rękodzieło dla wnętrz

Oczywiście, że zadzwoniłam, są jednak granice lenistwa.

Okazało się, że pierwszy numer telefonu na liście kierował do programu

, który zaczynał się lada moment, za dwa czy trzy tygodnie, odbywał się w Poznaniu (czyli na miejscu), przewidywał udział kobiet po 30 roku życia, wszystko zaczynało się układać.

Kiedy nabór miał ruszać, pobrałam dokumenty, wypełniłam je, opisałam dość zwięźle pomysł na mój biznes. Pierwszego dnia rekrutacji pobiegłam do biura projektu niczym rącza łania, pełna obaw, że o 11 to już na pewno pozamiatane i miejsc nie ma. Okazało się tymczasem, że wprawdzie zainteresowanie jest spore, ale miejsc zostało jeszcze kilka… naście… dziesiąt.

To cut the long story short – rekrutację wydłużano dwukrotnie. Po dwóch miesiącach proces ruszył. Zaproszono mnie na spotkanie z doradcą zawodowym i psychologiem, po kilku dniach ogłoszono listę przyjętych do programu kobiet, na której się znalazłam! I to nawet na dość wysokim miejscu. Pełna optymizmu odpowiadałam na maile z biura, szykowałam się na kurs przedsiębiorczości, cieszyłam się niezmiernie, gdyż z 50 osób przyjętych 35 miało otrzymać dotację, wiara w moje siły była przeogromna.

Zapisałam się do grupy, która zajęcia rozpoczynała na samym początku, synek miał chodzić jeszcze do przedszkola (cała akcja działa się równo rok temu), kupiłam sobie nowy zeszyt, zaostrzyłam ołówki, nabiłam pióro i wtedy bratanek męża przytargał nam do domu bostonkę aliboż coś w jej stylu i trzeba było kombinować.

Jako kobieta przedsiębiorcza u progu budowania własnego imperium biznesowego zakasałam rękawy, podrapałam się po czole i po długim rozważaniu orzekłam, że mąż idzie na opiekę. I wiecie co? Nie mógł. Z racji przebywania przeze mnie na urlopie wychowawczym, małżonkowi lub partnerowi nie przysługuje opieka nad dzieckiem, niezły ubaw, nie? Szczęśliwie miał jeszcze dwa dni opieki nad dzieckiem zdrowym i wykorzystał je do opieki nad dzieckiem chorym. Tak system obeszliśmy (wychodzi na to, że człowiek na wychowawczym sam nie może zachorować, wyjechać albo dorobić, no trudno).

Kurs trwał osiem upalnych dni, w tym sobotę, niektóre zajęcia były pasjonujące, inne piekielnie trudne (rachunkowość, finanse, aktywa i pasywa, prawo księgowe i kruczki w podatkach. Mniaaaam!), poznałam siedem świetnych dziewczyn, nauczyłam się obsługiwać PEKĘ (kartę miejskiej komunikacji), pobiegałam po mieście, co mi się rzadko zdarza, nauczyłam się wieeelu rzeczy i siadłam do pisania zasadniczego biznesplanu. I tu zaczęły się schody. Strome i wysokie, gdyż formularz biznesplanu był serio mocno skomplikowany nawet dla osoby niegłupiej, za jaką siebie mam.

Pisanie go, liczenie, zmiany, kolejne liczenie, szacowanie, kolejne zmiany, znów przeliczanie, konsultacje, poprawki, przeliczanie, a jakże, pochwały, poprawki, przeliczanie, życzenia powodzenia, cały ten proces trwał około miesiąca, w sierpniu złożyłam gotowe dzieło pełna obaw ale i nadziei i rozpoczęło się czekanie. Wraz z Dziewczynami z grupy nerwowo zagryzałyśmy palce, nakręcałyśmy się wzajemnie i gdyby nie nasza oaza spokoju – Agnieszka – pewnie wpadłybyśmy w nerwicę (a wtedy prosto do Agi na kozetkę!)

Z początkiem września przyszły wyniki.

Połowa z nas dostała dofinansowanie, druga połowa nie.

Czy miałam powody do radości? Czekajcie na kolejny odcinek mojej firmowej sagi.

 

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *