Często słyszę, że jestem osobą pogodną, pozytywną i takim to łatwiej się wszystko udaje. Nic bardziej mylnego. Fakt, jakoś nie potrafię publicznie narzekać, bo sama nie znoszę wysłuchiwać biadolenia, ale już z tym wiecznym pasmem sukcesów echhh…

I tak było na początku z warsztatami. Patrząc na obecny, ciasny oplotkowy grafik i fakt, że czasem trzeba odmawiać zarezerwowania miejsca, bo najzwyczajniej w świecie  nie ma już wolnych, jakoś nadzwyczaj łatwo pozwala zapomnieć o bolesnych początkach. 

Ale skoro ten tekst dedykowany jest niepowodzeniom, to w kontekście warsztatów zdecydowanie jest, co powspominać

Trudne początki

Pierwszy warsztat poza domem pamiętam do dziś. Przeżywałam tydzień, organizowałam ze 3 dni, a gorycz porażki łykałam miesiąc…

Założyłam fanpage, zrobiłam wydarzenie i założonego dnia, o wyznaczonej godzinie stawiłam się w odpowiedniej lokalizacji. Jakież było moje rozczarowanie faktem, że nikt, absolutnie nikt nie przyszedł! Rozczarowana klikałam w sylwetki zainteresowanych. No przecież… jak to!? 12 zainteresowanych a nikt nie przyszedł?!

Ehhh

Teraz sama z siebie się śmieję!

Komplet 5 uczestników to statystycznie pojawia się w dobry dzień, kiedy mamy jakieś 12 deklaracji obecności i 4 tuziny zainteresowanych… no i co najmniej 6 opłaconych rezerwacji… ale i wtedy bywa, że jadę przez pół miasta dla 2 osób.

Ale jadę!

Nie poddałam się wtedy. Wyobraźcie, że z uporem maniaka wpisywałam coraz to nowe warsztaty do facebookowego grafika i dopiero 11-ty warsztat z rzędu (!) odbył się … i to w gronie aż 3 żywych ludzi  

Około 6-go warsztatu przestałam wracać ze spuszczoną głową do domu. Udawałam, że przez 3 godziny czekam na spóźnioną koleżankę, dziergając sobie w najlepsze (uwierzycie w to!) Teraz chyba bym się na to nie zdobyła. 

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *