Przyszłam na świat na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, czyli w czasach, w których umiejętności rękodzielnicze były niejako koniecznością. Miałam to szczęście, że w mojej rodzinie rękodzielników nie brakowało. Jedna babcia szydełkowała, druga robiła na drutach i szyła, mama nie zostawała za nimi w tyle, dorzucając do tego haft. Ba! Nawet mój tato wyszywał krzyżykami piękne obrazy i rysował. Z wielkim zainteresowaniem podpatrywałam swoich bliskich, a włóczki, kordonki, muliny były moim naturalnym środowiskiem.

Jednak z czasem rękodzieło przestało być konieczne i zaczęło znikać z domów coraz szybciej żyjących ludzi. Zaczęło też znikać z mojej głowy. Moje umiejętności nie szły w parze z ogromną potrzebą tworzenia, jednocześnie nie trafiłam na nikogo, kto chciałby mną pokierować, przekazać swoją wiedzę. Spotkałam za to wielu, którzy chętnie porównywali mnie z innymi i wydawali zwykle nieprzychylne oceny. Kiedy przemalowałam swoje meble, usłyszałam, że je zniszczyłam. Skleciłam jakąś ramkę z masy papierowej lub drewnianych patyków — to niepotrzebne śmieci. Haftowałam nierówno, szydełkowałam za ciasno… Lepiej, żebym przestała zajmować się bzdurami i zaczęła myśleć poważnie, o tym, co da mi utrzymanie.

Łatwo jest przekonać nastolatkę, że się do czegoś nie nadaje. Odpuściłam, co zaowocowało wieloma nietrafionymi decyzjami, frustracją, brakiem wiary w siebie, apatią, niezadowoleniem z życia i biernością wobec tego, co niesie los. Stałam się jedną z wielu szarych, nieszczęśliwych dorosłych osób.

Jak zmieniło mnie macierzyństwo?

I pewnie tkwiłabym w tej szarości do dziś, myśląc, że tak musi być i już. Ale zostałam mamą. Na początku zakładałam szybki powrót do pracy, okazało się jednak, że potrzeby moich dzieci są dla mnie ważniejsze niż kariera handlowca w usługach finansowych. Cieszyłam się, że mogę zostać w domu, skupić na rodzinie i maksymalnie wspierać rozwój moich dzieci. Zamiast stać się typową kurą domową, siedziałam z dziećmi na podłodze, ugniatałam przeróżne masy albo grzebałam palcem w plamie z farby i obserwowałam te małe istoty. Patrzyłam na ich otwartość, na odwagę, by próbować od nowa i jeszcze, i jeszcze. Na ich kreatywność i lekkość wychodzenia poza schematy, im przecież nieznane. I przede wszystkim na szczerą i beztroską radość z odkrywania nowych, nawet najbardziej błahych rzeczy — bzdur, jak nazwałby to jakiś „szary” dorosły. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, aby nie zgasić w nich tej ciekawości, odwagi i otwartości, ale żeby tak się stało, musiałam znaleźć je również w sobie.

Śmiało mogę powiedzieć, że powrót do rękodzieła rozpoczęłam na podłodze podczas beztroskiej zabawy z dziećmi. Czas jednak nie stał w miejscu. Dzieciaki podrosły i zapragnęły trochę więcej przestrzeni, ja z kolei oderwania się od dziecięcych spraw i rzeczy.

Jak odkryłam rynek online?

Dziękując za istnienie Internetu i przeklinając, że wcześniej go nie było, zaczęłam szukać technik, których mogłabym się nauczyć i użyć do wprowadzenia zmian w swojej głowie i w swoich wnętrzach. Poznałam podstawy wyplatania z papierowej wikliny, zainteresowałam się decoupage, przypomniałam sobie haft krzyżykowy oraz swoją miłość do przerabiania starych mebli. Wreszcie wzięłam szydełko i choć miałam bardzo długą przerwę, przekonałam się, że leży w ręce jak ulał, a ja mogę nim wyczarować, co chcę: koronkowe ozdoby na stół, ścianę, okno czy choinkę, kocyk do dziecięcego wózka, dywanik do łazienki, ciepłą opaskę czy szalik, wesołą czapkę dla dziecka, zabawkę czy koszyczek. Nie mogłam też przejść obojętnie obok wyplatania głównie makramy, ale koce z czesanki również skradły moje serce. Dziś, skupiam się głównie na dodatkach i ozdobach do wnętrz, a zdobyte dotychczas umiejętności pozawalają na dużą elastyczność i szeroki wachlarz możliwości.

Szukałam, próbowałam, porzucałam i zaczynałam od nowa. Sięgając po wszystkie te techniki, tworzyłam dla siebie i dla moich bliskich, nawet jeśli oni traktowali (i wciąż traktują) to jak zabawę lub inne bzdury. Z każdym kolejnym krokiem docierało do mnie, że to, co robię, nie każdemu musi się podobać, ale to nie znaczy, że nie ma w tym wartości lub że nie ma jej we mnie.

Długo zajęło mi dochodzenie do wniosku, że nie ucieknę od rękodzieła, że moja potrzeba tworzenia nie jest wynikiem chwilowego braku zajęcia czy wkraczającej na salony mody, a ogromną częścią mojej tożsamości. Ale już rozumiem, dlatego nie mogę tego tłumić, nie mogę również dawać wiary w słowa, że zajmuję się bzdurami.

Marzenia się spełnia!

Nie wiem jeszcze dokąd mnie to doprowadzi, ale podjęłam decyzję, aby spełnić marzenie, o którym przez długi czas bałam się nawet myśleć. Wciąż walczę z wieloma wątpliwościami. Czy potrafię? Czy wystarczy mi odwagi? Czy wystarczy mi sił? Czy znajdę ludzi, którzy jak ja potrafią w zwykłych, małych rzeczach dostrzec więcej? Może serce, duszę, ideę…

To wszystko jest w moim Zbiorze Bzdur i tym chcę się dzielić z innymi. Chcę zarażać innych miłością do rzeczy pięknych, wyjątkowych, stworzonych w sposób niebanalny. Chcę budzić w innych pasję i radość tworzenia i jednocześnie być wiarygodną wobec moich dzieci.

Tutaj znajdziesz ZBIÓR BZDUR NA FACEBOOKU

a tutaj ZBIÓR BZDUR NA PLATFORMIE INSTAGRAM

Ps. Jeżeli masz ochotę na więcej informacji o różnych dziedzinach rękodzieła…chcesz od nas otrzymywać powiadomienia o warsztatach stacjonarnych i online oraz dowiadywać się, co nowego w  OPLOTKowym świecie – klikaj TUTAJ.

Jak to się wszystko zaczęło…

Zaproszenie do świata O-plotek, czyli twórczych rozmów przy rękodziele.

Marzysz, gonisz, choć nie wiesz za czym. Może próbujesz być tu i teraz? Próbujesz pogodzić pracę, rodzinę i czas dla siebie?

Nie jesteś sama!

Dezorientacja, światła tira z naprzeciwka i cichutki oddech córki na tylnym foteliku. Strach, wielki strach… Szydełko!? Włóczka?! Maszyna do szycia i babcia ?! Oddech ulgi…

Ale po kolei…

Całe świadome życie chciałam urządzać przestrzeń wokół. Od małego sklejałam szafki do domku z klocków Lego dla lalek i przeszywałam ich maleńkie pościele na babcinej maszynie. To chyba te szydełka, druty, malowanie, rzeźbienie i ten ciągły głód twórczy zaprowadziły mnie na architekturę na poznańskiej polibudzie, a później na Technische Universität Berlin. Marzenie się spełniło, po kilku latach zdobywania doświadczenia zawodowego otworzyłam własną działalność.

Nie było dla mnie granic

Do czasu.

Jeszcze w zaawansowanej ciąży ogarniałam palące kwestie detali budowlanych. Już z zachustowaną córką biegałam wokół klienta. Takie realizacje wnętrzarskie to praca, o której zawsze marzyłam – CAŁA JA.

To poczucie, że mogę wszystko.

I ściana, a raczej sufit

Jeszcze nie wiedziałam, że jestem w drugiej ciąży. Superbezproblemowa córka towarzyszyła mi w rytuale pobudki o 5 rano i w czasie stukilometrowej drogi do babci. Sama musiałam dojechać do Człuchowa, gdzie całymi dniami pracowałam nad koncepcją wnętrza biura dużej firmy produkującej zasieki do statków pirackich (poważnie).

Kiedy pewnego dnia półprzytomna ze zmęczenia odbierałam ją od mojej mamy i wsiadałam do auta, jeszcze nie wiedziałam, że za chwilę coś pęknie.

