Sama co roku staję przed wyzwaniem, jaki prezent sprawić komuś na Święta. Z pomocą niezmiennie rusza mi rękodzieło :). Sprawdź, czy i Tobie może się przydać.

Dla siebie najczęściej prezent wybieram samodzielnie i informuję męża, czym też w tym roku Mikołaj ma mnie „zaskoczyć” :). Jakoś łatwiej o wysoki poziom zadowolenia przy wigilijnym stole, kiedy wiem, że z jednej strony oszczędzam mu czasu na szukanie, a z drugiej – sama dbam o swój dobrostan.

No dobra, jakieś drobne „niespodzianki” i tak zawsze mnie zaskakują, najczęściej ze strony babci (ooo znowu skarpety!!! Ale niespodzianka w tym roku :P), ale jednak rozpisując listę osób do prezentowego „ogarnięcia” umieszczam na niej również siebie 🙂

Wiem, że skoro czytasz ten tekst – to albo znasz OPLOTKI (więc pewnie jesteś fanem rękodzieła lub też tworzysz), albo trafiasz tutaj, bo szukasz pomysłu na prezent 🙂

Nie przeciągajmy więc — do dzieła!

Podzieliłam tekst na paragrafy dedykowane „odbiorcom” prezentu, aby jeszcze łatwiej było „skroić” coś na miarę Twoich potrzeb (i oczywiście potrzeb osoby obdarowywanej).

Jeżeli szukasz upominku rękodzielnicznego

To prawdopodobnie szukasz czegoś unikalnego, nietuzinkowego, jedynego w swoim rodzaju, ale liczysz się z faktem, że o prezent trzeba zadbać odpowiednio wcześniej. Nie zaskoczę Cię newsem, że rękodzieło wymaga czasu i dobrze złożyć zamówienie jeszcze w listopadzie lub na początku grudnia najpóźniej. Dzięki temu unikniesz stresu w oczekiwaniu na przesyłkę, albo po prostu wygodnie odbierzesz rękodzielniczy upominek od twórcy (omijając przedświąteczne korki).

Jeżeli szukasz takiego właśnie upominku – polecam Twojej uwadze kameralny butik z ręcznie tworzonymi produktami HANDMADE. To miejsce w sieci to showroom produktów ekipy kobiet ze Stowarzyszenia OPLOTKI.

Tutaj tylko kilka fotek produktów, zapraszam Cię po więcej na http://sklep.oplotki.pl/

Oczywiście prezentem może być też voucher na zakupy w naszym sklepie!

Tę opcję polecam szczególnie niezdecydowanym lub osobom w sytuacji np. mojego męża (Określona kwota do przeznaczenia na prezent i zero pomysłu, co sensownego z nią zrobić).

Jak to wygląda w praktyce?

Piszesz do mnie (agnieszka@oplotki.pl)  z informacją dla kogo prezent, w jakiej cenie (lub który produkt konkretnie, jeżeli tak Ci wygodniej), a ja wraz z naszą niezastąpioną graficzną przygotowuję dla Ciebie dedykowany VOUCHER. Możemy wypisać na nim dodatkowo życzenia lub zawrzeć tylko imię i nazwisko obdarowanej osoby – tutaj mamy szerokie pole do „popisu”, aby spersonalizować taki plik. Jeżeli dysponujesz wystarczającą ilością czasu – wtedy my zajmujemy się wydrukiem i pięknym opakowaniem Vouchera i wysyłamy go pod wskazany adres.

…ale…

Możesz taki Voucher wydrukować i zapakować samodzielnie lub np. dołączyć do innych prezentów :).

Widziałam go już w „wydaniu” z kwiatami, w kopercie z imieniem, a nawet w wersji samodzielnie wydzierganej czapki szydełkowej!

Warto wspomnieć, że opcja Vouchera to również taka „ostatnia deska ratunku” w wypadku, kiedy Twój prezentowy PLAN „A” nie wypalił. Pamiętam wigilijny poranek zeszłego roku, kiedy dzwoniły do mnie osoby, do których prezentowe paczki po prostu nie zdążyły dotrzeć (wszyscy wiemy, że nawet Allegro czy Ali Express nie ma mocy Świętego Mikołaja, zwłaszcza przed Świętami). Spędziłam poranek na wysyłaniu VOUCHERÓW prezentowych, które w wielkiej uldze drukowali (najczęściej panowie) dla swoich bliskich.

W tym roku obiecałam sobie, że ostatni taki Voucher wyślę przed Świętami (choćby miała to być tylko grafika do wydruku  posłana via e-mail), ale też pamiętam te maile z podziękowaniami za „uratowanie skóry” … no przyznam, że były bezcenne! 🙂

Cieszyłam się, jak dziecko, że klientki, które postanowiły zrealizować VOUCHERY od razu po Świetach, mogły cieszyć się swoimi kursami online w „wolnym czasie” przerwy świątecznej lub „na spokojnie” przeglądać, co też sobie w ramach kwoty VOUCHERA wybiorą w naszym sklepie z kursami online lub produktami fizycznymi.

Jeżeli potrzebujesz prezentu dla twórcy rękodzieła

Ten akapit adresuję nie tylko dla twórców (jeden rękodzielnik drugiego zrozumie chyba najlepiej), ale też do ich partnerów (no bądźmy szczerzy – mężowie rękodzielniczek – to akapit dla Was!).

OPLOTKI od dłuższego już czasu funkcjonują na zasadzie inkubatora rękodzielniczych mikroprzedsiębiorstw. Jeżeli Twoja partnerka myśli o przekuciu swojego HOBBY w biznes, to możesz uszczęśliwić ją takim „wirtualnym kopniakiem do działania”.

Flagowy program online „HANDMADE – Jak zamienić kosztowne hobby w dochodowy biznes” to świetny crash-course pozwalający na rzeczowe zaplanowanie swojego projektu biznesowego w oparciu o umiejętności rękodzielnicze.

Oczywiście – jeżeli Twoja partnerka tworzy rękodzieło w danej technice, z pewnością doceni też fizyczny produkt wykonany w technice, która ją fascynuje, albo której jeszcze nie zna. Tym bardziej zapraszam Cię do przeglądania naszych stron z produktami fizycznymi.

Ciekawym pomysłem może też się okazać tzw. BOX DIY, czyli zestaw materiałów + instrukcja+ dostęp do kursu online. Nic innego, jak pakiet startowy dla osoby, która chce samodzielnie spróbować swoich sił w technice szydełkowania lub makramy.

Na chwilę obecną polecam nasze najpopularniejsze BOXY:

> Makramowa torba 

Poniżej znajdziesz video, które przybliży Ci, jak dokładnie wygląda taki OPLOTKowy BOX DIY

Poza tym mamy jeszcze boxy (kliknij poniższe grafiki, żeby dowiedzieć się więcej):

Jeżeli jesteś twórcą rękodzieła…

To zachęcam do odrobimy świątecznego SELF-CARE! Zadbaj o siebie i swój rękodzielniczy biznes i spraw SOBIE prezent!

Niezależnie, czy potrzebujesz wsparcia w zakresie promocji Twoich produktów, czy pomocy w opracowaniu strategii rozwoju Twojej rękodzielniczej działalności na 2020 rok, pamiętaj, że Mikołaj może zostawić dla Ciebie pod choinką prezent, który zrealizujesz w 2020 roku.

Niezależnie, czy potrzebujesz godzinnej konsultacji osobistej czy rozciągniętego w czasie kursu strategii biznesu handmade (w wersji online, żeby działać w domowym zaciszu), możesz zaserwować sobie w prezencie konkretną porcję wiedzy z zakresu prowadzenia rękodzielniczego biznesu.

Zachęcam Cię też do odwiedzenia mojej strony, aby sprawdzić wszystkie dostępne możliwości pracy ze mną w 2020 roku: https://oplotki.pl/agnieszka-gaczkowska/.

Może byłaś wyjątkowo „grzeczna w tym roku” i Mikołaj zaserwuje Ci coś, czego nie zapomnisz co najmniej do następnych Świąt ;P.

A co, jeżeli totalnie nie masz pomysłu na świąteczny prezent, ale mieszkasz w okolicach Poznania?

Odwiedź nas podczas TARGU DOBRA 7-8 grudnia!

Zgodnie z naszą tradycją – na początku grudnia pojawiamy się „na żywo” z produktami, których próżno szukać w naszych „onlajnach”. Pojedyncze unikaty, prototypy prac i te, które na dobre zagoszczą w sklepie pewnie dopiero w 2020, będzie można kupić podczas tego weekendowego wydarzenia.

Nie tylko OPLOTKI, ale cała grupa świetnych twórców pokaże swoje prace i da Ci możliwość zaopatrzenia w unikalne prezenty świąteczne!

Poniżej wklejam relację z zeszłorocznego wydarzenia (Uwaga! Inna lokalizacja!). Ale wiem, że w tym roku będzie równie magicznie :).

Do zobaczenia i Wesołych Świąt!

agnieszka@oplotki.pl

Ta historia zaczęła się już jakiś czas temu. Jej początki nie były proste. Jeśli chcesz przeczytać firmową sagę po kolei, historię przedsiębiorczości, budowania pewności siebie i stawiania na rękodzielniczy biznes, zaglądaj tutaj:

Część pierwsza – https://oplotki.pl/czterdziestolatka/
Część druga – https://oplotki.pl/przedsiebiorczosc-krok-drugi/
Część trzecia – https://oplotki.pl/projekt-unijny/
Część czwarta – https://oplotki.pl/krew-pot-i-lzy/
Część piąta – https://oplotki.pl/6522-2/
Część szósta – https://oplotki.pl/kolejne-oczekiwanie/

Dziś natomiast zapraszam Cię na ciąg dalszy.

Małgosia Strzelecka


Odliczanie pokryło się z lotem do słonecznej Italii, a że latać nie lubię jak rzadko czego (jak brukselki i kożucha na mleku, o), to wiedziałam, iż mój wyjazd z przyjaciółkami będzie pełen emocji i łez (smutku albo radości, a na pewno lęku).

Gdy tylko dojechałyśmy na lotnisko w Berlinie i dochodziła 11 – godzina, podczas której obiecywano ujawnienie wyników, rozpoczęłam telefonowanie. Ogłoszenie jednak przesunięto o godzinę. Tuż przed zajęciem miejsca w samolocie zadzwoniłam kolejny raz, tym razem opóźnienie zrobiło się dwugodzinne. Cały niemal lot do Wenecji zastanawiałam się, czego bać się bardziej – kolejnej porażki, czy katastrofy w ruchu powietrznym. Całe szczęście gdzieś nad Alpami załapałam kontakt z przyjaznym i rozmownym Amerykaninem z NY i przegadałam z nim paskudniejsze lądowanie, on się śmiał, gdy huśtało nami jak na karuzeli, ja tłumiłam krzyki w gardle…

Po lądowaniu nadal nie było wiadomo, kto może się cieszyć, a kto raczej nie. Zdążyłam dojechać do Padwy, a informacji nadal nie było. Moja skrzynka mailowa, odświeżana co minutę, zmieniła kolor na czerwony.

Uwinęłyśmy się z rozlaniem prosecco, z wymieszaniem spritza, z rozpakowaniem prezentów i wtedy, opóźniony z sześć godzin, przyszedł TEN mail. Mail z zakodowanymi wynikami, podanymi nie w nazwiskach a w numerach.

I zgadnij, co? Nie pamiętałam swojego.

Widziałam zatem wyniki, widziałam na grupie, kto się cieszy, a kto nie, a ja ciągle nie widziałam, do której grupy zaraz dołączę. Zadzwoniłam więc kolejny raz do managerki projektu i spytałam wprost, po której stronie listy jestem.

Byłam po tej bardziej radosnej!

Wcale nie lepszej, bo znałam już smak bycia tuż pod kreską i było mi zwyczajnie żal tych osób. Tym razem jednak mogłam zacząć świętować. Nie tylko szczęśliwe lądowanie, ale także fakt, że już niebawem otworzę swoją firmę i zacznę nowy etap w moim życiu. Będę przedsiębiorczynią!

Dziś mija pół roku od dnia, w którym rozpoczęłam działalność. To niebywale krótko, wiem, ale jakieś spostrzeżenia już mam.

Podzielę się nimi z Wami już w kolejnym, ostatnim odcinku mojej firmowej sagi.

Stay tuned, jak mawiają Anglimerykanie.

sprzęt do nagrywania video

Od czasu, kiedy na moim biurku zagościł profesjonalny setup do nagrywania video i ewidentnie poprawiła się jakość  roboczych nagrań, otrzymuję liczne zapytania: Jaki to sprzęt do nagrywania video? Jak go ustawić? Ile kosztuje taka wersja podstawowa? Czas zmierzyć się z odpowiedziami hurtowo! Do dzieła. Jeśli i Ty szukasz sprzętu do nagrywania, czytaj koniecznie!

Jak nagrywać video w dobrej jakości?

softbox oplotki

Nie mam lampy!

Pewnie większość poradników lub list sprzętów must have  zawiera profesjonalne (d)oświetlenie. Ten zestaw go nie ma!

Na początku trudno było mi się przyzwyczaić – przywykłam do pierścieniowej lampy doświetlającej twarz (w świetle której wyglądałam jak Zombie) lub przynajmniej soft boxa ( takiej wielkiej, stojącej przed biurkiem kreatury, która stanowiła wątpliwą ozdobę przestrzeni pracy), który bezlitośnie grzał wszystko wokoło – włącznie ze mną pocącą się podczas nagrań podwójnie (stres zawsze robił swoje).

No jak to?!, zapytasz… Ano tak! – Jakość nagrań jest tak dobra, że sprzęt z łatwością radzi sobie z „trudnymi” warunkami oświetleniowymi… Co więcej – nareszcie znalazłam sposób na „ciepłe” kadry. Miałam serdecznie dość prześwietlonej twarzy z każdym porem widocznym jak oaza na pustyni! To był  główny powód inwestycji w sprzęt. Ok – to wiesz już, że możesz „przyoszczędzić” na lampie, ale szykuj się na resztę wydatków.

Jaki sprzęt jest potrzebny do nagrywania video

Kamera (a właściwie aparat)

Przechodzimy do meritum. Tak zwany „aparat do nagrywania”, jak to mówię, żeby unaocznić, co to za „ustrojstwo”  tak pięknie „zbiera” obraz mojej facjaty. I dobrze kombinujesz, zastanawiając się, czy tak można. Można, ale to wiąże się z kolejnymi elementami całej układanki.

Do nagrywania używam aparatu  Lumix z systemem Micro 4/3, który zwykł wypełzać z szafki tylko przy okazji rodzinnych wakacji, wycieczek „w plener” i urodzinowo-imieninowych meet-upów. To mój „tajny doradca” poświęcił długie godziny na znalezienie sposobu wykorzystania tego sprzętu do mojej codziennej pracy online, ale o tym dalej.

Mikrofon

mikrofon oplotki

Sam aparat, pomimo że diabelnie kosztowny, nie posiada super-wyczulonego mikrofonu. Jest najzwyczajniej w świecie przygotowany do innych celów niż nagrywanie Youtubowych szkoleń online dla rękodzielniczych biznesów :). A tak naprawdę – stoi po prostu na przygotowanym stojaku w dosyć dużej odległości ode mnie. Z dwóch powodów. Po pierwsze – lubię być widoczna w kadrze, który ukazuje nieco więcej, niż zoom-in na moją facjatę. Po drugie – nie lubię, kiedy w obrębie pracy moich rąk plączą się jakiekolwiek sprzęty – dlatego również aparat jest w znacznej odległości uniemożliwiającej przypadkowe strącenie w momencie chwilowego kartko-chaosu na biurku.

Stąd mikrofon firmy Rode – również nieco lepszy, niż potrzeba, ze względu na nagrania podcastu Oplotki. Stoi sobie niepostrzeżenie w pobliżu mojej buzi podczas nagrań, ale odłączam go, kiedy pracuję w skupieniu bez potrzeby nagrywania czegokolwiek.

Stojaki i mocowania

Wybór na rynku przeogromny, tylko który dla mnie? No właśnie – taki, który pozwoli na ustawienie powyższych sprzętów w odpowiedniej odległości i wysokości od twarzy, ale jednocześnie da gwarancję, że w trakcie nagrania nic się nie poluzuje, przesunie, czy po prostu odczepi. Tak zwane „tipody” dają radę – ale rzeczywiście bez porady „speca” nie miałabym pojęcia, które wybrać, aby były jednocześnie dopasowane do ciężaru sprzętu, ale i zarazem nie zajmowały śmiesznie dużej powierzchni blatu. Tutaj zdecydowanie warto zdać się na kilka dobrych rad, niż przeczesywać czeluści aukcji internetowych i opinii specjalistów zachwalających „magiczne” właściwości każdego z nich.

Okablowanie

I w końcu przechodzimy do tych „niby” szczegółów. Ale jak wiemy, to tam diabeł tkwi. Najważniejsza część całego zestawu to odpowiednio dopasowane kable i kabelki, przejściówki i baterie, zasilacze i wtyczki, które nie dość, że łączą wszystkie elementy układanki w zgrabną całość, to jeszcze zapewniają bezstratny przekaz materiału bezpośrednio do komputera/laptopa. I tu jest punkt, na którym większość „amatorów” (w tym ja) się poddaje, kiedy próbuje całe to „ustrojstwo” zmontować samodzielnie. „Haczyk” całej prostoty układu tkwi w miejscu dopasowania wszystkich tych elementów do wybranego mikrofonu i aparatu/kamery.

No to jaki jest ten haczyk?

Choćbym bardzo chciała wytłumaczyć, jak to się robi lub choćby od czego zacząć, to moja jaźń nie ogarnia tak wielu zmiennych. I tu przyznaję się bez bicia, że oddelegowałam zadanie do speca. Jacek Gaczkowski – to moja wyrocznia w tych sprawach. Po przedyskutowaniu budżetu przeznaczonego na tę inwestycję (czyt. „fanaberię”, kiedy rodzinka dowiedziała się, jaką kwotę przeznaczam na kilka kabelków, aparat i mikrofon) to on zmontował całość w świetnie działający, łatwy do obsłużenia układ.

Dzielę się tym „tajniakiem”

Kiedy enty raz z kolei koleżanki „po onlajnowym fachu” dopytywały o piękną jakość moich video, postanowiłam podzielić się tym moim osobistym doradcą ze światem. Namówiłam go nawet, żeby nagrał krótki poradnik, w którym wytłumaczy, jakiego rzędu może to być inwestycja (sama „złapałam” się na pragnienie niesamowitej jakości w cenie podrzędnej kamerki z chińskiego onlajnowego sklepu, ale jak już się domyślasz — tak raczej się nie da).

Tyle zrozumiałam z jego zawiłych (dla mnie) tłumaczeń, że kwotę, którą chcesz przeznaczyć na zorganizowanie takiego zestawu do nagrywania pięknych video z profesjonalnym dźwiękiem, możesz dopasować do swoich możliwości. Wybór każdego z elementów „układanki” jest nieskończony. Trudność tkwi w znalezieniu odpowiedniego stosunku jakości do ceny sprzętu, który oczywiście będzie dostosowany do Twoich osobistych potrzeb. No nie dałabym się namówić na wodoodporne właściwości, skoro wiem, że w deszczowe plenery na moim biurku nie grożą. Rozumiesz, o czym mówię?

Nie przeciągam z tłumaczeniem, które nie przybliża Cię do Twojego wymarzonego sprzętu. Odsyłam za to do krótkiego video Jacka, które gościnnie umieścił na naszym oplotkowym kanale YouTube w ramach odpowiedzi na coraz częstsze zapytania o jakość naszych nagrań.

Video znajdziesz poniżej oraz bezpośrednio na naszym kanale .

A do samego Jacka śmiało pisz pod adres: jacekgaczkowski@wp.pl

 

 

Korzystaj – nie będziemy trzymać tego naszego „tajnego” doradcy sprzętowego w szafie – chętnie dzielimy się ze światem 🙂

Pled z wełny czesankowej… Kiedy o nim myślę, hmm… Absolutnie nie chcę dyskutować o gustach! Podobają mi się grube sploty, sama nieustannie eksperymentuję z tym materiałem (czy wiesz, że wełny czesankowej używamy też podczas warsztatów filcowania?). A jednak jest jeden czynnik, który sprawia, że lubię te pledy jakby mniej.

