CO MOŻESZ ZROBIĆ DLA SWOJEGO BIZNESU, KIEDY WOKÓŁ SZALEJE PANDEMIA?
W dniu 27 marca 2020 udostępniłam wideo warsztat na temat przygotowania swojego biznesu na recesję >> https://youtu.be/zgs7YAh6Gww
Zebrałam najważniejsze myśli z tego wideo warsztatu w formie pisanej.
handmade a koronawirus
Po pierwsze – oszacuj, na czym stoisz
Choć niektórzy liderzy próbują wmawiać nam, że obecna sytuacja „to nic takiego”, chyba wszyscy czujemy, że jednak jest poważnie. Zamartwianie się i panika to druga skrajność. Jedno, co z pewnością może nam pomóc, to solidna porcja merytorycznej wiedzy.
Obserwacja mediów o ugruntowanej pozycji, różnorodność źródeł – to metoda, która pozwoli Ci reagować na sprawdzone fakty, a nie wpadać w popłoch poprzez tzw. fake newsy.
Sprawdź, w jakiej kondycji jest Twoja działalność i czy finansowo jesteś w stanie przetrwać scenariusze optymistyczne (kwarantanna potrwa jeszcze kilka tygodni) i pesymistyczne (potrwa kilka miesięcy).
W każdej z sytuacji możesz założyć, a właściwie po prostu przeliczyć, czy „dasz radę” czy może „pójdziesz z torbami”.
Nie bój się odpowiedzi na to pytanie!
Czasem lepiej wiedzieć, że w długi zaczniesz wpadać po miesiącu, niż udawać, że rzeczywistość w jakiś magiczny sposób Cię ominie.
Może okaże się, że nie jest tak źle. A nawet jeśli… możesz zareagować!
Po drugie – decyduj. Szybko.
No właśnie. Nawet najgorszy scenariusz to nie jest powód do paraliżu.
Nie warto chować się pod kołdrę.
Za to zdecydowanie warto podejmować szybkie decyzje. Nawet na bazie skąpej wiedzy lub przewidywań, które mogą, ale nie muszą się sprawdzić. Postawa proaktywna, zamiast biernego obserwowania tego, co wokół, zdecydowanie może „uratować” naszą biznesową skórę. Może zmiana strategii, ograniczenie wydatków, inwestycja w produkt, który odpowie na aktualne potrzeby naszych klientów, okaże się strzałem w dziesiątkę?
To może być Twoje biznesowe „być albo nie być”.
Wyobraź sobie właściciela pracowni szycia, który ignoruje zakazy, udaje, że „nic się nie stało” i w ofercie pozostawia takie warsztaty.
Nie tylko nikt nie przychodzi, ale sam rękodzielnik zyskuje złą sławę. A kiedy pył powirusowy opadnie, raczej nie będzie notował zbyt wielkich tłumów.
Po trzecie – komunikuj (się)
A co, jeśli ten sam właściciel pracowni ją zamyka? Albo jeszcze lepiej – zamyka siebie w niej? I szyje jak szalony maseczki, które odwozi do szpitali? A co, jeśli w wolnych chwilach KOMUNIKUJE swoim klientom, ze pracownia zamknięta (bo szyje jak szalony te maseczki). A co, jeśli trzaska live’y na FB, jak szyje te maseczki, i jeszcze na dodatek uczy innych, jak to robić, nawołując do akcji #zostanwdomu?
Rozumiesz, w jakim kierunku pędzą moje myśli?
Ten sam właściciel pracowni. Ta sama pracownia. Ten sam czynsz, który jakoś sam nie chce się zapłacić…
Tylko sytuacja / wizerunek / poczucie sprawczości / duma / wsparcie społeczności …zuuuupełnie inne!
Pamiętaj!
Jeżeli jesteś twórcą rękodzieła i myślisz o sobie: “Co ja tam mogę w walce z Koronawirusem. Jestem jak taki Dawid w walce z Goliatem…”, to przypomnij sobie, kto tę epicką, nierówną walkę wygrał.
A co najważniejsze – DZIAŁAJ!
Otocz się przyjaznym wsparciem bratnich dusz, które nie pozwolą załamać rąk i zmotywują do aktywności. I pamiętaj:
Pewnie wszyscy odnotujemy straty (już ze strachem spoglądam na prognozy i opłakuję ambitne plany warsztatowe, które ekipa OPLOTKI snuła w styczniu tego roku), ale tylko od nas zależy, czy na sercu i w duszy wyjdziemy z całej tej koronawirusowej przygody bogatsi.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/05/blog-grafika-na-social-media-szablon-3.png788940aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-04-22 06:10:212021-05-20 14:45:31Jak prowadzić swoją działalność handmade w dobie koronawirusa
Warsztaty rękodzieła można prowadzić także online, dzięki czemu twórcy handmade mogą kontynuować działalność nawet wtedy, gdy spotkania stacjonarne są utrudnione. Warsztaty internetowe pozwalają dotrzeć do uczestników z różnych miejsc i rozwijać społeczność wokół marki handmade.
Jak prowadzić warsztaty rękodzieła, kiedy kryzys sabotuje Twoją działalność handmade?
Wszyscy siedzimy w domach.
Takie czasy.
Możemy załamać ręce i lamentować, że nasza działalność, finanse, CAŁA RZECZYWISTOŚĆ zrobiła potrójne salto i wylądowała w kałuży chaosu.
Możemy.
Ale możemy też zakasać rękawy, zrobić krok w tył i spróbować jakoś odnaleźć się w tej przedziwacznej, niepewnej rzeczywistości… A jak się to ma do biznesu rękodzieła
Czy warsztaty rękodzieła można prowadzić online
Warsztaty rękodzieła online są coraz popularniejszą formą dzielenia się wiedzą w branży handmade. Dzięki internetowi twórcy mogą prowadzić zajęcia dla uczestników z różnych miast i krajów.
Organizujemy więc warsztaty rękodzieła ONLINE.
Jako że to idealny czas, aby być RAZEM, umożliwiamy udostępnianie gościnnych warsztatów na naszym YOUTUBE OPLOTKI
Były już warsztaty z takich technik, jak: scrapbooking, sutasz, makrama, szydełkowanie, tkanie, punch needle, wypalanie w drewnie, mondfulnessowe rysowanie .
Coraz więcej twórców zwraca się do nas z pozytywną wiadomością: „PRZYŁĄCZAMY SIĘ DO AKCJI”, ale czasami barierą okazuje się technologia.
W ramach tego warsztatu omówiłam narzędzia, których ekipa OPLOTKI używa do publikowania naszych warsztatów. To taka zaktualizowana wersja tego historycznego warsztatu, który publikowałam w czasie koronawirusa (pamiętasz go jeszcze? ;P )
Zapraszamy Cię do skorzystania! Nagranie pozostawiam dostępne dla każdego i zachęcam do dzielenia się nim z bliskimi!
Wspierajmy się w tym trudnych czasach i pamiętajmy, że to się wszystko zawsze kiedyś wreszcie się kończy. Potraktujmy ten czas, jako konstruktywny czas rozwoju/wzrostu/refleksji.
Nie dajmy się panice!
Trzymam za Ciebie kciuki!
Zdrówka
[EDIT]
Na szczęście czasy pandemii są już za nami, choć oczywiście zostawiły swoje piętno niemal na każdej dziedzinie życia. Ważne, aby z takich spraw czerpać naukę na przyszłość i być przygotowanym na czarny scenariusz.
Choć uważam, że warto być po prostu dobrze przygotowanym. A w temacie warsztatów wiem, co mówię. Historia oplotki.pl to warsztaty u źródła, miliony lekcji po drodze – w tym właśnie te, które przyniósł COVID.
Warstzaty stacjonarne i warsztaty online – u nas wciąż na tapecie. Teraz oplotki.pl nie tylko prowadzą warsztaty dla innych, ale również uczą, jak warsztaty rękodzieła prowadzić.
Jeżeli chcesz dołączyć do grona nieziemskiej ekipy rękodzielniczek prowadzących warsztaty po mistrzowsku, koniecznie wskocz na stronę kursu: Prowadź Warsztaty Rękodzieła po Mistrzowsku
W 8 modułach głównych oraz bonusach zebrałam masę swoich doświadczeń, ale również tricków, które sprawdziły się na moich warsztatach oraz wiedzę na temat tego jak uczyć innych (w tym dorosłych). Materiały przyogotowane w formie nagrań video, plus nagrania audio sesji Q&A, plus workbook, który pozwoli zanotować wszystkie Twoje pomysły, uporządkować wiedzę i stanie się jednym z narzędzi do ulepszania Twoich warsztatów.
Kurs napakowany wiedzą praktyczną (choć i odrobina teorii się znajdzie ;P) – kliknij grafikę powyżej, by przejść do strony ze szczegółami – znajdziesz tam również opinie uczestniczek kursu.
Jak prowadzić warsztaty rękodzieła online
wybierz prosty projekt
przygotuj listę materiałów
pokaż technikę krok po kroku
zostaw czas na samodzielną pracę uczestników
zadbaj o dobrą komunikację.
Warsztaty rękodzieła online pozwalają twórcom dzielić się wiedzą bez ograniczeń lokalizacji.
FAQ
Jak przygotować warsztaty rękodzieła online?
Warto wybrać prosty projekt, przygotować listę materiałów dla uczestników i zaplanować przebieg warsztatu krok po kroku.
Czy warsztaty rękodzieła online są popularne?
Tak. Coraz więcej twórców handmade prowadzi warsztaty online, ponieważ pozwalają one dotrzeć do uczestników z różnych miast.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/04/blog-grafika-na-social-media-szablon.png788940aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-04-06 20:42:472026-03-10 11:11:31Jak prowadzić warsztaty handmade w czasie kryzysu – warsztaty rękodzieła online
JAK SIĘ (NIE) UBIERAĆ, KIEDY PRACUJESZ JAKO FREELANCERKA?
Poczułam się wykluczona, kiedy czytałam wymyślne nazwy biurowego ubraniowego savoir-vivre…
Że white tie, black tie, że formal, informal, business, casual itp. I każdy styl z milionem zasad do zapamiętania. A kiedy mąż rzucił mi od niechcenia: „Ty to masz luz, w dresie możesz cały dzień”, to już nie wytrzymałam.
Chciałam mu powiedzieć, że w tych naszych „biznesach onlajn” to przynajmniej z osiem stylów mogę wyróżnić, ale poza szczegółowymi opisami jakoś ani jedna ze standardowych nazw mi nie pasowała.
NO TO SPŁODZIŁAM WŁASNE! Gotowe?
Co wypada? Co nie wypada?
No dobra, to na początek mały background.
Jestem rękodzielniczką (wyobraźnia już Ci pewnie podsuwa obraz jakiejś opatulonej wielkim swetrem baby dziergającej bambosze, oczywiście z kubkiem gorącej herbaty obok).
Jestem też przedsiębiorczynią (jakaś garsoneczka w poprawnych politycznie kolorach, może szpilka?).
Jestem mamą (plamy, gdzie się da i ciuchy praktyczne do obrzydzenia?).
Pracuję z domu (no, i tutaj to już dresik murowany!).
Na dodatek reprezentuję lokalną społeczność na forum miasta Poznań oficjalnie (jak właściwie powinna wyglądać radna ?!?) oraz nieoficjalnie (działaczka społeczna – na pewno jakaś zapalona NGO’ska z dredami i kolorowymi skarpetkami ?!).
A co powiesz na to wszystko NARAZ ?! W jednej osobie?! Jak “to coś” ma wyglądać w ogóle?! Jak się taki miszmasz ma ubierać?
Marka OPLOTKi to inkubator rękodzielniczej przedsiębiorczości, grupa kobiet prowadzących warsztaty rękodzieła (stacjonarne i online), sklep z rękodziełem online, a ja jako właścicielka jestem rasowym przedsiębiorcą „wszechogarniającym” całość – od networkingowania na konfach biznesowych poprzez łatanie dziur, kiedy „wysypie się” strona internetowa, aż po anagrywanie podcastowych odcinków, pisanie blogowych postów, wideo rozmowy z klientkami i koleżankami z zespołu, no i oczywiście z partnerami biznesowymi.
Jak się domyślasz, w tej sytuacji żonglowanie stylami jest nie lada wyzwaniem. Stąd ogromna potrzeba (pomożesz?) ogarnięcia tego chaosu.
Wierzę, że Twój „rozstrzał ról” pozwoli dodać co najmniej kilka stylówek do tego małego kompendium :P, więc śmiało notuj, jeżeli czujesz, że warto dodać jakiś podrozdział
Freelancer style – czyli wolnoć, Tomku, w swoim domku!
To te słynne dresy, które oblekamy, kiedy trzeba zmierzyć się z długim artykułem odwlekanym na wieczne potem. To te bluzki mające po milion lat, które zakładamy z sentymentu, ale gdyby ktoś nas w nich zobaczył, to byśmy udały, że to nie my, tylko siostra bliźniaczka, co stylu nie ma. To te wszystkie ciuchy „po domu”, z którymi nie możemy się rozstać z jakiegoś irracjonalnego poczucia winy – że skoro tyle przeżyły, to należy im się „spokojna emerytura”.
Tutaj nie ma granic inwencji!
Dziergane skarpety (oczywiście handmade) do spódnicy, podkoszulek zamiast stanika, włosy w kitkę bez rozczesywania. Luz totalny, a w głowie myśl jedyna: „Niech ten pi!#@#$ kurier nie próbuje dzisiaj nawet dzwonić domofonem!”.
Serwuję sobie takie dni, kiedy absolutnie nic nie idzie, kiedy jedyne, co jestem z siebie w stanie wykrzesać, to zawleczenie laptopa na kanapę, żeby spłodzić jakiś tekst. Odłączam wtedy internet i jakoś irracjonalnie uspokajam się, że nikt mnie w takim stroju nie ogląda (niezaklejona kamerka internetowa mało mnie wtedy rusza ). Mój Freelancer style to totalna miękkość swetrów, spódnic, bluzek dzierganych ręcznie jako prototypy produktów sprzedawanych w OPLOTKowym sklepie (często nieudane, ale tak „swojskie”, że za Chiny nie spruję, tylko będę z dziką przyjemnością nosić, kiedy nikt nie widzi). Ot taki rękodzielniczy fetysz.
Smart Casual – czyli czasem jednak kurierowi trzeba otworzyć
No dobra, jednak nie każdy z nas może bez końca tkwić w idealnym świecie, kiedy to ten świat niczego od nas nie chce. Wtedy jakoś tak czujemy się w powinności „jakoś” wyglądać.
Bez szaleństwa (make-up nawet nie przyszedłby mi do głowy przy tej stylówie), ale już jakiś outfit, w którym nie mamy fobii otwierania drzwi sąsiadce lub kurierowi, czemu nie?
Ukochane jeansy – koniecznie takie mięciutkie, najlepiej o dwa rozmiary za duże, żeby dupsko przed komputerem nie cierpiało, takie z zawiniętymi nogawkami, żeby skarpeciochy handmade obowiązkowo było widać. Skarpety najlepiej takie 100% wełna, żeby było ciepło bez wiecznego poszukiwania kapci (obuwiem gardzę w domowym office).
Do tego T-shirt – bawełna z jakimś printem=statementem, żeby mówił sam za siebie.
I nieodzowny, kluczowy element: Sweter (no, opcjonalnie bluza) – byle wielkie to było, „za tyłek”, z przydługawym rękawem, w który można schować dłonie zgrabiałe od klikania.
Jak koszula do biura, tak i swetrzysko do home office’u to MUST HAVE. W moim wydaniu – sweter w dziwnie zbliżonym kolorze do koca na pobliskiej kanapie (no dobra, wełna mi została, a eksperyment okazał się ulubionym „ocieplaczem” długich godzin przy biurku).
Smart dress – czyli dlaczego sukienka ratuje życie
Zdecydowanie nie lubię ubierać się wielokrotnie. To dla mnie strata czasu. Może nie każdy tak ma, ale jeżeli wiem, że tego dnia wypada moja kolej zaprowadzenia dzieciaków do placówek, to króluje SMART DRESS (code).
Kiecki to takie ubrania, które dobrze „wystają” spod płaszcza, całkiem przyzwoicie leżą same, no i KLUCZOWE – nie trzeba ich przebierać, aby po powrocie do domu od razu zaczynać robić swoje. Ba! Nawet make-up nie jest nieodzowny! I fryzura! Czas operacyjny o poranku spada do minimum, a jednocześnie wyglądasz jak kobieta i człowiek! Nawet w sytuacji, kiedy plamy z dziecięcych łap jakoś magicznie się do Ciebie przyklejają, zmiana kiecki to jeden ruch – bez zbędnego myślenia, czy te spodnie do tej bluzki, a co ze skarpetami… itd.
No i na takiej przeciętnej kończy się moja zwyczajowa stylówa. Kiecek pasujących do czarnych/cielistych rajtuzów jest u mnie w szafie zdecydowanie najwięcej. Niby jakoś specjalnie ich nie lubię, ale praktyczna oszczędność czasu zdecydowanie wygrywa i noszę nałogowo.
Business casual – czyli koszula do dresu
Tu znowu background
Jako przedsiębiorczyni online, bardzo często konsultuję przy pomocy wideo rozmowy. Niezależnie, czy grupowa, czy indywidualna – kiedy dotyczy pracy, staram się zaznaczyć rozmówcy, że jednak jesteśmy w pracy, a wtedy…
Migusiem zamieniam ukochane swetrzysko na porządną koszulę, a dół pozostaje bez zmian…
Dzięki temu, że widzimy się online, średnio do połowy biustu, nawet niedopięty guzik ”ujdzie” W moim wydaniu – motyw koszuli pociągnięty został do ekstremum ciążowego, kiedy to po prostu nie dopinałam już guzików ze względu na brzuch, a mimo to moi rozmówcy widzieli mnie w wydaniu biznesowym Oj gdyby tylko widzieli, co się działo z moją stylówą poza kadrem.
