Turystyka leży. Gastronomia ledwo zipie.

To z bardziej znanych.

Małe i wielkie tragedie firmowe, niestety.

Ale jednocześnie: nowe firmy, usługi, nietypowe produkty.

Firmy kurierskie i producenci oprogramowania do video rozmów notują hiperwzrost.

A jak pandemia dotknęła rękodzieło?

Pierwszy kwartał 2020 roku – błoga nieświadomość tego, co nadchodzi

Przyznam, że już od kilku lat z dużą uwagą rozwijałam filar on-line działalności rękodzielniczej w OPLOTKI. Kursy szydełkowania i makramy on-line nikogo u nas nie dziwiły. Warsztaty on-line, choć stanowiły zaledwie ułamek wszystkich aktywności, też już były w ofercie. Jeszcze w styczniu brałam udział w Konferencji on-line dla zabieganych mam, żeby opowiadać o tym, co mamy w OPLOTKowym ekosystemie dla fanów i twórców rękodzieła. Warsztaty stacjonarne stanowiły dla nas formę spotkania ze społecznością.

Nasz zespół pochłonięty był planowaniem i organizacją serii spotkań z twórcami z całej Polski. W połowie marca wzięłyśmy udział w zgrupowaniu dla współorganizatorów festiwalu Kolej na Kobiety w Łodzi, a  dosłownie 2 tygodnie później… Ech, wszyscy wiemy, co było potem.

rekodzielo a pandemia (7)rekodzielo a pandemia (7)

Koniec pracowni, czyli kwartał II

Nie będę tutaj oryginalna. Wraz z pierwszą falą covidowego lockdownu w stan zamrożenia przeszły pracownie rękodzieła organizujące warsztaty stacjonarne. Przyznam, że sama dosłownie 2 tygodnie przed wybuchem całego zamieszania jeszcze ciągle miałam nadzieję, że to szybko minie. Chyba zresztą jak wszyscy. Dopinałam ostatnie formalności związane z serią gościnnych warsztatów w naszej nowej poznańskiej pracowni. Kiedy wizja homeschoolingu pojawiła się na horyzoncie, odkręcałam je wszystkie w obawie, że po prostu nie dam rady (co okazało się słuszną strategią). Wkrótce wszyscy doświadczyliśmy kompletnego zamknięcia. Nikomu wtedy nie w głowie były stacjonarne warsztaty w bliskości drugiego człowieka.

rekodzielo a pandemia (7)rekodzielo a pandemia (7)

Fala anulowań, odwołań, przekładania…

Wool Fashion Festival – czyli wielu producentów włóczek na raz w jednym miejscu i czasie. Początkowo przełożony, potem całkowicie odwołany (nie mogłam się doczekać – nie tylko jako prelegentka, ale też jako nałogowa zakupocholiczka, która lubi poszperać i podotykać).

Kolej na Kobiety – również świetna, cykliczna, coroczna impreza, która nie odbyła się po raz pierwszy. Choć jej elementy przeniosły się do sieci, nie miała już tak ogromnego wydźwięku.

Selfmade Summit – epicka konferencja mojej mentorki biznesowej Sigrun. To miał być zlot przedsiębiorczyń z całego świata w islandzkim Rejkiawiku. Konferencja również została przełożona na 2021 i odbyła się w okrojonej wersji w formie on-line.

Równocześnie konferencje on-line, które niegdyś były niszowe, teraz zaczynały nabierać niespotykanego rozpędu. Jako prelegentka na konferencji Slow Biznes Online u Grażyny Pawtel-Lorente, a także podczas kolejnej już edycji Jak żyć w Necie Kasi Aleszczyk, byłam mile zaskoczona tak ogromną frekwencją.

Czas działać – czyli kwartał III

Zainspirowana tym nagłym przeniesieniem aktywności do sieci, zainwestowałam wszystkie siły w to, co już miałam – kursy, warsztaty i programy grupowe on-line. Moją osobistą misją było złapanie twórców i przekonanie ich, by nie poddali się obawie i strachowi.

Codzienne live’y, aby podzielić się jakąś dobrą myślą.

Warsztaty rękodzieła, aby – skoro nie możemy wychodzić na zewnątrz – spotkać się on-line.

Podczas gdy wszyscy ruszyliśmy tłumnie nad Bałtyk, żeby cieszyć się chwilowym oddechem od pandemicznego zamknięcia, ja zabrałam się za kurs Pokochaj wycenę rękodzieła. Chciałam wyposażyć twórców w praktyczne narzędzie, pomagające ruszyć ze sprzedażą handmade. Zwłaszcza przed jesienią, kiedy znowu zamknięto nas w domach i kiedy twórcy zabrali się za wyciąganie zapasów handmade „przydasi” i zaczęli tworzyć na potęgę.

Latem na chwilę przypomnieliśmy sobie, jak to było, kiedy mogliśmy się spotykać. Jako OPLOTKI przeprowadziłyśmy wtedy kilka zaległych warsztatów stacjonarnych – głównie dla osób, które kupiły wcześniej vouchery warsztatowe. Byłyśmy miło zaskoczone, że nikt nie żądał od nas zwrotu wydanych w ten sposób pieniędzy, a każda z uczestniczek chciała spotkać się, zrealizować warsztat i tym samym wesprzeć OPLOTKI w tej trudnej sytuacji. Mimo wszystko warsztaty w maseczkach, w dużych odstępach i w salach większych niż zwykle, aby zachować wszystkie niezbędne środki ostrożności, nie miały już w sobie tej intymności kameralnych (o)plotek przy parującej herbacie. Już na początku sezonu – choć teoretycznie jeszcze można było – podjęłam decyzję o zawieszeniu warsztatów stacjonarnych „do odwołania”. Podskórnie wyczuwałam, co nadchodzi…

Na zakończenie sezonu letniego zdążyłam jeszcze zobaczyć „żywych ludzi”, kiedy gościnnie zaplatałam makramę w Muzeum Rolnictwa w Szreniawie.

Dzieci wróciły do szkoły, my do pracy. Wrzesień przywitał nas taką niby-normalnością, ale powtórka z rozrywki wisiała w powietrzu.

rekodzielo a pandemia (7)handmade w dobie pandemii (8)

Jesień – kolejna fala, czyli kwartał IV

U mnie jeszcze we wrześniu zaczęła się intensywna praca w on-line. Warsztaty rękodzieła prowadziłam równolegle ze wspieraniem twórców rękodzieła i wyposażaniem w narzędzia, które ułatwią im robienie tego samego. Obserwowałam wysyp naprędce sklecanych instrukcji, warsztatów w sieci, troszkę nieprzemyślanych prób przenoszenia działalności rękodzielniczej do sieci. Trzymam kciuki, bo wiem, że te osoby, które postanowiły po prostu spróbować, są już teraz lata świetlne do przodu. Ruszyłam z kolejną edycją Akademii Rękodzielnika, która tym razem skupiła się na wyposażeniu uczestniczek w narzędzia do swobodnego odnajdywania się w tej nowej onlajnowej rzeczywistości. Dziewczyny przeprowadziły swoje premierowe warsztaty on-line i nauczyły się projektować ścieżkę doświadczeń dla uczestników tych warsztatów. Wierzę, że ta internetowa rewolucja, która zadziała się w covidowej rzeczywistości na naszych oczach, nie jest już dla nich niczym egzotycznym.

handmade w dobie pandemii (8)handmade w dobie pandemii (8)

Równolegle misja Stowarzyszenia Oplotki, polegająca na wzmacnianiu twórczyń rękodzieła w ich przedsiębiorczych krokach, działała w tle. Inkubator sklepowy pozwalał na stawianie pierwszych kroków w procesie sprzedaży rękodzieła, stałe bywalczynie stowarzyszenia usamodzielniały się coraz bardziej, ogromne przedsięwzięcie przy wsparciu Narodowego Centrum Kultury – czyli projekt https://oplotki.pl/rekodzielo-wczoraj-i-dzis/  wskazało dokładnie, jakie zasoby potrzebne są, aby realizować jeszcze bardziej ambitne projekty, i jak ważne jest wzajemne zaufanie i wsparcie. Bez tego, zwłaszcza w dobie korona-rzeczywistości nie ma nic.

Cieszę się, że ciągle pracuję pod skrzydłami mojej niezastąpionej mentorki Sigrun i stale uczę się meandrów biznesu on-line w jej programie SOMBA MOMENTUM. To tam trafiłam na niesamowicie wspierającą społeczność przedsiębiorczych kobiet, które wiedzą, że razem można dużo więcej.

rekodzielo a pandemia (7)rekodzielo a pandemia (7)

Jak można by podsumować ten szalony 2020?

Produkty handmade pokochaliśmy jeszcze bardziej. Do grupy stałych klientów, którzy co roku zwracają wzrok w kierunku świątecznych prezentów handmade, dołączyła armia bywalców galerii, którzy nie chcieli ryzykować i zaczęli bardziej przyjaznym okiem spoglądać na zakupy w sieci. Skoro większość roku spędziliśmy w domach, sprzątając, pozbywając się zbędnych gratów, robiąc większe i mniejsze remonty, przestaliśmy trochę bezmyślnie kupować pod wpływem emocji. Zmierzyliśmy się z górami pierdołek, co mogliśmy, już pewnie sprzedaliśmy w Internecie albo oddaliśmy, gdzie tylko się dało.

Poczuliśmy, że inni też tak mają. Nie było już błyszczących wystaw sklepowych, które zachęcały do zakupów. Teraz decyzje zakupowe były coraz bardziej w naszych świadomych myślach. Równolegle twórcy rękodzieła tworzyli w domach na potęgę. Te dwie fale spotkały się w rekordowym sezonie przedświątecznym. I choć nie opieram się na konkretnych danych (na te jeszcze troszkę musimy poczekać), a na subiektywnych ocenach twórców, z którymi podsumowywałam sezon świąteczny 2020 – warto odnotować niespotykany dotąd ruch w sieci.

handmade w dobie pandemii (8)handmade a pandemia

A jak spoglądam na 2021?

„Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Niby stare porzekadło, ale okazało się okrutnie aktualne. Pandemia, plany, które trzeba było elastycznie zmieniać, ludzie, którzy rozczarowali, zranili, ale też ludzie, którzy pomogli przetrwać, wspierali bezinteresownie i pracowali tak ciężko, że podejrzewam ich (je!) o dobę z gumy. Cele, które się nie udały i te, które – mimo wszystko – udało się zrealizować z przytupem.

Szalony czas.

rekodzielo a pandemia

Rok 2021 pewnie będzie kontynuacją tego szaleństwa, ale skoro to czytasz, to być może też spoglądasz z optymizmem w przyszłość i nie pozwalasz, aby wymówki, przeszkody i trudności Cię zatrzymały. Trzymam kciuki za Twoje plany.

Jeżeli jesteś fanem rękodzieła – zaglądaj do zakładki sklep i oddawaj się twórczości z naszymi kursami makramy, szydełka oraz haftu strukturalnego. Ten ostatni rusza już niedługo!

Jeżeli jesteś twórcą rękodzieła – również zaglądaj do tej zakładki i sięgaj po wsparcie w programach rozwojowych, e-bookach i kursach lub wskakuj do najbliższej edycji Akademii Rękodzielnika.

A jeżeli przyglądasz się tej naszej rękodzielniczej branży i czujesz, że jest obszar, gdzie możesz współpracować, uczyć się, wymieniać wiedzą – zapraszam Cię do pierwszej edycji mastermindu dla przedsiębiorczyń on-line: https://oplotki.pl/mastermind/

Wszystkiego dobrego!

Agnieszka Gaczkowska

handmade w dobie pandemii (8)rekodzielo a pandemia

jak zostać rękodzielnikiem

Podsumowanie Dekady

[For English Version of the text SCROLL DOWN]

Trójka dzieci, dwa duże projekty biznesowe i jeden społeczny. Małżeństwo i przyjaźnie trwające latami. Trzy miasta, do których ciągle wracam z sentymentem. Linia Berlin – Poznań – Warszawa wałkowana w tę i z powrotem w różnych konfiguracjach.

Dekada pełna lekcji, które zmieniły mnie na dobre i sprawiły, że ciągle wzrastam. Dokładnie tego życzę i Tobie na tę nadchodzącą dekadę 2020.

Zadbajmy, aby każdy nowy rok, miesiąc i dzień był dokładnie taki, jakiego chcemy!

A jak to było dokładnie? Ano tak:

2010

Po studiach na UAM (Filologia Angielska) zamiast grzecznie zostać „panią nauczycielką” albo – przy dobrej organizacji czasu – przyzwoitą tłumaczką, zrobiłam pierwszy krok ku dziecięcemu marzeniu i rozpoczęłam studia na Politechnice na kierunku Architektura i Urbanistyka. Po kilku latach studiów i pracy (tak, wiem, że trzy pierwsze lata to imprezowanie… tfu! Integrowanie, ale ten etap zaliczyłam już na filologii i bardziej bawiło mnie bieganie z CV-kami po lokalnych biurach architektonicznych oraz pisanie artykułów naukowych o konstrukcjach drewnianych), dzięki zwycięskiej Ogólnopolskiej Olimpiadzie Języka Angielskiego dla studentów uczelni technicznych miałam „fory” podczas aplikacji o możliwość udziału w programie studenckiej wymiany międzynarodowej, więc wybrałam…

Nie! Wcale nie słoneczną Hiszpanię ani nie Skandynawię, którą zawsze chciałam zwiedzić…

Wybrałam Berlin. Z przyziemnego powodu: byłam już mężatką i nie wyobrażałam sobie związku „na odległość”. Nasze młode weekendowe małżeństwo dotowane z niemieckich proszków do prania, które Jacek przywoził co niedziela i sprzedawał wśród znajomych z korpo, przeszło poważną próbę.

Ta nasza małżeńska historia w ogóle jest niezłym materiałem na osobną opowieść, ale to może kiedyś. Na razie zdradzę Ci tylko wspomnienie przenoszenia przez próg wspólnego pokoju w akademiku. 😛

Studia w Berlinie (Architektura na Technishe Universität Berlin) dały mocno w kość, ale i „otworzyły” głowę raz na zawsze. Rok 2010 zakończyłam śmigająco. Dosłownie – na desce snowboardowej, która była naszym „mocnym” zakończeniem epoki rozłąki, tęsknoty i ogromnej pracy w imię „lepszej przyszłości”.

Z łezką rozczulenia wspominam wypad z mężem i naszą ekipą do francuskiego Valmeinier, huczny Sylwester w Warszawie i powolne dochodzenie do siebie po maratonie szaleństwa noworocznego.

Później zaczęła się już „orka” pracy nad dyplomem i dłuuugie dupogodziny klikania, na zmianę z konsultacjami u najlepszej promotorki na świecie – prof. dr hab. Teresy Bardzińskiej Bonenberg (każdy, kto miał okazję uczyć się u tej WIELKIEJ PEDAGOG, podeprze moją totalną fascynację, szacunek i wdzięczność za to, że tacy mentorzy jeszcze znajdują czas dla zwykłych studentów).

Jacek cisnął w pracy, ja na uczelni, więc byliśmy nie lada kuriozum w akademiku budzącym się do życia około 23.00 (taki protip: dyplom pisany/projektowany/klikany z akademika = nie zaginaj rzeczywistości i nie próbuj spać od 21.00, bo mąż wstaje do pracy o 5.30 i marzycie o wspólnym śniadaniu; lepiej sprawdzi się system: drzemka po obiedzie – klikanie do 2.00 – sen – klikanie od 6.00 do obiadu – i tak w kółko. Aaaaa! No i przy okazji: czasem załapiesz się na browara lub cytrynówkę, kiedy już naprawdę potrzebujesz przerwy od akapitów o rewitalizacji historycznego domu w górnołużyckiej konstrukcji przysłupowej).

2011

W czerwcu 2011 roku, chwilę po obronie dyplomu mgr inż. arch. (jako pierwsza z kilku osób na roku, bo reszta przełożyła to na wrzesień), zostaję absolwentką NOBLA!!! Co prawda studenckiego (kategoria Sztuka), a nie tego głównego, ale i tak pękłam z dumy! Jako świeżo upieczona absolwentka architektury (Politechnika Poznańska i Technishe Universität Berlin) zamiast „odcinać kupony” od tego, na co pracowałam przez 5 lat studiów (nie licząc tych poprzednich – Filologii Angielskiej na UAM), wyemigrowałam do Warszafffki. Mąż – projektant drogowy, tak jak i cała populacja „drogowców” w Polsce, ruszył budować i nadzorować budowę autostrad na Euro 2012. Od razu trafiłam do kameralnego biura architektonicznego „na rozbiegu”. Moja słabość do tradycji i historycznej architektury (dyplom z rewitalizacji unikalnej przysłupowej konstrukcji drewnianej) zadecydowała o fakcie dołączenia do mocno progresywnego biura. Nie kryję, że najlepiej wspominam ten właśnie początkowy okres rozwoju firmy Rysyarchitekci.pl. Niewielki (jeszcze wtedy) zespół, masa zapału i idealizmu projektowego, siedziba na poddaszu społecznej czytelni dla dzieciaków, kociak, który łagodził firmowe obyczaje – to zdecydowanie moje klimaty.

ArchiCAT Czesiek łagodził obyczaje w firmie

Nawet udało mi się go raz złapać w trakcie „współpracy”

Nawet nie zorientowałam się, kiedy kolejne miesiące ciągu pracy mijały niepostrzeżenie. Odhaczałam kolejne wspólne projekty do portfolio i intensywnie uczyłam się prowadzenia własnej firmy architektonicznej (Rafał, dziękuję! – to był bardzo cenny okres nauki i praktyki; to u Ciebie pierwszy raz zobaczyłam nowy leadership w praktyce – bez zadęcia, zbędnego dystansu i tworzenia sztucznych barier. Skrzętnie notowałam to, jak prowadzisz zespół, jak „spotkanka”, „rysuny” i „kurczaczki” zmiękczają tę naszą branżową nowomowę i wlewają pozytywną energię do zespołu). Kiedy teraz spoglądam na te projekty, które najmocniej utkwiły mi w pamięci wspólnego projektowania (bliźniacze dworce w Strykowie i Głownie, detale historyczne dla dworca w Przemyślu, Muzeum Rybołówstwa w Niechorzu) widzę, że nawet nieświadomie ciągle oscylowałam wokół tradycyjnych form, rodzimej ciesiołki, rzeźby, doszukiwania się echa historii we współczesności.

To był czas życia pracą – dla mnie i Jacka (tak, już wtedy dawno byliśmy małżeństwem, ale to akurat „prehistoria” sprzed ostatniej dekady). Czas zarywania nocy dla dedlajnów i oddawania życia za korpo. No dobra, może u mnie to nie było korpo, ale ślęczenie po nocach i nadgodzinki były na porządku dziennym, nie licząc korków i weekendów na regenerację w dresie, bo chęci najmniejszych nie było na żadną aktywność. Wbrew pozorom kochałam to tempo.

No niestety – ta grafika to chyba najlepsza ilustracja roku 2011.

Oboje jednak czuliśmy, że warszawskie tempo to nie warunki dla nas. Zwłaszcza że powoli kiełkowała w nas potrzeba zapuszczenia korzeni. Dosyć już mieliśmy wynajmowanych mieszkań, jadania na mieście, weekendów „na szybko” i długich kilometrów do kogokolwiek bliskiego. Nawet kosztowne wakacje letnie i snowboardowe urlopy nie rekompensowały nam tego poczucia, że nie w taki sposób chcemy przeżywać naszą codzienność.

Krótkie wypady w ciepłe kraje i na deskę już nie starczały, żeby regenerować siły do pracy w tym tempie, więc postanowiliśmy na dobre opuścić Warszawę.

Z tradycyjnym rodzinno-snowboardowo-sylwestrowym przytupem rozpoczęliśmy 2012 rok.

2012

No i wróciliśmy. Ukochany Poznań powitaliśmy kredytem mieszkaniowym na resztę życia, odświeżaniem zaniedbanych znajomości i totalnym slow tego miasta (no dobra, może najwolniejsze to ono nie jest, ale tempo Warszafffki jest nie do przebicia). Mąż wrócił pod bezpieczne skrzydła poprzedniej firmy, a ja… no cóż…

Nowy look na nowe miasto. Miałam wrażenie, że zawojuję poznański rynek, ale pisany mi był zupełnie inny scenariusz…

W Warszawie zdążyłam przywyknąć do stawek, które satysfakcjonowały, do podejścia do ludzi, gdzie ceniono za doświadczenie, a nie koneksje. W Poznaniu zderzyłam się ze ścianą śmiesznych płac (może miałam po prostu pecha?), poznałam smutne historie kolegów i koleżanek ze studiów. Niedowierzając, wybrałam się nawet na kilka rozmów o pracę. No i pełna rozczarowania i niezgody na bycie traktowaną w podobny sposób założyłam własną działalność.

Pani Przedsiębiorczyni przez duże P – dreszczyk emocji, nowe ciuchy, nowa fryzura, nowy look na miasto i (wmawiałam sobie) byłam GOTOWA. Uśmiecham się pod nosem, kiedy patrzę na tę fotkę. Jak wiele jeszcze wtedy trudnych lekcji przedsiębiorczości było przede mną! Ale też, ile przygód!

Z perspektywy czasu ta brutalna lekcja od poznańskiego rynku architektury jawi się mi jak największy motywator do wyjścia ze strefy komfortu! Z powodzeniem mogę przyznać, że to wtedy narodziłam się jako przedsiębiorca. Skorzystałam z dotacji, żeby kupić licencję na specjalistyczne oprogramowanie (w dzisiejszych czasach to już nie są tak kosmiczne kwoty, ale wtedy brak konkurencji pozwalał na sprzedawanie legalnego software’u do projektowania i wizualizacji za jakieś nieogarnialne kwoty) i ruszyłam dumnie jako Architektura Agnieszka Gaczkowska. Paradoksalnie, mieszkając w Poznaniu, realizowałam głównie projekty spoza tego miasta. Ba! Nawet spoza województwa! Kujawsko-pomorskie stało się moim „terytorium”. Nawet główna siedziba firmy do dzisiaj funkcjonuje właśnie tam.

2013

Eldorado bycia własnym szefem, sprytne kooperacje projektowo-wykonawcze (mąż – „branżysta” – drogowiec oraz duża ekipa znajomych z okresu studiów plus wykonawcy doglądani przez mojego osobistego tatę, który w międzyczasie przebranżowił się na budowlankę, bo tak spodobały mu się nowe technologie; tata całe życie naprawiał sprzęty RTV-VIDEO, ale kiedy jego zawód praktycznie wymarł, tylnymi drzwiami zaawansowanych instalacji ledowych wszedł do świetnych zespołów wykonawców budowalnych) i – nie czarujmy – imponujące finanse ładowały moje baterie. Warto wspomnieć też o dzikiej frajdzie na poziomie personalnym: od niskich uczuć triumfu, kiedy koledzy z roku chałturzyli albo za psie pieniądze, albo za „materiał do portfolio” (czyt. za darmochę! – klasyczny sposób na wyzysk żółtodziobów przez właścicieli biur w naszej branży) i to ja mogłam im uczciwie zapłacić za pomoc w projekcie, poprzez typowo kobiece rozbijanie szklanego sufitu (nic nie zastąpi satysfakcji, kiedy wszyscy panowie na budowie proszą o rozwiązanie problemu, najlepiej na rysunku lub schemaciku, który wszyscy odczytają, a Ty wiesz, co robić!), aż po czysto rodzinne: „Zobaczcie! A nie mówiłam, że się uda!?”. Po filologii raczej zachęcano mnie do pójścia do „normalnej pracy” zamiast myślenia o kolejnych, wymarzonych studiach architektonicznych. Nigdy nie zapomnę dziadkom wsparcia duchowego i pożyczki na pierwszy, najcięższy rok na Polibudzie.

To był rok przełomów. Również prywatnie. To wtedy pojawiła się nasza pierwsza córka.

Och, jaką byłam modną mamą. Od rasowych kiecek ciążowych po najbardziej wypasione biustonosze do karmienia, najmodniejsze śpioszki i wszystkie insta-baby-must-have. Idealny target branży dziecięcej i parentingowej. A co najważniejsze, godziłam rolę mamy i przedsiębiorczyni! Akurat kończyłam dużą realizację (adaptacja dawnej cukrowni na powierzchnie biurowe dla firmy transportowej) i co prawda zdarzało mi się biegać po budowie z zachustowaną Lenką, ale najczęściej po prostu „ratowałam” rysunkami rozwiązań „na już”. No bajka, prawda? Taka biznesmama na high-life.

Czułam zmęczenie, czułam niedospanie, czułam, że za dużo, za szybko i wszystko na raz. Ale nie przyznawałam tego przed sobą, a – broń Boże! – przed światem. Nawet w ciąży na pełnych obrotach, zawodowo i prywatnie.

Nawet w zaawansowanej ciąży nie odpuszczałam pracy czy też spotkań ze znajomymi. Ba, nawet wybrałam się na koncert ukochanej Alicii Keys! Nie było opcji, żeby uronić choćby odrobinę wrażeń, jakie były w zasięgu naszego czasu.

Idealny wizerunek wszechogarniającej mamy, który pewnie dobijał moje koleżanki z dzieciobasenów, dzieciosensoryki, dzieciomuzyki i co tam jeszcze aktualnie było modne, nie mógł przecież mieć ani jednej rysy!

Tak! Snowboard w austriackich Alpach też zaliczyliśmy z kilkumiesięczną Lenką „pod pachą”. No bo przecież jak? Zwolnić?!? Odpuścić!?!? NIGDY!

2014

Duma rodziców, duma męża, niedościgniony wzór koleżanek, które wpadały po porady „jak się ogarnąć” i na kawkę do mojego wypucowanego domku (oczywiście, na tej płaszczyźnie też nie mogłabym odpuścić! No jak?!). Oj, jaka byłam mądra, pomocna, uczynna w dzieleniu się patentami na to, jak klikać projekty, kiedy dzidzia książkową drzemkę zalicza. Oj, jak łatwo było mi oceniać mamy, które marząc o chwili dla siebie, pakowały dzieci do żłobka, żeby choć w pracy odetchnąć od pieluch. Oj, jaka byłam głupio-mądra!

Ale byłam też obsesyjnie spełniona jako mama. Wielka rewolucja w głowie dopiero się zaczynała. Coraz częściej trafiałam na bardziej doświadczone mamy przedsiębiorczynie, które powoli, stopniowo, cierpliwie pokazywały mi, jak mocno mój punkt widzenia jest ograniczony. Niczyja wina. Tak mnie wychowano, w takim środowisku brodziłam całe życie, takie wartości zasysałam – jak gąbka.

No przecież z dzieckiem można dokładnie tak samo, jak bez!!!

Jeszcze wtedy wmawiałam sobie, ale powoli już coś we mnie pękało…

Lenka przejmowała uwagę na spotkaniach z bezdzietnymi znajomymi, którzy powoli się wykruszali.

Jestem ogromnie wdzięczna jednak za to odwieczne pragnienie „więcej”, za ten gen drążenia głębiej, który pewnie jakoś podświadomie dał odwagę do tego, by wskoczyć z ciepłego jeziorka pierwszej dzidzi w Bajkał drugiej… pod rząd.

Żeby nie było, że macierzyństwo zrobiło mi z mózgu budyń, równolegle pracowałam na pełnych obrotach (jeżeli jesteś na etacie, doceniaj każdą chwilę macierzyńskiego, bo na własnej działalności nie jest już tak kolorowo!). Teoretycznie zatrudniałam, bo w świetle prawa dla przedsiębiorczyń praca i opieka nad dziećmi się wykluczają. Nie wnikając bardziej w szczegóły – ciągłe drżenie przed fiskusem wpisane jest niestety pomiędzy dzieci i własny biznes. W praktyce wie­cznie martwiłam się, czy spotkanie z pracownikiem to już powód, dla którego łamię jakieś przepisy (bo pracuję niby), czy jeszcze wolno mi pochylić się nad koleżanką i pokazać, jak dany rysunek miałby wyglądać (bo teoretycznie, jak już coś jej tam poklikałam na monitorze, to ja wykonałam pracę). Nawet z głupim podpisem na fakturze pędziłam do zatrudnionej koleżanki, bo przecież mi nie wolno, bo mogę stracić status „osobistego sprawowania opieki nad dziećmi”. Na etacie możesz dorobić do bezpłatnego wychowawczego. Niestety „na swoim” nie jest to już takie proste. Raczej czeka Cię opłacanie pełnej składki ZUS albo kary za nielegalną pracę…

Eh… wtedy pierwszy raz trafiłam na tę poniższą grafikę. To ona uruchomiła całą lawinę przemyśleń na temat linii praca – macierzyństwo – życiowe wybory – priorytety. Zawsze miałam wszystko, na co pracowałam. Nagle zdałam sobie sprawę, że tak dłużej się nie da. Czas nauczyć się wybierać.

Grafika znaleziona w czeluściach Internetu mocno dała mi do myślenia…

2015

No i jak się domyślasz, wybrałam. Synek przyszedł na świat w maju, a ja na dobre pożegnałam się z tempem biznesmama na rzecz slow mummy.

Synek, który w wieku 7 miesięcy potrafił już wyjść z kojca (dla niedzieciatych: to takie pseudo łóżeczko, do którego wkładasz dziecko jak do bezpiecznej klatki z masą zabawek, żeby nie zrobiło sobie krzywdy, kiedy oddajesz się hedonistycznym pięciominutowym oddechom od ciągłego posiadania oczu w du@# i na przykład idziesz na dłuższe posiedzenie do toalety), dał mi – delikatnie mówiąc – w kość. Zwłaszcza że za punkt honoru przyjęłam fakt, że pierwszą placówką moich dzieci będzie przedszkole! Tak! Dobrze się domyślasz. Lenka (spragniona ciepła i uwagi) oraz Tomek (najruchliwsze dziecko jakie znam) = macierzyństwo level hard.

Teraz śmieję się z takich fotek, ale w dobie wiecznego niedosnu, niedoczasu, niedoodpoczynku, jakoś nie było mi do śmiechu.

Ale, jak to mówi moja babcia: „Nie ma tego złego”. He he 🙂

Z jednej strony to czas totalnego porzucenia pracy. Oddawałam klientów kolegom i koleżankom po fachu, ale sama odpuściłam totalnie. Nie muszę pewnie wspominać, jak odbiło się to na domowym budżecie na rzecz…

No właśnie.

To był ten moment!

Aby kreatywnie wypełnić godziny, kiedy byłam przyspawana do Tomkowych ust ssących, ruszyłam na poszukiwania dzieciorękodzieła. I tak się zaczęło. Kiedy zobaczyłam, jak bardzo ono ratuje skołatane nerwy Lenki (raczkujący brat coraz bardziej dawał się we znaki), sama ruszyłam w sentymentalną podróż po wspomnieniach rękodzielniczego dzieciństwa. Zaczęło się od szycia ubranek dla lalek, lepienia glinianych naczyń, malowania, wycinania, przyklejania i dłubania w najróżniejszych masach.

Kuchnia zamieniała się w pracownię malarstwa, rzeźby, filcu, tkania. Kreatywnej rozpuście nie było końca!

Kiedy w szale przedświątecznych przygotowań babcia (co roku spędzamy święta w rodzinnej miejscowości w rytmie odwiedzania rodziców, teściów, babć, ciotek i dalszej rodzinki) znalazła stare zapasy włóczki, drutów i szydełkowych gadżetów, przeniosłam się w świat wspomnień z podstawówki i ogólniaka. Moje pokolenie dziergało superdługie szale i wielkie nirvanaswetery, które nosiło się do martensów. I za cho@#$ nie pokażę Ci fotek z okresu, jak wtedy wyglądałam :P).

I to był ten magiczny moment!

Na nowo połknęłam bakcyla dziergania. A może babcia wiedziała, że mi to pomoże (dostawałam fioła w tej mojej złotej klatce perfekcyjnego macierzyństwa). W każdym razie rzuciła od niechcenia: „Zabieraj to do Poznania, bo sprzątam w szafach na święta i jak nie zabierzesz, to wyrzucam (no jakoś nie wierzę, że nowy kocyk z magicznej wełny, kupiony impulsywnie na jakimś durnym pokazie, miałby zająć honorowe miejsce w największej szafie).

Z świąt 2015 wróciłam już zainfekowana bakcylem dziergania. I ta kojąca infekcja przejęła kontrolę. Po raz pierwszy końcówka roku obyła się bez snowboardowego wypadu. I świat się nie zawalił!

„No dobra! To ja się pytam, gdzie są moje narty!? I Wasze deski!?”

2016

Dziergałam jak szalona! Pufki do dziecięcego, pledy do sypialni, koce do salonu, dywany, poduszki, osłonki na donice, serwetki na stole, maskotki dla dzieci. Wpadłam w cug!

Ilości włóczki, bawełnianego sznurka, wełny i akcesoriów do szydełkowania przerosły moje najśmielsze oczekiwania lokalowe i budżetowe.

Ze względu na mój zawód (i ciągłą potrzebę dokupienia nowych włóczek – więc i debet na koncie) zaczęłam realizować małe projekty pokoików dziecięcych. Przyznam się bez bicia, że tak aranżowałam wnętrza, że jakoś magicznie zawsze znajdowały się tam co najmniej ze dwie poduchy, dywan i pufki mojego szydełkowego wykonania. W ten sposób monetyzowałam moje skille – i te architektoniczne, i te szydełkowe. A że trafiłam na moment mody na handmade we wnętrzach (mam wrażenie, że ta fala ciągle wzbiera, rotują tylko aktualnie trendujące techniki), znowu poczułam się jak przedsiębiorca!

Równolegle do mini projektów ruszyłam z regularnymi warsztatami szydełkowania. Koleżanki po architektonicznym fachu wpadały odpocząć od ekranów przy niespiesznym slow dziergania i domowego ciasta. Powoli w moim domu zaczęły gościć koleżanki koleżanek, potem koleżanki koleżanek koleżanek. Ja czerpałam pełnymi garściami z tego „zewnętrznego” świata i rozmów – tak słodko innych od tych na placu zabaw (dostawałam szału, kiedy znowu wjeżdżał temat bezglutenowego obiadu, nowych kurteczek czy najmodniejszych dzieciozajęć lub zaczynało się pouczanie, kiedy i co się powinno, trzeba albo jest zalecane).

Kilometry sznurków i włóczek, hektolitry kawy i przegadane dłuuugie godziny. Tak w skrócie można streścić start warsztatów OPLOTKI.

Tylko mężowi coraz mniej podobał się schemat pt. „Wracam po pracy w korpo, marzę o dresie i kolacji, a tu stado bab, herbatka z wkładką i gooooodziny plotkowania w salonie, podczas, gdy ja z dziećmi >>>ciii<<< w ich pokoiku”.

Czasem udawało mu się wyrwać z domu, ale zazwyczaj z dwójką łobuzów pod pachą. Nie dziwię się, że było mu ciężko… 😛

To on postawił sprawę jasno. Dyplomatycznie mówiąc, poprosił o przeniesienie tych sabatów poza domowe pielesze. I TAK NARODZIŁY SIĘ O-PLOTKI!

Dzięki wydarzeniom na Facebooku nasze szydełkowe narady nabrały tempa. Na prędko sklecony fanpage (bo wydarzenia prywatne były niewidoczne dla nieznajomych) trzeba było nazwać – więc PLOTKI PRZY OPLATANIU dały OPLOTKI. I tak zaczął się nowy rozdział w moim życiu.

Poszukiwanie warsztatowych inspiracji dla OPLOTKI oczywiście przenikało się z domową codziennością.

W okolicach listopada/grudnia dojrzałam do tego, aby warsztaty były płatne. Wyobraź sobie chmarę totalnie obcych osób, która oczekuje od Ciebie, że będziesz uczyć szydełkowych gwiazdek zamiast spędzać czas z mężem, którego nie widziałaś cały dzień.

Ciągły niedoczas wspólnych chwil w gronie całej rodziny zrekompensowały nam święta. Powoli zaczynaliśmy tęsknić za snowboardową tradycją i nieśmiale kiełkowały w nas pomysły na zarażenie dzieci miłością do białego szaleństwa.

2017

Jak się domyślasz, to w 2017 roku skrystalizował się w mojej głowie pomysł na szydełkowy biznes. Przetestowałam, sprawdziłam, wiedziałam, że nie może się nie udać. Potrzebowałam tylko (a raczej aż!) konkretnych umiejętności. Totalnie nowa branża. Totalnie nowy charakter usług. Totalny stereotyp, że to niedochodowe hobby dla mamusiek, a nie sposób na zarabianie na chleb, i to niesamowite przeczucie, że to JEST TO! Kilka miesięcy bezskutecznie szukałam mentorów biznesowych, którzy pomogliby mi w internetowym marketingu, strategii biznesowej i ogólnym „postawieniu” tego modelu biznesowego na nogi. Oszczędzę Ci historii rozczarowań, zainwestowanych pieniędzy, których ubywało w zastraszającym tempie. Poradzę tylko na bazie bolesnych doświadczeń: wybieraj mentorów, którzy dokonali tego, co Ty planujesz. A jeżeli planujesz uczyć się biznesu – to z pewnością nie u tych, których jedyny biznes to uczenie biznesu…

Ucz się od praktyków!

Jak pewnie już wiesz z jednego z poprzednich wpisów, gdzieś w okolicach 2016-2017 narodziły się OPLOTKI, ale tak naprawdę rozwój marki liczę od momentu, kiedy zaczęłam współpracę z moją mentorką biznesową SIGRUN.

We wrześniu 2017 dołączyłam do programu online MBA (SOMBA), aby uczyć się marketingu internetowego i metod na sprzedawanie moich rękodzielniczo-architektonicznych usług, ale tak naprawdę znalazłam o wieeele więcej!

Po 3 miesiącach z powodzeniem sprzedałam swój pierwszy kurs online (szydełkowy, który do dziś jest w ofercie OPLOTKI w ciągle ulepszanej formie) i ruszyłam na podbój poznańskich spotkań networkingowych jako prelegentka inspirująca do przedsiębiorczości kobiecej wbrew schematowi mama = praca albo dzieci.

Stałam się znowu biznesmamą. Oj, nie kryję, że brakowało mi tej przedsiębiorczości.  Brakowało.

Do dziś mi to zostało i przyjmuję każde zaproszenie na event, na którym mogę poopowiadać o tym modelu biznesu online, który – moim zdaniem – daje ogromne możliwości właśnie obciążonym czasowo (nie tylko macierzyństwem) kobietom.

Wspólne wypady rodzinne przeplatałam wyjściami biznesowymi i nagle ponura codzienność na nowo nabierała rumieńców.

W końcu dałam sobie pozwolenie na nieogarnianie wszystkiego. Przestałam zrzędzić i odpuściłam trochę hodowanie dzieci na genialnych pływaków, muzyków, superkreatywne istoty myślące. Nauczyłam się doceniać to, że nie wszystkiego te nasze dzieciaki muszą uczyć się od mamy. Mają przecież fajnego tatę.

Jackowa fascynacja triathlonem udzieliła się synkowi.

No zgadnijcie, dlaczego synek pływał w piance przez całe chorwackie wakacje? #jakitatustakisyn

2018

Był rokiem wielkich przełomów dla OPLOTKI.

Poza produktami rękodzielniczymi, kursami rękodzieła online (do dzisiaj znajdziesz je w naszym sklepie) oraz warsztatami realizowanymi stacjonarnie do oferty wprowadziłam… siebie!

Po licznych zapytaniach typu „jak Ty to robisz, że Ci się udaje utrzymywać z rękodzieła?”, postanowiłam w końcu zacząć dzielić się wiedzą i doświadczeniem zdobywanym zarówno w programie SOMBA (więcej ogólnej wiedzy biznesowej), jak i w praktyce (bardziej kosztowna metoda prób i błędów, wdrażania rozwiązań i pomysłów, które często były trafione, ale też czasem wymagały wiele czasu i uwagi, a okazywały się nietrafione). Na podstawie tej mikstury wiedzy teoretycznej z zakresu szeroko pojętego biznesu online oraz doświadczeń w branży handmade powstały programy dla rękodzielników:

Akademia Rękodzielnika oraz bezpłatna grupa wsparcia OPLOTKI AND FRIENDS – JAK ZARABIAĆ NA RĘKODZIELE, a ja z powodzeniem realizuję szkolenia stacjonarne dla rękodzielników. Najczęściej są one organizowane dla grup zainteresowanych konkretnym zagadnieniem (np. jak promować rękodzieło na Pinterest, jak założyć sklep internetowy z rękodziełem itp.) lub realizowane na zlecenie zewnętrznych podmiotów (np. na zlecenie Miasta Poznania dla uczestników ZAUŁEKRZEMIOSŁA ).

W 2018 roku przekonałam się również, że dla rękodzieła nie ma granic i jest to zaledwie furtka do realizowania większych projektów z głębszym przesłaniem. Takie wydarzenia jak np. Międzynarodowy Festiwal Kultury Dziecięcej w Pacanowie uświadomiły zarówno mi, jak i koleżankom z zespołu, że ta praca daje niesamowitą możliwość poznawania nowych miejsc i ludzi oraz „otwierania głowy” na nowe.

Omal przeoczyłam ważnego faktu! Na przełomie 2017/2018 zdałam sobie sprawę, że „wielkie rzeczy”, do których stopniowo nabierałam odwagi, nie zadzieją się same. Tym bardziej – nie zrealizuję ich w pojedynkę. Zaczęłam coraz bardziej świadomie pracować nad zbudowaniem zespołu osób, z którymi wspólnie będziemy realizować „misję” OPLOTEK. Znowu pod przewodnictwem mojej mentorki Sigrun (tutaj posłuchasz upublicznionej części mojego szkolenia) uczyłam się umiejętności potrzebnej do prowadzenia już nie tylko jednoosobowego biznesu, ale skillsetu potrzebnego do tworzenia całej organizacji.

Dokładnie 31 lipca oficjalnie wystartowało STOWARZYSZENIE OPLOTKI, lokal i pierwszy wielki wspólny projekt: Projekt Zajezdnia, a właściwie OPLOTKI POP-UP.

Kiedy zobaczyłam, jak potężne rzeczy OPLOTKI mogą robić w zgranej grupie kobiet, pozbyłam się wszystkich obaw. Zrozumiałam, że do takich rzeczy „jestem stworzona”! Z całą energią (i ogromną wdzięcznością za umiejętności zdobyte w programie) zostałam ambasadorką programu SOMBA (tu piszę więcej o programie Sigrun). Oficjalnie pomagam w tzw. onboardingu nowych uczestników. W praktyce – taki roczny intensywny program dla przedsiębiorców to trochę jak uniwersytet: ja pomagam w szybszym odnalezieniu odpowiednich materiałów w bibliotece, zadomowieniu się w tej międzynarodowej społeczności i przygotowaniu do „zajęć”, które często są bardzo intensywnymi sesjami z porcją wiedzy do wdrożenia w swoim biznesie od zaraz. Minimalizuję czas potrzebny na zorientowanie się, jak działa program, aby zmaksymalizować Twoje efekty.

2018 rok był bogaty w przełomy, inicjatywy, działania i wnioski, dlatego po więcej zapraszam Cię do szczegółowego podsumowania video poniżej.

2019

Wiem, opisałam mijający rok szczegółowo w poprzednim artykule – ale mimo wszystko powtórzę wniosek, który dzwoni mi w głowie najgłośniej.

Gdzieś usłyszałam takie zdanie: „Jesteś wypadkową pięciu osób, z którymi spędzasz najwięcej czasu”. Jakoś mocno zapadło mi w pamięć. To było dawno, ale właściwie dopiero w 2019 „na całego” postanowiłam wdrażać to w życie. Świadomie wybierałam wydarzenia, na które poświęcałam czas. Świadomie wybierałam towarzyszki spotkań przy kawie. Coraz bardziej świadomie wybierałam rodzinę ponad rozpraszacze. I to działa!!!

Porównuję się do siebie z wczoraj. I wiesz co? To porównanie wypada coraz bardziej korzystnie. W jakim sensie? A no takim, że widzę, jak się zmieniam i powolutku staję się tą osobą, która mi imponowała jeszcze rok, dwa lata temu.

 

Sigrun live, Forbes Women Meetup, Kongres Kobiet i inne spotkania silnych kobiet które imponują mi osiągnięciami. Mam wrażenie, że przez jakąś magiczną dyfuzję uczę się ich determinacji, skupienia na celu, nierozpraszania małymi sprawami (im bardziej jestem widoczna, tym hejt frustratów leje się szerszym strumieniem). Uczę się radzić sobie z trudnymi emocjami, poznaję specjalistki w dziedzinach, o których istnieniu jeszcze jakiś czas temu nie miałam pojęcia, i czerpię garściami z tego przebogactwa Życia przez duże „Ż”.

Wiem, że Twoje wzorce są prawdopodobnie zupełnie inne, ale sama idea dawania sobie szansy, otaczania się inspirującymi CIEBIE namacalnymi dowodami, że da się, działa jak żaden inny motywator – niezależnie na jakim polu. Kiedy przejmujemy inicjatywę, aktywne działania zastępują bierne marudzenie. Wszędzie tam następuje pozytywna zmiana! W jakiś sposób naginamy ten skostniały świat do swoich potrzeb i zmieniamy go dla siebie i innych na ciut lepszy, ciut bardziej „NASZ”.

Jeżeli nie podoba nam się rzeczywistość, w której funkcjonujemy, zmieniajmy ją same! Nikt tego za nas nie zrobi!

I tego Ci życzę na tę nadchodzącą dekadę!

Abyś świadomie wybierała tych kilkoro ludzi, z którymi spędzasz najwięcej czasu. Aby Cię napędzali, motywowali i sprawiali, że porównując się do siebie z wczoraj, poczujesz, że rośniesz.

Agnieszka Gaczkowska

www.oplotki.pl

PAST DECADE IN REVIEW

3 kids, 2 massive projects, and 1 big fat goal.  One marriage and multitude of lifelong friendships. Three cities that I tend to go back both in memories, but also phisically. Invisible line between Berlin-Poznań and Warsaw  that was crossed back and forth …enriched by Zurich, Copenhagen, French Alps and Coast of Croatia.

A decade filled with precious lessons, that shaped who I am.

I wish the next 2020 decade was as rich as the past one.

Ready to dive in?

Here we go…

2010

After graduating Linguistics ( English Filology to be exact) …instead of becoming a school teacher or a translator… I took a leap of faith and followed my childhood dream of becoming an architect. When my friends dilluted time into parties..I was already strategically sending CVs to architectural studios (The party time…I had all covered during English studies…). No wonder, I was quite experienced after graduating and quickly slided into professional work.

One thing from pre-2010 is also worth mentioning.

I got married during my studies…( I will spare You the story how Jacek was carrying me in a white dress to step the threshold of…no no—not our dream home…a dormitory room to be exact….heh…good old days without big fat loan to own our place) … and took part in students exchange (Just imagine my husband driving back and forth to Berlin to join me during Erasmus „integration”  and coming back to his everyday job routine here in Poznań)

Our marriage is definitely  material for yet another story…bot it goes way more back than just the past decade…

Anyhow…

I entered past decade as a married architect who loved to spend money on snowboaring trips and beach seasons around Europe rather than on living any house-car-kids stereotype.

Architectural studies in Berlin have opened my head to diversity. They were veeery hard, however tought me that there is nothing mind-changing like international community. It makes You question all the stereotypes Yoy take for granted and make You realize there is more to this world than just the tip of Your nose.

We topped the Year with traditional Christmas-Snowboarding-New Year’s party marathone ..

2011

Later on…there was only work, work, work…

Jacek has already been working full time in his road-design corpo, I was working on my Masters Diploma in Architecture…so You must imagine us living in a dormitory like two freaks…who did not party, but clicked away their time in constant work.

It did pay off!

When Jacek got promoted to Warsaw in June, I was the only one to defend my diploma ( ONLY ONE! All of my peer-students defended it in September)  and was able to start my career…following Jacek to Warsaw off course 🙂  He worked in his corpo, I was hired in dinamically growing architectural studio with a true leader who tought me lessons I implement till this day in my own team.

We called ourselves lucky…

We even had a CAT in our office back in Warsaw! We called him ArchiCAT ( as our design software – ArchiCAD) 

Once I have even menaged to catch the reality of our design work in Rysyarchitekci.ploffice…with our Archi CAT on the desk…

I lost track of time. Months of work were passing by like crazy. I added another projects to my portfolio and grasped all the skills I could develop in this office. Even when now I look at it from a perspective…I see I always tended to select those tasks that required going back to history of a building or I was picking up working on some historical details of interior design. Natural materials like wood, straw, hay, ground…were always the center of my interest. Now I know I was always drawn into handmade! Even back then when I was working on big cubatures! (Works from that period were: bliźniacze dworce w Strykowie i Głowniedetale historyczne dla dworca w PrzemyśluMuzeum Rybołówstwa w Niechorzu)

Jacek also lived the life of work. We met in the evenings…too tired to do anything but cuddling. We spent weekends either travelling to our family or sleeping in and watching soap-operas…we slowly were feeling stagnant…

I guess this graphics sums up our Year in a best way…

We both felt that the hectic pace of living in Warsaw is nothing we can settle for. We said enough to being far away from our family, friends and people who shared our love for snowboarding and travel.

Short trips and „dropping by” to Poznań was not enough for us, so we left Warsaw for good.

With a traditional Family Christmas-Snowboarding craze- PArty New Year’s Eve …we stepped into 2012.

2012

Our beloved Poznań …we have welcomed with lifelong loan to buy dream flat. We quickly got back into visiting friends, weekends with family, and work.

Yup…not exactly…

My husband got back to his old workplace…like nothing happened…

however…I …

I was at this unemployable „time for kids” age … Sad …but true…

New city, new look…I thought I will get back to my old job…but there was a totally different scenario waiting there for me…

In Warsaw, I got used to satisfactionary payments, hard work.

In Poznań I got depressed after not finding job that could satisfy me in terms of professional growth and payment. I listened to my friends’ horror-work-stories…how they did not get paid or have been treated like sh@# …and I felt only one thing.

DISAGREEMENT

…without further ado…I set up my own studio. As it has quickly turned out that was a turning point not only in my career, but also in private life.

Enterpreneur with capital „E”. New hair, new clothes…new look. I was ready to RULE THE WORLD!

I did not Yet know that there are so many hardcore lessons ahead. I smile to myself when i look at the above photo – this was the moment I felt I can move mountains – and thank godness I had this mindset – It has helped a lot to take on those adventurous ups and downs of owning a business. Funny enough – all my clients came from outside Poznań, so I basically divided my time between sitting by the desk, travelling by car and meeting clients.

2013

Golden times of being my own boss, smart cooperations, great clients – I felt „On top of the world”. I could finally prove myself that following my intuition leads to success. As You may expect…the cozy, comfortable professional position…has led me to some personal longings…

2013 was a Year of breakthrough…our first child – Lena was born.

OMG, what a fancy „mamma” was I! It all started with top pregnant-clothes, and lasted throughout the whole Baby-Lena instagram gadget-mania. I was a perfect target for parenting businesses. And what is more important I played a double role == super MUM…and a super ENTERPRENEUR. I used to run around a building site – both pregnant and with little Lena by my side…I wanted to prove to the whole world „I got this”…Business-mamma giving her best everywhere…

I felt a bit tired…but assumed it will pass. I would NEVER….not in a million YEARS…admit it to the world…

Yes! Light athletics live with my husband, AliciaKeys’ concert?! – Yes OF COURSE…she’ll probably come to Poznań next time in few years’ time… so i can not skip this concert! …

I even went snowboarding when early pregnant! Crazy me! Never dropping a thing…

2014

I felt as if I were the perfect embodiment of my parents’ dream ( successful profesionally, yet having kids), every husbands’ dream (earning enough to care for my whims plus doing all the home-kids logistics…making sure I find energy to care for HIM) and my friends unreachable perfect friend (always ready to invite for a cup of coffee in a squeaky clean house, where they could drop their kids for an hour or five to have them play with fancy toys while we enjoy gossip by perfectly creamed soya latte)… Oh how eager was I to give „good advice” to every woman…how stupid-smart was I!

How un-perfect other women must have been feeling around me… sad, but true…I understand it only now…

But I was all driven by obsessive happiness. I was sooo fulfilled as a mum…I knew…I want more children. I have always been dreaming about this „big, happy family” I felt very strongly…I can make it happen by giving my 150%.

I did have it all.

When I got pregnant with second child…I  realized I can no longer keep up with the pace i did put on myself. I was working hard – both at work and at home…and I felt more and more tired…After nearly falling asleep while driving a car ( with my little Lena on the back seat and Tomek already in my pregnant belly driving back from a whole day at the building site – taking a glimpse at my project fo r a client 400 km away from Poznań) I got a clear wake-up call.

I understood I need to learn the hard lesson. The CHOOSING lesson.

So You probably imagine…after seeing the below graphics…what was my conscious choice…

This graphics popped out in some random google search…back in 2014 …and it transformed my way of thinking about enterpreneurship…

2015

As You may expect…I chose family. My little son was born in may and with his arrival to the world I said goodbye to work. Of-course I did not quit my company, however I delegated everything in my own company to fellow architects and I must admit, that even now I only rarely attend to meetings with clients. That was a definitive goodbye to my architectural career for the sake of totally new path…the mummy path.

Tomek (my second child) turned out to be a busy-baby who gave me a hard-core version of motherhood.

However now I am thankful for the hard-time he was giving to my ideal-motherhood. This was the time I re-discovered handmade…as it could re-connect me with kids ( And buy me some quiet time while they were busy painting, playing with scissors)

My kitchen has been transformed into handmade workshop…

When my grandmother foud all her old knitting and crochet accessories she used for teaching me those oldschool skills when I was little, she said right away ” Do You want that? I will not be using it anymore?”.  „Off course!!!” I replied and took it altogether with soft Yarns to Poznań. Now I feel she did that on purpose, as she always claimed knitting is a therapeutic activity for homestead mums… Anyway…I understood what she ment!

I sank for good. Crocheing saved my sanity at home. While listening to favourite podcasts…I was changing kilometres of wool and cotton into home-design. So for 2015 Christmas I got an intro to my lifestyle-business Idea…from my granny…

Ok! Where is my mummy? Is she crocheting again?!

2016

I knitted like crazy. I re-decorated all rooms in our apartament. Crochet plaids, knitted blankets, woolen carpets and cotton poufs. I had it all! I feel I was chanelling this creative architect-energy I could not give expression at work …and I was changing it into handmade interior design.

Dziergałam jak szalona! Pufki do dziecięcego, pledy do sypialni, koce do salonu, dywany, poduszki, osłonki na donice, serwetki na stole, maskotki dla dzieci. Wpadłam w cug!

When my friends ( stuck in their job, in front of computers for half of the day) visited me…they not only bought those products…( So I was even more happy to create new ones in various shapes and sizes) …they discovered I can teach them, how to make them!

A whole new decade of knitting parties started at my house. It all began with my friends visiting me in the evenings to meet for this mindful handmade gossip-time. After a while – they were bringing their friends to join us. And soon…these friends…were taing friends of their friends…Ad suttenly I found myself organizing 3-4 crochet parties a week with total strangers.

You can imagine my husband, after 10 hours of his corpo-job…shhhsing our kids in nursery room while we did our handmade meetups …

And actually – one day he was the one to say ENOUGH! He suggested we take those meetups outside – to some cafeterias or caffees.

I took crochet workshops outside…and Jacek took up baby-sitting role…

I must admit that thanks to jacek OPLOTKI was born.

As I needed to set up a Facebook business page in order to use „events”  I came up with the name. It is a play on Polish words for gossip (plotki) and handmade (oplatanie). Thus I started with OPLOTKI profile…and soon I realized this is a business idea…as the popularity of workshops grew stronger, especially before Christmas.

Constant lack of time together ( When Jacek came back from work, I was gone crocheting) we compensated during family Christmas. However I knew I need a different model for this business in order not to go back to trading time for money…that would put me right into where I dropped architecture.

