jak zrobić pompon z rajstop

Od nas zależy co na świecie robimy

Odkąd pamiętam, zawsze interesowało mnie wykonywanie nowych rzeczy z czegoś, co się miało pod ręką. Niektórzy nazywali to śmieciami 🙂 do wyrzucenia.  Jako mała dziewczynka, bawiąc się lalkami z kuzynką, wymyślałam akcesoria do zabawy, jak np. ekspres do kawy z  pozostałości po układance …  posiadał nawet filtr 😉
Prezenty rozdawane najbliższym miały zawsze formy rękodzieła, a jeżeli sam prezent nie był rękodziełem, to zapewne opakowanie 🙂 Niektórym żal było otwierać.   Na ogół wszystko powstawało z tego, co pozornie zużyte i chętnie wyrzucane.   Uwielbiam Boże Narodzenie, bo to okres kiedy najchętniej się obdarowuje i pakuje.  Dawanie jest super 🙂 a tworzenie dla konkretnych ludzi sprawia jeszcze więcej przyjemności.

Czytaj dalej

Moja miłość – biżuteria

Zawód złotnika czy jubilera wiąże się najczęściej z biznesem rodzinnym przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Młodzi rzemieślnicy chwalą się opowieściami, jak ich dziadek, czy pradziadek otworzył pierwszy sklep, a oni kontynuują rodzinną tradycję. Jednak dziś nie przeczytacie takiej historii. Mój zawód zrodził się z pasji do tworzenia biżuterii zupełnie przez przypadek. Czytaj dalej

Stowarzyszenie Oplotki

zaprasza Seniorki i Seniorów do wzięcia udziału

w Konkursie

WIZERUNEK KOZIOŁKÓW POZNAŃSKICH W RĘKODZIELE

Czytaj dalej

filcowe jajka

Marta Bień (mARTa) – jestem nauczycielem z pasją do rękodzieła. Moja przygoda z filcowaniem rozpoczęła się wiele lat temu.

Czytaj dalej

Czy znacie powiedzenie o planowaniu i reakcji Boga na nie?

Tak, gorzko się sama śmieję ze swojego planowania. Bo choć mocy Bożej mi brakuje (niestety, och jak bardzo niestety), to umiejętność dostrzegania błędów posiadłam, i właśnie swój widzę. Czytaj dalej

Tkam.

Tkam od zawsze.

Tkam odkąd pamiętam, a pamiętam wytkanego białego konia na zielonym tle z szyją długą jak u żyrafy. Taki koński portret, jak w malarstwie. Praca wykonana w ósmej (sic!) klasie szkoły podstawowej na ZPT’ach.

Dlaczego tkactwo? Dlaczego właśnie ta technika? Może wawelskie arrasy wywarły na mnie wrażenie, a może monumentalne tkaniny polskie wystawiane w Lozannie, kiedy to polska tkanina wiodła prym? Nie wiem.

Sztuka włókna – jak pięknie nazywa się tkaninę artystyczną jest mi bliska w wielu formach – szycie, hafciarstwo, druty, szydełko – ale to właśnie tkactwo zafascynowało mnie najbardziej. Co jakiś czas pojawiają się w moim życiu nowe techniki, miejsca i ludzie związani z włóknem i wszystkiego chciałabym się nauczyć.

Tkanina była obecna w moim domu zawsze. Babcia szyła, mama szyje, siostra szyje, ja szyję. Po poznańskiej odzieżówce przyszedł czas na Pracownię Tkaniny Unikatowej w poznańskim CK Zamek, potem kurs we wrocławskiej Galerii Tkackiej na Jatkach, potem własne warsztaty.

Pasja przychodzi do człowieka i już nie można bez niej żyć. Przynajmniej ja nie mogę. Wszystko co widzę dookoła jest inspiracją do tworzenia. Pomysły mnożą się w głowie, spisują w notatnikach.

Jedne realizuję, inne pozostają tylko pomysłami.

Tkactwo to wiele technik, a w technice wiele splotów. Można pozostać przy jednej, można pracować w wielu. Ja pracuję techniką gobelinową na krośnie pionowym (haute lisse), ale interesuje mnie również krosno poziome (basse lisse) której daje możliwość tworzenie tkanin np. na szale.

Tkactwo to dla mnie również historia i ludzie. Interesują mnie wszystko, co jest związane z tą techniką rękodzielnicza, szczególnie w naszym regonie. Losy ludzi i ich pracy, ich tkaniny.

 

Karolina Nowaczyk

Drodzy, lato mija zdecydowanie za szybko, choć – bądźmy szczerzy – rozpieściło nas tegoroczną obecnością, pojawieniem się wcześnie, rozgoszczeniem się na dobre i na długo i pysznieniem piękną aurą, słońcem i temperaturami.

Trzeba pogodzić się z coraz krótszymi dniami, z chłodnymi porankami i rześkimi wieczorami, ze skarpetami i kocykoswetrami, które ratują tą zgromadzoną ciepłotę przed wyparowaniem.

Czyż jednak nie jest to czas dla rękodzielników wymarzony? Nigdy, serio – NIGDY – nie pomyślałabym, że to upublicznię (gdyż dzierżę imaż absolutnej miłośniczki wiosny), zatem sza. Dobrze macha się rękoma i szydełkiem czy drutami przy rozpalonym kominku, przy kubku gorącej herbaty, której nie piłam tygodniami, nawet gdy jest ciemniej i chłodniej. Za oknem.

Przed nami wrzesień, mój nieulubiony miesiąc, niestety*. Podobnie jednak jak styczeń – zaprasza do porządkowania, do podejmowania wyzwań, mamy to we krwi. Przecież nie da się wymazać długotrwałego okresu edukacji i pełnej mobilizacji na początku roku szkolnego!

Dlatego teraz ogłaszam plan zajęć, tfu, wpisów, na kolejnych kilka miesięcy:

1. Raz w tygodniu pojawi się na naszych łamach sylwetka Rękodzielniczki lub Rękodzielnika. Będą to gościnne wpisy arcyciekawych Ludzi, dotyczące pasji, życia i pomysłów, wywiady z Nimi i opowieści o Nich. Pierwszy taki wpis już jutro! (Jeśli chcielibyście, aby i Wasza historia znalazła się u nas – prosimy o kontakt mailowy pod adresem blog@oplotki.pl)

2. Raz w tygodniu przeczytacie też o tym, co nas inspiruje albo pochłania. Pokażę Wam, czym zajęte są nasze ręce lub głowa, podejrzycie, co słychać w Zajezdni lub, jeśli Zajezdnia się wyczerpie, w innych pracowniach.

3. Raz w tygodniu, pewnie w poniedziałki, będę Was informować o tym, gdzie w danym tygodniu będzie można nas spotkać i czego się nauczyć.

Uff, trzy wpisy w tygodniu?! Sama nie wiem, jak to udźwignę, osobiście zaplanowałam kurs włoskiego, nowe dziedziny rękodzieła i odkurzenie frywolitek. A przecież etat matki trojga, żony, kucharki, szofera i przedsiębiorczyni mam już zaklepany. Ale z Waszą pomocą, przy dobrej zachęcie – dam radę.
Zatem: POMOŻECIE?

*Nieulubieństwo wynika z tego, że jestem mamą dwojga nastolatków i żal mi ich, niestety. Nie mogę zrobić nic, by ich sytuację zmienić. Moje dzieci są niestety ofiarami reformy szkolnictwa, mają nadmiar zajęć w szkole (nikt mi nie powie, że zajęcia codzienne od 8 do 15.30 dla dwunastolatka są „lekkim” przeciążeniem, biorąc pod uwagę kilka godzin w domu potrzebnych do odrobienia zadań domowych). W wyniku tego są permanentnie zmęczone i niewyspane. To smutne.

Będąc dzieckiem nieco chorowitym w wieku przedszkolnym (ten wiek przedszkolny to w ogóle przereklamowany jest dla matek, najpierw dość łzawa adaptacja, czasem krótka, czasem kilkutygodniowa, potem katar, za chwilę gorączka, następnie abonament w przychodni i blaszana tabliczka na krześle w poczekalni z Twoim nazwiskiem, potem przejście na ty z pediatrą, bo skoro widujesz ją częściej niż najlepszą przyjaciółkę, to czemu nie, a za chwilę zerówka i „mamo, nie znasz się, pani powiedziała…”), często spędzałam czas u moich Babć.

A Babcie, jak to często bywa, były nadzwyczaj kreatywne, obie zajmowały się rękodziełem. Jedna robiła bieżniki szydełkiem, druga, ta u której spędziłam szmat wspomnianego wieku przedszkolnego, robiła wszystko – na drutach, szydełkiem, z pomocą maszyny dziewiarskiej i maszyny do szycia. A także haftowała i wiedziała sporo na temat makramy. Także – encyklopedia chodząca w dziedzinie rękodzieła była moją opiekunką i wkładała mi do głowy obrazy, których nie da się zapomnieć. A także kształtowała umiejętności w ramach motoryki mniejszej 🙂

I tak, nie dość że mając pięć lat, czytałam samodzielnie, nauczona liter – uwaga – drutami*, to właśnie wtedy tworzyłam moje pierwsze dość niezgrabne, bądźmy szczerzy, łańcuszki i półsłupki, a także oczka lewe i prawe na drutach.

Druga Babcia, która mieszkała w pewnym oddaleniu, w związku z tym była odpowiedzialna za wakacyjny wypoczynek swych wnucząt, wyspecjalizowała się w robieniu bieżników szydełkowych. Miała swój ulubiony wzór, czasem robiła też okrągłe serwety, ale do dziś pamiętam ramy do schnięcia bieżników, robione przez mojego tatę, i naciąganie wykrochmalonych, mokrych udziergów na gwoździe.

Jak widać – kąpałam się w rękodziele. Bawiłam się kordonkiem i kolorowymi włóczkami, wszystkim tym, co za siermiężnego PRLu było dostępne (czyli zapewne akrylem, ale szczerze mówiąc – nie pamiętam).

Czy zatem dziwnym jawi się fakt, że błądząc po zawodowych ścieżkach w mocno dorosłym już życiu, znalazłam i tę z dzieciństwa? Mnie – zupełnie.

Niestety, Babcia od bieżników nie żyje już od dekady. Ta wielorękodzielnicza jednak tak, ma dziewięćdziesiąt pięć lat i choć wzrok nie pozwala Jej na tworzenie nowych cudów, podziwia moje i wiernie mi kibicuje. To dla mnie prawdziwy zaszczyt!

A Ciebie kto uczył szydełkowania? Kto pokazał Ci pierwsze ściegi na drutach? Kto nawlekł pierwszą nitkę w maszynie do szycia?

*Babcia, nie przerywając sobie pracy, wolnym drutem wskazywała mi najpierw litery i uczyła ich, a później całe słowa. Nie było to zgodne z żadną nowoczesną teorią pedagogiczną, a jednak sprawiło, że znacznie wcześniej niż rówieśnicy (i ze znacznie większą absencją) umiałam posługiwać się słowem pisanym i czytanym, i pokochałam tę czynność bezgranicznie!