej gałęzi obciążonej kamieniami i w ten sposób powstawały pierwsze tkaniny. I to było takie pierwsze podstawowe krosno – krosno pionowe, tak zwane haute lisse (to nazwa fachowa). No i to się rozwijało, aż potem przyszły tkaniny gobelinowe, tkaniny arrasowe, czyli tkaniny pochodzące z miasta. Arras, czyli tkaniny już pełne przepychu. Tkaniny, które tworzono z jedwabiu, wplatano złotą nitkę. Powstawały całe serie biblijnych scen, tkaniny pełne scen mitologicznych. Tkaniny tworzone na zamówienie dla naszego króla Zygmunta Augusta, czyli najsłynniejsza kolekcja wawelska. Te tkaniny są niesamowite i bezcenne. Tworzono także tkaniny do ozdabiania, do mebli, na wyściółkę do krzeseł, ozdabiano oparcia i siedziska. Także historia tkania i jego rozwoju jest niesamowita: od takiej najprostszej tkaniny użytkowej po taką tkaninę bardzo ozdobną, cenną, zdobiącą miejsca, gdzie ludzie przebywali w pomieszczeniach. Jednak powstawały również tkaniny bardziej użytkowe, tak zwane sumaki, w Mongolii i Azji. Tkaniny, po których chodzono, którymi wykładano jurty (mongolskie chaty) i namioty. Tam wykładano tkaninami podłogi. Były to tkaniny typowo użytkowe, czyli dywany, które do tej pory są używane na całym świecie, może obecnie są mniej popularne, ale nadal są używane. No i jak to dalej ewoluowało powstała tkanina unikatowa, tkana przez artystów w różnych miejscach, na całym świecie. Tkanina, która powstaje z przeróżnych materiałów, czasami nie spodziewalibyśmy się, z czego można stworzyć tkaninę unikatową. Jednym z najbardziej chyba popularnych trendów jest taki ekologiczny trend, czyli tworzenie ze starych worków, plastików, wykorzystywanie wszelkich przeróżnych materiałów. I z kolei znowu taka ewolucja czy właśnie taka odnowa tkaniny ludowej: chociażby nasza tkanina dwuosnowowa, niesamowita, odkryta po II Wojnie Światowej przez Eleonorę Plutyńską, która się zainteresowała tymi taninami. Stworzyła całą grupę kobiet, które jeździły na Podlasie i które odtwarzały te tkaniny. Dzięki nim te tkaniny przeżyły, a w tej chwili mamy kilka pań na Podlasiu, które tworzą te tkaniny, przez cały czas kultywują tę sztukę tej naszej polskiej tkaniny dwuosnowowej, ludowej, przepięknej. Mamy również tkaniny huculskie z ich typowymi wzorami, kilimy polskie, był przecież ŁAD, który tworzył tkaniny, i Olga Stryjeńska również projektowała wzory kilimów. Także ta historia tkaniny i to, w jak wiele różnych odnóg może pójść tkactwo, jest niesamowita. 

tkanina geometryczna tkactwo Karolina Nowaczyk

Kilka słów o tkactwie polskim

AG: myślisz, że można mówić o czymś takim jak “typowo polskie tkanie”? Czy coś takiego w ogóle istnieje twoim zdaniem?

KN: Wiesz co, jako wzór, to jakie wzory żeśmy stworzyli – to tak. Nasze polskie kilimy, nasza polska tkanina, no i typowo polska dwuosnowowa.

AG: Jak myślisz, czy one są w jakiś sposób popularne? Ponieważ mamy taki duży powrót do tych folkowych wzorów np. słynne filcowe torby z różnymi folkowymi kwiatami, często to są wzory w jakiś sposób tylko inspirowane albo są taką współczesną reinterpretacją tych tradycyjnych wzorów. Czy jak obserwujesz właśnie to, co się z tkaniem dzieje teraz współcześnie, to widzisz jakieś takie właśnie elementy, z których się czerpie, czy takie wzory, do których się wraca, interpretuje się ponownie?

KN: Te torby filcowe to mi się kojarzą tylko z łowickimi wzorami, taki typowo łowicki wzór, taki trochę pop-folk. Natomiast w tkaniu ja tego nie widzę. Natomiast tkanina ta dwuosnowowa na pewno cały czas kultywuje te tradycyjne wzory. Panie tworzą swoje wzory, ale to jest ciągle na podstawie tych starych. Tak ja to interpretuję, jednak ja się bardzo nie znam na tkaninie dwuosnowowej, bo się nią nie zajmuję. To jest tkanina, która powstaje na krośnie poziomym, a ja tkam na ramie tkackiej. Ale tam tak, widzę, że tam to jest wszystko ciągle oparte na bazie właśnie tej tradycyjnej tkaniny, tradycyjnego wzoru tradycyjnego projektowania. 

Karolina Nowaczyk tka ręcznie

W jaki sposób tkactwo może ewoluować?

AG: Mam wrażenie, że technika tkania staje się popularniejsza i trochę sięgamy po nią tak świadomie, dla takiego mindfulnessu, relaksu. Jest to technika bardzo czasochłonna, pracochłonna i – tak jak kiedyś rozmawiałyśmy – nie ma co siadać na godzinę. To jest trochę taka praca, do której się siada właśnie na kilka godzin minimum, żeby rzeczywiście ten wzór mógł powstać, żeby był jakiś poziom satysfakcji kawałka wykonanej pracy. Jak myślisz, czy w tych takich naszych dzisiejszych zabieganych czasach, gdzie na wszystko wiecznie tego czasu brakuje, to tkanie ma jakąś taką swoją przyszłość? Czy widzisz ją jakby podobnie, tak jak to było kiedyś, czy bardziej w takich formach uproszczonych przyspieszonych?

KN: Myślę, że ma swoją przyszłość, tylko musimy trochę zmienić nawet formę, w jakiej traktujemy tkanie, do czego wykorzystujemy tkactwo. Bo ja na przykład w tej chwili zrezygnowałam z wielkich tkanin i tkam miniatury. I to tak wcale nie jest, jak się wydaje, że poświęcam na nią mniej czasu, bo często wychodzi na to, że ja muszę poświęcić na miniaturę jeszcze więcej czasu, ale też dlatego, że wzór, który tkam, jest wzorem bardzo takim drobiazgowym, szczegółowym, więc wymaga ode mnie większej ilości osnów, co wymaga większej ilości czasu, żeby to wytkać, precyzyjnie wykonać ten wzór. Myślę, że możemy sobie stworzyć jakieś takie piękne małe perełki tkackie, które będą takimi jubilerskimi tkaninami. To nie będzie jakaś wielka tkanina grubo tkana, wielki wzór (myślę, że to jest nadal bardzo modne). Te wielkie tkaniny, takie grube, mięsiste – to też jest piękne, ale myślę, że jeśli przejdziemy do tkaniny takiej właśnie luksusowej, takiej malutkiej perełeczki, którą chcemy mieć gdzieś w domu, to myślę, że może nie stanie się to modne, ale to może stać się właśnie elementem wystroju wnętrza czy elementem naszej dekoracji. To będzie stanowiło taki element luksusu, czegoś niepowtarzalnego, czegoś pięknego, takiego obrazka, takiego małego tkanego obrazka.

AG: Dałaś mi teraz do myślenia i myślę, że się z tobą zgodzę, bo mam wrażenie, że żyjemy coraz szybciej, coraz bardziej mobilni jesteśmy, przeprowadzamy się często w poszukiwaniu pracy albo za swoją pasją, albo nawet za szkołą dzieci. Jesteśmy coraz bardziej mobilni jako społeczeństwo i rzeczywiście duże formy potrafią być kłopotliwe. Przeprowadzka z domu do domu, a z każdą przeprowadzką minimalizacja bagażu. Coraz mniej zabieramy ze sobą i rzeczywiście takie małe formy są bliskie sercu. Jeżeli tkanie wykonujemy samodzielnie, no to poświęcamy bardzo dużo czasu, więc siłą rzeczy jest to dla nas bliskie sercu. Kiedy kupujemy, to też nie są produkty tanie, więc jest to bardzo świadomy zakup. Mimo wszystko przez to, że są małe, są łatwiejsze, żeby je zabrać i mieć tak jakby bliżej siebie. Nie ma potrzeby pozbywać się przy kolejnych przeprowadzkach. Bardzo cenna obserwacja. 

KN: Jest tak nawet nie od strony tkaniny, którą będziemy ze sobą przewozić, ale od strony warsztatu. Wielki warsztat tkacki, nawet jeżeli go złożymy, to są wielkie dechy, które musimy ze sobą wozić, a tutaj na przykład mamy taką ramkę 50 x 50 cm, którą sobie szybko możemy złożyć i jest gotowe. Taka rama zmieści się w każdej szafie, w każdym kącie, nawet rozłożoną jest łatwiej schować w jakiś kąt i potem tylko wyjąć, niż mieć taką wielką kolubrynę, która musi stać w jednym miejscu. Nawet przenoszenie wtedy, gdy już jest nasnuta i na niej pracujemy, już nie jest taką prostą sprawą. 

tkactwo ręczne obrazów

Tkactwo ręczne i jego rodzaje

AG: Masz rację, to ja jeszcze dopytam, bo może mamy takie osoby, które słuchają, które niekoniecznie dużo wiedzą o tkaniu, o tkaninie dwuosnowowej, o tkaninie, którą Ty tworzysz na ramie. Gdybyś mogła przybliżyć słuchaczom podział tkania. No bo wszystko się pewnie kojarzy właśnie z przetykaniem nici przez nić, ale wiem, że mamy różne rodzaje tkania. Ty też tworzysz w konkretnym stylu, ale może łatwiej będzie się poruszać, jakbyś mogła przybliżyć te terminy. 