2017

As You probably sence – it was a Year, where I acively searched for a different model. I knew I need to change something, but I did not know what. I felt this work is a perfect combination of architecture and craft. I knew this is my dream job. However I still did not know how to make it earn enough to pay the bills and give me enough time to be a homestead mum.

I was experimenting with business lessons, free webinars and even paid programs… however they all left me with more questions than answers.

If I can sum it up with one piece of adice…I would say – never trust a teacher who is teaching You something he did not achieve…

Fortunately I came accross my business mentor – Sigrun and joined her online MBA  – SOMBA. 

After 3 months I was proficient at using online tools and sold my first online crochet course. 

I have opened my mind to all the possibilities this online business may bring…and jumped into new excitement.

My successes brought the smile back… and a new energy for being a mum

My online successes started to be visible so I was more and more often invited to events where I could share my story…

My successes allowed us to go back to our traelling…as finally our home budget looked a bit better. 

I finally dropped being everything to everybody. As I got more and more passionate about building OPLOTKI, I gradually allowed Jacek take over the kids’ more than I ever let him. His passion for sporths infected kids with healthy habits and I was feeling more and more loaded-off this constant responsibility.

Bike repair rituals became „their thing” …I could be only happy about this …

Guess why my son likes to swim in a daddy-like costume in 30 degrees heat… Yup You got it right…Jacek was doing his thriatlon trainings during Croatia retreat and kids saw him in such an outfit on the beach … 

2018

It was a Year of big breakthroughs.

Apart from handmade online courses and online butique with handmade products…I introduced MYSELF to the offer!

After getting numerous questions like „How do You build Your handmade business?” I started sharing my skills with other handmade artists. I crated free FB group OPLOTKI AND FRIENDS – JAK ZARABIAĆ NA RĘKODZIELE, and intensive online group coaching programs. My ONLINE ACADEMIA FOR HANDMADE ARTISTS and 1-1 coachings got me inspired. With every client I grow confident, that I help Polish craftsmen take their skills online and build steady handmade businesses.

In 2018 I also realized that there is way more to this handmade business than just teaching crafting skills. I started to treat it as a tool to unite people from different age groups, different genders and with extreamally different points of view. Somehow this passion for manual work unites them, at least during workshops.

OPLOTKI also became a gateway to many mind-opening projects that We were invited to.

One of such projects – International Festival for Children’s Culture in Pacanów…where team OPLOTKI was invited to conduct a series of crochet workshops. 

WE! Yes!

I nearly skipped most important thing from 2018. I realized OPLOTKI has a bigger mission than just teaching handmade skills. I also realized I can not make it on my own. After one of coaching calls with my mentor – Sigrun (You find it here)  I started actively growing my team.

On 31st July 2018 an association OPLOTKI came to life!

Together, as a team we realized many new projects topped byOPLOTKI POP-UP(We rented 13 square meters to conducts numerous handmade workshops in the city centre of Poznań.) and Christmas Pop-UP HANDMADE FAIR.

2019

I know, I have described 2019 in detail in this article – but I will repeat one of main lessons from that time.

I have taken one sentence to my heart. „You are an average of 5 people You spend most time with” and I carefully selected people I surround myself with. I dropped toxic relations for  the sake of inspiring myself with like-minded enterpreneurs.

I feel I started to get closer to them not only phisically, but mindset-wise. I like this direction. I will definitely continue it in upcoming decade.

 

All the lie events I attended as a speaker proved to me that OPLOTKI is something more than just handmade. 

When I have found the below graphics somewhere online… I knew i am standing in the first row on the bottom picture…holding hands with other brave enterpreneurial women.

Be the change You want to see…

This is what I wish for You for this upcoming decade!

Agnieszka Gaczkowska

www.oplotki.pl

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

ILE KOSZTOWAŁ 2019?

Jak wiesz, wyznaję zasadę dzielenia się, aby pomnożyć. W myśl tej zasady namiętnie dzielę się wiedzą z zespołem koleżanek współtworzących stowarzyszenie OPLOTKI. TAK! Członkinie stowarzyszenia mają dostęp do mojej wiedzy za free – nie muszą płacić za indywidualne konsultacje lub programy online jak regularne klientki.

Działałam tak od początku. Po pewnym czasie jednak przyszło mi zapłacić rachunek za… naiwność. Liczyłam, że każda z nas będzie tak samo zapalona do idei inspirowania rękodzielniczej przedsiębiorczości kobiecej jak ja, a wiedza, energia i nowe projekty będą pączkować w nieskończoność.

– No, jak to! Przecież tyle z siebie (dla Was) daję! – myślałam. Wręcz wymagałam, aby każda z nas poświęcała na pracę nad ekosystemem wzrostu rękodzielników OPLOTKI minimum tyle czasu dziennie, co ja. Szybko uzmysłowiłam sobie, że to równia pochyła – albo do katastrofy naszej idei, albo co najmniej do utraty grona niezastąpionych przyjaciółek.

Dlatego bez zbędnego gadania rozdzieliłam „miękką” ideę od „twardego” biznesu

Już nie próbuję obarczać odpowiedzialnością za OPLOTKowy biznes nikogo innego poza sobą. Dorosłam i zaczęłam po prostu zatrudniać. Piszę o tym procesie więcej w dalszej części tekstu – tutaj jednak chciałam napomknąć o tym, jak mocno nauczyłam się komunikować potrzeby i wymagać tego samego od koleżanek ze stowarzyszeniowego zespołu. Postawiłam na „małe bóle” kosztem „wielkich domysłów”. Mam świadomość, że często ranię uczucia, sama też nieraz czuję się urażona, ale mam wrażenie, że te małe blizny budują nasze wzajemne zaufanie i rzucają snop światła w miejsca rozmytych granic. Kiedy szczytny projekt społeczny idzie jak po grudzie, bo nie ma środków na jego realizację, to nie ma również chęci dawania bezpłatnej pracy ze strony zespołu. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Lepiej wspólnie poszukać takiego modelu, w którym, jeżeli nie finanse, to inne „formy zapłaty” zmobilizują do kontynuacji działań i realizowania zamierzonych celów. Może zabrzmi to gruboskórnie, ale mam wrażenie, że zaczynam rozumieć, dlaczego tak szybko wypalają się wolontariusze, zwłaszcza pracujący przy pomocy metody arteterapii.

Koszty prowadzenia pełnej księgowości stowarzyszenia, abonament platformy sklepu, stałe koszty utrzymania narzędzi do komunikacji online, jak np. ZOOM (członkinie naszego stowarzyszenia rozsiane są po całej Polsce, a nawet Europie), system do wysyłki newsletterów do rosnącego grona fanów rękodzieła (jeżeli nie lubisz naszych wiadomości – śmiało, wypisz się z naszych list, zrobisz nam finansową przysługę :). Ale śmiało możesz się też zapisać :D) to tylko niektóre ze stałych, comiesięcznych opłat. Do tego dochodzą faktury za okazyjne usługi radców prawnych, doradców lub osób zajmujących się szkoleniami choćby z zakresu komunikacji w zespole, sprawnego teambuildingu czy storytellingu lub marketingu. Oburzonym aplikującym do stowarzyszenia, którzy tzw. „składkę członkowską” uznali za osobisty atak na ideę stowarzyszenia, nawet nie poświęcam już energii na tłumaczenie…

Jak wspomniałam: uczę się szanowania czasu, również swojego, bo tylko on do nas nie wraca.

Przede wszystkim czas

Długie godziny bardziej lub mniej konstruktywnych poszukiwań rozwiązań problemów, nowatorskich ofert, innowacyjnych projektów. Długie godziny wydzierane przez każdą z nas z deficytów rodzinnych przytulasów, płatnych zleceń lub bezcennych minut z książką czy też z robótką. To ten (bezcenny) czas okazuje się największym kosztem OPLOTEK. Inkubujemy coś niezwykłego. Czuję, że małe i duże przełomy pchają nas do przodu, ale wszystkie płacimy za nie wysoką cenę.

Sama kupiłam trochę czasu. Dosłownie! Od czasu, kiedy zaczęłam delegować zadania niezastąpionemu wirtualnemu office managerowi (jak mogłam tak długo funkcjonować bez wsparcia Karoliny z Pretty Well Done?!?!) oraz Natalii, zajmującej się projektami graficznymi dla OPLOTEK (polecam współpracę z nią z całego serca), nagle zyskałam oddech na nagrywanie odcinków podcastu z ciekawymi gośćmi (cały proces, który prowadzi do nagrania, to czasowa studnia bez dna) oraz tworzenie nowych (lub ulepszanie istniejących) programów wzrostu biznesowego dla rękodzielników. Zyskałam nawet namacalne godziny, które mogę przeznaczyć na pracę 1:1 z osobami, które potrzebują moich umiejętności, aby tworzyć swoje modele biznesowe i wdrażać je w życie krok po kroku.

Nauczyłam się cenić czas!

Wcześniej przeliczałam pieniądze, teraz liczę czas. Każdy program ułatwiający funkcjonowanie procesów w OPLOTKowym biznesie jest wart inwestycji. Bramki płatności, które oszczędzają czas potrzebny na przyjęcie opłaty za kurs, programy do fakturowania, które automatyzują proces wystawiania rachunku, małe aplikacje, które usprawniają komunikację między OPLOTKami a fanami, uczestniczkami warsztatów, członkami społeczności na różnych platformach: od Facebooka i Instagrama poprzez Pinteresta, YouTube’a aż po podcasty. Paradoksalnie każda z takich inwestycji pozwala zarabiać. Moja praca jest coraz bardziej wydajna. Świadczę usługi na coraz wyższym poziomie, bo w końcu mam wystarczająco dużo czasu na rozwijanie swoich najmocniejszych kompetencji, które bezpośrednio przekładają się na sukcesy moich klientek.

Piszę o tym, aby zachęcić Cię do wyjścia z wpajanego nam od podstawówki modelu „jestem słaba z matmy = idę na korki z matmy”. Zachęcam Cię do modelu „jestem słaba z matmy = olewam matmę (o, przepraszam = deleguję), ale maniakalnie doszkalam się z polskiego, bo czuję, że te moje wypracowania dobrze mi wychodzą i lubię je pisać”. Po ludzku: rób to, w czym czujesz się mocna, dobra, spełniona, bo świat tego potrzebuje. Szkoda czasu na „szarpanie się” z tym, co nie leży w Twoich kompetencjach. Gwarantuję Ci, wokół siebie znajdziesz osoby, które lubią robić to, co Tobie spędza sen z powiek!

Przy okazji odkryłam jeszcze jeden wymiar czasu

Narzuciłam sobie dosyć intensywny rytm pracy. Jakoś pominęłam w swoim planowaniu projektów na 2019 rok fakt, że planujemy powiększenie rodziny. Szczęśliwie nie czekaliśmy długo od momentu podjęcia tej decyzji. Wczesna wiosna przyniosła radosną nowinę, co w duuuużym stopniu zweryfikowało sposób mojej pracy. Paradoksalnie pomogło w delegowaniu zadań, ale również uzmysłowiło, jak trudno jest przedsiębiorczym kobietom, które kochają swoją pracę… zwolnić.

Tak wiele pracy i to poczucie, że świat (czyt. nasz mozolnie budowany biznes) się zawali, kiedy znikniemy na ten mały moment zwany ciążą, połogiem, urlopem (Ha, ha!!! Kto go tak nazwał?) macierzyńskim, wychowawczym…

Też doświadczyłam tego FOMO (i ciągle doświadczam), choć także świadomie zwolniłam. I wiesz co? Świat się nie zawalił bez kolejnego FB live’a w moim wydaniu (szczęśliwie są w zespole niezastąpione koleżanki, które np. dziergają online! ).

Plany, które były zapisane w kajeciku (ciągle jednak preferuję rękodzielniczy oldschool notowania ręcznie na pachnącym papierze), jakoś nie uciekły, pomimo tego, że są realizowane w wolniejszym tempie. A ja dbam o siebie, choć już nie tylko dlatego, że „muszę”, ale dlatego, że zaskakująco szybko odkryłam, że mniej pracy znaczy więcej. Więcej jakości, więcej refleksji, więcej świadomości „po co” i „dlaczego”.

Doceniłam też czas mojego męża. Oczekując od siebie nie wiadomo jakiej wydajności w godzeniu domu i pracy, wymagałam tego samego od niego. Kiedy odpuściłam kilka obowiązków (o tym piszę nieco dalej), przestałam stawiać poprzeczkę tak nieznośnie wysoko również i jemu.

W końcu doceniłam jego pracę – doradztwo wideo, ciągłe podrzucanie nowinek technicznych, które kreatywnie wykorzystuję w ulepszaniu OPLOTKowej jakości pracy, niespożytkowaną energię sportową (kiedy ostatnia rzecz, która przychodzi mi do głowy, to rodzinny spacer albo basen) i wiele malutkich rzeczy, za które w ciągłym biegu nie było (czy tylko tak siebie tłumaczę) czasu podziękować.

Przestałam naciskać, choć naszym ambitnym planem na 2019 było wspólne rozhulanie OPLOTKowego kanału na YouTube’ie (ja – mózg operacji, on – mistrz jakości wideo i montażu). Kłótni o kolejne niezrealizowane pomysły było co nie miara… Odpuściłam. Pogodziłam się z faktem, że woli mieć swój świat, swoją karierę i niekoniecznie musi wspierać OPLOTKI tylko dlatego, że przypadła mu w udziale rola mojego osobistego partnera. Uczę się cenić jego dystans, chłodną kalkulację i bezlitosną krytykę, szczególnie kiedy zapalam się do nowego projektu i płonę tym moim wielkim słomianym zapałem, pełna nieumiejętności mówienia „NIE” lub „odkładania na potem” kolejnych wizji ulepszania świata.

No bo nie można wydziergać jednej poduszki! Nie!!! Ja muszę od razu całe stado! I maskotkę „on top of it!”

W 2019 nauczyłam się upraszczać

Mniej programów, mniej warsztatów, mniej widoczności online, za to więcej pracy 1-1 z klientami i więcej spotkań z EKIPĄ OPLOTKI. Tak w kilku słowach można by streścić wnioski, które płynęły z żonglowania pomiędzy kilkunastoma grupami uczestników płatnych kursów, konsultacjami 1-1 online w nieregularnych godzinach (często wieczornych, po których padałam – dosłownie – bo byłam w pierwszych miesiącach ciąży, o której wtedy jeszcze nie widziałam) i odpowiadaniu na każdą „zaczepkę” ze strony sfrustrowanych zazdrośników. Tę lekcję odrobiłam już w okolicach kwietnia/maja, kiedy potwierdzona ciąża „uskrzydliła” mnie do zadbania o swój dobrostan.

Skołatane nerwy leczyłam nie tylko szydełkowaniem, ale i ogrodnictwem w wersji „urban jungle”. Nie pytaj, ile kwiatków przybyło w naszym domu. Ja już nie liczę. W każdym razie wizyty w poznańskiej Palmiarni wydają się jakoś dziwnie coraz bardziej „swojskie” :).

Kosztem ilości, postawiłam na jakość. Mocno podniosłam ceny moich indywidualnych konsultacji oraz uprościłam programy i kursy online, łącząc kilka mniejszych w jedną spójną całość. Paradoksalnie taka zmiana zaowocowała falą świadomych klientek. W końcu pracowałam z osobami zdeterminowanymi do podejmowania świadomych inwestycji w swój rozwój. Dzięki temu, że moje programy trwają dłużej i są intensywniejsze, przynoszą znacznie bardziej namacalne efekty dla ich uczestniczek, napędzając tym samym moje poczucie, że takie decyzje były nie tylko słuszne, ale i bardzo potrzebne.

No i zyskałam czas na rzeczy naprawdę ważne 😉

Uprościłam też przekaz

Nauczyłam się bez ogródek mówić dla kogo są moje usługi i produkty, ale jeszcze bardziej dopracowałam jasny komunikat dla kogo NIE SĄ!

Coraz bardziej świadomie odstraszam naiwne dusze, które wierzą, że stabilną działalność zarobkową w oparciu o rękodzieło można zbudować w tydzień, miesiąc czy kwartał. Świadomie burzę marzenia o „robieniu spektakularnego biznesu online” w „wolnych chwilach po pracy”. Coraz bardziej otwarcie mówię o swoich wyborach i kompromisach, bo po ludzku wkurzam się, kiedy widzę tę dwulicowość „onlajnów” – pięknych na pokaz i gnijących od środka.

Powiedzmy to sobie szczerze: biznes online to praca jak każda inna. Owszem, daje świetne możliwości skalowania (choć możesz wybrać kameralne programy, jak to jest u mnie) oraz nieograniczone wręcz możliwości finansowe, ale to wciąż PRACA. Ciągła nauka i potrzeba rozwoju, które idą w parze z rzetelnymi godzinami pracy, to nieodzowny element sukcesu.

Zbyt długo próbowałam wbić się w nierealne ideały, by serwować tę katorgę swoim klientkom. Z góry informuję o blaskach i cieniach działalności zarobkowej w oparciu o rękodzieło oraz o tym, że warto najpierw zapytać siebie, czego tak naprawdę we własnym biznesie szukam. Nie warto odkrywać tego dopiero po kilku latach pracy i frustracji.

Rękodzieło zawsze przychodziło na ratunek, kiedy potrzebny był reset, przemyślenie trudnej decyzji, czy po prostu odpoczynek psychiczny od tempa pracy.

Nauczyłam się też (to akurat była bolesna lekcja) nie zakładać z góry, że każda osoba, z którą dzielę się pomysłami i zapraszam do współpracy, ma dobre intencje. Chłodnej kalkulacji, spisywania umów, dbania o jasne wyznaczanie zasad współpracy nauczyłam się, niestety, poprzez kilka bolesnych lekcji, nieudanych projektów, rozczarowujących współpracy i poczucia bycia wykorzystanym. Ale bez użalania – to akurat wliczone w uroki bycia przedsiębiorcą 🙂 .

Zaufałam na dobre intuicji

Każdy nieudany projekt rozkładałam na czynniki pierwsze w myśl zasady: „Nie ma porażek, są lekcje”. Jednak najczęściej dochodziłam do jednego wniosku: TRZEBA BYŁO ZAUFAĆ IRRACJONALNYM PRZECZUCIOM. Kobieca intuicja, szósty zmysł, łamanie w kościach… Zwij, jak zechcesz, ale jeżeli mogę Ci udzielić rady na 2020 – takiej, której sama zbyt długo nie słuchałam – to ZAUFAJ SOBIE. Za każdym razem, kiedy coś poszło nie tak, miałam poczucie, że jakiś wewnętrzny głos mnie przed tym ostrzegał, a ja po prostu go nie posłuchałam.

Teraz uczę się w ten głos wsłuchiwać, zamiast go ignorować. Otaczam się ludźmi, z którymi o tych irracjonalnych przeczuciach i obawach mogę otwarcie porozmawiać. Nie oczekuję nawet ich rady. Sama możliwość nazwania, sprecyzowania, zwerbalizowania takich obaw najczęściej wystarcza do podjęcia decyzji.

Wygrałam moją małą wojnę o czas w domu

Pewnie pominęłabym ten wywód, uznając, że to moja prywatna sprawa, ale zainspirowana ostatnim SIGRUN LIVE postanowiłam się podzielić tą myślą.

Bo kiedy mężczyzna opowiada o tym, jak efektywnie wykorzystuje czas, aby rozwijać swój biznes, to jakoś zakładamy, że jeżeli jest ojcem, to jego partnerka ogarnia dom, a on w całości „upoważniony” oddaje się rozwijaniu biznesu. Wiem! Krzywdzący stereotyp, ale jeszcze ciągle bardzo popularny.

Natomiast ja sama dałam złapać się w pułapkę „wypada”, „trzeba” i „muszę”. Pozwoliłam się wbić w kaganiec powinności, który sprawiał, że doba kurczyła się w zastraszającym tempie, a biznes jakoś nie chciał rosnąć tak, jak powinien.

Mam dzieci. I męża. I biznes

I z czystym sumieniem na pytanie: „Jak ty to godzisz?”, odpowiadam moim: „Zatrudniam pomoc!”. DE-LE-GU-JĘ!

I, o ile nie zaskoczę Cię stwierdzeniem, że dzięki WOM (Karolina! Nie wiem, jak ja mogłam funkcjonować bez Twojej pomocy) i Niezastąpionej Projektantce Grafik (Dziękuję, Natalia! Czytasz mi w myślach i cierpliwie znosisz moje partolenie przepięknych wzorów, które produkujesz) oraz dzięki całej EKIPIE OPLOTKI (koniecznie sprawdźcie o kim mówię, bo nie sposób wyliczyć ich zasług dla budowania OPLOTKI), którą z resztą dobrze już znasz z naszych warsztatów stacjonarnych i online, jakoś daję radę ogarniać OPLOTKI, to zaskoczę Cię może faktem, że…

Najważniejsza pomoc, która umożliwia mi tak dynamiczny rozwój biznesu jest w domu!

Długo próbowałam udowadniać sobie i światu, że potrafię być super mamą, perfekcyjną panią domu i businesswoman gotową na okładkę Forbesa! I TO JEDNOCZEŚNIE!

Bajzel w tle? Nie zrobione „pazury”… Nie, to tylko wspomnienie po czasach, kiedy chciałam wszystkiego na raz i to SAMA! Teraz w nauce szydełkowania pomagają mi koleżanki z zespołu, a w wysyłce bezpłatnych schematów szydełkowych – programy do automatyzacji wysyłki maili.

I jakoś plany przeciekały przez palce.

Dopiero, kiedy zaczęłam z uporem maniaka zmieniać utarte szlaki funkcjonowania naszego domu, znalazłam miejsce na rozwój biznesowy

Zaczęłam dzielić się obowiązkami z mężem. I nie pytaj, jak długo uczyłam się zdzierżać ubieranie dzieci „nie po mojemu”, „nie pod kolor”, „jak nie moje” lub podłogę umytą nie tak, jak trzeba, albo okna z odbitymi paluchami całej rodzinki, uniemożliwiające przezierność. Jak trudno było nauczyć się puszczać mimo uszu kąśliwe uwagi moich i Jacka rodziców na temat tego, jak to się powinnam nauczyć tego i tamtego w domu, jaka to ze mnie była kiedyś „porządna” gospodyni… Ech…

Polubiłam nawet spaghetti w ciągach trzydniowych – w kombinacjach z długim makaronem, ryżem i świderkami. Mąż – zapalony maratończyk/triatlonista – lepiej znosi te kalorie. Ale przynajmniej dzieci pałają do niego miłością bezwarunkową za to wybawienie od warzywno-bezcukrowej-zdrowo-tortury wyrodnej matki z poprzeczką powyżej zdrowej swojskiej normalności pomidorówki i żurku.

Podzieliłam się odpowiedzialnością

Zaakceptowałam, że nie muszę być na każdym spacerze, basenie, wycieczce do parku czy wypadzie na plac zabaw. Zaakceptowałam nie-wegańskie, nie-bezglutenowe, nie-BIO-SRO-ORGANIC, tylko po to, aby znaleźć balans między pracą, domem i sobą.

Nie, nie jestem „za dobra, żeby sprzątać”, „za leniwa, żeby pucować podłogę” lub „za obrzydliwa, żeby myć toaletę” (ah, te oceniające metki, które same sobie naklejamy). Nie szkoda mi czasu na gotowanie (zwłaszcza wspólne) czy długie godziny dyskusji nad pizzą (ot, taka rozpusta czasami) lub drożdżówką (sam gluten, cukier i tłuszcz! O, biada!). Po prostu wiem, że mam poczucie najlepiej spożytkowanego czasu, dzieląc go pomiędzy rękodzielników, przyjaciół i rodzinę oraz osoby, przy których czuję, że wzrastam jako człowiek. Wszystko inne wolę odpuszczać.

A Ty?! Ile godzin tygodniowo pracujesz ZA DARMO?

Czuję, że dzięki takiemu patrzeniu na sprawy daję pracę koleżance, która akurat w tym momencie jej potrzebuje. Dziwne, że ode mnie oczekiwano (społeczeństwo, rodzice, teściowie, mąż, a może ja sama?), że będę wykonywać te wszystkie obowiązki domowe – pracę! – bezpłatnie, ale kiedy inna kobieta zostaje za to wynagradzana (jak za jakąkolwiek inna pracę) nagle staje się to tematem gorącej dyskusji. Ale jak to? Mamy płacić obcej kobiecie xxx (tu wstaw dowolną liczbę) stówy za to, że robi coś, co my możemy za darmo?!

Za drogo?!, Co tak tanio?! Za godzinę? Za konkretną pracę? Jak wycenić mycie okien…a prasowanie?! I tak dalej)

Oczywiście, że możemy – równouprawnienie wkracza „pod strzechy” – ale czy je stosujemy w praktyce i pochylamy się nad tą toną zadań wspólnie? A może Ty wydajesz rozkazy, mąż/dzieci karnie wykonują, ale ciężar odpowiedzialności i logistyki ciągle „wisi” na Tobie i wypala Cię na co dzień?

Czy może troszeczkę bardziej robisz Ty lub robię ja?

Czy może robi ON, ale to Ty dyrygujesz, zarządzasz i tkwisz w roli domowego logistyka (albo lepiej – jak to u mnie było – „wiecznie zrzędzącej baby”).

Jeżeli myślisz, że zatrudniając pomoc, możesz poczuć się jak „pani na włościach” lub właśnie obawa przed taką relacją Cię hamuje – uspokoję Cię! Sama – karmiona legendami dziwnych pań narzekających na ukraińskie gosposie, oskarżające je o kradzieże kostek masła z lodówki – wzdrygałam się na samą myśl, że miałabym być choćby w najdrobniejszym stopniu stać się do nich podobna. Odwlekałam decyzję w nieskończoność.

Takie bajki można włożyć między wiersze (oczywiście, pewnie zdarzają się wyjątki), ale wystarczy popytać i przeznaczyć uczciwą kwotę na wynagrodzenie dla takiej osoby, a nagle Twoim oczom ukażą się równe babki z praktycznym podejściem do życia, głową otwartą na elastyczne modele współpracy i ramionami gotowymi wspomóc dodatkową parą rąk.

Zaskoczy Cię, jak świetnie takie osoby zarządzają swoimi mikroprzedsiębiorstwami i zasobami czasowo-siłowymi! Uwierz mi, wiele możesz się nauczyć o przedsiębiorczości od takich kobiet!

Czy nie martwię się, że rozpuszczam dzieci?

2019 „wyleczył mnie” z obsesji bycia „idealną matką”.

NIE. Nie rozpuszczam moich dzieci tylko dlatego, że ktoś pomaga nam w domu.

Nie. Nie jestem wyrodną matką, bo przez 3 dni z rzędu jedzą pomidorówkę.

Nie. Nie popełniłam macierzyńskiego grzechu numer jeden, bo mąż zabrał dzieciaki na weekendową wycieczkę SAM, żebym mogła naładować akumulatory i po ludzku się za nimi stęsknić.

NIE, NIE, NIE.

A właściwie – TAK!

MAM prawo wychowywać moje dzieci po mojemu i słuchać nikogo innego poza nami (no, mąż ma tu też coś do gadania :P). I TY TEŻ MASZ TAKIE PRAWO! Twój biznes nie musi być POTEM!

TY, WY. Nie musicie być POTEM!

Nie mam innej odpowiedzi. Dzieciaki ogarniają swój pokój, pomagają przy podawaniu posiłków i ich sprzątaniu, pomagają szorować rowery czy samochód. Włączamy je świadomie w jakąkolwiek pracę, którą wykonujemy wspólnie. Wiem, że w niektórych domach dzieci robią więcej, w innych praktycznie nic, ale przestało mnie to interesować.

Nie mam poczucia, że moje dzieci przegapiły jakąś ważną lekcję samoobsługi domostwa, bo podczas ich pobytu w szkole/przedszkolu ktoś inny niż ja ogarnia kurze czy szybę w łazience. Jakoś ciężko byłoby mi (TERAZ) wmówić, że jako dorosłe istoty nie „rozkminią” instrukcji użytkowania zmywarki czy pralki (podglądając technologiczne nowinki – pewno niedługo będą do niej gadać, a ona sama się załaduje).

Poza tym – dzięki delegowaniu prac domowych ćwiczę tzw. „communication skills”

Polecam!  Za takie ćwiczenia (już pewnie się domyślasz) – płacisz coachom od teambuildingu solidne kwoty, tymczasem możesz się ich uczyć w praktyce na własnym DOMOWYM gruncie.

Nie lubisz gotować? Super! Deleguj to zadanie! „A co jeżeli nie będzie mi smakowało?”. Po prostu ustalisz, co jest OK! Nauczysz się przy okazji komunikować potrzeby swoje i swojej rodziny, a może nawet nauczysz swoją rodzinę komunikowania potrzeb nie „przez Ciebie”, ale indywidualnie? Z kulturą, z poszanowaniem czyjejś pracy (asertywne NVC się kłania, i to w praktyce!).

Zatrudniłam pomoc w domu (nawet nie wiesz Asiu, jak bardzo jestem Ci wdzięczna!).

I nie czuję, żebym poniosła tym jakąś porażkę na linii Matka – Pani domu – Żona – Kobieta.

A co najważniejsze, ta decyzja przełożyła się bezpośrednio na rozwój mojego biznesu, zwiększając moją skuteczność jak żadna inna!

Czas o tym głośno powiedzieć! Bo o ile zatrudnianie wirtualnego wsparcia to już trochę taki „lans” wśród mikroprzedsiębiorców, o tyle szukanie pomocy „w domu” to jeszcze (niestety) ciągle powód do wstydu dla przedsiębiorczych kobiet. Zmieńmy to! Mówmy o tym głośno. Nowa dekada nadchodzi i to MY odpowiadamy, jakie standardy zaczną obowiązywać nasze córki!

Dobra, powiało patosem. Już się uspokajam. Do rzeczy – w końcu tutaj o podsumowaniu 2019 być miało!

Jakie sukcesy zaskoczyły OPLOTKI w 2019

Dużo, jak na jeden rok. Ale nie doszłoby do tego, gdyby nie małe wewnętrzne zwycięstwa nad samą sobą! No to od nich zaczynam…

Pozbyłam się poczucia winy.

Już nie tłumaczę, dlaczego godzina mojej pracy kosztuje X, a program mentoringowy albo kurs online Y. Nie rozpaczam, kiedy hejt leje się strumieniami, bo przecież „w głowie się smarkuli poprzewracało” (swoje lata mam, ale facjata i mimika ciągle niepoważna :P). Grzecznie odpowiadam, że NIE, nie wierzę, że pomagając bezpłatnie, mogę zagwarantować Pani sukces biznesowy, i odsyłam na stronę z cennikiem uzależnionym od dostępu do mnie bezpośrednio 1-1. Wierzę, że działa zasada „siłki” – gdyby karnety rozdawano za darmo, prawdopodobnie nikt by na siłownię nie chodził! Trenerzy też nie byliby profesjonalistami. Energia pieniądza to tylko narzędzie: dla klienta – do podjęcia świadomej decyzji i wytrwania w postanowieniu/pracy, dla trenera/mentora/nauczyciela – narzędzie pozwalające na samorozwój i profesjonalizm.

Niestety, wiele rękodzielniczek interpretuje słowa: „Pomagam rękodzielnikom budować stabilne biznesy na fundamencie ich unikalnych rękodzielniczych umiejętności” jako: „Tak, doradzam za free, bo mąż utrzymuje całą nasza pięcioosobową rodzinę, a ja bawię się w panią businesswoman i zapraszam Cię do wspólnej zabawy”.

Nie! To praca.

Jeżeli ktoś sugeruje Ci (instafocie nie kłamią :P), że biznes rękodzielniczy to picie kawki na ręcznie dzierganym pledzie, z lapkiem niedbale rzuconym w kącie łóżka, żeby coś tam poklikać, i sprzedawanie haftowanych w stanie ZEN tamborków ustawiającym się w kolejce klientom to… Hmmm… Cóż, będę tą brutalną babą, która sprowadzi Cię do rzeczywistości. Tak. Tak może wyglądać Twój biznes, ale po okresie układania modelu prosperowania Twojej małej firmy, nauki delegowania i tworzenia modelu biznesowego, który po prostu działa. I chyba nie muszę tłumaczyć, że do tej idylli wiedzie ścieżka ogarniania wszystkiego samodzielnie (bo nie stać Cię na pomoc), „zarywania” wolnych chwil i szukania partnerów, z którymi będzie nam po drodze (okupiona rozczarowaniami równie często jak sukcesami). Ale to (wbrew obiegowej opinii) jest świetny pomysł na własny biznes. Unikalne umiejętności rękodzielnicze są i – w dobie, kiedy roboty będą już za nas robić absolutnie wszystko – będą coraz bardziej „w cenie”. Modele biznesowe mądrze dostosowane do indywidualnych potrzeb twórcy to coś, co w ostatnich latach stało się moim absolutnym „konikiem”.

To pieniądze na rachunki, kredyty, dziecięce baseny, inwestycje w rozwój własny i firmy. Ten biznes działa jak każdy inny i ciągle nie mogę się nadziwić, jak bez dyskusji płacimy np. za lekcje angielskiego. Dlaczego nikt nie wzdryga się, kiedy słyszy cenę za godzinę indywidualnych konsultacji, a raczej szuka cennika na stronie? No i raczej oczywiste jest, że w godzinę to ta Pani języka nie nauczy, „of kors”. Ale za to na wieść, że moje usługi (czy usługi koleżanek rękodzielniczek z zespołu), konsultacje 1-1 oraz kursy też mają cenę, następuje szok poznawczy. Jeszcze większy szok, kiedy uświadamiam, że godzina konsultacji to zaledwie ustalenie celów biznesowych, nakreślenie strategii działania itd. A jednak ZBUDOWANIE stabilnej działalności w oparciu o rękodzieło to już regularna praca! To samo z szydełkowaniem! Dlaczego ktokolwiek miałby się spodziewać, że od poziomu „jak ja mam to szydełko złapać?” do poziomu „dziergam te maskotki dla dzieciaków jak oszalała i jeszcze sprzedaję je sąsiadkom” prowadzi jedna godzina szydełkowych „korków”? Takich klientów nasz zespół odsyła do wielu godzin bezpłatnych treści na YouTube’ie (nasze też dodają swoją cegiełkę do tego morza kontentu) :).

No dobra, nie jesteśmy może jeszcze przyzwyczajeni do czerpania merytorycznej wiedzy z Internetu (czy rzeczywiście?). Lubimy tych speców z dyplomami na ścianie w nieskazitelnych biurach, no nie? Sama nabrałam się na tę „szopkę”, kiedy poszukiwałam zaufanego radcy prawnego… Długa historia.

Od kiedy sama uczę przez Internet, stałam się bardziej świadomym klientem korzystającym z dobrodziejstw technologii. I z całą energią pokazuję swoim klientkom, w jaki sposób tę technologię mogą zaprzęgać do pracy w swoich biznesach rękodzielniczych, dając tym samym przestrzeń na twórczy rozwój.

Dużo czasu i doświadczenia (i twardego dupska) potrzeba było, abym nauczyła się dostrzegać wartość w swojej pracy (co kuriozalne – inkasowanie za pracę jako architekt nie sprawiało mi problemów, bo mam na dowód swoich kompetencji stos dyplomów, takich do oprawienia i powieszenia na ścianie w wypucowanym biurze :P). Lata doświadczenia i świetnie działający ekosystem OPLOTKI to moje portfolio. „Papiery” powoli też się pojawiają (oj, jak te dyplomy uznania i certyfikaty za zasługi łechczą ego), choć nie zabiegam o nie tak bardzo, jak o „żywe wizytówki” prężnie działających biznesów moich klientek.

NIE, TO NIE!

Powoli uczę się mówić stanowcze NIE toksycznym relacjom, ludziom, którzy potrafią tylko brać, znajomym, którzy pojawiają się tylko w okolicy własnych potrzeb. Powoli, ale stanowczo stawiam granice i bronię ich jak lwica (w końcu zodiak zobowiązuje) oraz świadomie otaczam się inspirującymi ludźmi, którzy nie pozwalają iść na łatwiznę dzięki swoim niezłomnym kręgosłupom zasad i bliskich im wartości. Odpuszczam ludzi, którzy nie walczą o naszą relację i o wspólny CZAS. To luksusowe, deficytowe dobro naszych czasów stało się moim nieodzownym narzędziem weryfikacji z kim jestem w stanie budować, a z kim drogi splatają się tylko w przelocie.

JAKIE PORAŻKI LEKCJE DAŁ 2019

W styczniu odrobiłam lekcję z 2018 roku i rozpoczęłam rok od urlopu (szusowałam z mężem i dzieciakami w Alpach). Najmądrzejsze, co mogłam zrobić, bo tegoroczny prezent świąteczny – nasza trzecia dzidzia – skutecznie odłożyła kolejny wypad narciarsko-snowboardowy na 2020 :).

Dzięki naładowanym bateriom z wielkim zapasem energii rozpoczęłam tradycyjne programy wsparcia dla rękodzielników (np. Akademia Rękodzielnika). Energii wystarczyło również na akcje charytatywne: zaangażowanie w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy ( w tym roku też działamy!)  czy wsparcie dla Fundacji Tęczowy Kocyk (zachęcam Cię do pochylenia się nad misją tej grupy – wsparcie dla kobiet, które straciły swoje maleństwa, zanim te jeszcze miały szansę zobaczyć nasz świat; możesz z powodzeniem wesprzeć czasem lub rękodziełem). To wsparcie przerodziło się w regularne akcje, które wrosły w grafik przedstawicielek naszej społeczności. Gdyby nie społeczność OPLOTKI, te działania nie miałyby też takiej skali! Co ja tam sama mogę? Często kończy się na planach, a życie weryfikuje, czy pomóc się uda. W grupie jednak nie było odwrotu i pomoc nabierała większego, bardziej regularnego, uporządkowanego wymiaru.