Niezależnie od tego, co poza kadrem, ważne, że rozmówca nie czuje się zignorowany przez mój strój. I niby nie trzeba, ale jakieś takie poczucie, że w tej branży też można „profesjonalnie” (choć z przymrużeniem oka), pozwala mi rozgraniczać strojem, kiedy spinam się trochę bardziej, a kiedy luz wkrada się w te moje onlajnowe biznesy.
Mały protip dla biznesu
Kiedy mąż (klasyk korpo) mocno zakatarzył w ważny tydzień w pracy i (wielce wyjątkowo) szefostwo pozwoliło mu przeprowadzić dwa wideo spotkania z domu, podszedł do sprawy „po amatorsku”.
Na 15 minut przed callem z zespołem projektowym (branża drogowa, ale to nieistotne, każde korpo projektowe ma podobną stylówę) wbijał się w spodnie służbowe, koszulę, nawet skarpetki zmienił, jak należy.
Po rozmowie numer 1 zapytałam go: “A po co Ci te portki ciasne zamiast dresu? Przecież rozmówcy widzą tylko „górę”. Włosy byś sobie zamiast tego uczesał może raczej, co?”.
No, korpoamator…
Po trzech dniach chorowania opanował już business casual w wydaniu freelancera (uczył się u doświadczonej praktyczki, czyt. MUA) i przyznał z pokorą, że korpo kultura stroju właśnie zyskała nowy wymiar: sickness-mode – business casual. Ot, taki odpowiednik naszego „zwykłego” business casual freelancerów.
Business casual – z opcją wyjścia
No dobra, żarty żartami, ale business casual to chyba jedyny styl, który trochę pokrywa nam się z korpoświatem…
Nie ma co kryć, że nawet onlajnowe biznesy wymagają czasem spotkań w realu. A to lunch, a to brunch, a to szybki networking.
Nie da się w bamboszach.
Parę przyzwoitych koszuli, porządne jeansy, no i obuwie inne niż skarpety jednak się przydają. Na salony wjeżdża również make-up.
To jedyny moment, kiedy autentycznie cierpię.
Wyolejowana, wypielęgnowana, wymaseczkowana skóra twarzy (wolna od codziennego obowiązku pudrowania) autentycznie woła o pomoc, kiedy upiękniam ją na wyjście.
To chyba jedyna część stroju, która mi nie leży, choćbym nie wiem jak rasowe marki, upraszała o asystę.
Znowu offtopując do korpo – autentycznie podziwiam osoby (i trochę im współczuję), które muszą wbijać się codziennie w rutynę podkładu, pudru, mascary i czego tam jeszcze trzeba ponakładać, żeby czuć się pewniej w korpo casualu
No ale my tu o stroju miałyśmy.
I tu się rozpiszę, bo uważam się za mózg-nie-z tej ziemi.
Wpadłam na pomysł, który po prostu (dla mnie) świetnie działa!
Kiedy wychodzę sieciować (żeby nie było, że networkingową kalkę językową uprawiam) patrzę na tych „amatorów” w identycznych garniturkach, błękitnych koszulach i wypucowanych butkach. Przyjmuję wizytówki, które wyglądają identycznie i zapominam o tych ludziach tak szybko, jak ich poznaję…
Smutne.
Dotarło do mnie, że w środowisku architektów, w którym dotychczas najczęściej się obracałam (moje zaplecze zawodowe i solidna dekada praktyki) jest jeszcze gorzej. WSZYSCY NA CZARNO! I koniecznie w najmodniejszych czarnych oprawkach okularów (niezależnie, czy realnie potrzebują je nosić, czy nie – lans „na Armaniego” musi być).
NO I MNIE OLŚNIŁO!
WYRÓŻNIJ SIĘ LUB ZGIŃ (w czeluściach niepamięci).
Nie da się ukryć, że jeżeli prowadzisz biznes online, to już jesteś kuriozum nie z tej ziemi dla bywalców eventów networkingowych (i tych ogólnodostępnych, i tych dla „elyty” architektonicznej :P). Ten mój genialny pomysł polega na pociągnięciu “efektu WOW” do granic przyswajalności.
Na dobre porzuciłam jednokolorowe lub czarne (o, zgrozo! Uświadomiłam sobie, że nawet takie oprawki mam w szufladzie z okularami!) stonowane stylizacje na rzecz oczoje@#$ch akcentów rękodzielniczych. Jeżeli spokojny dół, to góra KRZYCZY; jeżeli klasyczna koszula, to już pasek koniecznie HANDMADE w barwach tęczy; jeżeli całość w miarę normalna, to już biżu po bandzie. Z jedną myślą w głowie: ”Skoro ja się peszę zagadać, to i oni również! Taki element stroju to już łatwizna. ICE- BREAKER gotowy!”.
I nie pomyliłam się!
Nie tylko ten mój business casual w wersji dla freelancera działa jakoś bardziej ludzko na ludzi, ale też pozwala mi po prostu wykorzystać moc takich spotkań. Nie dość, że korpoświat z przemiłym przymrużeniem oka zagaja rozmowy (wyraz twarzy garniturkointerlokutora, kiedy okazuje się, że ta szalona rękodzielniczka w jasnobłękitnym, dzierganym kardiganie ma coś sensownego do powiedzenia – bezcenny), to jeszcze przemiłym okazuje się kontakt ponetworkingowy, kiedy takie osoby po prostu korzystają z moich usług (najczęściej są to warsztaty mindfulnessowego rękodzieła dla korpoteamów). Najlepsze jest to, że nie muszę nawet „prosić się” o wręczanie wizytówki. Wystarczy, że zostawiam ich raptem kilka. Okazuje się, że inni uczestnicy i organizatorzy na tyle zapamiętują ten mój nieodpowiedni outfit, że któryś ze stałych bywalców podrzuci namiar na „tę panią w takim kolorowym stroju z wielkim wisiorem z jakichś sznurków, tę od rękodzieła.
Oczywiście – ubarwiam nieco, ale ta zasada działa!
Nie próbuję już wbijać się w oficjalne ubraniowe ramy takich spotkań, bo im bardziej odbiegam od równej kreski, tym mocniej zaznaczam swoją obecność, a sztywno odprasowane panie szybko stają się strategicznymi koleżankami od biznesów przy kawie i… dzierganiu. Panowie również są bardziej skorzy do wspólnych projektów, kiedy nieistniejąca fasada zbędnych „ę” „ą” pozwala na przechodzenie do konkretów bez zbędnych „pro form”.
Garsonka na całego, czyli jak to z tym OFFICIALEM we FREELANSIE
No tutaj żarty się kończą, niestety.
Kiedy udajesz się na spotkanie do prezydenta miasta i ważą się losy dotacji na warsztaty dla kobiet (rękodzieło w wymiarze społecznym to z jednej strony łączenie pokoleń, a z drugiej „bezpieczny krąg” dla kobiet po przejściach, które po prostu w ten sposób wychodzą spoza swojej strefy (dys) komfortu. To zupełnie inny target niż komercyjne warsztaty, ale jednak ta część mojej działalności jest mi bardzo bliska i po ludzku nie stać mnie na sponsorowanie materiałów do bezpłatnych warsztatów, dlatego walczę jak lwica o środki z budżetów miejskich), kiedy spotykasz się z potencjalnym sponsorem projektu społecznego lub gdy po prostu wkraczasz w środowisko grubych ryb, nie ma już miejsca na ukochane swetrzysko.
Ale mimo wszystko – jest miejsce na kropkę nad i!
Okazuje się, że nawet grzeczniutki mundurek z obowiązkową sztywną koszulą da się „zrękodzielniczyć”. Używam do tego dyskretnej biżuterii – oczywiście autorstwa koleżanek po fachu. Sutaszowe wisiory, kamienne pierścienie, kolczyki z elementem ukrytego w żywicy przekazu – ZAWSZE budzą zainteresowanie. To one służą jako pretekst do małych rozmów. Kończy się wtedy na komentarzach: „A to właśnie na jednym z takich warsztatów społecznych zrobiła dla mnie pani Stefania, która chciała jakoś się odwdzięczyć za nadanie samotnym wieczorom sensu”. (Swoją drogą, pani Stefania po utracie rodziny wypełniała długie popołudnia warsztatowaniem, a z czasem przejęła rolę prowadzącej. Moje skille rękodzielnicze nie dorastają jej do pięt!). Takie opowieści przy okazji sadzą w naszych włodarzach ziarenka, które kiełkują w piękne projekty, wielkie społeczne akcje i niesamowite inicjatywy. Wiem, że pewnie nie raz odbiłabym się od drzwi, gdyby nie te małe dowody, że rękodzieło to już nie tylko zabawa, ale też realne narzędzie społecznej pracy ze społecznością lokalną.
GLAM-LOOK wersja home made
Czasem muszę, inaczej się uduszę. Cytując klasyka.
Jak każda kobieta, czasem mam ogromną chęć pobyć taka ŁAŁ, taka jak z okładki. Tylko okazji brak – bo ani wigilie korpo nie obowiązują we freelansie, ani jakoś specjalnie narady zespołu nie muszą się w pałacowych interiorach odbywać. No to jaka okazja jest dobra, żeby pobyć GLAM? No jaka?
A no taka, jaką sobie stworzysz!
Ave, freelance!
Masz ochotę poszorować po parkiecie w pięknej sukni? Proszę bardzo – wybierz się na wystawę znanego fotografa z tangiem w tle (nie, nie ogarniam tańca, ale już nie przeszkadza mi zakładanie pięknej kiecki i butów, żeby wtopić się w tłum). Wtedy wtapiam się w tłum celowo. Trochę chcę pobyć taka “poza pracą”. Trochę POBYĆ. POCZUĆ się tak pięknie. Zdzierżam nawet wtedy ciężki makijaż i cały proces straty czasu podczas jego misternego nakładania. Ba! Zdarzy się nawet czasem rozpusta u kosmetyczki, żeby pazur pięknie przyczerwienić. Wszystko w imię GLAM-LOOK freeelancerki. Bo kto powiedział, że skoro nie potrzeba, to nie wolno?
WOLNO! A nawet trzeba!
Dla higieny psychicznej!
Przeplatam (choć nie za często) długie tygodnie w kochanym swetrzysku takim zaskakującym wypadem. Ot, tak dla siebie i koleżanek sto lat niewidzianych. Żeby poczuć się fajnie, żeby zobaczyć inną, równoległą do mojej rzeczywistość, żeby zainspirować się ludźmi z „innej bajki”. No i też trochę, żeby ten mężu się ogarnął i zaprosił czasem na miasto, bo jakoś swetrzysko nie działa na niego tak mobilizująco.
A jak to jest z tym dress code u Ciebie?
No dobra, zaczepiana przyśmiechami na temat pracy w domu, a dokładniej tego, że paraduję całymi dniami w dresie/szlafroku/co najwyżej w wygodnym, wyciągniętym swetrze, postanowiłam się raz, a porządnie rozprawić z tym mitem. Udało mi się? Nie udało?
Oceń sama.
A może dorzucisz swoje trzy grosze do kompendium „Stylówa freelancerki”?
Przyznaję: nie jestem ekofreakiem, jednak uczę dzieci, ile mogę przykładem i sama nawet w swojej marce inkorporuję less waste, gdzie się da. Ale…
<Rozmawiałam o tym niedawno z najbliższymi przyjaciółmi: mam nieodparte wrażenie, że Ziemia – zupełnie jak matka – mówiła do nas grzecznie, powtarzała stanowczo, czasem nawet podniosła wrzask i przetoczyła rozwścieczona huraganem przez salon, ale nie słuchaliśmy.
Musiała zabrać nam zabawki, żebyśmy w końcu spojrzeli jej w oczy.
Nie musi nawet nic więcej mówić. Ta głośna cisza chyba w końcu uzmysławia nam, że tych konsekwencji będzie więcej.
To mądra matka. Ona wie, że nie potrzebuje karać. Konsekwencje nauczą nas wiele więcej.
Wiesz, w całym tym szaleństwie czułam się winna.
Obłęd!
Czułam się winna, że się cieszę.
Oczywiście nie z powodu samego wirusa, ale cieszę się, że w końcu mogę być z moją rodziną 24/7 bez tej walki o wydzieranie każdej wspólnej godziny ze szponów rzeczywistości, obowiązków większych i mniejszych. W końcu w darze od codzienności dostanę ciepłe ciało męża obok mojego (zamiast jego pobudki około 5:00, którą zazwyczaj przesypiam), w końcu tuptające o świcie do naszej sypialni zimne bose stópki starszaków (6- i 4-latka) będą grzały się pod moją kołdrą, aż burczące brzuchy nie wyciągną nas do kuchni na WSPÓLNE, POWOLNE śniadanie.
Bez ponaglania, bez pospieszania, bez tego ciągłego ciśnienia, że coś musisz, trzeba i to JUŻ. Nagle te proste chwile niewarte naszej uwagi stały się tak cenne tylko dlatego, że w końcu widzimy, jak mogą być ulotne.
Mam wrażenie, że tę lekcję odrobiłam już jakiś czas temu. Wtedy, kiedy pierwszy raz zostałam mamą i zmieniłam kierunek zawodowy o 180 stopni właśnie po to, aby świadomie czerpać garściami z hojnej obfitości takich chwil.
Długo jednak czułam, że mój mąż nie miał tego przywileju.
I BUM. Wirus. Zamknięte szkoły i przedszkola = nasza decyzja (męża pracodawca oficjalnie jeszcze na to nie pozwala, ale pewnie lada chwila tak będzie „z nakazu”) = WSZYSCY zostajemy w domu. Tzn. ZMUSZAM go do pracy zdalnej.
Ja nie odczułam bardzo mocno tej zmiany, bo sama na co dzień pracuję online (to była świadoma, choć pracochłonna decyzja już kilka lat temu, aby być obecną mamą trójki dzieci zamiast architektem na wiecznej smyczy klientów). Szpagat między zasmarkanym noskiem a pilnym spotkaniem to dla mnie nie pierwszyzna.
Byłam jednak zdruzgotana rzeczywistością mojego męża. Praca (czyt. 8 h w biurze plus średnio 1,5 h na dotarcie i powrót) nagle zamieniła się na (dokładnie takie samo) klikanie z domu.
Uśmiechasz się pewnie pod nosem.
Ja też się uśmiechałam, dopóki mnie nie uderzyła ta myśl.
Przecież on w domu opowiadał, jaki jest wykończony pracą (a w pracy pewnie narzekał na ogrom obowiązków w domu, choć w rzeczywistości robił przestrzeń na thriatlonowy trening, he, he), ale kiedy zobaczyłam, jak ta praca w rzeczywistości wygląda…
OLŚNIŁO MNIE!
Przecież to praca taka jak moja! Może nawet nie taka trudna, bo wyrabiał się w domu w jakieś 4-5 godzin z zadaniami przeznaczonymi na 8. Pewnie troszkę odpadło tych lunchów, kawusi i „przewietrzania”, żeby nie bolały plecki, oczka ;).
Tylko że oprócz pracy to JA czuję się odpowiedzialna za całą resztę rodzinnej logistyki i „ogarniam”. I żeby była jasność: przez „ogarniam” nie rozumiem tego, że tyram cykl pranie-sprzątanie-obiady (zakładam, że ten PRL jako kobiety mamy już za sobą). Raczej to, że bez mojego nakazu nic się nie dzieje.
Logistyka domowego ogniska to ciągle, niestety, jeszcze MOJA odpowiedzialność. Za to “pomaganie” trzeba nagradzać, bo jak nie to foch i „sama sobie myj ten kibel”.
No dobra, może trochę mnie poniosło (he, he), ale rozumiesz, o czym piszę? Taka decyzja na przykład o pani, która wpada, żeby posprzątać raz w tygodniu, i tak raczej wynikała z mojej inicjatywy, chociaż to jego miała odciążać. Po ludzku: wolałam mieć faceta do domowej rozmowy, zamiast szorować podłogi w tych strzępach czasu, które mamy dla siebie wspólnie.
Czy ON przetrwa tę presję? Już teraz blady jak ściana narzeka na ogromny stres związany z pracą z domu (“A co, jak Tomuś wejdzie do pokoju w trakcie mojego spotkania online?!”).
I BUM. Tu mogłabym włączyć feministyczną płytę itp. Pokazywałabym pewnie, jakie to my silne, oni słabi, jak my sobie radzimy, oni nie, jak to dobrze im teraz i mają nauczkę.
Przyznaję: trochę sobie poużywałam w ten deseń. Ale po (dłuższej) chwili do mnie dotarło.
To dla nich RZECZYWISTY stres!
Kiedy kobieta przeprosi, że synek wtargnął na spotkanie grupy projektowej, każdy jakoś wpada w myślowe koleiny: och, jaka dzielna kobieta, tak dobrze żongluje tymi rolami matki-profesjonalistki jak prawdziwa bohaterka! Zresztą takie akcje w moim biznesie są na porządku dziennym i wręcz traktuję je jako nieodłączny element pozycjonowania.
Ale ciekawe, co tam sobie myślą korpokumple (najczęściej bezdzietni wyjadacze w fit ciałach obleczonych w sztywne kołnierzyki), kiedy ich równie profesjonalny na co dzień kolega nagle jest również ojcem, mężem, RÓWNORZĘDNYM domoogarniaczem, a nie hołubionym za wyniesione śmieci okazyjnym pomagaczem???
I nagle do mnie dotarło.
Podczas gdy empowerment kobiet przetacza się wielką falą przez naszą rzeczywistość, mężczyznom coraz trudniej jest się w tym wszystkim odnaleźć.
Podczas gdy my bierzemy udział w tej naszej małej wielkiej cyfrowej rewolucji, umożliwiającej nam bezszwowe łączenie roli mamy, przedsiębiorczyni, kobiety, żony (i pewnie jeszcze jakiejś setki innych), prowadzimy sobie z coraz większym powodzeniem te online biznesy…
…oni najczęściej jeszcze ciągle mentalnie tkwią w jedynej znanej im definicji sukcesu: „Fura, skóra, komóra”. I może choć teraz to jest bardziej: “Dobrze zarabiaj – trenuj thriatlon/bieganie/crossfit/czy-co-tam-teraz-modne-w-korpolandzie – pokazuj siłę/kontrolę/jak-ja-to-ogarniam-zagraniczne-wczasy-najlepsze-szkoły-dla-dzieci-i-pakiet-modnych-zajęć-dla-całej-rodzinki”, to jednak ciągle jest to ten sam model sukcesu, co zawsze.
Taki, w którym nie mieści się coś takiego jak:
– zdecyduj, żeby zarabiać mniej, ale mieć CZAS dla rodziny;
– bądź gotów odpuścić w pracy, żeby po prostu zająć się małym chorym dzieckiem, bo chcesz wspierać żonę w jej zawodowej drodze;
– zrób miejsce na spontaniczny spacer tylko dlatego, że córka poprosiła;
– bądź aktywny. Dla siebie nie dla kolejnego medalu / instafoci / świętowania, że urwałeś pół minuty więcej niż kumpel z personalnym trenerem;
– brak wyścigu;
– zaglądanie w SWOJE potrzeby, SWOJE cele, SWOJE DEFINICJE SUKCESU.
My mamy całe plemię kobiet, które poklepie po plecach za to, że szukasz własnej definicji sukcesu w takim balansie między pracą a rodziną, jaki dla CIEBIE jest odpowiedni. Bo my, kobiety, potrafimy o tym po prostu pogadać.
ONI NIE POTRAFIĄ.
I tak. Możemy sobie usiąść i pomyśleć: to teraz mężu MASZ! Nauczysz się, jak to kobiety przez lata miały pod górkę! W tym ciągłym rozkroku między ambicjami zawodowymi i rodzinnymi! Możemy w końcu ukarać tego swojego męża za tych wszystkich, którzy w naszej drodze robili wiecznie pod górkę.
Możemy!
Ale możemy też wykorzystać ten wspólny przymusowy wirusowy czas na to, aby POROZMAWIAĆ.
Podzielmy się tą naszą kobiecą supermocą, którą trenuje w nas społeczeństwo od małego. Tą supermocą, która w momencie największej próby (tak, mówię o macierzyństwie) pozwoliła nam przedefiniować się na nowo.
EMPATIA. ROZMOWA. POMOC. Elastyczne podejście do rzeczywistości i chęć kreowania jej dla siebie na nowo według SWOJEJ definicji.
Zapytałam więc (choć z wielkim strachem), co jest dla niego najważniejsze.
I wiesz co?
Dokładnie to samo, co dla mnie.
Tylko trochę inaczej nas wychowywano.
Może wykorzystajmy ten darowany wspólny czas, żeby po prostu pogadać z naszymi facetami o tej zawodowej i mentalnej rewolucji kobiet, w której oni też mogą wziąć udział. I to jako w pełni męscy mężczyźni. W pełni odnoszący sukces mężczyźni.
Pogadajmy o naszych indywidualnych celach.
I tych wspólnych też.
Może ten wirus to dla nas prezent od Matki Natury…?
Takie wiesz, brzydkie puzzle, które są trochę za trudne na nasz wiek, ale po kilku latach staną się najcenniejszą zabawką edukacyjną.
Może się okazać, że nasi panowie rozumieją sukces dokładnie tak jak my (mówię tu o takim indywidualnym balansie między rodziną a ambicją), tylko społeczeństwo kazało im czuć się niepełnym facetem, kiedy nie koszą po drodze kokosów kosztem pielęgnowania wrażliwości i tej dzikiej radochy z małych pięknych chwil.
Może ta nasza wspólna mądra MATKA stworzyła nas bardziej podobnymi, niż nam się wydaje? Tylko my tak sobie jakoś słabiutko te zabawki po drodze wybieraliśmy, że coraz trudniej było nam się bawić wspólnie?
Może ten wirus i ta cała kwarantanna to taki czas, kiedy MATKA w swojej mądrości wrzuca te zabawki do kosza, zamyka w jednym pokoju, aż w końcu przytulimy się jak dzieci? Tak bez podtekstów, bez ukrytych interesów, tak w wielkim poczuciu, że więcej nas dzieli niż łączy?
Żeby zacząć działalność handmade, nie wystarczy mieć talent i gotowe produkty. Trzeba nauczyć się wyceniać z zyskiem, liczyć opłacalność, szukać wsparcia, dbać o sprzedaż i nie wypalać się już na starcie.
7 RZECZY, O KTÓRYCH WARTO WIEDZIEĆ, ZACZYNAJĄC DZIAŁALNOŚĆ ZAROBKOWĄ NA BAZIE RĘKODZIEŁA
No dobra – masz umiejętności, które skłaniają Cię do rozpoczęcia działalności zarobkowej. Możliwe, że masz już nawet kilka gotowych produktów. Może nawet masz już profil na Facebooku lub Instagramie i roztaczasz wizje, jak to by było fajnie, zamienić swoje hobby w regularną pracę zarobkową.
Zaczynasz nawet powoli budować stronę internetową i ruszasz na podbój świata.
Świetnie!
Niestety tutaj zazwyczaj kończy się wiele opowieści o markach handmade…
W zderzeniu z rzeczywistością prowadzenia działalności, która – bądźmy szczerzy – nie zawsze jest łatwa, wiele marek handmade po prostu „odpada”.
Działalność handmade to nie tylko tworzenie produktów, ale także wycena, sprzedaż, liczenie, organizacja pracy i dbanie o własne zasoby.
Jak się domyślasz, niekończące się listy zadań sprawiają, że powoli zajmujesz się wszystkim innym niż rękodzieło… I tak toniesz w codzienności.
Dlatego postanowiłam podzielić się kilkoma kluczowymi rzeczami, o których warto pamiętać, rozpoczynając rękodzielniczą działalność.
Największym błędem na starcie działalności handmade nie jest brak talentu, tylko myślenie, że sam talent wystarczy do zbudowania stabilnego biznesu.
Wskazówka 1: WYCENIAJ SWOJE PRACE Z MYŚLĄ O ZYSKU
Nie sprzedawaj poniżej kosztów! Wiem, że wiele z nas znajduje lub znajdowało się w punkcie, gdzie desperacko potrzebuje zarobku. Niestety zaniżanie cen z nadzieją, że to przekona klientów do zakupu to wyścig „do dna”. Takie podejście szybko wyczerpie Twoje zasoby energii i budżet. Nie tylko Ty będziesz doświadczać nieprzyjemnego poczucia bycia niedocenianym. Twoi klienci też będą postrzegać Twoje produkty jako mniej wartościowe, jeżeli będą miały podejrzanie niskie ceny.
Wskazówka 2: DOŁĄCZ DO GRUPY, KTÓRA BĘDZIE CIĘ WSPIERAĆ
Może to i frazes, ale jakże prawdziwy: razem łatwiej! Dołącz do grupy lub sama stwórz grupę osób o podobnych celach biznesowych, co Ty. Będziecie mogli się wspierać i motywować we wspólnym rozwoju. Zapewne wzajemne rady, rekomendacje, lekcje pomogą Wam szybciej się rozwijać. Dodatkowo w wielu przypadkach jesteście w stanie np. negocjować różne zniżki (np. na materiały, lokalizacje warsztatów itp.)
Dodatkowo nieocenionym wsparciem okazuje się choćby sama świadomość, że masz się do kogo zwrócić w trudnej sytuacji.
Wskazówka 3: DELEGUJ ZADANIA
Zanim utoniesz w morzu zadań z niekończącej się listy “do zrobienia”, zastanów się, czy rzeczywiście wszystko warto robić samodzielnie. Jeżeli czujesz, że księgowość to Twoja pięta achillesowa, nie próbuj na siłę udowadniać sobie i światu, że dasz radę. Zamiast tego poszukaj wprawnej księgowej, która pomoże Ci w tej kwestii. To naprawdę nie kosztuje majątku, a może Ci „kupić” ogrom czasu.
To nie wstyd korzystać z pomocy!
Pomyśl, co się stanie, kiedy otrzymasz duże zamówienie? Czy Twoje „moce przerobowe” będą w stanie podołać mu bez pomocy? Dobrze mieć pomocne dłonie w swojej drużynie, zanim jeszcze rozegrasz ważny mecz. Nie testuj rezerwy w wielkim dniu, ale wspólnie uskuteczniaj treningi na co dzień.
Wskazówka 4: KORZYSTAJ Z MOCY SIECI WSPARCIA
Jako właściciel przedsiębiorstwa myśl wartością. Jeżeli Ty jesteś w stanie komuś w czymś pomóc, zapewne taka osoba zechce w jakiś sposób odwdzięczyć się w przyszłości. Nie namawiam oczywiście do pracy ponad siły, ale jeżeli wiesz, że możesz w jakiś sposób wyświadczyć komuś nieobciążającą Cię przysługę – WARTO. Dzięki temu budujesz sieć kontaktów i relacji biznesowych, które procentują w długiej perspektywie.
Pomyśl, może używasz materiałów, które dla kogoś są formą odpadu? Kartonowe opakowania lub folia bąbelkowa to częsty kłopot małych przedsiębiorców, ale Tobie mogą się przydać, bo na przykład używasz ich podczas pakowania swoich prac lub warsztatów. Świetny przykład, jak rozwiązując czyjś problem z odpadami, sama możesz skorzystać na bezpłatnych materiałach.
Szukaj tego typu współpracy zwłaszcza na początku, kiedy każda zaoszczędzona kwota może stać się „być, albo nie być” dla inwestycji w Twój rozwój.
Wskazówka 5: DOKŁADNIE LICZ
I uwierz mi – pisze to osoba, która nie znosi księgowości i budżetowania, a osobiście oddaje kalkulację domowego budżetu mężowi (och, jak on kocha Excela!).
Niestety MUSISZ nauczyć się kalkulować albo – mówiąc prościej – obliczać opłacalność danych aktywności. Bez tego nie jesteś w stanie planować, rezygnować z niedochodowych działań lub po prostu odkładać pieniędzy i inwestować ich w rozwój.
No, chyba że Twoje rękodzieło to tylko kosztowne hobby, a nie biznes.
Wiem, nie jest to może najbardziej rozrywkowa część Twojego biznesu, ale jednak to finanse pozwalają na „rozrywki”. Kiedy jesteś spokojna o stabilne dochody, łatwiej Ci będzie o kreatywny flow bez martwienia się, czy starczy na kolejną porcję rękodzielniczych materiałów, aby wdrożyć w życie ostatni pomysł na produkt.
Wskazówka 6: NIE ZRAŻAJ SIĘ
Jako przedsiębiorca wieeele razy usłyszysz „NIE”.
Nie traktuj braku zamówień osobiście. To nie jest atak na Twoją twórczość. Zanim staniesz się sensacją, minie trochę czasu. Zazwyczaj związany jest on z ciężką pracą, aby dotrzeć do idealnych klientów. Paradoksalnie w czasie świetnej dostępności coraz trudnej jest walczyć o uwagę odbiorców, a coraz łatwiej zginąć w szumie informacyjnym. Warto uzbroić się w cierpliwość i przyjmować wszelką krytykę z dużą dozą wdzięczności! Tak! To dzięki krytyce możesz ulepszać swoją ofertę i profesjonalizować swoje usługi!
Wskazówka 7: NIE REZYGNUJ, ODPOCZNIJ
Prowadzenie własnej działalności to raczej maraton niż sprint. Warto uzbroić się w cierpliwość i zadbać o sposoby na ładowanie baterii. Kiedy czujesz, że jesteś u kresu wytrzymałości, po prostu ODPOCZNIJ. To na pewno ułatwi Ci drogę w dłuższej perspektywie. Planuj odpoczynek w krótkiej i długiej strategii rozwoju: od rezerwacji rodzinnego urlopu po planowanie, kiedy w ciągu dnia zrobisz sobie 15-minutową przerwę na ulubioną kawę.
Co łączy te wszystkie 7 rzeczy?
Działalność handmade nie opiera się tylko na produkcie. Opiera się na systemie myślenia, który łączy twórczość z wyceną, sprzedażą, finansami, wsparciem i dbaniem o własne zasoby.
Pamiętaj, że Twoja Rękodzielnicza Firma to TY (przynajmniej na początku), i jeżeli planujesz sukces, nie możesz pozwolić sobie na wypalenie już na samym początku. Dlatego pamiętaj o wycenianiu swojego czasu, usług i produktów w zgodzie ze sobą.
Jeśli chcesz poukładać działalność handmade spokojniej i bardziej strategicznie…
Jeśli widzisz, że problemem nie jest tylko jedna rzecz — na przykład wycena czy promocja — ale cały system działania Twojej marki handmade, zajrzyj do Biblioteki Biznesowej dla Handmade.
Trzymam kciuki za Twoją działalność rękodzielniczą.
Social media dla rękodzielnika nie muszą oznaczać obecności na każdej platformie. Najlepiej wybrać jeden kanał, który pasuje do Twojej marki handmade i sposobu pracy, a dopiero później rozwijać kolejne.
Social media dla rękodzielnika, gdzie warto być?
Nie warto być wszędzie. Wybierz mądrze jedną platfromę i skup się na jej rozwijaniu, by docierać do Twoich klientów.
Masz wrażenie, że od kiedy pracujesz nad swoim rękodzielniczym przedsięwzięciem, brakuje Ci wiecznie czasu?
Tutaj post na FB, tam nowa fotka na insta… A! I jeszcze jakieś instastory wypadałoby uskutecznić, żeby nie wypaść z rytmu.
Co zrobić, żebyjednocześnie pracować nad tym, co najważniejsze, czyli rękodziełem?
Zebrałam garść przydatnych podpowiedzi, takich „z życia wziętych”, jak można bezkosztowo lub niskim kosztem “kupić” sobie czas, który ucieka nam przez social media.
Jakie social media wybrać dla rękodzielnika?
Kiedy Facebook ma sens
Zadbaj o swój prywatny profil! Bardzo często widzę, jak w grupach tematycznych twórcy rękodzieła prezentują swoje prace z poziomu prywatnego konta. Klikam w ich profil, a tu nic! Wystarczy prosty zabieg – wskazanie swojego fanpage’a w sekcji Praca. Niezależnie, czy użyjesz określenia właściciel czy pracuje w –każda nowa osoba, która będzie chciała odwiedzić Twój fanpage po tym, jak promujesz swoje prace z poziomu prywatnego profilu, będzie miała ułatwioną drogę.
Tylko to!
Niby banał, ale potrafi zwiększyć organiczny napływ nowych fanów w znaczący sposób. Warto podkreślić, że są to osoby autentycznie zainteresowane tym, co robisz (w końcu trafiły na Twój fanpage dosyć okrężną drogą, co wymagało nieco wysiłku).
Warto pamiętać, że do grup tematycznych można już dołączać jako “fanpage”, choć nie wszyscy administratorzy grup tolerują takich gości.
Ta sama wskazówka dotyczy profilu Twojej firmy na FB.
Nawet jeżeli Twoja aktywność jest znikoma, warto zadbać o sekcję Informacje oraz wszystkie podstawowe dane dotyczące Twojej firmy. Nawet bez dużego ruchu, ogromnej ilości postów czy wielkiego zaangażowania społeczności, warto zadbać, aby fanpage działał jak wirtualna wizytówka. Facebookowe profile jeszcze ciągle bardzo wysoko pozycjonują się w wynikach wyszukiwania.
Jeżeli tworzysz treści i planujesz postować regularnie, warto (banał) wykorzystać możliwość planowania. Ta opcja ciągle jest dostępna bezpłatnie, nie potrzeba żadnego zewnętrznego narzędzia, a po jakimś czasie można to zadanie spokojnie oddelegować.
Kiedy Instagram ma sens
Oczywiście idealny wzrost zapewni regularne wrzucanie atrakcyjnych dla Twoich klientów treści, codzienne instastory, “lajwy” i interakcja ze społecznością.
Oczywiście!
Tylko to masa czasu i często tak mocno przeraża wizja tych wszystkich rzeczy, które TRZEBA robić, że finalnie nie robisz nic.
A gdyby tak wdrożyć plan minimum, który pozwoli Twojemu profilowi rosnąć zupełnie samodzielnie?!
Brzmi jak cudowna formuła, ale wcale nie jest jakimś cudownym wynalazkiem. To absolutne podstawy.
Sama stosuję tę taktykę, kiedy niedoczas lub aktualny projekt sprawia, że nie zaglądam na insta.
Otóż – podobnie jak w przypadku Facebooka – bio i 9 fot w feedzie. To wszystko!
A po ludzku: uzupełnij opis profilu z myślą o Twoim odbiorcy (nie Tobie) i dodaj choćby 9 zdjęć (znowu – z myślą o tym, co stanowi wartość dla Twojego klienta), aby konto nie straszyło pustką.
Nawet przy braku aktywności jest większe prawdopodobieństwo, że potencjalni klienci odwiedzą Twoją stronę / sklep / inne miejsce w sieci, niż kiedy Twoje konto nie istnieje.
Kiedy X (dawny Twitter) ma sens
Potraktuj go jako miejsce, z którego ludzie czerpią newsy. Zastanów się, czy te treści, które produkujesz, są rzeczywiście warte podawania dalej? Jak są związane z Twoją marką?