KN: Taki najprostszy podział to jest tkanie na ramie pionowej, czyli takiej, która stoi pionowo, ma nóżki, jest oparta albo możemy ją postawić po prostu na sztaludze malarskiej. Wtedy mamy ją zabezpieczoną i tkamy w pionie, i to jest tkanie na ramie. Tak na przykład tkają w manufakturze gobelinów w Paryżu, ale w Paryżu tkają też poziomo, czyli jest wielkie krosno, które zajmuje dosyć dużo miejsca i ta tkanina jest położona płasko jak na stole. To, co utkamy, nawija się na wał i jest zawijane, a z kolei z drugiej strony odkręcamy sobie osnowę i wtedy możemy utkać wielkie długie tkaniny, w zależności ile tej osnowy na wał zostało nasnute. Natomiast wracając do ramy pionowej: właściwie jesteśmy ograniczeni długością tej osnowy przy wysokości tej ramy, czyli jeżeli ja mam taką małą 50 cm od gwoździ na górze do tych na dole, odejmując jeszcze zarobienie, które musimy zrobić, wzmocnienie naszej tkaniny, plus jakieś kawałki, które musimy zostawić, żebyśmy potem tę osnowę zabezpieczyli, to wyjdzie nam tkanina maksymalnie 30 cm. I tak jesteśmy ograniczeni tą ramą. I teraz z kolei tkanina dwuosnowowa to jest też tkanina tkana na tych poziomych krosnach wielkich, czyli basilis i to jest taka tkanina, która ma dwie strony. To są jakby dwie tkaniny, one są dwukolorowe ze sobą połączone na krawędziach wzoru. Czyli jeżeli będziemy tkać trójkąt i ten trójkąt mamy na białym tle niebieski, to z drugiej strony mamy biały na niebieskim tle i te dwie tkaniny połączone są tylko na krawędziach tego trójkąta. Kiedy weźmiemy do ręki taką tkaninę dwuosnowową i mamy większy kawałek, to możemy wyczuć, że to są dwie tkaniny, można je tak jakby rozsunąć. I to jest taka podstawowa różnica z tymi tkaninami, potem mamy kilimy i gobeliny. Gobelin jest tkaniną jednostronną, to znaczy, że mamy prawą stronę, a po drugiej stronie mamy te wszystkie nitki końcówki, które nam zostały przy tkaniu. Z kolei kilim jest taką tkaniną, która jest dwustronna, czyli mamy po jednej i po drugiej stronie ten sam ładny wzór i wtedy taka tkanina może wisieć na przykład w przepierzeniu, podziałach jakichś wielkich przestrzeni, bo ma jakby prawą stronę po obu stronach.

AG: Dokładnie, kiedy o tym mówisz, to w mojej głowie od razu pojawiają się obrazy, gdzie można wykorzystać taką tkaninę. Rzeczywiście, to o czym mówisz, że duże formy od razu kojarzą się z wnętrzami. Może dobrze by było wspomnieć, gdzie te tkaniny się pojawiają. Wspomniałaś już o obiciach mebli, o takich dużych przepierzeniach, na pewno formy dekoracyjne gdzieś na ścianie. Jakie jeszcze formy tkania przychodzą ci do głowy?

KN: Ja generalnie nie lubię dużej tkaniny, która jest oprawiona w ramę, ale też stosuje się taką formę, że tkaniny wkłada się do ram i powstaje wtedy taki obraz jakby. Ja natomiast lubię tkaninę, która wisi wolno, tak jak stare arrasy, tylko zawieszona jest na górze i ona wolno sobie wisi przy ścianie czy w przepierzeniu. Ale lubię małe formy, które są właśnie w ramce za szybką troszkę oddalone i jest ładne passe-partout, i wtedy faktycznie jest to taki mały elegancki obrazek, czyli forma taka bardzo dekoracyjna, bardzo ozdobna w jakimś miejscu. Jednak w momencie kiedy tkam i wykorzystuję len – ale nie włókno, tylko całą roślinkę, łodygę razem z nasionami i gniazdami nasiennymi – to wtedy to jest bardzo delikatne i wtedy dobrze to właśnie zabezpieczyć za jakąś szybką, żeby była jakaś odległość między tą tkaniną a szybą, żeby po prostu tej tkaniny nie zniszczyć.

warsztat pracy tkanie ręczne

AG: Myślę, że koniecznie muszę Cię namówić, żebyś zmieściła też zdjęcia swojej pracy. Ja mam to szczęście, że ja już wiedziałam prace Karoliny, rzeczywiście dla mnie to jest najwyższy poziom mistrzostwa, żeby tkać, używając tak kruchego materiału jak właśnie len, który jest rośliną kruchą, zasuszoną. Kiedy weźmiecie taką suchą łodygę, to ona się po prostu kruszy jak słoma, a Karolina potrafi to tkać, to po prostu jest mistrzostwo dla mnie. Masz takie gotowe prace oprawione w ramy, więc na pewno poproszę, żebyś zdjęcia pokazała, bo dla mnie to jest rzeczywiście pokazanie tego kunsztu artystycznego. To już nie jest taka rzecz, której możemy się nauczyć na trzygodzinnym warsztacie i śmigać, bo to jest coś, co wymaga doświadczenia, lat wprawy w tej materii. Mam wrażenie, że Ty bardzo fajnie się odnajdujesz w takich współczesnych trendach, bardzo fajnie je podglądasz, interpretujesz, jakby przekładasz umiejętności i wiedzę wynikającą ze znajomości historii, techniki i też faktu, że bardzo długo już pracujesz z tą techniką, ale w przepiękny sposób właśnie tak uwspółcześniasz to tkanie. Czy mogłabyś coś o tym opowiedzieć? Wiadomo, że to jest takie poszukiwanie swojego stylu jako artysta, ale widać, że patrzysz na te nowe trendy, patrzysz na modne kolory i wplatasz w to historię tej techniki. Skąd to u Ciebie, jak to się dzieje, że właśnie szukasz tych form? Co jest inspiracją? 

KN: Ja myślę, że to jest taka potrzeba poszukiwania właśnie nowych rzeczy, próba zrobienia czegoś z niczego, jakaś próba wykorzystania roślin, na przykład jakby tutaj tę roślinę wykorzystać. Niekoniecznie taki gobelin musi być w formie takiej tradycyjnej, arrasowej, takiej obrazowej. Ja też lubię przy tej tkaninie dużej wszystko, co jest mięsiste, takie bardzo strukturalne, co pozwala pokazać tę tkaninę, tę materię, z którą pracuję, więc to jest dla mnie bardzo ciekawe, a z drugiej strony w tych tkaninach malutkich to ta precyzja, ta precyzja tej każdej nitki, czy na pewno uzyskam tę formę, którą chciałam uzyskać i potem to próbowanie, czy na pewno w ten sposób się uda, czy może w inny, to jest też kwestia na przykład dobierania kolorów. Czy jak dobiorę te kolory, to uzyskam coś fajnego czy nie? I to jest chyba właśnie to, co mnie interesuje, to poszukiwanie tej nowej rzeczy. Jeszcze jest jedna taka ciekawa rzecz przy pracy z tkaniną, że tkactwa nie oglądamy z bliska, tkactwo jest jak obraz, czyli zawieszamy na ścianie i odchodzimy, oglądamy z kilku metrów. Jak oglądam z bliska, to żeby zobaczyć, jak to jest utkane, jak ktoś to zrobił, jaką nitką. To jest taka techniczna ciekawość, natomiast tkaniny oglądamy z daleka i trzeba pamiętać, że przy tkaniu nie można za długo siedzieć. Tkam kilka godzin jednym ciągiem, tak minimum dwie godziny, ale przy tym tkaniu ja wstaję, odchodzę, obracam się, kilka razy na boki popatrzę i potem dopiero z odległości patrzę na tę moją tkaninę i dopiero sobie mówię: Aha, dobra, ten kolor to jednak nie pasuje. I poprawiam wtedy, bo tkanie to też jest prucie jak w każdej technice czy przy drutach, czy szydełku. Wszędzie poprawiamy, szukamy jakiegoś lepszego rozwiązania i tak samo jest przy tkaniu. Patrzę, że to jednak nie wygląda tak, jak chciałam. Tworzę sobie szkic mojego wzoru, tego, co chcę stworzyć. Im lepszy i dokładniejszy będzie projekt, tym łatwiej i szybciej wykonany tkaninę, ale nie przy każdej tkaninie uda się stworzyć tak dokładny wzór. Na przykład przy takich tkaninach z lnem, gdzie mam ten wzór stworzony, to mimo wszystko tak naprawdę już w samym tym ostatecznym etapie tkania widzę, czy to będzie mi się podobało, czy nie. Myślę, że to wynika u mnie z takiego poszukiwania, że ja mam ciągłą taką potrzebę szukania jakichś nowych rozwiązań, czegoś nowego, jakby coś innego zrobić. To jest takie przyjemne. Ostatnio tkanina geometryczna mnie zainteresowała, czyli opuszczanie osnowy, pozostawiam wolne osnowy i te wolne osnowy tworzą mi ten wzór, czyli zupełne odwrócenie, nie przykrywam, tylko odkrywam i to mi tworzy moją tkaninę.

Miejsca związane z tkaniem, które warto odwiedzić

AG: Ja bym nie była sobą gdybym nie zapytała o jedną, dosłownie ostatnią rzecz. Nie chcę też przeciągać i nadużywać gościnności, ale bardzo bym Cię chciała dopytać o miejsca czy wydarzenia, w których osoby zainteresowane tkaniem – niezależnie czy współczesnym, czy historycznym – znajdą coś dla siebie. Bo wiadomo, że zawsze się zaczyna od takiej inspiracji, od oglądania, zobaczenia, dotknięcia czasem tkaniny. Wiadomo, że w naszych oplotkach proponujemy takie bardzo uproszczone warsztaty tkania, który zresztą ty prowadzisz i na które też będziemy zapraszać, ale często się zaczyna jeszcze krok do tyłu, ale jeszcze nie chcemy tego spróbować, zrobić tylko zobaczyć, zachłysnąć się. Tak jak to było u Ciebie, że zobaczyłaś, zafascynowałaś się i zostało z Tobą na całe życie. Powiedz mi, czy są jakieś miejsca, może cykliczne wystawy, może wydarzenia, które warto odwiedzić, jeżeli chcemy troszeczkę tak łyknąć tego tkania?

KN: Pierwsze miejsce, do którego zapraszam to Muzeum Sztuk Użytkowych w Poznaniu, ostatnie piętro na górze. Tam jest wystawa stała tkanin i wspaniała, przepiękna, ogromna, fascynująca tkanina Urszuli Plewka-Schmidt “Madonna”. To Widząc tylko reprodukcję zdjęcia w katalogach, byłam zachwycona. Kiedy zobaczyłam to na żywo, to po prostu pochłania. Są też tkaniny współcześniejsze, oczywiście Urszula Plewka-Schmit to też współczesna tkaczka nieżyjąca już, ale są współczesne polskie tkaniny. Jednak “Madonna” to jest coś po prostu, co mnie zachwyciło. Potem jest wiadomo Łódź. Jak tkanina to musi być Łódź, więc Centralne Muzeum Włókiennictwa. Tam są wystawy stałe, wystawy czasowe, Triennale tkaniny, za każdym razem jak jestem, zawsze jest jakaś wystawa tkanin ze zbiorów muzeum. Także zapraszam serdecznie do muzeum. I coś może bardziej dla amatorów tkaczy: teraz będzie w Bydgoszczy (25 lipca) wernisaż, wystawa i konkurs tkaniny właśnie amatorskiej, potem jest Turek (co 3 lata w grudniu też konkurs i wystawa dla amatorów tkaczy). No i chyba wszystko, co mi w tej chwili przychodzi do głowy. Potem jest Biennale Madryt. Było chyba w roku 2019 bodajże, ale to się zmienia miejsce, ostatnio była w Madrycie.

AG: Już i tak mamy pokaźną listę, którą warto opublikować, żeby w razie czego odesłać słuchaczy, bo teraz jesteśmy w formacie podcastu i dużo musimy sobie wyobrażać. Oczywiście będziemy odsyłać też do dedykowanego artykułu wzbogaconego o zdjęcia, ale myślę, że to ma swój urok, kiedy Ty opowiadasz z taką pasją i tak widać, że promieniejesz, kiedy opowiadasz o tym, co robisz, to myślę, że to jest najlepszy sposób, żeby tak troszkę zaszczepić tego bakcyla rękodzieła, zarazić rękodziełem, zaprosić do tego świata tkactwa, pomimo że wydawało się takie odległe i tak już trochę zapomniane, to same wydarzenia, o których wspominasz, są żywym dowodem, że to ten świat jest koło nas i on cały czas równolegle istnieje i ta tkanina żyje, kwitnie, uwspółcześnia się. Tylko my po prostu tego świata nie dostrzegamy jeszcze trochę. Czekam kiedy znowu przyjdzie moda na tkanie tak samo jak teraz mamy boom na makrame. Wszyscy chcą robić makramę, ja trochę czekam z niecierpliwością na to, kiedy przyjdzie moda na tkanie i myślę, że wtedy wszyscy sobie przypomnimy o tych wydarzeniach i będziemy poszukiwać takich audycji jak ta, żeby dowiedzieć się trochę więcej. Karolina, nie przyciągam, bo myślę, że chcemy zostawić słuchaczy z takim małym niedosytem, żeby tym chętniej wrócili do twojego artykułu, który się pojawi na naszej dedykowanej stronie. Chyba że chcesz jeszcze coś dodać na zakończenie, bo myślę, że oddam tobie głos jako naszemu gościowi. Ja już się żegnam. Do następnego odcinka.

KN: Chciałbym wszystkim powiedzieć, że tkanie nie jest takie straszne, jak się wydaje. Wszyscy zawsze mówią, że jejku, to tyle czasu, to jest takie skomplikowane, ja się nigdy tego nie nauczę, ja nie mam cierpliwości. Spróbuj, najpierw spróbuj i zobaczysz, że połkniesz bakcyla i naprawdę poznasz niesamowitych ludzi, którzy zajmują się tkaniem, którzy o tkaniu mogą opowiadać godzinami, z którymi można wymieniać się doświadczeniami i można tworzyć niesamowite tkaniny i ma się przy tym niesamowitą satysfakcję. 

Wszytkie zdjęcia pochodzą z instagrama Karoliny. Tam również możesz ją znaleźć. Zajrzyj koniecznie – https://www.instagram.com/kolory.natury/

tkactwo ręczne i karolina nowaczyk

 

Monika Przeciszowska o koronce klockowej wczoraj i dziś

Monika Przeciszowska (https://koroni.pl/) od przeszło 15 lat zajmuje się koronką klockową. Od dzieciństwa uwielbia rękodzieło, ale to właśnie koronka klockowa skradła jej serce.

Gdy pewnego dnia  Monika z ciekawości wpisała w wyszukiwarkę hasło „koronka klockowa” i znalazła informację o festiwalu koronki w Bobowej, nie zastanawiając się wiele, kupiła bilet na autobus i wyruszyła na swoje pierwsze warsztaty. Przepadła na dobre. To była miłość od pierwszego wejrzenia, która trwa do dzisiaj.

Monika swoje umiejętności szlifowała przez lata na licznych warsztatach koronki klockowej, a nawet w specjalnej szkole w Pradze.

Co jest potrzebne do zrobienia koronki klockowej? Przede wszystkim wałki i nici (lniane, bawełniane, jedwabne białe lub kolorowe). Ale, jak mówi Monika, w tej technice ogranicza nas tylko wyobraźnia. Projekty wykonane przy pomocy techniki koronki klockowej mogą przybierać formy płaskie lub przestrzenne. Można wykorzystać do nich rzemienie, koraliki, materiały etc. Monika tworzy biżuterię, szale, torebki, wstawki i dodatki do odzieży, dekoracje koronkowe, obrazy, serwety, a także rekonstrukcje starych koronek do ubiorów historycznych.

Czy wiesz, że kiedyś dobra koronka była warta nawet 3 wsie?

Kiedy na ziemiach polskich pojawiła się koronka klockowa i dlaczego jest tak niesamowita? Czy jest to technika, którą da się uwspółcześnić? Czy to naprawdę tylko serwetki ludowe? Ile trwa nauka i gdzie można zdobyć doświadczenie?

O tym wszystkim posłuchasz w najnowszym podcaście, który powstał w ramach naszego cyklu „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”.

Zapraszam do wysłuchania.

Jeśli wolisz czytać, transkrypcję podcastu o koronce klockowej znajdziesz poniżej.

Monikę znajdziesz również na stronie https://koroni.pl/ >>

Więcej informacji, a także wywiadów i ciekawych artykułów znajdziesz na stronie projektu Stowarzyszenia Oplotki „Rękodzięło wczoraj i dziś. Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele” >>

Tradycja i Nowoczesność w polskim rękodziele

TRANSKRYPCJA PODCASTU „KORONKA KLOCKOWA – ZAPOMNIANA, ALE PIĘKNA SZTUKA

Rękodzieło wczoraj i dziś. Zapraszam Was do kolejnego odcinka naszej serii, dotyczącej tego, jak nieznane techniki rękodzieła zmieniały się na przestrzeni czasu i jak wyglądają dziś.

Agnieszka Gaczkowska: Dzień dobry witam was bardzo serdecznie w kolejnym odcinku podcastu Oplotki. Dzisiaj wyjątkowy odcinek, bo będziemy opowiadać o technice rękodzielniczej, która – przyznam szczerze – nie jest bardzo popularna.  Zaciekawiło mnie, kiedy usłyszałam o technice koronki klockowej. Dzisiaj porozmawiamy o niej z Moniką. Monika opowiedz nam trochę o sobie i skąd ta koronka klockowa?

koronka klockowa

Monika Przeciszowska: Witajcie, nazywam się Monika Przeciszowska i w sumie od 15 lat zajmuję się koronką klockową. Praktycznie od zawsze coś dłubałam, robótki ręczne zawsze były u mnie na podorędziu, natomiast o koronce klockowej dowiedziałam się, będąc jeszcze w liceum. To były czasy jeszcze za naszego, tak zwanego, PRL-u, kiedy nie było dostępu do większości materiałów, nie było komputera, nie było internetu, także wiedziałam tylko, że aby robić takie rzeczy, potrzebuję wałka, klocków i nitki i tyle.

Po ładnych paru latach, dla mnie to był moment tuż po wejściu do Unii (aczkolwiek z nią to nie miało żadnego związku, po prostu wtedy miałam dostęp do komputera), tak dla przyjemności wpisałam sobie w wyszukiwarkę koronka klockowa. No i się zacząło. Okazało się że w Polsce, w Bobowej, jest Międzynarodowy Festiwal Koronki Klockowej i są również warsztaty. No to cóż, dużo mi nie trzeba było: bilet na autobus i Bobowa.

Bobowa jest piękną miejscowością leżącą między Nowym Sączem a Gorlicami, więc jest i co zwiedzać, jest gdzie pójść na spacer, no i oczywiście jest koronka. Wchodząc pierwszy raz na festiwal, zaliczyłam tak zwany opad szczęki. Po prostu zobaczyłam koronki z różnych krajów, nie tylko polskie, ale także rosyjskie, czeskie, niemieckie, słowackie, kolorowe, bajeczne no i  po prostu mnie wciągnęło.

Pierwsza wizyta w Bobowej, pierwsze warsztaty, oczywiście wszystkie nitki mi się plątały, siedziałam mokrusieńka, przekładając, skupiona na tym, co robię, no bo nie wiem jak, a tu trzeba nitki przekładać. No ale na szczęście się udało, wiadomo z jakimś tam kawałkiem, zaczątkiem robótki wyszłam. No i z postanowieniem, że ja muszę się tego nauczyć, bo to jest piękne. W związku z powyższym oczywiście telefon do Bobowej, panie z Bobowej przysłały mi klocki, przysłały mi wałek, bo – zaraz wszystko opowiem, jak to się robi – no ale nie mam nici. W Bobowej się dowiedziałam, że tę koronkę się robi z nici lnianych. Oczywiście  można ją robić z każdych nici, ale wtedy skoro panie powiedziały, że nici lniane, to nici lniane. No to gdzie można te nici kupić, bo w Polsce nie ma. No ale jest festiwal w Vamberku. Tam można kupić nici lniane i to kolorowe, no to już dla mnie po prostu ósmy cud świata.

Poczekałam oczywiście do festiwalu, zabrałam rodzinę, zabrałam znajomych i jedziemy na koronki. Jak tam weszłam, to wyszłam po paru ładnych godzinach z portfelem pustym, ale szczęśliwa niemożliwie, milion zdjęć. No i się okazało, że koronki można robić z każdej nici, nie tylko z nici lnianych. Oczywiście nici zakupione, wzory kupione, no dobra, tylko co dalej w tym temacie? Oczywiście zdążyłam zapomnieć, bo to prawie rok trwało między jednym i drugim. Pojechałam więc na kolejny festiwal, kolejny raz do Bobowej, na kolejne warsztaty.

Potem znowu pojechałam do Bobowej już bardziej prywatnie, do pań które prowadzą tam agroturystykę i można pojechać na wczasy i przy okazji uczyć się koronki. Nie trzeba mi było drugi raz powtarzać – z powrotem do Bobowej, na szczęście, ponieważ mieszkam niedaleko Krakowa, do Bobowej mam blisko, bo tylko dwie i pół godziny jazdy, tak więc oczywiście pojechałam na takie tygodniowe warsztaty i już zaczęłam się uczyć.

Po tych warsztatach umiałam już podstawy, ale ponieważ byłam na festiwalu, zobaczyłam koronki, zobaczyłam zdjęcia, zobaczyłam oryginalne koronki, znowu dalej nie było to do końca to, co ja bym chciała. Narysowane albo w książkach, albo sprzedawane wzory, to są różne piękne rzeczy, a tylko że ja dalej nie umiem ich zrobić. Więc kolejny wyjazd, na kolejny festiwal do Bobowej, a ponieważ był to festiwal międzynarodowy, byli ludzie z różnych krajów, no i „nasze” Czeszki, które były już kilka razy na tym festiwalu, w związku z czym troszkę po polsku umiały mówić. Wiadomo zresztą, te nasze języki są zbliżone, więc jakaś tam forma kontaktu była. No i tak od słowa do słowa nagle się okazało, że panie prowadzą szkołę w Pradze, no i ja bym mogła tam się uczyć dalej. To już była wyższa forma szczęścia po prostu. Co Monia zrobiła? Zapakowała się i prosto do Pragi. Także przez ponad 2 lata uczyłam się tam koronki. Oczywiście wiadomo nie była to typowa szkoła, że ławeczka zeszyt, tylko były to wyjazdy raz na miesiąc, raz na dwa miesiące, czasem częściej. Spotykałyśmy się też z paniami na różnych festiwalach i po prostu robiłam to, co było przewidziane w szkole, cały wzornik zrobiony z różnymi technikami różnymi ściegami, oczywiście własne prace, potem jeszcze projektowanie , rekonstrukcja koronki, czyli odtworzenie starej koronki. Miałam starą serwetkę i na podstawie tej starej serwetki musiałam zrobić na przykład kawałek koronki dokładne odwzorowanie, co mi się w tej chwili też bardzo przydaje.

A były potrzebne jakieś specjalne narzędzia? Bo wiadomo, że koronkę klockową robi się na klockach. Czy trudno zapanować nad tymi narzędziami? No bo mówiłaś już o niciach, które ciężko było dostać w Polsce i pewnie takie klocki – domyślam się – że to też nie jest tak, że idziesz do pierwszej lepszej pasmanterii i możesz takie kupić.

rękodzieło koronka klockowa

No cóż w pasmanterii faktycznie nie da się tego kupić. Kiedy ja się uczyłam, to był bardzo duży problem, bo nie można było takich klocków w Polsce w ogóle dostać. W tej chwili już są panie – głównie w Bobowej – które robią klocki. Polecam zaglądnąć do sklepu Koronkarnia, pani Ewy Szpili, bo tam można nabyć klocki, czy wałki. Pani Monika Madej również ma sklep i tam można nabyć różne nici, jak również też część wzorów. No u mnie jeszcze na razie nie można kupić, ale docelowo będę starała się prowadzić również sklep z wszystkimi przyrządami, które są potrzebne.

A co jest potrzebne? Przede wszystkim wałek, na którym robimy koronkę. Taki wałek wypchany sianem lub trocinami, kiedyś bywały kanapy, które przy oparciach miały takie okrągłe boki, więc coś takiego jest właśnie potrzebne. Taki wałek, na którym przypinamy wzór, wzór możemy narysować możemy skserować. I właśnie potrzebne są nam te nasze klocuszki, od których nazwa jest koronki klockowe. Proszę sobie spróbować wyobrazić – nie wiem czy Państwo pamiętacie, kiedyś w dawnych czasach nici do szycia były sprzedawane na drewnianych słupach i teraz taką szpulkę musimy sobie troszkę odchudzić, dorobić do niej rączkę, czyli mamy taki drewniany przedmiot ze szpuleczką i z rączką. Ta szpuleczka to jest miejsce na nici, nawijamy nici i pracujemy zawsze parami klocków. Czyli mamy jeden klocek-nitkę, która nam przechodzi do drugiego klocka i to jest para klocków i w ten sposób pracujemy, przekładając te klocuszki, w zależności od tego, jak je przekładamy, taki wychodzi ścieg. Mamy w zasadzie dwa podstawowe ściegi, czyli półcienko i siekankę. Półcienko, jak sama nazwa wskazuje, jest to praktycznie prawie płótno, ponieważ koronkę klockową można nazwać inaczej inną formą tkania, ponieważ nici układają nam się tak samo: nitka nad, nitka pod.

Rozumiem.

Dokładnie jak w płótnie, jak w zwykłej ścierce kuchennej. I teraz, w zależności od wzoru, od ilości klocków, od tego co chcemy osiągnąć w ten sposób, robimy koronki. Są najmniejsze wzory, gdzie wystarczą dwie trzy pary klocków dosłownie, a są wzory gdy używa się 200 – 400 klocków. Ja przyznam się szczerze, że największą liczbą klocków, z którą pracowałam, to był szalik który robiłam, miałam 128 klocków.

Wyobraźnia przestrzenna jest potrzebna. To chyba powinien być przedmiot obowiązkowy na architekturze.

Coś w tym może być, ponieważ jak ktoś robił badania – już nie wiem, nie potrafię w tej chwili powiedzieć kto – podobno właśnie koronka klockowa wychodzi najlepiej osobom, które mają dużo wspólnego z liczbami. Nie muszą być matematykami, ale po prostu ktoś, kto ma kontakt z liczbami. Nie wiem, dlaczego tak jest, nie dociekałam, ale podobno działa. Żeby to tak strasznie nie brzmiało, w momencie kiedy pracujemy, kiedy robimy tę koronkę, jednocześnie w rękach trzymamy 4 klocki, czyli dwie pary, także jesteśmy w stanie to spokojnie ogarnąć. Jak ktoś to widzi, to mówi, że strasznie trudne i ja też tak myślałam na początku, ale jak już się usiądzie do wałka, weźmie w ręce klocki,  jak ja coś pokażę, to nagle się okazuje, że to jest w sumie bardzo proste, pracochłonne, ale proste. Oczywiście mówię tu o jakieś podstawowych wzorach.

Natomiast co można zrobić z tej koronki? No właściwie można wszystko, ponieważ ogranicza nas tutaj tylko i wyłącznie wyobraźnia. Ja na przykład robię i biżuterię płaską, i biżuterię 3D, obrazy, serwety, torebki, szaliki. Tą techniką nawet pewien pan w Hiszpanii zrobił sobie przęsło do ogrodzenia. Oczywiście nie z nici i nie na wałku, tylko gwoździe, i deska, i drut, ale jak widać można wszystko. Można używać bardzo cienkich nici, bo posiadam takie nici o grubości prawie włosa, bardzo cienkie, a można to również robić z grubej liny czy sznura, też można zrobić jakąś dekorację.

Czyli z tych samych materiałów, jak przy tych technikach, które teraz są takie bardzo modne typu makrama czy szydełkowanie i po prostu można wykorzystać tę wiedzę do używania takich materiałów, które stosujemy właśnie w tej współczesnej makramie typu właśnie sznurki bawełniane oprócz używanych nici .

Oprócz tego, że używa się nici, ja również wykorzystuję cienki sznurek papierowy, rzemienie, drucik, skórę, kamyki, koraliki, także tutaj właściwie, tak jak mówię ogranicza nas tylko wyobraźnia. Dlatego tak też bardzo lubię tę technikę, ponieważ mogę bardzo dużo rzeczy zrobić i płaskich i 3D czyli przestrzennych.

A kiedy uczyłaś się tej techniki, to dowiadywałaś się, skąd ona pochodzi? Skąd się wzięła, jak ona się zaczęła?  Domyślam się, że ona gdzieś w pewnym momencie powstała. I teraz, wiadomo, troszeczkę ją modyfikujesz, tak uwspółcześniasz. Cofałaś się do tego czasu, jak ona powstawała, gdzie była wykorzystywana?

Oczywiście, to najbardziej mnie intrygowało. Ta technika, w ogóle wszystkie techniki koronkarskie, łącznie z makramą, wywodzą się prawdopodobnie z czasów, kiedy próbowano w jakiś sposób zabezpieczyć ubiory przed niszczeniem, czyli gdzieś jeszcze tam ze Starożytności, w okolicach Starożytnego Egiptu coś podobnego próbowano robić.

Początkowo była ona związana z wyplataniem sieci. Później pewnie ktoś wpadł na pomysł, że można do czegoś innego wykorzystać albo coś mu się urwało i po prostu próbował poskładać i w ten sposób zaczęła ewoluować koronka. Jeżeli chodzi o koronkę klockową, to prawdopodobnie narodziła się we Włoszech. Najprawdopodobniej w Wenecji. Wykształciła się z koronki igłowej i początkowe wzory były wykorzystywane z tej koronki igłowej,  przerabiane troszeczkę na koronkę klockową.

Koronka klockowa ma takie możliwości, że zrobimy z niej na przykład warkoczyki na tych czterech nitkach. I w tym momencie jest ona odzwierciedleniem tej techniki, którą robione są koronki we Włoszech, tak zwane Reticella – to było właśnie technika koronki igłowej. No i stamtąd, jako tańsza – i szybsza przede wszystkim – wersja, koronka klockowa zaczęła się podobno rozchodzić po całym świecie. W tym oczywiście we Francji, Holandii, Flandrii. Zaczęły się wykształcać ośrodki, czyli każde miasto miało swój styl robienia koronek i do tej pory możemy je rozróżniać. Jest tych stylów kilkanaście. Każdy ma jakieś cechy charakterystyczne. W tej chwili może nie będę każdej omawiać, bo do tego akurat by się przydały zdjęcia. Natomiast są cechy charakterystyczne właściwie dla każdej z tych koronek.

Koronki rozwijały się pomału. Pierwsze  rzeczy, które były z koronki robione, to małe kryzy przy szyi, które później urosły do tych sławetnych kół młyńskich, gdzie były metalowe stelaże i te kołnierze były z cieniutkiego płótna wykończonego koronkami albo nawet same koronki na metalowych stelażach. Potem zaczęły koronki “zjeżdżać” troszkę w dół czyli dekolty, kołnierze, mankiety. W dawnych czasach bardziej była to nawet ozdoba dla mężczyzn niż dla kobiet. XVI-XVII wiek to były głównie koronki, piękne, duże koronki, które nosili mężczyźni. Bardzo duże kołnierze, ozdoby do rękawic, mankietów, do spodni. Dopiero później jakoś zaczęły z nich korzystać kobiety, aż w pewnym momencie te koronkii zaczęły osiągać tak niebotyczne ceny i były towarem bardzo  pożądanym, były oznaką wysokiego statusu społecznego i dużej majętności. Także nawet zaczęły we Francji, w Hiszpanii, w Anglii wychodzić edykty Królewskie które zabraniały wręcz noszenia tak wystawnych koronek. Zresztą kiedyś za pięknie zrobioną koronkę płacono i trzy wsie! Więc to była zawsze koronka bardziej dla tych zamożnych osób. Były szkoły we Francji, na przykład słynna szkoła Colberta – ministra francuskiego, powstała pierwsza książka, pierwszy wzornik z koronkami wyszedł we Włoszech – nazywał się Le Pompe było to około roku 1559.

Czyli to był jakoś XVI-XVII wiek. Zobacz, jak wcześnie te techniki zostały opisane. I to, co mówisz że można było nawet dostać trzy wsie za dobrą koronkę – zobacz, że w dzisiejszych czasach, mam wrażenie tak jakby nie doceniamy tej pracy rąk ludzkich. Kiedyś to było poważane i to był taki symbol statusu, coś, za co płacono duże pieniądze. Były dużo warte, a mam wrażenie że teraz niekoniecznie to nasze rękodzieło jest tak cenione jak kiedyś, prawda?

W tej chwili na pewno nie, ale jakieś przebłyski już widać, ponieważ zaczyna być i moda na rękodzieło i ludzie zaczynają doceniać to, że właśnie nie jest to maszynowe. Ta koronka była taka droga, ponieważ ona zajmowała jednak trochę czasu. Nie każdy potrafił, nie każdy mógł w ogóle to wykonywać, były drogie nici, przede wszystkim cienkie piękne nici. Dopiero w momencie kiedy ruszyła produkcja maszynowa, i nici, i koronek, bo skonstruowano specjalne maszyny do produkcji koronek, wtedy te koronki stały się bardziej popularne, no i straciły swój status takiego elitarnego tworzywa. To było w okolicach XIX wieku.

Do Polski podobno koronki trafiły z królową Boną, ale nigdy tutaj jakoś nie było ośrodka, który by ją promował, jakiś styl nadał tej koronce. Najczęściej były to koronki sprowadzane właśnie z Flandrii, z Włoch, Francji. Owszem dla pań z dobrych domów to była jedna z umiejętności, które powinny posiadać (oprócz gry na pianinie, śpiewania i zarządzania domem). Dopiero w drugiej połowie XIX wieku pierwszą szkołę w Polsce założyła Helena Modrzejewska w Zakopanym i tam już się panie konkretnie uczyły koronki, uczyły się ją wyrabiać. Druga szkoła powstała właśnie w Bobowej, która jest w tej chwili znanym ośrodkiem koronki klockowej i panie też się tam uczyły. Byli też projektanci koronek, tworzyli różne wzory charakterystyczne. Gównie były to wzory po prostu oparte na motywach roślinnych np. szarotka to co rośnie obok, że tak powiem.

Przyznam że moje pierwsze skojarzenia związane  z koronką to właśnie takie motywy roślinne, czyli taka polska flora i fauna, i nie wiem czy to rzeczywiście tak było, czy to moja babcia też pewno odtwarzała z tych wzorników Modrzejewskiej. Myślę że one się rozeszły później na całą Polskę i tak naprawdę to stamtąd się wzięły te wszystkie popularne wzory prawda.

serwetka koronka klockowa

Tak, do tego stopnia nawet była ta szkoła poważana i dziewczyny z tej szkoły zajmowały miejsca na wystawach światowych. Wzory pana Karola Kłosowskiego, właśnie ze szkoły w Zakopanem – jego uczennice w 1925 roku dostały złoty medal na Światowej Wystawie Sztuki w Paryżu, więc to jest jakiś osiągnięcie. Jeżeli chodzi o Bobową, to w 1902 roku dostały dziewczyny brązowy medal na wystawie w St Luis i złoty medal w San Francisco w 1905 roku, więc były to, uważam, dosyć wybitne osiągnięcia, bo to wystawa światowa. Natomiast niestety po naszych przewrotach politycznych te szkoły zamknięto jako nierentowne. Natomiast w tej chwili jest grupa osób, która próbuje właśnie zrekonstruować tę koronkę. Pokazujemy, mówimy uczymy.

Tym bardziej się cieszę że dzięki temu projektowi trafiłyśmy na Ciebie. Ja dosyć długo rękodziełem się zajmuję, a jednak na tę technikę nie trafiłam w takiej spopularyzowanej  formie. Wiadomo, w literaturze gdzieś się trafia, trochę mówi się o tym. Jednak wydaje się ona taka odległa, z dawnych czasów. Człowiek  nie potrafi sobie tego wyobrazić i kiedy zobaczyłam Ciebie na nagraniu, kiedy tymi klockami pracujesz, to nagle się okazało, że to tak naprawdę jest fajna technika, która wręcz aż się prosi o uwspółcześnienie, o popularyzację, bo tak jak mówisz, wygląda na bardzo skomplikowaną do momentu, kiedy nie usiądziesz i tak naprawdę nie spróbujesz. Wtedy okazuje się, że to po prostu świetna zabawa, prawda?

Oj tak!

Ciekawa jestem, kiedy się uczyłaś tej techniki, to wiadomo, że jakbyś uczyła się tego w takiej konkretnej szkole, ale gdybyś miała wziąć na przykład jakąś przeciętną osobę, która niekoniecznie ma dostęp na przykład do tego, żeby gdzieś pojechać do Bobowej, spróbować. Czy myślisz że jest taka osoba w stanie uczyć się tej  techniki z literatury czy z innych źródeł np. z filmu, czy raczej to jest taka technika, do której trzeba  jednak przysiąść z  żywym człowiekiem, który wszystko pokaże krok po kroku.

Przyznam szczerze, że znam dwie osoby, które się tej techniki nauczyły właśnie z filmów na YouTubie,  ewentualnie z książki. Natomiast no wygodniej zdecydowanie i lepiej jest, jak ktoś po prostu go nauczy. Nie mówię tu tego dlatego, że ja muszę koniecznie kogoś uczyć. Owszem, lubię to i też sprawia mi przyjemność, natomiast jest to technika, której człowiek nie jest w stanie nauczyć się w pół godziny.