Wiosna minęła na inspirujących wydarzeniach kobiecych. Wielkopolski Kongres Kobiet czy  Tydzień Silnych Kobiet uzmysłowił naszej OPLOTKowej społeczności, że to, co robimy, to już nie tylko rękodzieło. To również inspirowanie kobiecej przedsiębiorczości, wzmacnianie kobiet w pierwszych biznesowych krokach. Aby nie być gołosłowną, sama coraz częściej zaczęłam mówić o misji OPLOTKI poza światem rękodzielników. Moje prelekcje na Poznańskich Dniach Przedsiębiorczości czy poznańskim meetup’ie podcastowym (współorganizowany przez OPLOTKI PYRCASTER 2019  oscylowały wokół niszy rękodzielniczej, ale w kontekście niedocenianego potencjału tych kobiecych, w większości, mikroprzedsiębiorstw.

W marcu wystartowałam do wyborów!

Tym newsem jakoś niespecjalnie się dzieliłam. Jakoś nie potrafiłabym mieszać rękodzieła w swoje prywatne inicjatywy. Co prawda były to wybory lokalne, ale jako przewodnicząca Zarządu Rady Osiedla działam aktywnie i czuję, że łamię na każdym kroku utarte schematy funkcjonowania skostniałych mechanizmów na rzecz oddolnego wpływu mieszkańców na swoją najbliższą okolicę. Od tego czasu zupełnie inaczej patrzę na kobiety w „wielkiej polityce” i chylę czoła. LUDZIE! TA PRACA TO KOMPETENCJE, O KTÓRYCH NIE MIAŁAM POJĘCIA. Uczę się ich powoli. Selektywnie, bo do dyplomatycznych skilli na zadowalającym poziomie to ciągle bardzo mi daleko, ale już do skuteczności i motywowania sąsiadów do brania spraw w swoje ręce (czyli tzw. mądrze brzmiącej „partycypacji społecznej”) już mam jakiś naturalny dar :P.

Mam nieodparte wrażenie, że rękodzieło znowu odsłoniło swoje „inne” oblicze. Odkryłam je na nowo jako narzędzie konsultacji społecznej, wzbudzania dyskusji publicznej na ważne tematy (ważne i lokalnie, i globalnie!). Tym bardziej ochoczo zaangażowałam się też we współpracę w ramach projektów społecznych, gdzie oplotkowe rękodzieło mogło pojawić się w formie warsztatów ogólnodostępnych (dzięki finansowaniu zewnętrznemu warsztaty często mogły odbywać się w formie bezpłatnej dla uczestników) dla mieszanych grup – społecznych, wiekowych i kulturowych.

Dziel się, aby pomnożyć!

Od początku roku aktywnie dzieliłam się również źródłami swojej wiedzy, motywacji i środowiskiem osobistego wzrostu. Jako ambasadorka programu SOMBA (online MBA) cierpliwie pomagałam w onboardingu nowych osób w tym programie (Ha! Właśnie sobie zdałam sprawę, że „robię studia” biznesu online, za które nie oczekuję „papieru”!). Aktywnie informowałam o krótkich momentach, kiedy rekrutacja do programu była otwarta (w tym roku aż 3 razy – w styczniu, czerwcu i wrześniu. W 2020 prawdopodobnie będzie to możliwe tylko w styczniu – tutaj możesz zapisać się na listę osób, które mailowo informuję o szczegółach)

Tegoroczny urlop letni spędziłam z rodziną w Chorwacji, ale tym razem nietypowo. Przetestowałam w praktyce ideę WORKATION i polecam :). Cały dzień plażowania katował dzieci, które padały wykończone słońcem i wodą, i jednocześnie ładował moje baterie. Kiedy mój Jacek trenował intensywnie do kolejnego triatlonu, ja dłubałam sobie niespiesznie wakacyjny program wsparcia rękodzielniczych biznesów. To podczas urlopu powstał zarys kursu HANDMADE – Jak zamienić kosztowne HOBBY w dochodowy BIZNES. Z powodzeniem wprowadzałam również kolejne koleżanki do programu SOMBA. Dzięki temu kolejne polskie przedsiębiorczynie dołączyły do międzynarodowej społeczności przedsiębiorców online.

Dzięki czerwcowemu ładowaniu baterii wakacje były dużym krokiem do przodu. To wtedy testowałam pierwszą edycję kursu HANDMADE – HOBBY CZY BIZNES – ponad 600 osób (!) wzięło udział w bezpłatnej, pilotażowej edycji kursu. Dzięki ogromnej porcji wiedzy zwrotnej od uczestników, kurs został wzbogacony o dodatkowe elementy, został pozbawiony oczywistości, które zbędnie go obciążały oraz mocno zmienił formułę na model pracy własnej w dogodnym dla uczestników czasie. No i oczywiście duża porcja wiedzy teoretycznej została zamieniona na praktyczne ćwiczenia do wdrożenia „na już”.

Dzięki takim pracowitym, choć przyjemnym (dużo krótkich wyjazdów rodzinnych, kiedy tylko pogoda na to pozwoliła) wakacjom, jesień stanowiła najmocniejszy punkt pracy z rękodzielnikami. Inkubowane w programie HANDMADE HOBBY CZY BIZNES  oraz AKADEMII RĘKODZIELNIKA modele biznesów handmade wkraczają wzmocnione w przedświąteczny szał zakupowy w naszym OPLOTKOwym sklepie.

Autorki tych rękodzielniczych przedsięwzięć wkraczają w 2020 rok z jasną strategią działania w przyszłości i jestem przekonana, że szerokie wody przed nimi.

A co poza tym w 2019 roku w OPLOTKI?

  • Przeprowadziłyśmy ponad 20 konkursów na FB „KREATYWNA ŚRODA” (co tydzień aż do końca wakacji). Nie zapeszamy, ale może wrócimy do tego formatu w przyszłym roku :)). Dzięki nim na naszym profilu zaczęła funkcjonować aktywna wymiana informacji między twórcami, którą w dużym stopniu kontynuujemy w bezpłatnej grupie OPLOTKI AND FRIENDS JAK ZARABIAĆ NA RĘKODZIELE”.
  • W świat powędrowało ponad 50 odcinków podcastów… (posłuchasz tutaj, jeżeli jeszcze ich nie znasz. Nowy epizod co poniedziałek :))
  • … oraz ponad 50 wpisów blogowych.
  • Na OPLOTKowym YouTube’ie pojawiło się ponad 40 nowych wideo – relacji z wydarzeń, wideo-tutoriali dla fanów rękodzieła, wideo-lekcji wspierających twórców rękodzieła i innych.
  • Poznałyśmy maaaasę wspaniałych ludzi podczas warsztatów stacjonarnych i online. W momencie tworzenia tego materiału przeprowadziłyśmy już ponad 50 warsztatów!

A osobiście…

Przerobiłam kilometry włóczki na produkty handmade (w tym roku były to głównie kocyki i akcesoria dla nadchodzącego dzidziusia ), grzebałam w glinie, tworzyłam mydełka handmade z córką, filcowałam z synkiem, wycinałam, kolorowałam, kleiłam, rysowałam i z czystą przyjemnością warsztatowałam SIĘ.

Korzystałam pełną piersią z dobrodziejstwa ekosystemu OPLOTKI – nie tylko prowadziłam warsztaty, ale też uczęszczałam na najróżniejsze warsztaty jako zwykły „laik”. Chyba najbardziej utkwiła mi w pamięci wiklina, do której na pewno jeszcze kiedyś wrócę . Spędzałam czas z ludźmi napędzanymi pasją i marzeniami. Skutecznie unikałam tych napędzanych zazdrością i kompleksami. Świadomość, że jestem odpowiedzialna za swoje szczęście, ciągle dzwoniła z tyłu głowy i w tym roku nie dała się frustrować.

Przestałam pracować z osobami, które chcą szybkich sukcesów bez grama pracy. Powiedziałam NIE kilku klientom, którzy kierują się wartościami sprzecznymi z moimi (ależ jestem wdzięczna, że mam ten komfort finansowo-psychiczny). Nadal dzielę się bezpłatnie wiedzą w grupie OPLOTKI AND FRIENDS – JAK ZARABIAĆ NA RĘKODZIELE, ale również coraz bardziej stanowczo zapraszam do płatnych programów, dzięki którym mogę skupiać się na klientach w wymiarze, który przynosi dla nich gwarantowane sukcesy biznesowe.

Z wielką otwartością i ciekawością wkraczam w ten nowy rok 2020.

Jako mama (już trzeci raz!), kobieta, partnerka, ale również przedsiębiorczyni i sprawczyni całego tego OPLOTKowego zamieszania. Z pełną odpowiedzialnością zamierzam pokonywać kolejne swoje bariery, kompleksy, słabości, żeby ciągnąć za rękę każdego, kto czuje, że doba ma dla nas wszystkich bogactwo 24 godzin. Kwestia tylko tego, czy je bezpowrotnie stracimy, czy będą najcenniejszymi wspomnieniami na nadchodzące lata :). Wierzę, że rękodzieło to nasz wehikuł.

agnieszka@oplotki.pl

No censorship! 2019 in Review.

How much did 2019 cost?

I do follow a rule that says „If You wish to multiply…You just share”. And according to that rule I have given away a lot of precius expertize and experience. However, in 2019, I trained myself to invest this energy wisely. I did share, but mainly with team-members and OPLOTKI community. I forced myself to value my time and finally raised my prices. So I also shared my services, but gained more confidence via this Energy of cashflow. Funny enough – it resulted in more clients! The Energy of money became a boost for accoutablility for handmade artists I work with!

That is why I separated the charity from business with a thick line

I separated my own company from the association OPLOTKI. Despite the same name, they have different objectives. The company is business. It’s aim is to pay the bills, but also show handmade artists that my busiess coaching skills in terms of crafting businesses grow as I Invest practically majority of my revenue to grow those skills further on. The company handles online courses for handmade artists, offline and online handmade workshops , e-store and events. The association is charity. This is where, as a team of 12 handmade artists, we carry out charitable auctions, free handmade workshops for kids and local community. We also run an online handmade butique that sells hand-crafted goods.

In 2019 I stopped expecting members of the association to work as hard as I do in my business. I understood that my mission does not have to be a prority for everybody. Paradoxically, the less I pressed, the more work my friends wanted to put in and the more fun we (again) had from spreading the „Polish handmade is a tool for meeting others”  message. The more fun our free family meetups with handmade themes (again) became. This two-paced track keeps my company quickly growing and keeps me present at a slow but steady activity of the association. Now I know I can afford charity and this luxury boosts my charitable activities and keeps the motivation to work at a high level even on „rainy days”.

Time, above all

In 2019 I have finally learned to delegate. I still do not know, how I handled all those tasks before…but now a VA, a graphic designer, and also massive help at home…keeps me focused on really important things.

I can finally focus on recording podcast episodes while VA does the editing and publishing.I can write deeply personal blog posts, as I am finally free to think them through properly. I can –finally- devote even more time to work with my clients, as I am not overloaded with loundry, cleaning and other house-duties and logistics…that piles up with 3 kids ( including baby Sara born on 30th of December). I finally enjoy slow-paced bedtime reading and mindful workouts with kids. I take advantage of swimming pool with the whole family and finally find time for simple walks.

How precious time is

I used to count money. Now I count time. Whenever, wherever I can make processes smarter and save an hour or two – I invest. Piece of software that automates anything in the company, people who can show me a „better, faster way”, masterminds that help me generate smarter solutions how to improve quality of my services in time…those are now my main points of focus.

And WOW! – How they pay off! Every investment „buys” this precious resource = TIME, that used wisely generates more and more growth.

Time – another dimention

I love my job. I forget myself by the desk and oftentimes it is hunger or thirst that makes me stand up and see I have been clicking there a couple of hours in a row. When we decided to have 3rd child I was kind of thinking „You need to slow down” …but neither the information about pregnancy…nor classical pregnant-woman-pains could keep me away from work. Only last – ninth month, when I literally could not sit by the desk tought me to work even more effectively. It turned out, that lots of self-care…resulted in massive effectiveness at work. Ideas came like crazy, when my head had ample of sleep. Writing blog posts was pure inspiration, as the ideas had time to incubate, get talked through with mastermind friends and simply „grow in me”. I tought myself to exchange quantity for quality. Time did not span, but got another dimention. I would describe it as balance. I feel I have been working at 110% of my capacity before…now when I am at 90%…the work I do –  is still 100% or beyond. I wish You find Your optimum pace – it seems a constant hustle is overrated and an intuitive balance fuels us like nothing else. I think I forgot to mention I somehow also attracted like-minded clients – those clients You treasure for every moment of your work together.

Pregnancy proved to me something I felt even way before. Online business is like no other opportunity for mothers to find balance between being both – an enterpreneur AND a mum (at the same time!). My motto „children = motivation, not excuse” came to live like never before and empowered me in my message to the world. There is nothing a woman is allowed to „drop” on a child as a reason for not following her goals. I know I am more fortunate than many other women around the world in terms of their situation, resources, support…however, there are also some more fortunate, who give the guilt –burden on their kids for their own failures or for not even trying to persue their passions, goals. If I could build a sustainable online business on foundation of crochet skills (perceived in Poland as one of least profitable branches of business, or hooby, not business, as they call it) I believe there is no field a woman could not succeed in terms of successful online business.

Of course I asked for help ( SOMBA – online MBA by Sigrun gave me all the tools I needed) Of course I worked hard ( Yup – 2 years of hustle, even with every support of SOMBA) Of course I had worse moments ( When I knew bigger investment in coaching program will be hard to handle with an infant coming in December 2019), but I took the risk…and succeeded. There were failures, or rather strong lessons along the way…but guess what?! Those were most precious learnings that led to all the glorious moments of success! Worst case scenario – for anyone- is NOT EVEN TryING. Therefore I plan even more investments…. Even more boldly…with brevado I would never afford before.

The plans I write down in my oldschool notebook ( Yes, business online, yet handmade notebooks prevails 😛 ) are slowly coming to reality… I just needed to put the date on them…the rest was logistics. Instead of „I have to” I started using „I want” „I plan” I wish…And all the wording made a huge difference. Those dreams came true…those plans materialized and those distant desires became real. I use them now as foundation for thinking big and planning further. Way beyond my family, my business, my friends. If I imagine there are women out there that use their kids as an excuse to not even trying…I feel even more motivated to continue what I do.

And yes, I am being judged for „showing off” with my „perfect happy family” (believe me, we all have our worse days) thriving business ( If You only knew the whole long  journey that led me to this point) …but I train myself not to care. I know I have taken the full responsibility for my own happiness and I am more and more confident in passing tools to achieve it to other handmade artists building their online businesses.  I stopped putting this burden of „how to find a perfect solution” on my co-workers, business partners, friends from OPLOTKI association. I stopped expecting my husband to make our everyday …a shiny rainbow. I ceased to mold my kids into perfect mini-me’s and opened myself to their individuality instead. I focused on myself with work.

And You know what?

Everything seems to fall into place…without my constant overpresence…and me ?

I keep on growing…in happiness! I took responsibility for my own happiness and understood I need to change nobody but me in order to get that.

No, no! I can not crochet a toy rabbit! My rabbit needs to be XXL super-toy with a magical skill of being a piece of furniture  „on top of it!”

In 2019 I learned to simplify

There were less launches, less online programs ( 5 of them were put together as one) less online and offline workshops and waaay less visibility online. Instead I focused on more 1-1 contact with my clients and members of my team. The quantity was definitely transformed into quality. I know I will continue on that path in 2020.

Stress from work was healed by family life, and family struggles were diminished by business sucesses. This fragile balance seemed to keep my sanity in hectic pace of our daily reality.

Plus…I finally got to know my business from a clients’ perspective.

One of the activities of OPLOTKI is coordination of handmade workshops led by my clients (handmade artists from various fields whom I teach how to conduct such workshops) . Those are everything ranging from crochet, knitting, weaving, macrame, pottery, painting, drawing, creative zero-waste upcycle…Name it – we probably have it!

It was only in 2019 that I allowed myself to take part in those workshops as a regular client. I indulged myslef in evening pottery, took slow offline time to talk to total strangers, gained a real perspective, how those workshop-small-talks grow into friendships, mind-opening conversations,offline healing alternative to our constant scrolling.

I took my elder daughter (6) and son (4) with me, whenever I could — just to discover we share passion for oldschool manual „getting dirty hands” crafts. I re-entered their world with joy..after feeling I have already started to loose them to the world of friends, peers, newest kids’ craze in the playground, once they started kindergarden…

Ironically …I rejoined with my kids through my work! How rewarding is that!

I worked on messaging

I trained myself in communication. I mean – I always worked on presenting, what is my work all about. I talked about my lifelong passion for handmade crafts that led me to architecture only to get rediscovered during maternity leave and flourish into OPLOTKI brand. I talked a lot about how I have built successful online business based on crochet (no business coaching at the beginning!) skills. I teach now, step by step, how to follow my pattern and repeat my success with any handmade skill and scale it online…Though I still avoid using term „business coaching” when describing what I do for handmade artists.

However…this Year I trained myself in talking about what I AM NOT.

I am not charity organisation that helps women who are not willing to invest in themselves. I am not a person, who believes You need all the money in the world to even start thinking about Your own business. I do not believe You are ever allowed to blame anybody but You for Your lack of success.

I started being bold ( Thanks to my business menthor – Sigrun I ceased to fear judgemental opinions about my point of view) with what I believe in. Yes, It deterred people who do not agree…but it also gave me a whole lot of support of like-minded women, who became my best clients.

I boldly talk about ups and downs in my business. I will talk even more in 2020 about constant need for growth, about struggles of solo-preneur, about juggling between home and office MODE, when this is how You spend everyday. But mostly I will direct my messsaging to handmade artists…wrongly thinking online business is nothing but a passive income and dance on roses. It is worth being honest and admitting that online, like any other business takes guts and hard work to be successful.

Talking about guts

2019, like any other Year tought me to trust it! Every time I had this „gut feeling something is going to work out…it did. Each time, my mind told me „follow this path” despite some quiet voice from inside was warning me in some kind of way…It collapsed…

I cannot explain it in any rational way…but I do not need to. I just started to listen to that inner voice. And It seems it never fails to lead me in a good direction.

I started to consiously surround myslef with people who dare to follow their inner voice too and together find joy in the everyday. Many of those inspiring friends I know online, but there is nothing impossible once You find Your tribe…

This October we met in Zurich during Sigrun Live ( an event organized by Sigrun, as part of SOMBA)

I won my little war at home

I did not realize I live the „Polish mother stereotype” until I met other women from SOMBA. It was kind of obvious to me, that I am responsible for the „home realm” as Jacek and I decided to have kids. As his career did not even get a scratch…my company ( I owned architectural studio already back then) basically ceased to exist (after second child I stopped living … torn between absence at the office and absence at home…and chose to drop work totally). I lived the perfect stereotype allowing myself to drown in cooking, cleaning, and baby-classes logistics.

Despite the fact I joined SOMBA to develop my online business, as I thought It will allow me to „make some money on the side” while handling all the house-duties…I quickly found out constant lack of time fueled a total shift in my way of thinking. From frustrated perfect-mum-o-wife, I again became fully fledged enterpreneur…but this time…I negotiated house duties with my husband too. Paradoxically – my handmade business tought us how to became a real partners at home….

I have husband, kids …and business

We quickly discovered that there are tasks at home that we can delegate to allow ourselves some more TIME with each other or with kids. Paradoxically – the DELEGATING learning from my business has vastly helped at home. And I am not only talking about floors being finaly clean without another argument „whos’ turn was it” to wash them Saturday morning. I am talking about more and more conscious planning what our family everyday will look like.

Too long have I tried to prove everybody else (or myself actually) I can champion it all – business, role of a mum, a coscious enterpreneur, a wife, a lover, an inspiring woman, a daughter, a sister…I believed, I have to comply to all the social norms, stiff rules in order to achieve that.

How liberating was this awareness, that I do not HAVE TO agree with all of them…that I can actually discuss them and re-define them …now we make our family rules for ourselves.

Now I live by my rules.

Plus I can choose!

I chose working on my business over washing floor. I chose handmade workshops with kids over cooking 3-meal dinner every day. I chose hiring help over constant struggles with my husband. And I feel good…even with other mommies from my kids’ playground frown with disapproval and judge me „she is so lazy! She works from home and yet does nothing at home!”.

In my planning notebook for 2020 I already wrote „Find what else You can delegate at home to find time for weekly family Yoga classes” …  I also promised my kids some new dolls, as majority of them went out to become gift for their (or my) friends. Yup – I plan to do even more crocheting this year … business is business 😛

It is more Your or my fault?

We took different paths. Jacek with his corpo-career, me with all the enterpreneurial ups and downs. One blaming the other for not understanding the everyday stuggles. And THE KIDS! The catalyst for all the painpoints. It was hard to realize how we change as a couple. But it was no loger that hard, when I took full responsibility for my  part of the job, as he was taking hesponsibility for his. What I mean… with business growth I also shifted privately. From a woman needing strong arms to hold me when I am down…to a self-sufficient enterpreneur holding my his hand when he needs this kind of support. How blind was I assuming he „got this” every time I was lost. Or actually kind of expecting that from him. How much deeper the connection goes, when You no longer desperately need that other person, but You rather choose to be with him every day. 2019 was a year of constant shift in that direction. My enterpreneurial journey motivated him to grow. His cosy, standard position in his company was no longer enough….so he also stepped out of his comfort zone to change it. We both gained from that. This funny competition-cooperation professional-private balance between us gave some extra buzz to our life, giving new energy as a couple.

Ok, but what happened to OPLOTKI in 2019?

I could count out numbers, revenue, events etc, however, again, I will focus on more intangible growth and breaktrhoughs.

I got rid of funny guilt.

I no longer feel guilty, when I communicate my prices. I do explain, why my hourly rates is this… and the online course is that, however I no longer react to criticism. Self-confidence allows me to channel this energy to working with my clients instead. I have noticed that the energy of money serves best to those, who use it to keep themselves accountable to the goals they set for themselves. I am barely a facilitator in this process and the prices to my products serve more as a tool for my clients’ decision-making process.

No, handmade IS my WORK, not only HOBBY

If somebody suggests that working in handmade business looks like insta –reality ( lazy coffee on a hand-knitted blanket and laptop lazy clicked at in between sips) – I am telling YOU – IT IS A BIG FAT LIE. It can look like that maybe after a couple of years, when You learn the hard art of delegating, however…at the beginning it is WORK like any other. Anybody telling You it is pure dance on roses…obviously does not want to prepare You for the reality. Yes, I love this job. Yes, I get to knit or crochet and call my favourite hobby “work”. Yes, I meet wonderful, inspiring people and call it “business meetings”. However…there  are times, when it is hard, when sudden turns require cold-blooded business calculations and unexpected downfalls make me question if this is all worth it. It takes a lot of creativity and hard work to make this business grow and I believe that any entrepreneur shares this scenario. DO not get me wrong…I am not one of the “hustle, hustle” fans…however, I am also telling YOU – even handmade business means WORK.

Maybe that is the reason, why I get all emotional, when people perceive professional handmade brands as homestead-mummies’ hobby businesses. That is why I strongly push my clients to raise their prices and treasure their artistic work. That is why I pay so much attention to raising my clients’ awareness, that without proper business-planning there is no success.

I have also learned to quickly quit working with people who do not commit to their success. It is sad, but still true, that women look for excuses or “others” to blame for their lack of success. House duties, kids, spouse, lack of money to invest…those are top reasons they give for not taking necessary effort in order to start or continuously work on their businesses. Some time ago, I tried to convince them to change perspective at all costs…now I gently coach them…but quit working, when I see their mindset unables them to take responsibility for their success.

WHY?

Because there are so many determined women out there, that could use their hard situation as excuse…yet they take the effort to grow…that I somehow feel I channel my skills way better, when I facilitate their work instead. I strongly believe, that they come to use my services, when they are ready to work on their handmade businesses’ success.

And one last thing when it comes to handmade WORK. I have given myself permission to say NO. In 2019 I ( first time) said no to clients, that were willing to buy my services. No – it was not pride…It was this gut feeling, that I am not the best fit for them. I have trained myself to trust this gut feeling and not to take on too many clients. Consequently, as I needed to choose, I chose those that I felt are best fit. Call it selfish…I call it “strengthening my skills”. I trusted my gut feeling and it paid off- every single person I took onboard my signature programme made a progress in her handmade business. So I will continue this strategy. Saying NO to a client is a good thing for me, especially if I have any doubt that I will be able to guarantee their business growth. That is the reason I do not scale massively, but in exchange I get to carefully select whom I work with instead. The work becomes a pure blessing and clients’ successes charge my batteries constantly.

What were failures lessons in 2019

In January 2019 I still remembered the hustle from previous year 2018, so I started with 2 weeks in French Alpes with the whole family. That was a solid learning worth mentioning – Self-care in terms of full batteries for work is crucial. Thanks to such an entrance to 2019 … fully chanrged engines kept up with 2 signature programme launches, charitable events, firs speaking engagements, co-hosting of 2 podcasting conferences…and a pregnancy with 3rd baby.

In June I also experimented with the WORKATION format. And will definitely repeat it this year. The idea of a family holiday combined with working in the evenings…or at times, when kids are sound asleep appeals to my pace. I loved it so much this June in Croatia. When my husband was doing his thriatlon trainings, kids fell quickly asleep, all tired from the beach-adventures…I had my quiet time to work. Despite being 4th month pregnant, I found it very effective and inspiring to be able to take my work with me to holidays.

I did not expect I can recharge and do some work at the same time, yet it is possible and I will definitely repeat such WORKATION more often in 2020.

In march I won the election!

This is an information, I did not share in my social media. It was all quite new to me. As I am this type of „omnipresent mamma” – I get involved in many local issues. At school, at kindergarten , at local playground. Always active…never silent…especially when it comes to changing “old ways” in order to have our kids grow in more tolerant, eco-friendly everyday-reality.

Therefore…a natural way to influence our local community was to run in local elections and invite other like-minded mammas and daddies to join and influence our local community. At first – it was only to pave the way for other women and mums to get to our local board together ( it was nearly all male, all “elderly people” deciding what will the local city budget be spent at). I assumed, I will help other women get through hard beginning time of election and then drop off, when they get settled, however having a spectacularly high result in elections, having all young and full of energy fellow friends entering our local board…I decided to stay (as head of the board…off course … I somehow could not play second fiddle).

As I did not really plan for that, I found it fascinating, how many new skills there are to master. Diplomacy was certainly not my strong side and I feel there is a lot of work for me to do in that field, however local politics seems to be another arena, where I get to prove that uniting with other open-minded men AND WOMEN brings positive change.

Since elections, I also look at handmade workshops we do in OPLOTKI as a tool for social change. Now, when I am more aware of bottom-up movement that can change local politics, I value those handmade workshops even more. I am no longer scared to touch on delicate local politics or deeper topics during workshops – as long as participants have a safe space to discuss their painpoints. We treat our handmade workshops more and more as a safe space for discussion than ever before and discover new dimensions to handmade learning. It is so elevating to observe that love for handmade unites even those with different opinions on other issues…

Share to multiply!

Since the very beginning of 2019 I shared my sources. I kept it transparent that the source of my business growth lays in SOMBA. This online MBA by Sigrun gives me not only powerful tools, but also irreplacable community of like minded enterpreneurs supporting each other on daily basis. I openly communicated that and invited other enterpreneurs to join, as now i am an official Affiliate for the program and also a #sombamentor.

And how about numbers?

  • I published over 50 podcast episodes
  • I published over 50 blog posts
  • I published over 40 Youtube videos
  • Our team conducted over 50 handmade workshops (both online and offline)
  • I met dozens of inspiring people during events and conferences. Some of them I visited as a speaker, and 2 of them as a co-host.

And personally?

I changed some kilometers of yarn into crochet design, I participated in countless handmade workshops – both individually or with my friends or kids. I knitted, painted, sculpted, felted, created some handmade cosmetics and a wicker basket.

I basically called it “WORK”!

In total – I finally allowed myself to recharge my batteries by becoming my own client. I took part in workshops conducted by members of my team and saw, how it helped me to improve our services. I worked on my business using framework I regularly use when working with my clients – handmade brand owners.

I ceased working with people who do not treat handmade seriously and look for a side-money and shifted more into professionals who treat handmade as their regular income and everyday work.

And I became mum…for the third time…that pushed me to using my working time even more effectively.

I know we all have 24 hours, however I feel that in 2019 I trained myself to make the best use of every waking hour. That is also what I wish for You.

I believe we can make 2020 EPIC by wise decisions in our everyday work.

agnieszka@oplotki.pl

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

przeczytaj książkę

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

pled z wełny czesankowej

Jak zrobić koc z wełny czesankowej? Czy warto?

Pled z wełny czesankowej… Kiedy o nim myślę, hmm… Absolutnie nie chcę dyskutować o gustach! Podobają mi się grube sploty, sama nieustannie eksperymentuję z tym materiałem (czy wiesz, że wełny czesankowej używamy też podczas warsztatów filcowania?). A jednak jest jeden czynnik, który sprawia, że lubię te pledy jakby mniej.

Jak pewnie pamiętasz, niedawno zapraszałam też na warsztaty zaplatania wełny XXL, gdzie pokazywałam, jak taki pled zapleść samodzielnie. Uwierz mi, to nie jest trudne. Jedyną barierą, która często powstrzymuje przed eksperymentami, jest cena materiału. Dlaczego więc nie jestem zagorzałą fanką czesankowych pledów?! Przecież uwielbiam naturalne materiały (w końcu czesanka to nic innego, jak 100% wełna Merino) i własnoręczne sploty…

Niestety, koce z wełny czesankowej są bardzo trudne w utrzymaniu. Zwłaszcza jeżeli domowe przestrzenie współdzielisz z dziećmi lub zwierzakami… no dobra… z kimkolwiek, kto rzeczywiście tego pledu używa. Zacytuję tutaj koleżankę, bo trafniejszego podsumowania nie jestem w stanie wyartykułować:

To się mechaci od samego patrzenia!!!

I rzeczywiście coś w tym jest, bo pled z wełny czesankowej wygląda gładko i schludnie w kilka chwil po zaplataniu. Jednak jeżeli przykrywasz się nim, przekładasz, po prostu używasz, bardzo szybko traci urok. Pojawiają się zmechacenia, wyciągnięte kępki wełny, nierówności, które sprawiają, że niekoniecznie już tak chętnie eksponujesz go na instafotkach, a nawet masz ochotę użytkować dalej. Na domiar złego… czyszczenie tego materiału w pralce to prosta droga do ekspresowego zniszczenia. Natychmiastowe skurczenie zwane filcowaniem gwarantowane. Nie mówiąc o samej pralce.

Czy jest sposób na to, żeby pled z wełny czesankowej znów wyglądał jak nowy?

Owszem – możesz pled z wełny czesankowej rozplątać i zapleść ponownie, co pozwoli Ci choćby przez krótki czas znowu cieszyć się nieskazitelnym produktem.

koc w wełny czesankowej pled z wełny czesankowej koc z wełny czesankowej opinie

Ale, ale! Można decyzję o swoim naturalnym kocyku rozważyć i podjąć ją całkowicie świadomie.

Niekoniecznie musisz rezygnować ze stuprocentowej wełny. Pewnym kompromisem jest użycie nieco mniejszej średnicy włókna. Pled zapleciony ręcznie, przy użyciu szydełka lub drutów XXL, spełni swoją funkcję o niebo lepiej. Też będzie ulegał filcowaniu, ale proces będzie znacznie powolniejszy, co da Ci o wiele większą swobodę użytkowania.

Dodatkowo, jeżeli użyjesz wełny „SUPERWASH” (również 100% naturalna, ale w odpowiedni sposób przygotowana) – będziesz mieć możliwość prania takiego koca w pralce (oczywiście pamiętaj o delikatnym trybie). Poniżej fotki zza kulis powstawania mojego osobistego kocyka z wełny. Wybrałam co prawda taką, którą piorę delikatnie w letniej wodzie przy użyciu osobistych rąk (i przeklinam, że nie wybrałam jednak opcji SUPERWASH z „łatwizną” pralki), ale uwielbiam zapach naturalnej wełny i gotowa jestem na te poświęcenia (kolor też nieprzypadkowy… jednak ciemna szarość przy dwójce dzieci to minimalizacja prania).

co zamiast wełny czesankowej odpowiednik wełny czesankowej zamiennik wełny czesankowej

Pled nie tylko z wełny czesankowej…

Pamiętaj też, że nie jesteś „skazana” na wełnę, bo możesz zastosować zamiennik wełny czesankowej. Jeżeli naturalne, organiczne materiały to jedyne, co bierzesz pod uwagę, to świetnym rozwiązaniem może być bawełna. Sznurek produkowany w Polsce – o grubościach od 3 do nawet 9 mm daje nieograniczone możliwości.

co zamiast wełny czesankowej pledy z wełny czesankowej zamiennik wełny czesankowej

Beżowy pled, który widzisz na zdjęciu powyżej to jakieś 1200 metrów bawełnianego sznurka o grubości 5 mm zaplatanego przy pomocy szydełka o rozmiarze 9. A, no i  2 serie Netflixowego „House of Cards” (boski serial, nie zaczynaj, jak nie masz co najmniej wolnego weekendu – żeby nie było, że nie ostrzegałam). Wzór to najbardziej podstawowe sploty, dlatego praca nad nim nie wymagała skupienia i myśli swobodnie śledziły perypetie politycznych wyjadaczy.

Podobnie, jak w krótkim poradniku na temat bawełnianego dywanu, pamiętaj, że wielu polskich producentów sznurka daje Ci możliwość zakupu materiału w odpowiedniej długości. W standardowej ofercie znajdziesz sznurek w 50-, 100-, 200-metrowych motkach, ale przy tak dużym projekcie zawsze pojawiają się wtedy niewygodne momenty łączenia poszczególnych odcinków. Jeżeli planujesz pled w jednym kolorze, warto zapytać o możliwość zamówienia odpowiedniego odcinka w całości. Najczęściej takie dedykowane porcje sznura są pakowane w kartonik lub papierowy worek, w którym sznur ułożony jest w taki sposób, że wystarczy ciągnąć wystającą końcówkę, nie martwiąc się o żadne zaplątywanie w trakcie pracy. Takie kartoniki w całej palecie kolorystycznej, najlepiej obok mojej kanapy, w trakcie netflixowych maratonów śnią mi się po nocach. Często zamawiam sznurek właśnie w takiej postaci, nawet jeżeli planuję kilka mniejszych projektów przy użyciu tego samego koloru. Minimalizuję w ten sposób straty materiału.

Ile sznurka potrzeba na duży pled szydełkowy?

Ok – mały (haha! jak dla kogo!) pled to jakieś 1200 metrów sznurka. Poniżej możesz zobaczyć, co da się wyczarować przy użyciu 2000 m (tak! dwóch kilometrów) bawełnianego sznura. Oprócz regularnego spokoju ducha (magia zaklęta w powtarzalnych ruchach dłoni to taka trochę joga umysłu), pokaźnych bicepsów (początek to rozgrzeweczka, ale już dzierganie po przekroczeniu półmetka to niezły ciężar) i dużego kartonu pozostałego po zużyciu sznurka… pozostajesz z 100% bawełnianym pledem, który spokojnie wystarczy na okrycie 140- a nawet 180-centymetrowego łóżka. Jeżeli dysponujesz większym łożem – polecam okryć jego część, nie próbować dziergać dalej. Dlaczego? Bo pranie tego koca w pralce to jego główna zaleta, a empiryczne badania wskazują, że większy po prostu się nie zmieści. Możesz mi rzucić wyzwanie, jeżeli masz większą, niż standardową pralkę.

pled ze sznurka szydełkowa narzuta

Taki pled jest dosyć ciężki, ale w moim przypadku to jego główna zaleta. Niedbale ścielone łóżko pod ciężkim przykryciem nie zdradza zagięć i fałdek, które są dosyć widoczne pod  mięciutkim kocykiem.

Pled przeżył już dziecięce zabawy, wylane „piciu”, resztki ciastoliny przyklejone z synkowej pupy, kiedy przyszedł rano pochwalić się nowymi budowlami i wiele… wiele innych plam. Choć uwielbiam mój wełniany szary kocyk, to jednak bawełniany odpowiednik (choć jaśniejszy) sprawdza się na co dzień. Nie raz dzieciaki użyły go już jako piknikowego kocyka (u nas często takie pikniki na kuchennej posadzce).

Dołącz do naszej społeczności i zapisz się na mailing, gdzie będziesz dostawać bezpłatne informacje, szydełkowe schematy, video-tutoriale… i news-y z OPLOTKowego świata.

Szydełkowanie na prawdę nie jest trudne!

Przekonaj się o tym!

Spróbuj naszego

kursu szydełkowania ON-LINE!