Jeżeli jesteś na tej platformie strategicznie, a nie tylko prywatnie, to czy rzeczywiście wszystkie Twoje aktywności są takie potrzebne?
Może warto wybrać, kogo obserwujesz (by np. podawać dalej) oraz jak opisujesz swój profil (patrz: wskazówki z insta i z fejsa).
Kiedy LinkedIn ma sens
To platforma, która ciągle jeszcze kocha B2B. A cóż znaczy ten magiczny skrót?! A no nic więcej, jak tylko „business to business”, czyli zero fotek z kotkiem, maksimum meritum Twojej działalności. Nawet mało będzie dobrze, o ile profesjonalnie i bez nachalnej sprzedaży. Wystarczy, że uzupełnisz swój profil, pokazując, “czym możesz służyć” innym, a w dużej mierze dasz się znaleźć.
Oczywiście, zaokrąglam troszkę strategię (bez aktywności ciężko liczyć na ogromne cuda), ale wartość prawidłowo uzupełnionego profilu, umiejętność zaprezentowania swoich usług i produktów w atrakcyjny sposób i odrobina pomysłu na swój wizerunek może zdziałać cuda. Jeżeli już posiadasz profil na tej platformie i coś tam od czasu do czasu publikujesz, lepiej przeznacz czas poświęcany na tę aktywność na zadbanie o swój profil.
Lista nie ma końca…
Oczywiście mogłabym tu wymieniać i wymieniać platformy: YouTube, Snapchat, TikTok… I tak bez końca. Ale chyba już „łapiesz” mechanizm.
Jeżeli czujesz, że dana platforma to miejsce, gdzie spędzają czas Twoi klienci rękodzieła, a Ty nie pałasz do niej wielką miłością, zadbaj przynajmniej o przyzwoicie uzupełniony profil. To absolutne minimum.
Dobra rada
Skup się na jednej platformie na raz. Pracuj nad nią tak długo, aż uznasz, że niektóre działania możesz zaplanować, zautomatyzować lub wydelegować. Dopiero wtedy szukaj kolejnej platformy, na której się skupisz. Wiem – nieodparte wrażenie, że konkurencja jest wszędzie, nie daje spać po nocach. Warto jednak skupić się na meritum, czyli Twojej twórczości.
Jeżeli dziś miałabym zaczynać od przysłowiowego zera, zajrzałabym do BIBLIOTEKI BIZNESU HANDMADE – tam wszystko, co potrzebujesz wiedzieć o platformach social-media dla rękodzieła i duuużo więcej…
Podsumowując: dlaczego rękodzielnik nie musi być wszędzie
Bycie wszędzie kosztuje czas
Brak strategii sprawia, że nie robisz nic
Jakie social media dla rękodzielnika naprawdę mają sens?
Facebook — gdy chcesz być łatwo znajdowana
Instagram — gdy chcesz budować wizualną obecność
Zrób choćby plan minimum: bio i 9 zdjęć. To jest bardzo krótkie i konkretne.
LinkedIn — gdy działasz bardziej B2B lub edukacyjnie
Pinterest — gdy chcesz działać długofalowo i spokojniej
Jakie social media są najlepsze dla rękodzielnika?
Najlepsze są te, które pasują do Twojej marki, odbiorców i sposobu pracy. Nie każda twórczyni handmade musi działać na wszystkich platformach.
Czy rękodzielnik musi być na Instagramie?
Nie. Instagram może być pomocny, ale nie jest jedyną drogą promocji rękodzieła.
Czy Pinterest nadaje się do promocji rękodzieła?
Tak, szczególnie jeśli chcesz budować ruch w bardziej długofalowy sposób i nie opierać się wyłącznie na codziennej aktywności w social media. To też jest mocno zasugerowane w obecnym wpisie.
Od jakiej platformy najlepiej zacząć?
Najlepiej zacząć od jednej platformy i dopiero po opanowaniu jej szukać kolejnej. Taki wniosek pada już dziś w sekcji „Dobra rada”.
Co zrobić, jeśli social media zabierają mi za dużo czasu?
Warto uprościć działania, ustalić plan minimum i wybrać jeden kanał, zamiast próbować być wszędzie.
Jeśli chcesz promować rękodzieło spokojniej, mądrzej i bez bycia wszędzie naraz, zajrzyj do Biblioteki Biznesowej dla Handmade. To miejsce, w którym układasz strategię promocji dopasowaną do siebie i swojej marki.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/02/blog-grafika-na-social-media-szablon-4.png788940aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-02-26 05:30:082026-03-31 12:17:53Social media dla rękodzielnika: jak promować rękodzieło bez chaosu
Pinterest to nie tylko portal z inspiracjami, ale także wyszukiwarka graficzna, która może kierować ruch do Twojej marki handmade przez długi czas. Dla twórczyni rękodzieła to jedno z niewielu narzędzi, które pozwala promować ofertę spokojniej i bardziej długofalowo niż klasyczne social media.
Pinterest – co to za portal
Pinterest = wyszukiwarka,
nie tylko social media działa długo,
wspiera ruch do sklepu, bloga i oferty.
Możemy wykorzystać go strategicznie.
Pinterest to taka wirtualna tablica korkowa, do której przyczepiamy znalezione w sieci grafiki po to, aby kolekcjonować bliskie nam treści. Na tej platformie królują przepisy kulinarne, moda, piękne krajobrazy, wystrój wnętrz, architektura i rękodzieło, a także coraz więcej innych dziedzin szeroko pojmowanego lifestyle’u.
Pinterest – jak działa
Pinterest to ogromna wyszukiwarka graficzna. W przeciwieństwie do FB czy Instagrama treści publikowane na Pinterest mogą żyć miesiącami lub nawet latami.
Z jednej strony Pinterest może służyć do wyszukiwania inspiracji, ale z drugiej, wykorzystany z głową, może kierować ruch z wyszukiwarki do Twoich miejsc w sieci (np. na stronę internetową, do e-sklepu itp.).
Dlaczego Pinterest dobrze sprawdza się w rękodziele?
rękodzieło jest wizualne,
użytkownicy szukają inspiracji i pomysłów,
pin może żyć miesiącami,
Pinterest wspiera ruch do sklepu i strony.
Jak korzystać z Pinterest
Podobnie jak w przypadku innych popularnych portali zaczynamy od założenia konta. Wystarczy adres e-mail, wybór indywidualnego hasła i korzystamy z dobrodziejstw platformy. Możemy wyszukiwać przy użyciu interesujących nas haseł, zapisywać poszczególne grafiki w formie pinów (tak nazywane są pojedyncze obrazki, które zapisujemy) i porządkować je w obrębie własnych tablic tematycznych.
Pinterest pozwala też na współtworzenie tablic przez wielu autorów, dzięki czemu każdy z nich ma dostęp do treści graficznych zapisanych przez pozostałych użytkowników.
>Sprawdź tablice grupowe na profilu OPLOTKIi śmiało dołączaj do nich po inspiracje!
Jak dodać zdjęcie na Pinterest
Aby dodać zdjęcie lub grafikę, która już funkcjonuje na platformie, do swojej tablicy, wystarczy wcisnąć przycisk zapisz lub pin (w wersji angielskiej). Natomiast aby dodać zupełnie nową treść, należy użyć przycisku z symbolem plusika. Wtedy możemy załączyć zdjęcie (edytując jego tytuł i opis) z naszego dysku.
Kolejnym sposobem jest dodawanie grafik bezpośrednio ze stron, które przeglądamy, dzięki przyciskowi pin it. Taki przycisk instalujemy w przeglądarce i po kliknięciu zyskujemy możliwość przypinania.
Nie chcę powielać świetnej instrukcji, którą znajdziesz bezpośrednio w dziale pomocy Pinterest – podpowiem tylko, że wystarczy wpisać w wyszukiwarkę frazę: ”How to install pin it button” lub po polsku „Jak zainstalować przycisk na Pinterest”.
Jak prowadzić Pinterest
Oczywiście o strategii prowadzenia konta na Pinterest można napisać książkę. Pewnie zawierałaby tyle rozdziałów, ile kont chciałoby się w niej omówić. Jak się domyślasz, odpowiedź na to pytanie jest indywidualna. Niewątpliwie jednak w przypadku Pinterest liczy się grafika (jednak to medium wyjątkowo obrazkowe), często wyposażona w krótki tekst ilustrujący, do jakiej treści prowadzi.
Pinterest to – jak już wspomniałam – wyszukiwarka, więc ważne z perspektywy prowadzenia konta jest dokładne opisywanie swoich treści tak, aby łatwo było je wyszukać przy użyciu konkretnych fraz lub słów kluczowych.
Warto też zadbać o regularność. Jeżeli zależy nam na świadomym budowaniu ruchu, a nie korzystaniu z platformy jedynie w celu czerpania inspiracji, warto zaplanować częstotliwość przypinania własnych treści lub użyć do tego celu narzędzi do planowania.
Jak usunąć pina na Pinterest
Jeżeli to Ty utworzysz pina lub przypniesz go do własnej tablicy, możesz go usunąć. Nie możesz usuwać treści innych autorów, chyba że zostały dodane do Twojej tablicy. Wystarczy kliknąć ołóweczek, który pojawi się po najechaniu na danego pina – pozwala on właśnie na usuwanie lub edycję danego pina.
Jak zarabiać na Pinterest
>Oczywiście dzięki platformie możesz wesprzeć istniejące mechanizmy zarobkowe w swojej działalności poprzez wzmocnienie ruchu do Twoich e-sklepów, bloga, stron z ofertą usług itd. Są jednak możliwości zarabiania bezpośrednio dzięki platformie Pinterest. Wiele z nich nie jest niestety jeszcze dostępnych w Polsce, dlatego wrócę do tego zagadnienia za jakiś czas w kolejnym wpisie. Na pocieszenie dodam, że już (od niedawna) można korzystać z płatnej promocji na Pinterest, więc prawdopodobnie inne funkcjonalności tego medium lada chwila pojawią się w PL.
Pinterest – czy jest płatny?
Na razie nie jest płatny. Założenie konta nie kosztuje ani grosza. Śmiało można korzystać z wszystkich funkcjonalności oraz bezpłatnie przekształcić konto prywatne w biznesowe (dzięki temu można mieć dostęp na przykład do szczegółowych statystyk konta i korzystać z funkcji płatnej reklamy).
Pinterest a Instagram
Właściwa odpowiedź na to pytanie brzmi: Pinterest i Instagram. Obecność na jednej platformie nie wyklucza obecności na drugiej. Wręcz przeciwnie. Śmiało możesz wykorzystać treści publikowane na Instagramie i przypinać je do tablic na Pinterest, dając im drugie życie. Warto odnotować, że Facebook nie daje takiej możliwości.
Pinterest – do czego służy
Właściwie ogranicza nas tylko wyobraźnia. I choć najczęściej wykorzystuje się go do kierowania zainteresowanych daną treścią na konkretne strony (np. na bloga lub do sklepu internetowego) to zastosowań może być tyle, ile pomysłów na wykorzystanie mechanizmu jego działania.
Jeżeli masz pomysł, jak przy pomocy atrakcyjnego zdjęcia lub grafiki zainteresować swoich odbiorców na tyle, aby chcieli kliknąć, zapisać lub dowiedzieć się więcej o autorze, osiągasz zamierzony cel – czyli kierujesz nowe osoby do siebie. Tak w skrócie można zdefiniować, do czego najczęściej służy Pinterest.
Pinterest – to do list
Załóż konto. Rozejrzyj się. Platforma jest bardzo intuicyjna, nie trzeba się jej jakoś specjalnie uczyć, aby po prostu sprawdzić, jak działa. Zastanów się, jak to, co robisz, ma się do treści, które widzisz, czy Twoje grafiki mogą być atrakcyjne z punktu widzenia osoby, która ogląda pozostałe treści na Pinterest. Jeżeli odnosisz wrażenie, że „pasujesz” albo wręcz przeciwnie – „wyróżniasz się”, to warto spróbować.
Pinterest – wsparcie sprzedaży w sklepie
Pinterest nie sprzedaje sam, ale wspiera ruch do sklepu, bloga, oferty, zapisu i lead magnetu.
Jak wspomniałam wcześniej, Pinterest można wykorzystać, aby wzmóc ruch do Twojego sklepu internetowego.
Pinterest – czy warto
Zdecydowanie TAK!
Ta platforma, jak żadna inna, premiuje współpracę. Możliwość korzystania z treści innych autorów, dzielenia się wiedzą, grafikami, udostępniania swoich treści, ale również treści innych twórców daje jej niesamowitą potęgę. Szczególnie polecam ją Twojej uwadze, jeśli jesteś twórcą rękodzieła.
Koleżanka podrzuciła mi historię… (Dzięki, Dorota! Dało mi do myślenia!)
Pewien amerykański biznesmen wybrał się do Meksyku. W porcie spotkał rybaka, który właśnie wrócił z pracy z ładunkiem ryb i zagadnął:
– Ile trwały Twoje dzisiejsze łowy?
– Oj, niezbyt długo.
– A co robisz z resztą czasu?
– Śpię do późna, spędzam czas z żoną i dziećmi, chodzę na spacery, sączę wino w barze, grając na gitarze z moimi amigos. Jestem bardzo zajętym człowiekiem.
– Jestem doświadczony i radzę Ci, żebyś zaczął łowić więcej ryb.
– Po co?
– Żebyś zarabiał więcej.
Po co mi pieniądze?
– Żebyś mógł kupić jeszcze większą łódź, łowić jeszcze więcej ryb. Z zysków mógłbyś kupić więcej łodzi i zatrudniać rybaków. Dzięki temu mógłbyś otworzyć przetwórnię ryb, kontrolując zarówno surowiec, jak i produkt, potem przenieść się do Mexico City, a może nawet do Nowego Jorku. Byłbyś człowiekiem sukcesu!
– Ile czasu by mi to zajęło?
– Jakieś 10-15 lat.
– Aha, to dość długo.
– Posłuchaj, wtedy przychodzi najpiękniejszy moment! Sprzedajesz dobrze prosperujący biznes, zarabiasz miliony dolarów!
– A po co mi one?
– Po to, żebyś mógł się wyprowadzić do nadmorskiej wioski, by spać do późna, spokojnie spędzać czas z żoną i dziećmi, chodzić na spacery, sączyć wino i grać na gitarze ze swoimi amigos…
I w pierwszej chwili nawet przytaknęłam… ”Powinnam zwolnić” – pomyślałam i z takim przeświadczeniem, że ktoś mi udziela właśnie bardzo mądrej rady, poszłam spać…
Jednak nie mogłam zasnąć. Coś uwierało i nie dawało spokoju. „Przecież ja tak nie potrafię!” – kołatało mi w głowie. Nie potrafię zwolnić, niespiesznie delektować się każdą chwilą. Coś w środku każe mi pędzić, robić wszystko na 10000 procent, odpowiadać na maile w środku nocy, szukać inspiracji na każdym kroku… choćby podczas haftowania z córką. Ciałem „SLOW” w głowie wieczna pogoń…
Może to dlatego, że mam WSZYSTKO!
Dwójka zdrowych bobasów, kochający mąż – platoniczna miłość z dzieciństwa, która stała się rzeczywistością, kiedy oboje byliśmy na to gotowi. Mam dobrze prosperujący biznes, serdeczne przyjaciółki, bliższych i dalszych znajomych, kochającą i wspierającą dalszą i bliższą rodzinę…
Nie będę ukrywać oczywistego faktu – za kilka miesięcy przekraczam magiczną granicę wieku.
Nie planuję z tej okazji kupić samochodu, do którego trzeba się będzie wczołgiwać, a który wysokością nie dogoni najmłodszego syna. Nie chcę też nauczyć się jeździć na motocyklu. Nie zamierzam się wydziarać, skoczyć ze spadochronem czy też sprawić sobie młodszego o dekadę lub dwie partnera (gdzież znalazłabym egzemplarz choćby dorównujący mojemu Mężowi, który od dwudziestu lat dotrzymuje mi kroku??). No ale przecież lamusem być nie warto, coś w życiu trzeba zrobić,
zakładam więc firmę.
Praca w szkole, dająca wprawdzie satysfakcję na kilku polach, nie zaspokajała jednak jednego z ważniejszych celów, dla których wykonuje się pracę – zarabiałam zdecydowanie mało, a po piętnastu latach uczenia, z dwoma tytułami magistra i kilkunastoma kursami ukończonymi w ciągu tych lat, chciałam uzyskiwać nieco większe dochody. Takie tam marzenia, wiecie.
Sprawdziłam, że zapotrzebowanie na rynku ciągle jest spore. Znam swoje umiejętności i możliwości, wiem, że warto spróbować. Nie mam wiele do stracenia, ciągle przebywam na urlopie wychowawczym, korzystam trochę z tej bezpiecznej bańki, do tego wygrałam dotację unijną, także jestem otoczona buforami z każdej strony (takie trochę gumowe ściany!). Muszę wykorzystać tę okazję. W mojej firmie zajmę się nie tylko rękodziełem, choć i taki mam plan. Z wykształcenia jestem filologiem angielskim i to nauka języka będzie mnie utrzymywać.
W kolejnych odcinkach co miesiąc będę opowiadała, jeśli tylko jesteście zainteresowani, którędy biegła moja droga do sukcesu. Dokąd pójść, gdzie szukać, jak trafić.
I co zrobić, gdy któreś zakręty są zbyt ostre. Bo bez cierni się nie obyło…
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2019/04/dsc_6759.jpg20481367Ania - Zespół Oplotkihttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngAnia - Zespół Oplotki2019-05-01 07:00:332021-05-25 15:11:54Czterdziestolatka