Jest to technika, która zabiera sporo czasu, nawet tego, żeby się jej nauczyć, takie totalne podstawy, to jest około 6 godzin nauki, dlatego też nie jest to takie proste. Filmy nagrane są w  różnych językach. Nie ma nic po polsku. Jeżeli ktoś dobrze zna angielski, czy hiszpański, czy włoski ewentualnie, to myślę, że byłby w stanie się nauczyć. Natomiast jest też specyficzne słownictwo  i tutaj jednak przydaje się jakiś nauczyciel, który podpowie.

Poza tym kwestia nawinięcia samych tych nici tak, żeby one nie spadały, bo to też jest sztuka. Dlatego wydaje mi się, że jednak lepszą wersją jest to, że ktoś nauczy, pokaże, przynajmniej te początki. Potem są tzw. schody i ja do tej pory się uczę i jeszcze będę pewnie długo się tego uczyć, pomimo że już 15 lat się tym zajmuje. Bez przerwy coś nowego gdzieś mi wpadnie, jakieś nowości, jakieś nowe ściegi i rozwiązania.

Zresztą nie wykonuję takich typowych ludowych koronek tzn. jak trzeba wykonywać, też wykonuję. Jednak jest całe spektrum możliwości do wykorzystania tego w bardzo nowoczesny sposób, bo tak jak mówiłam robię biżuterię płaską, biżuterię 3d, a kiedyś tego w ogóle nie wykorzystywano do tych celów. Nie używało się drutów, nie używało się różnych rzemyków innych materiałów, także w tej chwili możemy troszeczkę sobie poszaleć. Oczywiście mogą to być też klasyczne serwetki, przy czym te serwetki wcale nie muszą wyglądać jak ludowe, ponieważ tu jest możliwość tworzenia. Właśnie to jest coś, co mi się bardzo podoba, to że ja mogę sobie te wzory narysować, to znaczy teraz już mogę po nauce w szkole. Natomiast wcześniej nie miałem zielonego pojęcia, od czego zacząć i jak to zrobić. Teraz już wiem, że jak nitka wejdzie, to i wyjść musi, nie może mi też nic zostać, ale nie bardzo można też obciąć, bo to nie ładnie wygląda. Oczywiście wiadomo, jest możliwość zakończenia w środku koronki w zależności od tego, co potrzebujemy, także tutaj nie ma problemów. Przetestowałam bransoletkę z obciętymi nitkami, która pojechała w góry na wycieczkę z pewnym panem i wróciła, nie rozpadła się.

A czy ty myślisz, że w tej technice jest taka duża możliwość na taką swoją kreatywność, czy raczej ona jest skupiona wokół tak jakby tego, co jest i ewentualnej modyfikacji jakieś techniki? Jestem ciekawa, bo często są takie techniki, które im więcej jesteś w stanie podejść do niej kreatywnie, jakby wnieść coś nowego, tym bardziej się bawisz tą techniką. Ciekawa jestem, czy w koronce klockowej też możesz tak jakby wymyślać swoje rzeczy, dodawać jakiś swój unikalny styl.

O tak zdecydowanie, dlatego właśnie tak bardzo lubię tę technikę. Wyobraź sobie zdjęcie psa, twojego psa –  zapraszam przy okazji na moją stronę internetową koroni.pl – jest zdjęcie psa, a pod tym zdjęciem jest pies zrobiony techniką koronki klockowej. Osoby, które widziały go na zdjęciach, zanim jeszcze wrzuciłam na stronę, nie były w stanie rozpoznać, które to jest zdjęcie, a które koronka. Dlatego też, tak jak tutaj, ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Można stosować różne materiały, tak jak wcześniej mówiłam. Nawet to przęsło można sobie zrobić takie ogrodzeniowe, wszelkiego rodzaju dekoracje, aplikacje, oczywiście ubiory. Co prawda troszkę dłużej to trwa i trzeba troszkę więcej poświęcić czasu, ale jak najbardziej można. Przepiękne narzutki, wdzianka, suknie robią Rosjanki. Na pewno większość z nas oglądała rosyjskie bajki, gdzie były śnieżynki w takich koroneczkach. W tej chwili te koroneczki można sobie zrobić samodzielnie. Oczywiście dużo czasu trzeba na to poświęcić, ale również tutaj możemy wykorzystać naszą kreatywność, bo możemy skorzystać z wzorów, które są, a możemy też sami wymyślić. Poza tym wzory rosyjskie mają tę ciekawą stronę, że charakteryzują się takim rysunkiem, że jak w jednym miejscu zaczniesz tę koronkę, to w tym samym miejscu ją skończysz, wypełniając całe pole, które mamy zrobić. Czy to będzie obraz, czy to będzie właśnie jakaś pelerynka, narzutka, sukienka, góra od sukienki także tutaj możemy rozwijać kreatywność.

Można z tego robić wszystko i z wielu materiałów na przykład w krajach Ameryki Południowej, gdzie wiadomo no raczej nie przelewa się, jeśli chodzi o finanse, panie zamiast szpilek wykorzystują kolce agawy. U nas w Polsce na przykład i krajach ościennych (Litwa, Białoruś, Ukraina) w momencie kiedy nie było innych włókien, panie robiły włókna z pokrzyw i również tkały z tego koronki. Więc tak, jak mówię, kreatywność w każdym wymiarze i w każdą stronę, jeśli chodzi o tworzywo i jeśli chodzi o wzornictwo. Można robić, co człowiek właściwie zamarzy. Na przykład wykonywałam takie koronki, gdzie miałam zdjęcie i część zdjęcia robiłam z koronki, czyli połączenie fotografii z koronką. Może to być płaskie, może to być przestrzenne, może wychodzić z obrazu, a może mieścić się w ramie.

Tu już moja słabość do rękodzieła we wnętrzach i wyobraźnia szaleje. Już widzę te ramki z  fotografiami, które wychodzą z ramki w 3d i i stają się taką przestrzenną dekoracją. Ja myślę, że to jest świetne pole do  eksplorowania tej koronki. Ja bardzo czekam, kiedy ona stanie się bardziej popularna, bo trzeba przyznać, że ciągle jest techniką niszową. Mam nadzieję że nasza rozmowa zarazi taką pasją do koronki. Jestem ciekawa, na ile koronka pomoże też promować te naturalne materiały. Wiemy, że teraz jest to taki popularny trend, użycie naturalnych materiałów typu bawełna, len to są takie tkaniny, które wracają do łask, za bawełniane sukienki znowu płaci się majątek, docenia się ich wartość, ale mam wrażenie, że jest ich coraz więcej, więc pewnie  lada chwila znowu będą taniały i znowu będą coraz bardziej przystępne. Fajnie, że powiedziałaś o tym, że nici lniane to jest taka podstawa. Zaczęło się od twojego poszukiwania tych nici, no i też wychodzi ten temat właśnie, że takie nici tak naprawdę można zrobić samemu, tak jak te kobiety, które robiły nici z pokrzyw.

Mamy teraz fazę na recycling, wykorzystywanie różnych materiałów. W Szwecji Pani zrobiła duży projekt, do którego wykorzystała zamiast nici pocięte worki plastikowe. Pocięte, związane i jest przepiękna koronka do wystroju wnętrz zrobiona właśnie z foli, z którą mamy w tej chwili problem. No bo wszędzie już jest plastik, drobinki plastiku nam latają. Także nie musi być koniecznie wykorzystywane tylko włókno typu len, aczkolwiek oczywiście jak najbardziej się nadaje. Może być cieńsze, może być grubsze, może być białe, szare czy kolorowe. Również można wykorzystać pocięte stare jeansy czy podkoszulki i zamiast klocków zwinąć je w kłębuszki.

Czyli tak naprawdę ogranicza nas tylko wyobraźnia. Ja się bardzo cieszę, że mówiłyśmy o tym, że współcześnie możemy tę technikę, która gdzieś wywodzi się z historii i gdzieś ma swoje takie długie korzenie, swoją historię, rozwijała się i że ona jest tak ciągle obecna, i że teraz możemy uwspółcześniać te trendy. Można wykorzystać aktualną modę na zero waste. Świetnie, że możemy tą koronką też bawić się tak współcześnie. Nie chcę przeciągać, bo nie chcę też za długo eksplorować tematu, chciałabym zostawić trochę takie niedopowiedzenie, żeby zaprosić naszych słuchaczy do zaglądania na twoją stronę oczywiście. Ale na koniec chciałam tylko podpytać, jakie są twoje plany? Możemy zdradzić, że chcemy zorganizować taki warsztat koronki tutaj nawet w ramach Oplotek. Przy dobrych wiatrach Monika przyjedzie do nas, do Poznania. Co by było takim przekazem, który można zdradzić osobom, które słuchając tego podcastu są zainteresowane tą techniką. Bo wiem, że taki warsztat trwa przez kilka godzin, nie da się tej techniki nauczyć tak szybciutko jak na przykład podstaw szydełkowania, w godzinę czy dwie, bo to tylko oczko, słupek, półsłupek. Co można powiedzieć takim osobom, które chciałyby spróbować, czego się bać, czego się nie bać, jak się przygotować?

sukienka koronka klockowa

Po pierwsze, to ma być przyjemność, więc bać się tego nie trzeba. Po drugie, myślę, że jako nauczyciel też się sprawdzam, ponieważ prowadzę warsztaty na Festiwalu Twórczo Zakręcony, a przy okazji – bo właśnie tak, jak mówisz – mam nadzieję, że w drugiej połowie września przyjadę do Poznania, gdzie będą panie mogły zerknąć, jak to się robi? Co  jest potrzebne? Ja oczywiście przywiozę wszystkie materiały i będzie można sobie dowolnie popróbować, co to jest, jak to się robi, czego można używać pełne kompendium, tyle, co potrafię, pokażę.