Pamiętam tylko te kilometry i minuty za kółkiem ciągnące się w nieskończoność. Ta świadomość, że zera na koncie wynagrodzą nieprzespane noce…

I ten dźwięk

Dźwięk drący się na mnie i wyrywający z półsnu, który mógł kosztować życie nie tylko moje, ale i dwójki moich maluszków (Lenka śpiąca w najlepsze w foteliku na tylnym siedzeniu nie wiedziała jeszcze, że niedługo zostanie starszą siostrą).

Zawsze sceptycznie podchodziłam do stwierdzeń, że w ostatnim momencie widzimy całe swoje życie w ułamku sekundy.

Do dziś nie wiem dlaczego, ale dobrze pamiętam, że zobaczyłam szydełko, wełnę, maszynę do szycia i skrawki najcieplejszych, najbardziej mięciutkich wspomnień powyrywanych z kontekstu. Popisowy poślizg, który jakimś cudem skończył się na poboczu, a nie wśród tysiąca kawałków karoserii, szkła i ciał, tak mnie otrzeźwił, że błyskawicznie wróciłam do domu. Wyparłam mgliste wizje i całe zajście z pamięci. I choć starałam się z całych sił funkcjonować jak gdyby nigdy nic, to…

Nic już nie było takie samo

Mąż, obok którego pół śpiąc, pół czuwając, rozmyślałam tamtej nocy, malutka Lenka książkowo przesypiająca kolejne godziny w swoim łóżeczku i PRACA – to spełnienie marzenia o samorealizacji, rozbijaniu szklanych sufitów, pokonywaniu samej siebie.

Ja i moja ambicja, która o mało mnie nie zabiła. Sam na sam, całą noc.

Wtedy podjęłam decyzję.

Dość.

Choć moment był idealny, bo właśnie kończyłam koncepcję wnętrza i miałam negocjować warunki nadzoru nad wykonaniem (nie wyobrażałam sobie tak po prostu zostawić klienta na lodzie, ale zażądanie kosmicznej stawki zdawało się rozwiązywać problem), okazało się, że niektórzy nie rozumieją słowa „nie”. Kiedy odmówiłam dalszej współpracy, klient popisowo nie zapłacił za ponad roczną pracę nad koncepcją. Prawdopodobnie właśnie teraz odwoływałabym się do trzeciej instancji, gdyby nie to, że… zrezygnowałam z pozwu.

Zdaniem radcy spokojnie wygrałabym sprawę. Niestety firmę z wielomilionowym budżetem stać było na odwoływanie się w nieskończoność, a mnie – jako przedsiębiorczyni na L4 – nie stać było nawet na dwie godziny na nogach (jeżeli dopadły Cię „uroki” pierwszego trymestru ciąży, wiesz, o czym mówię).

Mogłabym teraz narzekać

Mogłabym narzekać na tego klienta i na ZUS, który nie palił się do wypłaty należności z L4 (no bo przecież Urząd Skarbowy cofnął nierozliczoną fakturę felernego klienta i zawsze znalazł powód do kolejnego wezwania, kontroli, pilnego pisma, które muszę dostarczyć). Mogłabym pomarudzić, że standard życia spadł na łeb na szyję, a śmiesznie małe problemy zamieniły się w te bardziej dotkliwe.

Jednak córcia, która łaknęła mojej uwagi, i maleńki synek, który rósł pod sercem, dały mi poczucie, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

No i pewnie mogłabym zakończyć happy endem, ale wiesz co?

Ta opowieść o wyboistej drodze do spełniania marzeń dopiero się zaczyna

Brudna podłoga, kaszka na blacie, rozdziobany banan na stoliku, góra garów, pranie, prasowanie, warstwa kurzu na laptopie, dźwięk klocków i tych przeklętych zabawek na baterię (taka praktyczna rada: jeśli planujesz skatować znajomych, którzy dorobili się potomka – daj ich skarbuniowi w prezencie coś, co generuje dźwięk podczas zabawy), a w tym wszystkim…

Odprężona, wyklęta przez perfekcyjne panie domu, szydełkująca pufki do dziecięcego pokoju, przyspawana do podcastów mama.

To był ten moment, w którym zrozumiałam, dlaczego instarzeczywistość macierzyńskich kosmosów jest taka idealna… Sama wybierałam kadry tak, aby skrzętnie ukrywały bajzel, jednocześnie dyskretnie ilustrując instapledy i modne gadżety (którymi zresztą nikt się nie bawił…).

Poddałam się – kto próbował odpalić komputer przy dwójce dzieci, wie, o czym mówię. Tak! Myślałam, że oszaleję!

Ale żeby nie było, że jestem jakimś potworem

Świadomie podjęłam decyzję, że pierwszą placówką moich dzieci będzie przedszkole. Mąż w korpo, dziadkowie ponad 100 km od Poznania, a ja w środku tego całego bajzlu…

Ale chwilunię, przerwa na reklamę

Święta, Wigilia, porządek.

Wszyscy ucacani aż do bólu.

I nagle moja babcia mówi:

Chcesz te wszystkie sznurki, włóczki, szmatki i druty? Bo szafy sprzątam.

(Babcia właśnie zakupiła magiczną kołdrę na prezentacji, na którą po cichaczu wyrwała się z domu).

No PEWNIE, że chcę!

I zaczęłam skrzętnie pakować te skarby dziecięcych wspomnień do walizki. Tym razem nie zostało w bagażu dużo miejsca na słoiczki z resztkami obiadu 😉

Tak  właśnie w styczniu 2016 roku babcina scheda ruszyła na podbój Poznania.

Nieświadoma niczego babcia pchnęła mnie w objęcia kobiecej przedsiębiorczości.

Misja inspirowania i motywowania rękodzielniczych talentów do wyjścia z ukrycia nabierała coraz bardziej realnych kształtów.

Łapanie oddechu od zabieganej codzienności przy twórczym tu i teraz.

Zawsze lubiłam pomajsterkować

Kiedy dużo pracowałam, oczywiście nie miałam na to czasu. Ale gdy szydełkowe dodatki wnętrzarskie zaczęły osiągać dziwacznie wygórowane ceny, a ja z zabieganej pani inżynier architekt stałam się bezglutenowo-bezcukrowo-bezstresową-instamamą, znalazłam czas, żeby uczyć mojego patentu na rękodzielniczy biznes inne kobiety.

Odkryłam, jak dużo mam szyje, szydełkuje, filcuje, zaplata, składa, wybija, obrabia i wycina! Zauważyłam, że magia pracowitych dłoni kobiet (i panów też!) pozostaje na zawsze nieodkryta w zakurzonych szufladach i na strychach.

Ty też się ukrywasz w rękodzielniczym podziemiu?

Daj się odnaleźć! Napisz do mnie!

Jasne, kiedy w 2016 ponownie odkryłam artefakty dzieciństwa, nie przypuszczałam, że to szydełkowanie sprawi, że w 2018 będę pracować w zespole niesamowitych, kreatywnych ciepłych ludzi, których z powodzeniem mogę nazwać najbliższymi przyjaciółmi.

Na początku niewinnie, bo zaczęło się od zapraszania koleżanek po fachu (tak, w poprzednim życiu też klikałam całymi dniami projekty kubatur i wnętrz), które wpadały po pracy, żeby poszydełkować i odkleić się od ekranów. Marzyłam, żeby znów być wśród ludzi i rozmawiać o czymś innym niż bezglutenowe diety i modne ciuszki dla dzieciaków.

I tak zaglądały koleżanki, później koleżanki koleżanek, koleżanki koleżanek koleżanek… Aż w pewnym momencie mój mąż, który po 8 godzinach pracy w korpo ogarniał dwójkę łobuzów w malutkim pokoiku (w tym samym czasie, gdy my – przy szydełku i napoju niekoniecznie niskoprocentowym – uskuteczniałyśmy szydełkoterapię w salonie), powiedział DOŚĆ.

I znowu…

Tutaj historia mogłaby się zakończyć

Ale przecież fakt, że przegonił te nasze rękodzielnicze sabaty, stał się kolejnym potwierdzeniem zasady, że co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Wychodzę do pracy!

Wyśpiewałam pewnego dnia do męża, całując dzieciaki.

Zamykając drzwi, uśmiechnęłam się do siebie, bo czekały mnie 3 godziny szydełkowania przy kawie i ciachu, w fajnej knajpce, z nowymi kursantkami. Trzy godziny pełne nowych opowieści, wspomnień, pomysłów. Bardzo często efektem szydełkowego spotkania była nowa współpraca lub twórczy artefakt w punkcie styku naszych dziedzin rękodzieła. A także refleksja i – jakże cenna – konstruktywna krytyka.

Okazało się, że sklecony naprędce fanpage, który dawał możliwość organizowania spotkań, był świetnym narzędziem do skrzykiwania szydełkowych narad.

Przychodziły mistrzynie szycia, filcujące czarodziejki i osoby, które odkładały chwile rękodzielniczych wspomnień na wieczne potem.

Pojawiło się wtedy u mnie nieśmiałe, przyziemne marzenie, żeby nie dokładać tyle z domowego budżetu do  swojego hobby… Bo jednak szydełka, sznurki i coraz częstsze wypady na miasto mocno obciążały rodzinne zasoby.

Jak to powiada koleżanka…

Jeżeli masz marzenie, poszukaj wróżki

Tak też zrobiłam.

Moją wróżką okazała się Dominika z zaprzyjaźnionego sklepu ze sznurkami, która jako pierwsza udzieliła sporego rabatu na materiały i pomagała w promocji warsztatów. Cieszyłam się jak dziecko, kiedy pojawiały się lajki na oficjalnym fanpage’u, a wydarzenia docierały do nieznajomych. Każdy z warsztatów był przygodą, spotkaniem z nowymi, fascynującymi ludźmi (najczęściej również rękodzielnikami, choć pracującymi w innych technikach).

Oh, gdybym wtedy jeszcze potrafiła wyceniać swoje prace!

Zaniżanie cen było normą.

PS Dlatego polecam nie popełniać mojego błędu i uzbroić się w porcję wiedzy: kliknij po e-book o wycenie rękodzieła.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co dokładnie mam zrobić, ale czułam, że nie mogę stracić kontaktu z tymi wspaniałymi ludźmi.

Tymczasem marzenia powoli dopadała brutalna rzeczywistość. Budżet domowy przy dwójce małych dzieci nie bardzo sprzyja ryzykownym przedsięwzięciom biznesowym. Dotarło do mnie, że powoli i nieuchronnie wracam do tego, co płaciło rachunki w czym leżą odłogiem moje kompetencje i udokumentowane wykształcenie…

Architektura mnie dopadła

…choć nie miała już oblicza zarwanych nocy i niekończących się telefonów z budowy…

ta nowa…miała spokojną twarz rozmarzonych mam i rozbawionych bobasów…

Chyba każdy rodzic przerabiał temat dziecio-zajęć, a dla niedzieciatych dodam, że niezależnie, czy wybierasz basen, umuzykanianie, usportowianie, śpiewy, tańce …i tak zaczynasz, jak na zbiorowej terapii…”Cześć jestem Agnieszka i jestem Architektem”…

Początkowo zawile wyłuszczałam, że tak, wnętrza też, ale głównie to takie duże kubatury, budynki, które stawiamy w całym zespole branżystów, że nie tylko ja, ale konstruktor, elektryk, grafik, pan od instalacji i pani od papierów w urzędzie…aż w końcu odpuściłam…i mnie olśniło!

Wnętrza!

Przecież to właśnie wnętrza dają bezpośredni kontakt z klientem, pozwalają zminimalizować zespół branżystów potrzebnych do realizacji projektu …a na dodatek to właśnie projekty wnętrz pozwalają na użycie rękodzieła dla podkreślenia unikalności każdego z nich!.

I BINGO!

Wszystkie elementy układanki w końcu wskoczyły na swoje miejsce!

Praca z ludźmi, rękodzieło i architektura. Na raz. W jednym miejscu wszystko, co kocham.

To nie może się nie udać!

Pozostało tylko sensownie to wszystko poukładać no i dozgonne źródło spełnienia zawodowego, rodzinnego i społecznego…no i źródło utrzymania… leżało u stóp.

Zrozumiałam, że mogę pomagać poznanym podczas warsztatów rękodzielnikom. Zapraszając ich do współpracy przy projektach wnętrz, pozwalam im zarobić na tym, co kochają robić, a sama wzmacniam autorytet architekta, który specjalizuje się w rękodziele dla wnętrz. Szybko odkryłam, że wielu z moich klientów nawet jeżeli nie dysponuje wystarczającym budżetem, ma do dyspozycji dobro jeszcze bardziej luksusowe – czas – dlatego spokojnie może – jeżeli nie KUPIĆ, to ZROBIĆ oryginalne dodatki do swoich wnętrz.

Lniana pościel z ręcznym haftem nie musi kosztować majątku, jeżeli samodzielnie ją wykonasz, ale potrzebujesz niezbędnego know-how.

Tak!… ale…

Nawet, kiedy już dokładnie wiedziałam, co robić…nie było to takie łatwe. Z mgr inżynier trzeba było nagle stać się sprzedawcą, marketingowcem, PR-owcem, strategiem biznesu i specem od rekrutacji w jednym. Można nie udźwignąć presji. Jeżeli też startujesz, masz wrażenie, że ciągniesz milion „srok za ogon” …a i tak (o dziwo) stoisz w miejscu… zwierzę Ci się…. też TAM byłam. Pracowałam ponad siły, wydzierałam każdą chwilę, aby douczyć się tego i tamtego, ochoczo wdrażałam w życie nową wiedzę…ale ciągle miałam wrażenie, że jakoś „za wolno” to wszystko idzie…miałam poczucie, że w tym tempie stracę kilka lat na coś co, można (moooocno wierzyłam, że się da) ogarnąć szybciej. Nie miałam tylko pojęcia, jak.

Pomoc. W pierwszym odruchu miałam poczucie porażki. No jak?! Ja?! Taka wszechwiedząca prymuska?!? MAM niby słuchać rad ?! Przecież to ja znam mój biznes najlepiej….Oj, jak dobrze, że trafiłam na fachowca! Skorzystałam ze wsparcia Sigrun (i zresztą korzystam do dziś!) – mentorki biznesowej w programie SOMBA  od tego czasu seria przełomów, zarówno w mojej głowie, jak i w moim biznesie, dała mi poczucie dobrze wykorzystanego czasu i potencjału.

I tak ruszyła cała lawina działań w ramach marki OPLOTKI

W bezpłatnej grupie facebookowej „OPLOTKI AND FRIENDS ZARABIAM NA RĘKODZIELE”, zaczęłam się dzielić swoją wiedzą i zaczęłam aktywnie szukać partnerów do prowadzenia warsztatów i ewentualnych wykonawców zaprojektowanych dla indywidualnych wnętrz dodatków. I tak OPLOTKI coraz bardziej kompleksowo zaczęły dotrzymywać obietnicy „rękodzieła dla wnętrz” , a ja coraz pewniej zaczęłam tytułować się „specem od handmade-owych wnętrzarskich zadań specjalnych”.

Z doświadczenia zespołowej pracy nad dużymi kubaturami przeniosłam mechanizm, który w skrócie można podsumować…

„Jak masz w tym interes, to bardziej się starasz.”

Całkiem praktycznie podeszłam do budowania zespołu. W Oplotkach każdy pracuje na siebie. Czy to rękodzielnik, który zarabia na swoich pracach, czy fotograf, który korzysta z naszych ręcznie dzierganych pufek i kocy podczas swoich sesji, czy koledzy „po fachu” szukający oryginalnej „wisienki na torcie” swojej koncepcji wnętrzarskiej.

Dlaczego namawiam zaprzyjaźnionych rękodzielników, żeby zarabiali na rękodziele?

Bo OPLOTKI to wielkie marzenie i nie dam rady zrealizować go sama.

Nie lada wyzwanie! Jak tu nie zaszufladkować się jako ekspertka (ach te modne dziwne słowa) ekspertka od szydełkowego biznesu a jednak odnieść dostateczny sukces, aby móc inspirować innych rękodzielników?

Jak namówić ich, by nie konkurowali ceną, ale jakością, unikatem? Odpowiedź była jedna…

Dać przykład

Jeżeli wśród twoich znajomych ktoś chowa prace do szuflady, podziękuje ci za ten tekst. A szczególnie ostatnią jego część.

Wiem, rękodzieło, na dodatek w Polsce nie jawi się jako najbardziej dochodowa branża ale istnieje co najmniej kilak sposobów aby zarabiać i móc rozwijać się w tej dziedzinie. Dlaczego chcę ci zdradzić te sposoby choć odkrywałam je kosztowną metodą prób i błędów?

Nie, nie oszalałam! Mam w tym interes

Szukam kolejnych twórców dla naszej społeczności Oplotki. Około stycznia 2018 roku założyłam grupę facebookową Oplotki & friends zarabiaj na rękodziele. Z całą energią dzieliłam się zapałem i doświadczeniem w sprzedaży i warsztatów rękodzieła a grupa szybko rosła. Pomagałam i ciągle pomagam zakładać handmadowe fanpage i dzielę się sposobami na założenie własnego e-butiku i podrzucam modele biznesowe, które sprawdziły się u mnie lub u innych partnerów. W okolicach marca 2018 uruchomiłam regularne dyskusje na żywo o dotacjach, sposobach na promocje. Zainteresowanie przerosło moje oczekiwania, więc poszłam za ciosem.

Zapraszałam kolejne osoby do współpracy przy prowadzeniu warsztatów i tworzenie sklepu internetowego. Z każdym dniem utwierdzałam się w poczuciu misji. Ciągle w grupie podrzucam rękodzielnicze zlecenia na firmowe gadżety lub indywidualne projekty detali dla wnętrz. Ciągle otrzymuję sygnały od członków grupy, że powinnam ubrać tę wiedzę w formę uporządkowanego programu i takowy rusza po raz pierwszy w okolicach stycznia 2019 (tutaj szczegóły programu AKADEMIA RĘKODZIELNIKA).

Youtube, facebook, instagram, strona internetowa, E-sklep, kilka lokalizacji warsztatów stacjonarnych i teraz jeszcze podcast.

Na pytanie jak to ogarniam podpowiadam – zespół!

Po drodze spotkałam świetne pomocniczki dlatego opowiem Ci, dlaczego Oplotki to taki nasz mini inkubator i trampolina do samodzielnego rękodzielniczego biznesu.

Każdy pracuje tutaj dla siebie

Nie zatrudniam na cieplutki etat, ale wspieram w przedsiębiorczości, bo sama od 2012 każdego dnia walczę o przetrwanie w dżungli ZUS-u, urzędu skarbowego, opłat, rachunków, kosztów, marży, szkoleń i czasem długich miesięcy pod kreską. Wiem, że nic nie motywuje bardziej, niż sam rozwój i to magiczne poczucie sprawczości.

Wiem, że nie jesteśmy dla siebie konkurencją, wręcz odwrotnie!

Sama chętnie kupuję haft, bo choć znam podstawy to jednak moją mocną stroną jest zaplatanie. Dzięki takiej formie współpracy, często łączymy techniki, a nowe projekty pączkują w przyjaznej atmosferze przy kawie i ciachu. Nie rzucamy się na głęboką wodę. Większość z nas pracuje na etacie, co zapewnia zaplecze środków na mądry rozwój rękodzielniczej działalności, ale po jakimś czasie coraz więcej z Nas robi ten wielki krok – zakłada własną firmę.

Dlaczego nazywam Oplotki rękodzielniczym inkubatorem?

Pozwalam korzystać z naszej marki, aby przetestować produkt lub usługę ZANIM zainwestujesz w logo, stronę, sklep internetowy czy lokal. Dobrze pamiętam, że zanim udało mi się sprzedać pierwszy szydełkowy dywan, czekała mnie przeprawa przez znalezienie nazwy, logo, fanpage, był abonament i kosztowny regulamin sklepu, polityka prywatności i legendarne RODO – cała masa formalności bez których transakcja nie mogła być zawarta. Nie wspominając już o zakładaniu działalności gospodarczej. Wszystko to ZAMIAST pracować w skupieniu nad meritum czyli twórczym rękodziełem.

Dlaczego więc dzielę się tą wiedzą?

Ja już tam byłam i wiem, że jeżeli masz świetny produkt, to szkoda twojego czasu na zawiłości sklepu internetowego.

 

No dobra, a jak to się dzieje w praktyce?

Ciągle jeszcze najkrótsza droga to pisać bezpośrednio do mnie.

Nasza rozmowa to wspólne opracowywanie dróg rozwoju twojej działalności w ramach ekosystemu Oplotki. Jeżeli, jak ja, uwielbiasz kontakt z ludźmi prawdopodobnie wybierzesz prowadzenie warsztatów, jeżeli preferujesz ciszę misternych ruchów, wtedy skupimy się na sprzedaży twoich prac.

To zaledwie 2 najpopularniejsze drogi, ale jest ich o wiele więcej.

 

Co ja z tego mam?

Świetną grupę rękodzielników, markę która wspiera mnie w pracy architekta wnętrz i pozwala w mgnieniu oka kontaktować moich klientów z najlepszymi wykonawcami.

 

Czujesz, że to coś dla Ciebie?

 

PRACUJ ZE MNĄ

lub przeczytaj szczegóły tej historii w OPLOTKOWEJ książce!

 

Przed nami gorący czas przygotowań świątecznych.

Kąty chcemy odkurzyć (ja nie bardzo), okna mogą lśnić (u mnie nie muszą), szafki pachną octem (ach ten ekotrend). I wtedy dochodzimy do miejsca zabaw naszego przedszkolaka. Klocki poukładane i posegregowane kolorami i typami stoją w jednym pudełku. Pluszaki (tylko kilka sztuk) grzecznie siedzą na półce. Puzzle, oczywiście kompletne, piętrowo podpierają ścianę. Resoraki szykują się równo gotowe do wyścigów. A naczynia z drewnianej kuchni pochowane są do małych szafek. Książki, w szyku cykli albo autorów, tylko czekają na wspólna lekturę.

U Ciebie też?

Bo u mnie tak, w pięknych, kolorowych snach.