Świetne dodatki wnętrzarskie, elementy garderoby, nawet zabawki – jesteś w stanie z powodzeniem zrobić samodzielnie zamiast kupować!

co zamiast czesankowego pledu

pled wełniany jak zrobić

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Jak zacząć prowadzić warsztaty rękodzieła…i się nie poddać…

Często słyszę, że jestem osobą pogodną, pozytywną i takim to łatwiej się wszystko udaje. Nic bardziej mylnego. Fakt, jakoś nie potrafię publicznie narzekać, bo sama nie znoszę wysłuchiwać biadolenia, ale już z tym wiecznym pasmem sukcesów echhh…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I tak było na początku z warsztatami. Patrząc na obecny, ciasny oplotkowy grafik i fakt, że czasem trzeba odmawiać zarezerwowania miejsca, bo najzwyczajniej w świecie  nie ma już wolnych, jakoś nadzwyczaj łatwo pozwala zapomnieć o bolesnych początkach.

Ale skoro ten tekst dedykowany jest niepowodzeniom, to w kontekście warsztatów zdecydowanie jest, co powspominać ☺

Trudne początki

Pierwszy warsztat poza domem pamiętam do dziś. Przeżywałam tydzień, organizowałam ze 3 dni, a gorycz porażki łykałam miesiąc…

Założyłam fanpage, zrobiłam wydarzenie i założonego dnia, o wyznaczonej godzinie stawiłam się w odpowiedniej lokalizacji. Jakież było moje rozczarowanie faktem, że nikt, absolutnie nikt nie przyszedł! Rozczarowana klikałam w sylwetki zainteresowanych. No przecież… jak to!? 12 zainteresowanych a nikt nie przyszedł?!

Ehhh

Teraz sama z siebie się śmieję!

Komplet 5 uczestników to statystycznie pojawia się w dobry dzień, kiedy mamy jakieś 12 deklaracji obecności i 4 tuziny zainteresowanych… no i co najmniej 6 opłaconych rezerwacji… ale i wtedy bywa, że jadę przez pół miasta dla 2 osób.

Ale jadę!

 

Nie poddałam się wtedy. Wyobraźcie, że z uporem maniaka wpisywałam coraz to nowe warsztaty do facebookowego grafika i dopiero 11-ty warsztat z rzędu (!) odbył się … i to w gronie aż (!) 3 żywych ludzi

Około 6-go warsztatu przestałam wracać ze spuszczoną głową do domu. Udawałam, że przez 3 godziny czekam na spóźnioną koleżankę, dziergając sobie w najlepsze (uwierzycie w to!) Teraz chyba bym się na to nie zdobyła. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Też planujesz prowadzić warsztaty rękodzieła?

Niezależnie od techniki jest wiele wspólnych wskazówek, jak „uprzyjemnić” sobie tą pracę i sprawić, aby goście warsztatów czuli się „dopieszczeni”.

Potrzebujesz wsparcia w tym obszarze, chcesz porozmawiać o tym, jak krok po kroku wyglądają warsztaty w OPLOTKI, od czego zacząć…

pisz: agnieszka@oplotki.pl

lub wskakuj do naszej grupy dla prowadzących na FB.

Do zobaczenia

Agnieszka Gaczkowska

 

 

 

 

 

AAA! Omal bym zapomniała!

Ps. Może Ci się przydać pomoc w kwestii wyceny takich warsztatów. Temat wyceny rękodzieła ( niezależnie, czy warsztatów, czy produktów fizycznych) … to temat rzeka…omówiłam go szczegółowo w 6-częściowej video-serii. Klikaj TUTAJ, jeżeli może Ci się przydać.

 

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Najbardziej bolą porażki których nie zawinisz.

Żeby nie było tak kolorowo postanowiłam zebrać w jednym miejscu wszystkie niepowodzenia, które tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że twardego dupska trzeba do przedsiębiorczości.

Starasz się, wypruwasz sobie flaki, masz uzasadnione poczucie ze zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy i … klapa. No i tak było z moim sklepem internetowym, choć może trudno w to teraz uwierzyć, ale był już nawet moment, że (gdyby nie roczny abonament wykupiony z góry) to po sklepie nie byłoby już śladu.

Trudne początki

Zaczęłam szukać jak wystawić swoje prace nie korzystając ze zbiorczych platform sprzedażowych. Podskórnie czułam, że tam z pewnością „zginę w tłumie”. Platformy zagraniczne odpadały, bo zakładałam że ciężkie dywany nie nadawały się choćby ze względu na koszty wysyłki. Objawieniem była dla mnie jedna z platform sprzedażowych. Tam mogłam założyć swój własny sklep. Dzięki 14-dniowemu okresowi próbnemu połknęłam haczyk.

Przez prawie 2 tygodnie przykuta do komputera uczyłam się obsługi sklepu. Z uporem maniaka studiowałam filmiki instruktarzowe by w końcu umieścić opisy i zdjęcia produktów w odpowiednich miejscach. Kiedy w końcu skonfigurowałam setki drobnostek podjęłam decyzje o wykupieniu abonamentu. Długo zajęło mi przekonanie siebie ze nie ma sensu na miesiąc, bo takie przedsięwzięcie potrzebuje co najmniej kilku miesięcy na rozwój. Roczny abonament wydawał się najsensowniejszy. Kwota netto oczywiście razy 12 miesięcy + 23% podatku, ręka zadrżała … ale mówią, że „do odważnych świat należy”.

Jeszcze trudniejszy start

Spodziewałam się fanfar, trąb anielskich, pasma sukcesów i kolejki zamówień. Zamiast tego czekała informacja, że bez polityki prywatności, regulaminu, wzoru formularza zwrotu, zdefiniowania form dostawy i bramek płatniczych, żadna transakcja się nie odbędzie. No dobra, zabrałam się za wszystkie zbędności i niezbędności, które umiałam ogarnąć samodzielnie.

Oszczędzę ci wyliczania szczegółowych kosztów, ale uwierz mi, że wszystko, co bezpłatne to się skończyło kiedy zapłaciłam abonament i pokazałam ze jednak chce sprzedawać przez Internet.

Tzw. „drobnica” zabrała mi prawie miesiąc z życia. Został jeszcze regulamin wraz z wszystkimi formularzami oraz polityka prywatności (nie stresuj się nie wyskoczę teraz z historią RODO, wole wspomnieć o takich detalach finansowych, jak ZUS, urząd skarbowy, czy czas potrzebny na twórcze rękodzieło).  Nie pytaj, jak wyglądało moje domostwo w tym czasie…powiedzieć „chaos” – to jak nic nie powiedzieć J

 

Zapał i dobre chęci wzięły górę.

No, gdybym może nie powiedziała A, to pewnie nigdy nie byłoby B (czyli dzisiejszej platformy Oplotki and Friends -sklepu, gdzie sprzedają zaprzyjaźnieni rękodzielnicy).

Nie pytajcie skąd wyczarowałam fundusze na prawną obsługę sklepu i ile czasu, uwagi i poszukiwania opcji na moją kieszeń mi to zajęło…Ale, jak powiadają…”Jeżeli jest chęć, znajdzie się sposób, jeżeli jej brak, znajdzie się powód”.

Skrócę opowieść…UDAŁO SIĘ!…obecnie radca pomaga ubrać w rzeczywistość nasze niekończące się pomysły.

No i pewnie tu powinien nastąpić happy end i krocie ze sprzedaży…

No ehm..nie do końca…

Sklep w końcu ruszył i był gotowy obsługiwać realne transakcje. Teoretycznie każdy mógł wejść, znaleźć piękny detal wnętrzarski dla siebie kupić lub ewentualnie skontaktować się w celu zmodyfikowania rozmiaru, czy koloru …. Teoretycznie…bo w praktyce nikt o tym moim wyśnionym sklepie nie miał pojęcia! No…miałam już działający fanpage, ale tam promowałam warsztaty …więc wiedziałam, że niekoniecznie są to osoby, które chcą kupować gotowe produkty, raczej na fanpage-u są te, które chcą je zrobić samodzielnie…

No i zaczęło się!

Jak to ja…na oparach entuzjazmu…ruszyłam na podbój szkoleń sprzedażowych…chyba nie było bezpłatnego instruktażu marketingowego, który uszedłby mojej uwadze…(no nie kryję, że nadszarpnięty budżet nie pozwalał na płatne szkolenia, a Poznań w szkolenia przebogaty).

Powoli (i tu żeby nie było wątpliwości…mówię raczej o miesiącach, nie tygodniach) zaczęłam rozumieć…o co w tym wszystkim chodzi…

I drgnęło!

Możesz sobie wyobrazić całą moją radochę, kiedy w końcu misterna machina ruszyła w grudniu 2016…

Szampan, kurtyna…brawa…

No nie do końca…

Potem był martwy styczeń i zero pomysłów, jak przetrwać do Wielkanocy.

Dopiero kolejny rok nauczył mnie, jak wykorzystać dni Babci, Mamy, letniej mody, jesiennych czapko-szałów…

No i teoretycznie powinnam sobie teraz spokojnie dziergać w domu i sprzedawać personalizowane ręczne dodatki do wnętrz…tyle, że w całej tej walce przegapiłam siebie…

Przecież ja wcale nie chcę siedzieć całymi dniami w domu, kiedy mąż w pracy, a dzieci w przedszkolu po to by dziergać bez końca…Ja przecież kocham ludzi! To przecież głównie warsztaty dają mi frajdę z tej rękodzielniczej działalności!

I CO TERAZ?

No właśnie ludzie! Otwarcie zapytałam w grupie (Oplotki and friends – zarabiam na rękodziele) co robić! I dziękuję za ratunek!

Teraz w sklepie znajdziecie również prace zaprzyjaźnionych rękodzielników, dzięki temu asortyment rośnie, a czas wykonania poszczególnych prac maleje J

Mało tego – szydełkujący często kupują haft, a filcowane detale zdobią prace innych artystów! Ciągle rodzą się nowe projekty z pogranicza kilku dziedzin. Wszystko w atmosferze wspólnego celu – zarabiania na tym, co lubi się robić, by robić tego jeszcze więcej i móc rozwijać się w tym kierunku.

Teraz sklep to wspólna praca dziewczyn z zespołu, często promują go na targach rękodzieła, wspólnie podejmują decyzje o promocjach internetowych J

Jeżeli któraś z Twoich znajomych chowa świetne prace do szuflady, koniecznie opowiedz  jej o działalności rękodzielniczego inkubatora OPLOTKI – wiem, że na jej prace zapewne czekają chętni, którzy muszą się jedynie o nich dowiedzieć.

Jeżeli też tworzysz, pamiętaj, aby doceniać swoje umiejętności i poświęć chwilę na temat wyceny swojej pracy. Polecam Ci nasz poradnik i mini-dyskusję na temat „Jak wycenić rękodzieło” Tutaj pobierzesz bezpłatne materiały.

Agnieszka@oplotki.pl

Aby sprzedawać…niezależnie, czy online, czy offline…przyda się dobra wycena Twoich produktów i usług.

Jeżeli może Ci się przydać taka wiedza – zapraszam Cię do pobrania 6-częściowej VIDEO-serii „Jak wycenić rękodzieło”

Klikaj TUTAJ lub w grafikę obok 🙂

Trzymam Kciuki za Twoje rękodzielnicze przedsięwzięcie!

Agnieszka Gaczkowska

www.oplotki.pl

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Tak! Do Ciebie Piszę droga mamo!

Czy zastanawiałaś się kiedyś, jaką OOOOGGGGRROMNĄ KRZYWDĘ robisz swojej córce…”Poświęcając się dla niej”?!?

Co ja bredzę?

Hmmm… Pomyślmy o tym wspólnie.

Dziecko = wymówka, czy motywacja?

Sama zaczęłam budować markę OPLOTKI od zera w najgorszym możliwym momencie ( czyt. Z noworodkiem, który właśnie dołączył do 2 lata starszej siostry w misji „utrudniania” mamusi biznesowych podbojów). I tak, często się zastanawiam, gdzie byłabym ja i OPLOTKI, gdybym nie poświęcała tyle czasu i uwagi pieluchom, drzemkom, obiadkom i rozwojowym zabawkom, basenom, umuzykalnieniu, spotkaniom na placu zabaw, pogadankom dla mam… STOP!

Wyrodna matka?! NIE! Realistka.

Codziennie dokonywałam takich samych wyborów, jak Ty. Mogłam sączyć kawkę scrollując insta-feed i wyszukiwać najmodniejszych dziecio-gadżetów sezonu…mogłam sprzątać klejące się podłogi w niekończącej, skazanej na przegraną walce o porządek przy dwójce maluchów…ale wybrałam pracę…Cierpliwe godziny przed komputerem wyrywane pomiędzy drzemką a spokojną zabawą, wyjęte spomiędzy wizyt babci i lepszych dni męża…Zero fryzjera, zero kosmetyczki, zero ploteczek z psiapsółkami. Zero rozpraszania – świat rodziny i świat moich osobistych celów w ciągłej walce o pozycję dominanty.

PRACA. Cierpliwa, mądra, nieudawana.

Kiedy masz tak mało czasu, planujesz mądrze. Strategicznie lokujesz uwagę, czas przed ekranem i z dużą rozwagą planujesz spotkania (przy okazji uczysz ludzi NIESPÓŹNIANIA i szacunku dla Twojej godziny „wydartej” dzieciom).

Kiedy masz tak mało czasu, śpisz, jak zabita, zamiast rozmyślać o wszystkich za i przeciw.

Kiedy masz tak mało czasu, działasz, bo wiesz, że taki miesiąc, tydzień, dzień, godzina mogą się nie powtórzyć. Nie masz czasu na strach, wstyd, obawy. Wiesz, że albo to zrobisz, albo będziesz znów układać klocki z dzieckiem z drzazgą w mózgu.

MAMA ma trudniej

Dlatego właśnie myślę, że to nieprawda! Mocno wierzę, że dzieci to katalizator, nie przeszkoda. Motywacja, a nie wymówka. Dlaczego kobieca przedsiębiorczość w dziwaczny sposób eksploduje w okresie macierzyńskiego? Nie mamy już na co czekać, nie mamy już gdzie odkładać. Lepszy czas już był, lepszego czasu już nie będzie.

Dałamy tu i teraz

Działamy tu i teraz, bo wiemy, że robimy to nie tylko dla siebie, ale dla nich. Nasze małe klony patrzą uważnie, chłoną każdą lekcję, wyczuwają każdy fałsz. Jeżeli próbowałaś nauczyć dziecko czytać książki, uciszając je bajką, wiesz, o czym mówię. I niech pierwsza rzuci hejtem ta z mam, która nie puściła dziecku Youtuba w poczekalni u lekarza albo w dniu, kiedy slajdy na kolejną prezentację za cholerę nie chciały się zmaterializować w zaplanowanym czasie…a mąż tkwił w korku…

Nie jestem idealna

Moje dzieci wiedzą dobrze, co to Koniki Pony, Psi Patrol, czy Kraina Lodu…ale wiedzą też, co to znaczy kochać to, co robisz, walczyć o swoje przekonania, działać w imię wartości, które samodzielnie układasz w hierarchię od najważniejszych po te, na które „zabrakło czasu”. Tak – jestem przedsiębiorczynią, ale też matką, żoną, kobietą. Był moment, kiedy mój mózg utonął w macierzyńskim lukrze i jestem ooooogromnie wdzięczna, że kilka rozsądnych kobiet wyłowiło mnie wtedy i twardym, mocnym wzorem dało do myślenia. Choć moja mentorka biznesowa Sigrun (tutaj przeczytasz więcej o niej i programie Online MBA – SOMBA – w którym biorę udział)  nie ma własnych dzieci (fakt, ma przybrane, ale twardo twierdzi, że ta jej misja wspierania kobiet w budowaniu biznesów w oparciu o wartości i przekonaia jest ważniejsza niż jej osobiste instynkty), bo całą energię kanalizuje w inspirowanie przedsiębiorczych kobiet do działania i zmiany myślenia o nas, jak o mniej profesjonalnych, bardziej zawodnych, predestynowanych i często sprowadzanych do biologicznej roli matki – to nie twierdzi, że tak trzeba.

Ja też.

Wiem, że dzieciaki dają nam w kość, ale jak często my same użalamy się nad sobą, łamiemy się pod ciężarem tego „co powiedzą” inne mamy, kiedy pozwolimy sobie na chwilę dla siebie, na podążanie za własnym celem, na słuchanie tego, co mamy w środku… Jak wszyscy bezglutenowo, to ja też muszę! Jak wszystkie na gimnastykę, to moje dziecko tym bardziej! Jak książki, to tylko takie top-design, co to instagram ceną rozsadzi, bo w bibliotece to już beee. Kupujemy, kupujemy i dajemy, bo przecież nam nie było dane, a w tej pogoni zapominamy o sobie…i kiedy po kilku latach te nasze „główne powody” nie robienia niczego z własnymi marzeniami odchodzą w świat przyjaciół, rówieśników, pierwszych miłości…my umieramy na pustkę, poczucie straty i niemocy twórczej.

Najlepszy moment już był, masz tylko tu i teraz

Jeżeli masz niesamowity pomysł, pragnienie, marzenie o samorealizacji, RÓB TO! I nie traktuj dzieci jako zakładników swojego lęku. Nie pozwól im winić się za Twój brak odwagi!

I żeby była jasność! Nie namawiam Cię do minimalnego macierzyńskiego i rzucania się w wir przedsiębiorczości, przewodnictwa duchowego, przełamywania schematów tylko po to, aby Twoje dziecko widziało w Tobie SUPERMENKĘ! Mówię o uważności… ale takiej skierowanej na CIEBIE.

Wyjdź z cienia własnego dziecka (dzieci)!

Dziecko czuje twój lęk, twój opór przed zmianą, twój żal za omijającą Cię szansą…choćby była to kawa z koleżanką, a nie lot na Marsa!

Jak chcesz motywować Twój skarb do nieustraszonego podboju świata w imię ideałów, w które wierzy, skoro sama chowasz głowę w piasek, traktując dziecko jako wymówkę, a nie motywację?

Tworzysz? 

Odważ się !

Jeżeli chcesz poprzyglądać się, skąd też czerpię dzisiaj odwagę do takich blogowych wpisów…

Jeżeli chcesz prześledzić tą pokręconą historię OPLOTKI…zapraszam Cię do wertowania zbliżającej się książki…OPLOTKI. Sukces Handmade. 

 

Pisz do mnie!

OPLOTKI narodziły się właśnie w takim „najbardziej nieodpowiednim” momencie mojego życia. Wierzę, że Ty także potrafisz stworzyć coś TWOJEGO. I choć czujesz, że mówię tu do MAM, potraktuj tą opowieść szerzej. Dzieci… trudności losu, słabe zarobki, niewspierające otoczenie…mogłabym wymieniać bez końca. To mogą być twoje WYMÓWKI…ale jeżeli masz dosyć siły … staną się TWOJĄ MOTYWACJĄ!

agnieszka@oplotki.pl

 

 

Przypnij do PINTEREST!

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.