Super, świetnie Moniko. Ja Ci bardzo ogromnie dziękuję i cóż mogę dodać? Mogę tylko dodać, że zachęcamy wszystkich do wskakiwania na twoją stronę, do czytania, do oglądania. Na pewno też spróbujemy zamieścić zdjęcia twoich prac tutaj, na naszej zbiorczej stronie i oczywiście podlinkujemy wszystkie miejsca w sieci, gdzie można Cię znaleźć. No i co możemy tylko życzyć wszystkim zarażenia się bakcylem koronki.

Zdecydowanie zapraszam.

 

*wszystkie zdjęcia pochodzą z fanpage’a Moniki

Wywiad z Panią Teresą Nosal z Czerwonaka

Wywiad z Panią Teresą Nosal z Czerwonaka

Teresa Nosal o monstrancjach i wieńcach dożynkowych ze słomy

Pierwsza opowieść, którą chcemy Ci przedstawić w ramach naszego cyklu „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, to opowieść o tym, że rękodzieło to przygoda na całe życie. Jeśli tylko masz pasję, zapał i głowę pełną pomysłów, nawet wiek nie jest przeszkodą w twórczej codzienności. 

Pani Teresa Nosal ma 88 lat, a w plecionkarstwo wkłada całe swoje serce – jej specjalizacją są monstrancje oraz wieńce dożynkowe ze słomy.

Od kogo uczyła się tej trudnej sztuki? Pani Teresa mówi, że wszystko przychodzi samo. Z głowy, nie z książek. Trzeba nie tylko opanować technikę, ale metodą prób i błędów posiąść wiedzę o tym, kiedy i jak pozyskać słomę do wyplatania (co obecnie jest coraz trudniejsze), a także jak ją odpowiednio przygotować.

Pani Teresa inspiracje do swoich prac czerpie z otaczającego ją świata, a wzory wymyśla sama. Jednym z jej osiągnięć jest piękny wieniec z obrotową kulą ziemską, który sama zaprojektowała i wykonała. 

Tu nie ma miejsca na błędy – plecionkarstwo i precyzja to nierozłączna para. Ta coraz rzadsza dziedzina rękodzieła wymaga niesamowitych pokładów cierpliwości, które gwarantuje tylko prawdziwa pasja 🙂 

Posłuchaj, jak powstaje monstrancja lub wieniec dożynkowy ze słomy. Pani Teresa przeprowadzi Cię przez cały proces – od pomysłu do finalnego wykonania. 🙂 

Jeśli wolisz czytać, zamiast słuchać, transkrypcję odcinka znajdziesz poniżej. 

Więcej informacji, a także wywiadów i ciekawych artykułów znajdziesz na stronie projektu Stowarzyszenia Oplotki „Rękodzięło wczoraj i dziś. Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele” >>

Tradycja i Nowoczesność w polskim rękodziele

TRANSKRYPCJA PODCASTU „TERESA NOSAL O MONSTRANCJACH ZE SŁOMY”

Karolina Nowaczyk: Dzień dobry, Pani Tereso. Czy mogłaby się nam Pani przedstawić?

Teresa Nosal: Nazywam się Nosal Teresa, mam 88 lat i mieszkam w Czerwonaku.

Czym się Pani zajmuje, jakie rzeczy wykonuje Pani ze słomy?

Ze słomy robię różne warkocze, a raczej robiłam. W tej chwili nie mam słomy, ale słomę jeszcze z Kicina naprzywoziłam, także jeszcze mam na dwie monstrancje słomy i może do śmierci wykonam te dwie monstrancje. Wieńce robiłam… W 2006 robiłam ostatnie i w 2011 chyba jeszcze coś robiłam. Bo ja to od 11 roku mieszkam w Czerwonaku i wtedy był ostatni wieniec.

I wtedy był ten ostatni wieniec w 2011?

Już tutaj w Czerwonaku nie robiłam. W Czerwonaku tylko monstrancje robiłam do sanktuarium do Dąbrówki Kościelnej, do Tulec. No ale jeszcze w 2006 to na konkurs europejski robiłam monstrancję…

Jest Pani samoukiem, prawda?

Tak, ale jak skończyłam 70 lat, to byłam w Wągrowcu na takim plenerze dla niepełnosprawnych dzieci i starszych osób. Przyjechała taka pani, która uczyła z gliny robić i miała tylko jedną uczennicę: jedną mnie miała 70 –letnią. Nauczyłam się robić aniołki i różne rzeczy z gliny. 

jak zrobić wieniec dożynkowy ze słomy

Jak robić wieńce dożynkowe i monstrancje?

Ale te monstrancje i wieńce dożynkowe to Pani sama się nauczyła robić?

Tak, ze słomy to sama. To mi samo przychodzi. Nie wiem, czy to w głowie, czy gdzieś jest. Ale w ten sposób pracuję.

A skąd Pani pozyskuje słomę? 

Jak mieszkałam w Kicinie, to tę słomę zbierałam. Trzeba zbierać o takim czasie, żeby ona była nie dość dojrzała, ona dojrzewa w trakcie. Musi się ją ściąć wcześniej, wtedy ona tak ładnie się wysuszy i z tego można robić. Potem trzeba moczyć w gorącej wodzie, jak się chce prasować. Ale to wszystko wiem nie z książek, tylko z głowy po prostu. Może jakbym z książek robiła, to inaczej to by było, ale ja sama dochodzę do tego wszystkiego. Sama się nieraz męczę długo, bo jak to mówią: Nie od razu Kraków zbudowano”. 

Robię także wianuszki na święta – takie z kokardką – i stroiki, i gwiazdki świecące na choinkę. Ale od 2011 roku mieszkam już w Czerwonaku, miałam mały pokoik i tam nie mogłam po prostu robić nawet małych rzeczy, bo nie było jak. 

Przestrzeń jest potrzebna. 

Ale te monstrancje to zrobiłam w roku 2016/2017 jako wotum.

Czy każda słoma się nadaje? Czy może być owies?

Owsiana słoma bardzo dobrze się nadaje na te rzeczy prasowane, bo ona jest taka złota, słoneczna. Jak się ją wyprasuje, to pięknie wygląda. Ciężko tę słomę uzyskać teraz, bo kombajny koszą, a to trzeba samemu delikatnie zrywać. Na przykład jak się zerwie wcześniej, wtedy ona taka biała się zrobi, taka ładna. Jak już ma kłosy, to już jest za późno, to już się kruszy. Do wieńców to tak samo trzeba wcześniej zrywać. Słomy mam jeszcze na dwie monstrancje. 

I w tym roku będzie Pani robić jeszcze jedną?

Zrobię. Nie wiem, gdzie ją dam, na jakie święto, ale zrobię. Będę robiła w tym roku, dlatego że od neurologa mam takie zadanie, żeby rękoma ćwiczyć. Staram się więc robić, co umiem. Różyczki mi tak bardzo ładnie wychodzą.

monstrancja Teresy Nosal

Pani Tereso, a czy do monstrancji przygotowuje Pani najpierw jakiś stelaż?

Najpierw wycinam sobie model z tektury. Narysuję na papierze, a potem z papieru odrysuję na dyktę i tam potem są dwie warstwy. Potem biorę dwie listewki na krzyż, dwie dykty składam razem i oklejam najpierw płótnem. Potem daję albo same kwiatki, albo idzie na to prasowana słomka, ale płótno przede wszystkim. Ona (monstrancja) nie jest na tej tekturze robiona. Ale z dykty po prostu robię sobie model. Teraz ten ostatni mi wyszedł ładny. 

Ten z 2018 roku?

Tak, ten mi wyszedł najładniejszy. No ale te z kłosami, które robiłam wcześniej na europejski konkurs, to tam były kłosy pszenicy. To są kwiatki, wkoło to jest wszystko słomka, i trochę słomka w środku. I przód i tył jest zrobiony tak samo.

Tutaj szybki żadnej nie ma?

To jest białe płótno, to wkoło to jest koronka zrobiona ze słomki. 

A to są suszone kwiatki wkoło?

Tak, wszystko suszone kwiatki. W każdym bądź razie różnie, bo tam inne kwiatki są, ale też tylko z kłosów są robione. A to jest z prasowanej słomki zrobione. 

wieniec dożynkowy ze słomy

Ile trwa zrobienie monstrancji lub wieńca dożynkowego ze słomy?

Jak długo robi się taką monstrancję?

Trudno powiedzieć, czasem i w tydzień miałam gotową. 

Czyli dobry tydzień.

No, ale to już jak mam przygotowane rzeczy. Czasem potrzebuję pomocy, bo jak ja ten model sobie wykroję z dykty, podkładam gąbkę taką do kwiatów. To jest podwyższone, listwa jest tam przymocowana, w tę gąbkę wbita jest. Ale jeszcze potem, jak ja już tę dyktę przyłożę, żeby to ubierać w kwiatki, to mi syn przykręci ją od spodu najpierw.  Wkoło wykończona jest koronką przymocowaną na śrubki, bo to na klej by się nie trzymało. To tyle pomocy potrzebuję zawsze.

Żeby tę podstawę zrobić?

Tak, a jak już jest to zrobione, to dopiero ten postument robię, na końcu wykańczam.

A te słomki klejem na gorąco Pani przykleja ?