Jak pewnie pamiętasz, niedawno zapraszałam też na warsztaty zaplatania wełny XXL, gdzie pokazywałam, jak taki pled zapleść samodzielnie. Uwierz mi, to nie jest trudne. Jedyną barierą, która często powstrzymuje przed eksperymentami, jest cena materiału. Dlaczego więc nie jestem zagorzałą fanką czesankowych pledów?! Przecież uwielbiam naturalne materiały (w końcu czesanka to nic innego, jak 100% wełna Merino) i własnoręczne sploty…

Niestety, koce z wełny czesankowej są bardzo trudne w utrzymaniu. Zwłaszcza jeżeli domowe przestrzenie współdzielisz z dziećmi lub zwierzakami… no dobra… z kimkolwiek, kto rzeczywiście tego pledu używa. Zacytuję tutaj koleżankę, bo trafniejszego podsumowania nie jestem w stanie wyartykułować:

To się mechaci od samego patrzenia!!!

I rzeczywiście coś w tym jest, bo pled wygląda gładko i schludnie w kilka chwil po zaplataniu. Jednak jeżeli przykrywasz się nim, przekładasz, po prostu używasz, bardzo szybko traci urok. Pojawiają się zmechacenia, wyciągnięte kępki wełny, nierówności, które sprawiają, że niekoniecznie już tak chętnie eksponujesz go na instafotkach, a nawet masz ochotę użytkować dalej. Na domiar złego… czyszczenie tego materiału w pralce to prosta droga do ekspresowego zniszczenia. Natychmiastowe skurczenie zwane filcowaniem gwarantowane. Nie mówiąc o samej pralce.

Czy jest na to sposób na pled z wełny czesankowej?

Owszem – możesz taki pled rozplątać i zapleść ponownie, co pozwoli Ci choćby przez krótki czas znowu cieszyć się nieskazitelnym produktem.

Ale, ale! Można decyzję o swoim naturalnym kocyku rozważyć i podjąć ją całkowicie świadomie.

Niekoniecznie musisz rezygnować ze stuprocentowej wełny. Pewnym kompromisem jest użycie nieco mniejszej średnicy włókna. Pled zapleciony ręcznie, przy użyciu szydełka lub drutów XXL, spełni swoją funkcję o niebo lepiej. Też będzie ulegał filcowaniu, ale proces będzie znacznie powolniejszy, co da Ci o wiele większą swobodę użytkowania.

Dodatkowo, jeżeli użyjesz wełny „SUPERWASH” (również 100% naturalna, ale w odpowiedni sposób przygotowana) – będziesz mieć możliwość prania takiego koca w pralce (oczywiście pamiętaj o delikatnym trybie). Poniżej fotki zza kulis powstawania mojego osobistego kocyka z wełny. Wybrałam co prawda taką, którą piorę delikatnie w letniej wodzie przy użyciu osobistych rąk (i przeklinam, że nie wybrałam jednak opcji SUPERWASH z „łatwizną” pralki), ale uwielbiam zapach naturalnej wełny i gotowa jestem na te poświęcenia (kolor też nieprzypadkowy… jednak ciemna szarość przy dwójce dzieci to minimalizacja prania).

Nie tylko z wełny czesankowej…

Pamiętaj też, że nie jesteś „skazana” na wełnę! Jeżeli naturalne, organiczne materiały to jedyne, co bierzesz pod uwagę, to świetnym rozwiązaniem może być bawełna. Sznurek produkowany w Polsce – o grubościach od 3 do nawet 9 mm daje nieograniczone możliwości.

Beżowy pled, który widzisz na zdjęciu powyżej to jakieś 1200 metrów bawełnianego sznurka o grubości 5 mm zaplatanego przy pomocy szydełka o rozmiarze 9. A, no i  2 serie Netflixowego „House of Cards” (boski serial, nie zaczynaj, jak nie masz co najmniej wolnego weekendu – żeby nie było, że nie ostrzegałam). Wzór to najbardziej podstawowe sploty, dlatego praca nad nim nie wymagała skupienia i myśli swobodnie śledziły perypetie politycznych wyjadaczy.

Podobnie, jak w krótkim poradniku na temat bawełnianego dywanu, pamiętaj, że wielu polskich producentów sznurka daje Ci możliwość zakupu materiału w odpowiedniej długości. W standardowej ofercie znajdziesz sznurek w 50-, 100-, 200-metrowych motkach, ale przy tak dużym projekcie zawsze pojawiają się wtedy niewygodne momenty łączenia poszczególnych odcinków. Jeżeli planujesz pled w jednym kolorze, warto zapytać o możliwość zamówienia odpowiedniego odcinka w całości. Najczęściej takie dedykowane porcje sznura są pakowane w kartonik lub papierowy worek, w którym sznur ułożony jest w taki sposób, że wystarczy ciągnąć wystającą końcówkę, nie martwiąc się o żadne zaplątywanie w trakcie pracy. Takie kartoniki w całej palecie kolorystycznej, najlepiej obok mojej kanapy, w trakcie netflixowych maratonów śnią mi się po nocach. Często zamawiam sznurek właśnie w takiej postaci, nawet jeżeli planuję kilka mniejszych projektów przy użyciu tego samego koloru. Minimalizuję w ten sposób straty materiału.

Ile sznurka potrzeba na duży pled szydełkowy?

Ok – mały (haha! jak dla kogo!) pled to jakieś 1200 metrów sznurka. Poniżej możesz zobaczyć, co da się wyczarować przy użyciu 2000 m (tak! dwóch kilometrów) bawełnianego sznura. Oprócz regularnego spokoju ducha (magia zaklęta w powtarzalnych ruchach dłoni to taka trochę joga umysłu), pokaźnych bicepsów (początek to rozgrzeweczka, ale już dzierganie po przekroczeniu półmetka to niezły ciężar) i dużego kartonu pozostałego po zużyciu sznurka… pozostajesz z 100% bawełnianym pledem, który spokojnie wystarczy na okrycie 140- a nawet 180-centymetrowego łóżka. Jeżeli dysponujesz większym łożem – polecam okryć jego część, nie próbować dziergać dalej. Dlaczego? Bo pranie tego koca w pralce to jego główna zaleta, a empiryczne badania wskazują, że większy po prostu się nie zmieści. Możesz mi rzucić wyzwanie, jeżeli masz większą, niż standardową pralkę.

Taki pled jest dosyć ciężki, ale w moim przypadku to jego główna zaleta. Niedbale ścielone łóżko pod ciężkim przykryciem nie zdradza zagięć i fałdek, które są dosyć widoczne pod  mięciutkim kocykiem.

Pled przeżył już dziecięce zabawy, wylane „piciu”, resztki ciastoliny przyklejone z synkowej pupy, kiedy przyszedł rano pochwalić się nowymi budowlami i wiele… wiele innych plam. Choć uwielbiam mój wełniany szary kocyk, to jednak bawełniany odpowiednik (choć jaśniejszy) sprawdza się na co dzień. Nie raz dzieciaki użyły go już jako piknikowego kocyka (u nas często takie pikniki na kuchennej posadzce).