Nie, takim stolarskim klejem. Różne kleje są potrzebne, bo tym na ciepło niektóre kwiatki przyklejam, żeby one mi nie spadały. Ręce poparzone nieraz mam, bo w rękawiczkach to nie idzie robić.

Pani Tereso, wróćmy jeszcze do tego wieńca dożynkowego. Długo się go robi?

To też trudno powiedzieć. Nieraz trzeba w dzień zrobić. Wtedy jest taki artystyczny nieład.

Ale Pani lubi precyzje, lubi Pani, żeby było ładnie ułożone, wszystko dobrze zrobione?

Tak, nieraz nie wyjdzie i nie da rady odkleić, czasem gdzieś tam brakowało kwiatka. Jak mieszkałam w małym pokoiku, to robiłam raz wieniec na Podlasie. To było naprawdę trudne. Bo w małym pomieszczeniu stoi karton na kartonie i potem nie wiesz, w którym kartonie masz tam te wszystkie rzeczy. Bo jakbyś poukładała sobie  wkoło, no to inaczej się robi. Jak zaczynam robić, to jestem w swoim żywiole.

No i to jest najważniejsze, Pani Tereso. To jest pasja, kiedy projekt pochłania w całości.

Tak, mogłabym to robić, ale nie ma tego towaru, bo naprawdę nie ma tego zboża, nie wiem, gdzie to teraz rośnie w okolicy…

słomiany wieniec dożynkowy

Wieniec dożynkowy ze słomy z obrotową kulą ziemską

Pani Tereso, proszę opowiedzieć nam o tym wieńcu dożynkowym z tą kulą ziemską i z flagą Unii Europejskiej, bo on jest naprawdę niesamowity i niepowtarzalny.

Niespotykany, bo nikt tego nie robił.

Skąd pomysł?

Byłam na pielgrzymce w Łagiewnikach i tam przed ołtarzem taka kula jest. I jak przyjechałam do domu, to powiedziałam, że ja taki wieniec zrobię! Do Orwatowa to robiłam… Nie, do Swarzędza. I przywieźli mi ten stelaż. To był taki duży stół i sam stelaż był ładny, ale ja musiałam go zbożem obłożyć. Takie rzeczy to najpierw materiałem się owija, a potem na ten materiał przylepia się te kłosy czy kwiatki, czy coś takiego. A z kulą to było tak, że pojechałam na działki i tam taki pan mi wyciął tę kulę. Wyciął mi taką dużą i potem musiałam taką dużą robić, ale ona pasowała do tego stelaża! Jakby mniejsza była, to by nie pasowała. Mapę miałam małą, więc powiększyłam ją na większą i te kłosy tak dobrałam, jak w tej mapie. Tam była kula ziemska, a na dole ta kula obracała się.

Ach, ona była ruchoma?!

Tak, ona się obracała, cała była ruchoma. To brat mi zrobił jeszcze. Były równe kule, przecięte na pół, jedna w drugą tak weszła… i były te boki. A te boki czworoboki były puste i trzeba je było wypełnić. Wypchałam to właśnie gazetami, owinęłam ładnie materiałem. A ile to pracy kosztowało, żeby to zawinąć! W środku był ten metalowy drążek. Także jak ja to wszystko poubierałam, to ona się obracała. Stół na początku mi nie wyszedł, bo chciałam przedobrzyć i go polakierowałam. Myślałam, że on będzie ciemny, a on mi zbladł. Na błędach się człowiek uczy. Musiałam na nowo wtedy pomalować, na niebiesko to wtedy pomalowałam. No a te gwiazdki ja zrobiłam. One nie z papieru, musiałam wyciąć je z tektury, a na nie przykleić płócienko, i dopiero wtedy mogłam słomkę przykleić. Może była inna technika, ale ja zrobiłam swoją. Równe gwiazdki nawet powycinałam, nawet nie wiedziałam ile, tylko do bratanicy poszłam, żeby ona mi tę flagę pokazała, jak wygląda, bo nawet nie miałam tej flagi. No ale to był dobry pomysł, bo to potem podziękowania nawet były. A jak przyszli oglądać, jak ja to zrobiłam, to mi powiedzieli, że chyba 3000 dostanę za tę pracę. Ja umiem robić, a nie umiem się ocenić. Ci, co wiedzieli, że robię, to mi zaraz liczyli, ile to ja zarobię na tym. A ja zawsze liczyłam, żeby mi za kwiaty się wróciło i żebym na węgiel miała. 

wieniec ze słomy z kulą ziemską Teresy Nosal

Wracając jeszcze do tej kuli – to te kontynenty, tę wodę to też pani ze zboża robiła?

Kulę owinęłam płótnem i na to płótno albo przyklejałam, albo normalnie – jak się robi girlandy – grubym sznurem tam przeciągałam.

Na zdjęciu wygląda jakby farbką pomalowana tylko była na tym płótnie, a tam jest słoma przyklejona?

Na tę kulę są przyklejone kłosy, które są farbowane na niebiesko. Te wszystkie kolorowe elementy na kuli są pofarbowane. Czerwone i kolor to była kukurydza pomalowana. Różne rzeczy były poprzyklejane, suche kwiatki, zatrwian i owoce. A nie… kula ziemska… To tam nie było żadnego owocu. Na dole była flaga europejska, więc na dole nie trzeba było żadnego owocu. Kula się obracała jak kula ziemska. Kula ziemska była oklejona materiałem, pięciolitrowy baniak potrzebny był na tę kulę, żeby te kłosy i flagę poprzyklejać, bo przecież była tak duża jak stół. 

Tam w narożnikach są jeszcze stroiki.

Są stroiki żywe. To, co żywe, jest w szwamkach, więc tam są i kwiaty, i zboża. Każdy wieniec powinien mieć siedem rodzajów zboża. W tej kuli były te wszystkie rodzaje kłosów, bo tam było proso, len, owies, jęczmień, pszenica. Owies ma takie fajne kłosy z wąsami, ale teraz jest jeszcze pszenżyto takie ładne z wąsami. Jeden wieniec z pszenżyta robiłam, to on sam był taki ładny bez kwiatków. Był nawet w gazecie w Czerwonaku. Bo jak zaczynałam robić, to przyjechali mi zdjęcie zrobić. Było pokazane w gazetce, jak ja pracuję. Byłam ja i ten wieniec taki jeszcze nieskończony. Ale nawet taki nieskończony sam w sobie był ładny. Jak skończyłam robić kulę, to się rozpłakałam. Z radości, że mi się udało.

Pomimo tylu niepowodzeń na początku…

No tak, najpierw zaczęłam robić i nie wychodziło, to musiałam inaczej pomyśleć. Sama do tego doszłam, nikt mi nie podpowiedział. To nie z żadnego rysunku, tylko z głowy. I tak całe życie robię. 

zbieranie słomy na wieniec dożynkowy

Wieńce dożynkowe ze słomy wymagają cierpliwości i wyobraźni

Pani Tereso, a uczyła Pani kogoś wykonywania tych wieńców dożynkowych albo monstrancji? Czy ktoś chciał się nauczyć?

Nie, nie było nikogo. O, pokazywałam tylko, jak się robi te ze słomki warkocze. Ale więcej nie. To trzeba mieć cierpliwość, a ludzie nie mają cierpliwości. A oprócz cierpliwości trzeba lubić i robić to z sercem. A jak ktoś nie lubi i robi bez serca, to zrobi po prostu z jakiegoś obrazka.

A Pani wszystko plecie z wyobraźni, każdy model, wzór!

Kiedyś w Kicinie kupili księdzu na Komunię na Boże Ciało taką piękną monstrancję. Popatrzyłam, przyszłam do domu i zaraz wzór zrobiłam tej monstrancji. Bo to wszystko z dykty jest wycinane, ten krzyż jest wycinany, a później na to przykleja się kłosy. A tu te promienie to też jest słomka, a słomka dlatego jest taka, bo ona jest z żyta albo z pszenżyta. 

wieniec ze słomy autorstwa Teresy Nosal

Pani Tereso, a te promienie to są ze słomki prasowanej?

Nie, to jest okrągła, a wkoło jest prasowana słomka. A na tę słomkę kwiatki dopiero, a na to ten warkocz ze słomy. Ten tu jest trochę krzywy, ale wyszedł, jak wyszedł. Jak już przylepiony zostanie, to już nie da rady poprawić.

Trochę za blisko?

Tak, trochę w głąb powinien być bardziej wciągnięty. I ja mam świadomość tych usterek. 

No tak, Pani robiła, to Pani wie, na co zwrócić uwagę. Dla mnie jest idealna.

Ja na to patrzę inaczej. To jest taka praca, jak to mówią, niezapłacona. Ale jak ktoś ją lubi, to będzie ją robił. To nie jest praca dla takiego, co nie lubi, bo nie wiedziałby, za co się wziąć.

Pasja po prostu.

Ile razy trzeba było poprawiać, a nawet od początku robić! Bo jak jedna wyszła krzywo albo druga, to już nie szło ich złączyć czy poprawić. Trzeba było robić od nowa.

Poza pracą ze słomą to jakim rękodziełem się jeszcze Pani zajmuje? Co pani jeszcze robi?

Kwiatki z krepiny, różne stroiki na święta, choinki z orzechów, z szyszek, koszyczki z butelek, koszyczki z baloników. Tylko nie ma mi teraz kto nadmuchać! W tym roku nie robiłam, ale zawsze robię na Wielkanoc kureczki różne, osłonki na jajka, na święta krasnale, skrzaty na szyszkach.

To już było ostatnie pytanie, dziękuję bardzo za wywiad.Teresa Nosal