Koleżanka podrzuciła mi historię… (Dzięki, Dorota! Dało mi do myślenia!)

Pewien amerykański biznesmen wybrał się do Meksyku. W porcie spotkał rybaka, który właśnie wrócił z pracy z ładunkiem ryb i zagadnął:

– Ile trwały Twoje dzisiejsze łowy?

– Oj, niezbyt długo.

– A co robisz z resztą czasu?

– Śpię do późna, spędzam czas z żoną i dziećmi, chodzę na spacery, sączę wino w barze, grając na gitarze z moimi amigos. Jestem bardzo zajętym człowiekiem.

– Jestem doświadczony i radzę Ci, żebyś zaczął łowić więcej ryb.

– Po co?

– Żebyś zarabiał więcej.

oplotki

Po co mi pieniądze?

– Żebyś mógł kupić jeszcze większą łódź, łowić jeszcze więcej ryb. Z zysków mógłbyś kupić więcej łodzi i zatrudniać rybaków. Dzięki temu mógłbyś otworzyć przetwórnię ryb, kontrolując zarówno surowiec, jak i produkt, potem przenieść się do Mexico City, a może nawet do Nowego Jorku. Byłbyś człowiekiem sukcesu!

– Ile czasu by mi to zajęło?

– Jakieś 10-15 lat.

– Aha, to dość długo.

– Posłuchaj, wtedy przychodzi najpiękniejszy moment! Sprzedajesz dobrze prosperujący biznes, zarabiasz miliony dolarów!

– A po co mi one?

– Po to, żebyś mógł się wyprowadzić do nadmorskiej wioski, by spać do późna, spokojnie spędzać czas z żoną i dziećmi, chodzić na spacery, sączyć wino i grać na gitarze ze swoimi amigos…

 

I w pierwszej chwili nawet przytaknęłam… ”Powinnam zwolnić” – pomyślałam i z takim przeświadczeniem, że ktoś mi udziela właśnie bardzo mądrej rady, poszłam spać…

Jednak nie mogłam zasnąć. Coś uwierało i nie dawało spokoju. „Przecież ja tak nie potrafię!” – kołatało mi w głowie. Nie potrafię zwolnić, niespiesznie delektować się każdą chwilą. Coś w środku każe mi pędzić, robić wszystko na 10000 procent, odpowiadać na maile w środku nocy, szukać inspiracji na każdym kroku… choćby podczas haftowania z córką. Ciałem „SLOW” w głowie wieczna pogoń…

Może to dlatego, że mam WSZYSTKO!

Dwójka zdrowych bobasów, kochający mąż – platoniczna miłość z dzieciństwa, która stała się rzeczywistością, kiedy oboje byliśmy na to gotowi. Mam dobrze prosperujący biznes, serdeczne przyjaciółki, bliższych i dalszych znajomych, kochającą i wspierającą dalszą i bliższą rodzinę…

To nie przyszło od razu…

Potrzebowałam czasu.

Chciałabyś zrobić szydełkowy kosz na zabawki, ale nie do końca wiesz, ile materiału będzie do tego potrzebne? By zrobić taki kosz, potrzebujesz sznurka. Pytanie tylko w jakiej ilości…

Podobnie jak w przypadku szydełkowego dywanu, odpowiedź znowu nie jest jednoznaczna. Kosze, które widzisz poniżej, przyjęłam jako punkt odniesienia, żeby łatwiej było Ci określić, ile materiału potrzebujesz na stworzenie własnego.

Beżowe „przechowalnie zabawek” z poniższych zdjęć tworzyłam przy pomocy bawełnianego sznurka o grubości 5 mm. Pracowałam szydełkiem w rozmiarze 9 mm. Dlaczego to ważne? Jeżeli użyjesz szydełka o większym rozmiarze, praca automatycznie będzie luźniejsza. Kosz zatem będzie bardziej elastyczny. Nie będzie tak sztywno stał. Choć to często jest zaleta, jeżeli chcesz go np. wyprać w pralce – o wiele wygodniej jest go wtedy włożyć do bębna. Dodatkowo dodam, że zabawki, które wypełniają kosz, często nadają mu zamierzony kształt, więc nie warto „na siłę” ciasno splatać półsłupkowych ściegów, jeżeli łatwiej przychodzi Ci luźna robótka.

Pamiętaj! Jeżeli użyjesz nieco grubszego sznura (np. 6 mm, 9 mm), należy również użyć większego szydełka (odpowiednio 11-13 oraz 15-20). W przypadku poniższych koszyków zużyłam odpowiednio 450 (beżowo-biały) oraz 400 (różowy – niższy, ale za to szerszy) metrów bawełnianego sznurka o grubości 5 mm.

Dlaczego warto zamówić nieco więcej sznurka?

Pisałam już o tym w krótkim tekście na temat szydełkowego dywanu, ale powtórzę. Niektórzy polscy producenci sznurka bawełnianego dają możliwość zamawiania go w jednym odcinku. Sznurek, który dostępny jest w regularnej ofercie, sprzedawany jest najczęściej w formie 50-, 100-, 200-metrowych motków, jednak często jest możliwość zamówienia dłuższych odcinków. Są one wtedy najczęściej pakowane w wygodne kartony lub papierowe worki. Dzięki temu łatwo jest pracować bez obawy o łączenie odcinków sznurka w jednej pracy. Co ważniejsze – nie narażamy się na zaplątanie materiału. Sznurek w dłuższych odcinkach jest zazwyczaj ułożony w opakowaniu w taki sposób, że jeżeli mocno nie będziemy w nim „grzebać” – przerobimy całość bez obaw o węzełki. Jeżeli potrzebujesz informacji o dostawcach materiału, u których się zaopatruję – śmiało pisz: oplotki@oplotki.pl

Poniżej znajdziesz przykładowe prace szydełkowane przy pomocy takich właśnie personalizowanych, dłuuugaśnych odcinków sznurka bawełnianego o grubości 5 mm. Pojedynczy różowy koszyczek z uchwytami to około 250 metrów sznurka. Niebieski zestaw to 5 koszyków, na które zużyłam 2000 metrów sznurka (jeden niekończący się karton sznurka = marzenie każdego szydełkomaniaka). Zestaw ciemnoróżowy to również 2000 metrów, tutaj jednak każdy ze sznurkowych koszyczków był o rozmiar mniejszy, dlatego udało się jeszcze stworzyć szydełkową poduszkę, na którą potrzebowałam około 200 metrów sznura. Nie muszę Ci chyba wspominać, bo sprytnie sobie obliczysz… ale TAK po tym, jak w szaleńczym tempie zużyłam grubo ponad 4 tysiące metrów sznurka, zamówiłam jeszcze 400 – po 200 z każdego odcienia błękitu, żeby uzupełnić zestaw. Ot taka przypadłość szydełkujących.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o „wpadkach”

Próby i błędy to jednak moje życiowe motto. Testuję wszystko, co wpadnie mi w ręce i mogłoby nadawać się do przerobienia przy użyciu któregoś z licznych szydełek rozsianych po domu. Podobnie było z poliestrowym sznurem, który znalazłam w garażu taty (swoją drogą ten śliski materiał świetnie nadawał się do pracy). Kiedy zabrakło dosłownie 30 metrów do zakończenia kosza (koniecznie chciałam zaopatrzyć go w solidne uchwyty – bo wizja osłonki doniczkowej dopadła mnie w połowie zaplatania). O jakież było moje miłe zaskoczenie, kiedy odkryłam, że poliestrowego sznura jest w sieci OGROM. Jest średnio o połowę tańszy niż jego bawełniany odpowiednik. Nie występuje w zbyt bogatej palecie kolorów, ale też da się kilka ciekawych znaleźć. Ja oczywiście dokupiłam czarny – dokładnie taki jak ten z tatowego garażu. Niestety jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że specyficzny zapach tego materiału, to nie opary garażu, ale… zapach tego materiału.

Nie ma co kryć – to plastik, niestety nie jest biodegradowalny, nie ma nic wspólnego z certyfikowanymi barwnikami. Jest sztucznym i nieprzeznaczonym do wnętrz sznurkiem. Ewidentnie nie wpisuje się w wartości marki OPLOTKI. Trudno stawiać na zero-waste i pracować przy użyciu poliestrowego sznura. Dlatego właśnie nie używamy go do tworzenia naszych produktów. To nasz wybór. Ty oczywiście nie musisz takiego dokonywać, dlatego dodam tylko, że o ile nie polecam tego materiału do wnętrz (choćby zapach, którego trudno pozbyć się nawet po kilku praniach), może być przydatny np. na balkonie, w ogrodzie. Przyda się wszędzie tam, gdzie bawełna narażona na czynniki słoneczne mogłaby szybko się odbarwić, a w kontakcie z ziemią np. szybko zabrudzić. U mnie poliestrowy kosz spełnia na zmianę rolę osłonki na zewnętrzną doniczkę choinki rezydującej na balkonie i siaty. SIATY?!? Tak! Poliester jest niezniszczalny i nieznacznie się rozciąga, dlatego ta olbrzymia siata ratuje nas podczas większych (i cięższych) zakupów.

Jak Ci wspomniałam, świadomie zdecydowałam nie używać poliestru w swoich pracach. Szukałam więc bardziej przyjaznej środowisku alternatywy na zewnątrz. Znalazłam!

Dlaczego sznurek sizalowy to eko alternatywa dla poliestru?

Właściwie odpowiedziałam, zadając pytanie. Po prostu tak jest! O ile nie polecam sizalowego sznura do wnętrz (wiele rodzajów lubi się strzępić i sypać), o tyle już do outdoorowych projektów jest jak znalazł. Poniżej ogromny kosz, który dziergałam w domu (dlatego nie polecam – odkurzacz szedł w ruch po zakończeniu poszczególnych części pracy i jeszcze raz – gruntownie – po zakończeniu projektu i jego wyniesieniu na zewnątrz). Kosz to ogromna osłonka na donicę. Dzielnie znosi słońce i deszcz (choć w osłoniętym miejscu na balkonie nie zaznaje go zbyt dużo). Starzeje się z klasą i właściwie mogę śmiało powiedzieć, że wygląda nawet lepiej, niż na samym początku.

Ten eko-styl jednak trzeba lubić. Nie tylko oglądać, ale również… dotykać. Praca z tym materiałem nie jest tak przyjemna, jak z mięciutką bawełną. Sznurek jest sztywniejszy, nieco kłujący i zostawia absolutnie wszędzie (na Tobie, ubraniu, dłoniach) drobniuteńkie drażniące strzępy materiału. Aby stworzyć taki kosz, jak na zdjęciu poniżej potrzeba około 900 metrów sznura (ma około 4 mm grubości). Taki sznur z powodzeniem zamówisz w Internecie lub znajdziesz w większych marketach budowlanych. Ja użyłam mojego ulubionego szydełka w rozmiarze 9, ale spokojnie rozmiar 7-8 też się nada.

Wracając do bawełny… tak na pokrzepienie powiem Ci, że jednak nie znalazłam lepszego materiału do wnętrz. Świadomość, że każdy metr jest barwiony bezpiecznymi farbami, a certyfikat Oekotex daje mi gwarancję, że mogę tego materiału użyć choćby w pokoiku dziecięcym – jest bezcenna. Jedyne, co pozwala mi „oszczędzać” w przypadku materiału, to jego wykorzystanie do ostatniego metra. Często z 20- lub 40-metrowych resztek powstają małe miseczki na drobiazgi, które uzupełniają szydełkowe komplety, a końcówki służą jako sznurki-ofiary (dziecięcej kreatywności moich pociech). Jeżeli też chcesz ożywić swoje wnętrza i dodać do nich własnoręczne szydełkowe dodatki – skorzystaj z warsztatów stacjonarnych lub (jeżeli to za duża wyprawa) opanuj tę technikę dzięki kursowi szydełkowania online. Uwierz mi, to nie takie trudne, jak się wydaje, a oprócz namacalnych dowodów Twoich nowych umiejętności zdobiących Twoje wnętrza, odkryjesz magię spokoju zaklętą w powtarzalnych ruchach dłoni.

 

Grudzień jak grudzień, lekki nie jest, pracy do oporu, energii jak na lekarstwo, święta za pasem, karpia nie ma, słońca też brak – życie.

Jeśli nie pamiętasz początku tej historii zacznij tutaj.

Kolejna część jest tu.

Trzecia w tym miejscu.

Czwarta tutaj.

A ostatnia tu.

Dzielnie maszerowałam popołudniami na tramwaj (miasto w tym okresie nie nadaje się do eksploracji autem – korki, brak miejsc parkingowych, tłumy szaleńców i desperatów w sklepach, wśród których czasem można spotkać i mnie, nikt nie jest ideałem, c’mon), a ciemnymi i zimnymi wieczorami wracałam do domu, układając sobie wiedzę zdobytą podczas szkoleń. (SPOILER ALERT: kilka miesięcy później, gdy nadeszła pora wystawienia pierwszej faktury nie umiałam tego zrobić, to trochę słabe, prawda? Czy tylko ja tak sądzę?). Jedną z niewielu pewnych decyzji, które podjęłam w czasie wielogodzinnych, kilkudniowych szkoleń dotyczących księgowości, była ta o delegowaniu wszystkich czynności związanych z finansami biuru rachunkowemu. Niezrozumiałe przepisy, przebieg szkolenia też bez szału, późne godziny i nerw przedświąteczny, wszystko mnie od księgowości oddalało.

Wiadomym stał się fakt, że na pewno do stycznia nie rozstrzygnie się konkurs i szczęśliwcy firm nie otworzą, ale cały czas mieliśmy nadzieję, iż opóźnienia nie będą tak znaczne. Jak łatwo się domyślić – nadzieja ta była płonna.

Procedury, wymogi urzędu, terminy, dni robocze i różne inne zawirowania, o których nie mam pojęcia sprawiły, iż do napisania biznesplanu siadłam w bodajże lutym, potem napisałam go ponownie i jeszcze raz, sprawdziłam, poprawiłam, skonsultowałam, poprawiłam, odesłałam do ponownego sprawdzenia i poprawiłam a w zasadzie napisałam kolejny raz i już chyba w marcu złożyłam go do oceny. Wiedzieliśmy także już wtedy, iż kwiecień będzie najwcześniejszym miesiącem rozpoczęcia naszych potencjalnych działalności. W mojej koncepcji powołania na świat szkoły językowej dla dzieci i młodzieży – kwiecień był miesiącem z dupy, excuse my French. Do matur to jakby musztarda po obiedzie, gimnazjaliści i ósmoklasiści po sprawdzianach końcowych też oddychali z ulgą, a jakoś nie było szans na wielu chętnych do nauki przed wakacjami. Nie mogłam na to jednak nic poradzić, nie załamywałam rąk, bo przecież po pierwsze – trudno dzielić skórę na niedźwiedziu, po drugie – nie takich nieudogodnień spodziewać się powinien przedsiębiorca. Wymyśliłam, iż prócz szkoły językowej, powstanie także biznes on-line i nim się zajmę, zanim wystartuje szkoła.

Wystarczyło poczekać kilka tygodni na ogłoszenie wyników. Mieliśmy je poznać pod koniec marca, gdy planowałam włoski weekend z Przyjaciółkami na uczczenie dwudziestu lat od matury. Zaczęłam więc odliczać dni…

 

SOMBA – dlaczego dołączyłam do online MBA i co ten program dał mi jako kobiecie i jako właścicielce rękodzielniczego biznesu (for English scroll down)

Co prawda pisałam już o samym programie (tutaj znajdziesz wpis) – jednak otrzymuję tak wiele pytań o to, dlaczego właśnie ten program i dlaczego tak mocno polecam go innym kobietom, że postanowiłam zagłębić się w temat jeszcze raz. Zebrałam wszystkie myśli, które przychodzą mi do głowy, kiedy próbuję odpowiedzieć na to pytanie. Przekonaj się, co takiego ma w sobie SOMBA.

Jak wiesz, gdy zaczęłam ponownie poważnie myśleć o rozwoju, byłam w punkcie, kiedy pożegnałam się z karierą architekta na rzecz misji bycia “obecną” mamą. Świadomie wybrałam życie na zwolnionych obrotach, choć po krótkim czasie czułam, jak ta przedsiębiorcza, spragniona adrenaliny i ludzi kobieta, obumiera.

Złapałam się więc kurczowo tego, co na architekturę mnie zaprowadziło – malowania, rzeźby, rękodzieła i manualnych prac wszelkiej maści. Stały się one tym mostem, łączącym mnie coraz mocniej ze światem dzieci. Projektowe “niewyżycie” zaowocowało szydełkowym wystrojem wnętrza pokoiku dziecięcego. A od tego punktu już niedaleko było do koleżanek, które chciały się ode mnie uczyć tej zapomnianej sztuki dziergania w rytmie slow. Kiedy szydełkowe meet-upy zwiększyły częstotliwość, przeniosłam je do kafejek I kawiarni, gdzie zainteresowanie postronnych kobiet dało mi czytelny sygnał, że odkryłam rynkową niszę.

I co z tego?

Pomimo, że o atrakcyjności warsztatów I zainteresowaniu ze strony idealnych klientek byłam przekonana, bezskutecznie próbowałam uporzadkować ten nowy rękodzielniczy “biznes” w taki sposób, żeby nie tylko wiązał się z regularnym zarobkiem, ale również nie był równią pochyłą do punktu wyjścia pt. “Wybieraj – dzieci, albo praca, bo nie da się wszystkiego naraz!”

Wiedziałam, że nie poradzę sobie sama

Mimo kilku nieudanych inwestycji w programy rozwojowe, które miały pomóc w marketingu tego, co robię, dałam sobie ostatnią szansę. Urzekła mnie misja islandki SIGRUN – wzmacnianie równości płciowej poprzez wspieranie przedsiębiorczości kobiet. Zainwestowałam pieniądze, których nie miałam i tak znalazłam się na pokładzie rocznego online MBA – czyli SOMBA.

OSZALAŁA!

Nie muszę Ci chyba opowiadać, jaka była reakcja męża na informację, że właśnie ogołociłam konto z oszczędności, ślepo inwestując w coś tak nierealnego, jak biznes online. Ale przyznam, im bardziej “oszalała” myślał sobie ON, tym bardziej “ja Ci pokażę” myślałam sobie ja!. I pokazałam. Jemu i sobie.

 WYSOKA CENA

Nie przypuszczałam, że jestem w stanie zdobyć się na taką determinację! Oglądałam instruktażowe video w kazdej wolnej chwili. Wskakiwałam na video-rozmowę, kiedy tylko była możliwość konsultacji swoich szalonych pomysłów ze specjalistami. Wdrażałam w życie wypróbowane strategie i eksperymentowałam z ich modyfikacjami na swoje potrzeby… Wszystko kosztem leniwych wieczorów, wizyt u kosmetyczki, ploteczek z innymi mamusiami na placu zabaw. Jak szalona – przyspawana do słuchawek telefonu, w ciągłym zamyśleniu pchająca wózek.

Ale było warto…

Już po 3 miesiącach sprzedałam swój pierwszy kurs (do dzisiaj znajdziesz go w ofercie: https://oplotki.pl/produkt/kurs-szydelkowania/ ), który pozwolił mi uwierzyć, że wszystko jest możliwe.  Później powstawały kolejne programy, a warsztaty stacjonarne cieszyły się coraz większym powodzeniem.  Rok w SOMBA minął tak szybko, że nie mogłam uwierzyć, że w tak krótkim czasie można zrobić tak wiele. Bez wahania przedłużyłam dostęp do programu.

A dlaczego właściwie było warto?

No właśnie. To właściwie dlatego piszę ten tekst.

Na początku, kiedy pojawiły się pierwsze finansowe sukcesy, kiedy marka OPLOTKI zaczęła być coraz bardziej rozpoznawalna, kiedy ruszył podcast (takie moje osobiste wyzwanie, z którym nosiłam się baaardzo długo, nim w końcu odważyłam się spróbować I spróbowałam właśnie dzięki wsparciu program SOMBA-  znajdziesz tutaj: https://link.chtbl.com/podcast-oplotki ) poczułam się spełniona. Kiedy to poczucie zaczęło się utrwalać, zaczęłam doceniać, jak wiele zawdzięczam temu programowi i jego autorce.

Teoretycznie kupowałam program biznesowy. Ot prosta transakcja – pieniądze w zamian za konkretną wiedzę biznesową i doświadczenie Sigrun.  Teraz jednak rozumiem, ten program dał mi dużo więcej.  Kupiłam siebie – taką nową, wartościową, w wersji bez tanich kompromisów.

 Odzyskałam poczucie wartości.

Nie tylko jako przedsiębiorca, ale również jako kobieta, matka, żona… człowiek zdolny do wszystkiego, jeżeli tylko chce i gotów jest na to zapracować.

Kiedy pierwszy raz kupowałam program, płaciłam za „twarde skille” – kiedy w nim zostałam na kolejny rok, płaciłam za niezastąpione otoczenie innych odważnych kobiet, które wybierają walczyć o swoje marzenia, zamiast szukać wymówek w dzieciach, mężach, sytuacji. Bierzemy, co mamy i budujemy na tym fundamencie nowe, lepsze.

Wsiąkłam

To myślenie zmieniło mnie na dobre. Od czasu dołączenia do programu w 2017, jestem w nim nieprzerwanie i ciągle stosuję zasadę otaczania się ludźmi o podobnych celach, wartościach i poziomie motywacji do mojego. Czuję, że nie ma marzeń zbyt szalonych, jeżeli wokół Ciebie są osoby gotowe towarzyszyć Ci w drodze do ich realizacji, a sama droga staje się z czasem większą frajdą niż cel.

Owszem – program kosztował dużo (zwłaszcza w przeliczeniu na złotówki, bo płatny był w dolarach)  – ale okazał się bezcenny… I pewnie nie byłabym w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie ta szalona decyzja postawienia wszystkiego na jedną kartę.

Dlatego zaangażowałam się całym sercem w promocję programu SOMBA i działalności jego autorki SIGRUN – stąd ten artykuł.

 

Teraz TY!

Pamiętaj, że jeżeli jesteś w podobnym punkcie – podjęłaś decyzję, że teraz czas na Ciebie, na Twój pomysł, na wdrożenie go w życie – to to nic nie stoi na Twojej drodze – dzieci, mąż, pieniądze – to nie są wymówki, to mogą być powody, dla których postawisz na siebie.

Trzymam kciuki, bo stanowczo za mało jest kobiet w biznesie. A już stanowczo za mało spełnionych mam.

 

Agnieszka@oplotki.pl

 

ENGLISH VERSION

This is why I joined SOMBA, why I stayed there, and why I wholeheartedly cheer for You to make that decision for yourself…

I was at this point where I dropped my dream job (as an architect) because I wanted also to be a “present mum” for the two of my little ones… and it seemed impossible to do two things at the same time.

But part of me was DYING – all those years of hard work – was it all just to become gluten-free, bio-organic eco-mum —HELL NO! 😎

I took all my childhood passions that led me to architecture in the first place (painting, sculpting, crochet, knitting, sewing)… those that bridged me to my own kids (try giving a 2-year old some paint = THAT is PURE CREATIVITY) and gave myself a WAY OUT from homestead mommy I was gradually becoming.

I took crochet, knitting out into cafes – where I met other mums.

Pretext = let’s knit some woolen blankets for the kids, 😎 REAL REASON – let’s go out to talk about how we make this motherhood work together with business, self-growth, and how do we stop this downward slide of self-esteem.

Those handmade meetings grew out to be so popular, that I started not only charging for them (after all I organized all the materials and gave handmade know-how) but realized it could actually be a perfect combination of passion, business, and motherhood.

That is when I joined SOMBA.

To be blunt – I could not afford it.

I only knew I had a BIG FAT DREAM to be a mum AND an entrepreneur at the same time.

At Sigrun’s webinar in September 2017 I believed it is do-able. I paid 1st installment – was left with 17 zł (Polish currency equal to some 6 Euro) on my account (remember till this day) and simply told myself NOW OR NEVER – there is no turning back.

 I joined SOMBA

“Irresponsible!” – that was my husbands’ “big cheer” – but I knew he is not the one to blame = I have been dropping my goals and dreams for waaay too long.

This IS MY GAME NOW!

I told myself… and the more “crazy” he looked at me, the more “You’ll see!!” mode I was in. To make a long story short – my kids – the easiest excuse became my biggest motivation. I do not have to tell you how little time you have for growing your business in-between snacks, playground, putting to bed and tending to some allergies, sicknesses…

It is obvious that in those moments I did not care for the business, but in any other – I made it My TOTAL PRIORITY!

I had so little time, that I said NO to all distractions. I did let go of some friends, who did not believe in me, I surrounded myself with supportive SOMBA community and took a deep dive into the program.

And guess what! I DID MAKE IT. I took this handmade workshop experience my clients needed ONLINE.

I sold my first 1-1 handmade lessons, and after 3 months from joining the program – I also sold an online course (mind me! – it was online course how to crochet! – You can find thousands of free videos on Youtube, Yet people were buying it from me!) that actually paid for next SOMBA installments.

And just a small detail – Polish zloty is ¼ of a dollar – so just imagine how many courses did I need to sell to earn my first 1-2 K dollars … FOR a success – there are no obstacles – not even the discrepancy between the dollar and Polish zloty.

I believed EVERYTHING is possible after that first launch

I started growing my team, aiming bigger and still had time to be a mum. Just a more fulfilled and open-minded one…

First Year in SOMBA went by so quickly, that with no hesitating I extended the program for another year. I entered Somba summer school to create another course that became an evergreen now. I grew my team and enjoy the fun now.

FUN – because I can find no other word for this handmade growth ecosystem for women that is proud business of mine!

I get to choose whom I work with and when. I inspire the next women to start their handmade based businesses just as I did. This is my signature program (Remember – I had no idea it will be so when I joined Somba) …

I have my kids in kindergarten now and I am pregnant with third – with full certainty that this little one will give me even more motivation for growth – both as a mum AND as an entrepreneur.

Yes, I dropped some activities and worked hard…

Yes, I had many doubts!

Yes, I was afraid to fail… also financially.

But also …

Yes – I was determined, motivated and knew I have the best environment in SOMBA to grow.

And so I did!

With no crushing the night with work, with no “mummy is not there for You” feeling towards my kids…

 Slow and steady wins the race

After 2 Years in SOMBA I feel I am A WINNER – I won myself = my values, my goals, my dreams – it is all reachable here…so forgive me for being direct…
There is no excuse. There is only a decision to make.

In the program – there is everything one needs to get to be successful, the only thing to be done is to make a decision

…not for Your kids,

…not for your partner to judge

for YOU

And I can attest to that — by committing to MYSELF, to MY hard work, to MY dreams, to MY goals – I found fulfillment, deep respect of my husband, true balance between a role of a mum, a woman, and an entrepreneur.

I wish that for every woman.

So I keep my fingers crossed for You Brave (new) SOMBAsistas – and wait for You on the other side to give you a virtual welcome hug.

agnieszka@oplotki.pl