Rzeczywistość przegania najśmielsze obawy.

Mój kącik zabawowy dla przedszkolaka przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Klocki wymieszane z torami kolejowymi, pojedyncze puzzle powciskane w szpary, obrazki płodnego czterolatka i kredki w każdej szczelinie. Do tego pluszaki, samochodziki i inne drobiazgi. Przejść się nie dało, najwyżej przelecieć nad.

Basta.

Pewnego dnia, kiedy po kolejnej pracochłonnej segregacji nieład wrócił po niecałej godzinie, zdecydowałam, że zrobię użytek z grubego sznura i szydełka i wysupłałam kosz.

Ile sznurka do jego wykonania?

Do wykonania potrzeba 4 motków grubego, 9mm sznura bawełnianego (u mnie bobbiny, kolor brudny róż) oraz solidnego szydełka, rozmiar 16.

Zaczęłam od okrągłego spodu, w magicznym kole zrobiłam 10 półsłupków, w kolejnym 20 słupków, w każdym następnym okrążeniu dodawałam 10 słupków. Spód zakończyłam po pięciu okrążeniach „słupkowych”.

Wtedy zaczęłam się piąć w górę – w oczko każdego słupka robiłam jeden słupek, jedno okrążenie stanowiło 50 słupków.

Do góry pięłam się, aż uznałam, że wystarczy i że pomieści się tam tych zabawek trochę. W międzyczasie zrobiłam też przerwę na uchwyty (kilka oczek łańcuszka).

Zalety

Kosz jest bardzo pojemny, pracuje wzdłuż i wszerz! Poza tym jest miękki, nie ma obaw o obrażenia, gdy Maluch potknie się i uderzy o krawędzie. Jest ekologiczny, a gdy młodzież wyrasta, można go użyć do przechowywania na przykład włóczek. Jest też świetnym dodatkiem do wnętrz. Można go prać w pralce i suszyć w suszarce bębnowej, zatem – do pracy, Dziergaczki i Dziergacze.

Koniec końców

Kącik Młodego Człowieka nadal nie wygląda jak z żurnala z wnętrza w stylu skandynawskim. Ale zabawki nie walają się wszędzie, klocki mają swoją przestrzeń, pluszaki także, puzzle są pochowane. I dopóki do domu nie wpadną moi kochani Bratankowie, którzy w pierwszych krokach biegną do zabawek i chwytają za kosze od spodu, by dostać się do tych na samym dnie, wygląda w miarę przyzwoicie. Jak na kącik dziecięcy 🙂

Zdjęcia dzięki wspaniałej współpracy z pozytywnaperspektywa.pl

Gosia, Zaplatajka, oplotkowa dziewczyna

Ps. Jeżeli przyda się kilka schematów szydełkowych od OPLOTKI – klikaj tutaj

Przedświąteczne oczekiwanie

Ho ho ho.

Listopadowe szarugi za nami, zaczął się grudzień, światełka na ulicach, świeczki na pianinach, dzwoneczki w piosenkach, Last Christmas w duszy (najbardziej nie-o-świętna piosenka wszech czasów).

Czytaj dalej

Od kilku miesięcy nasza pinterestowa tablica makramowa puchnie w szwach (czasem to dobrze, że internet pomieści wszystko).

Instagram też tonie w pięknych dziełach makramowych, które są tak przykładami sztuki użytkowej jak i pięknymi elementami dekoracyjnymi – to prawdziwe dzieła sztuki, obrazy malowane sznurkiem i pracą rąk.

Mimo tego, że makrama święci triumfy i staje się znów bardzo popularna, są wśród moich znajomych tacy, którzy nie znali dotąd tego pojęcia i nie wiedzieli, co się za nim kryje.

Makrama to ażurowa tkanina wykonana z różnego rodzaju sznurków czy włóczek, wiązanych lub plecionych. Do jej wykonania nie są potrzebne żadne narzędzia. Jej historia sięga starożytności, słowo makrama wywodzi się z języka tureckiego, a z Bliskiego Wschodu przywędrowała do Europy przez Hiszpanię i najpełniejszy rozkwit osiągnęła w XVI w. we Włoszech.

Do łask i do mody wróciła w XIX w., kiedy znów zaczęto szanować rękodzieło. Święci tryumfy do dziś, sama pamiętam makramy na kwiaty, które gęsto zwisały z sufitu mojej Babci, a które ochoczo zaplatał mój Tata.

Najpiękniejsze makramy powstają z materiałów naturalnych: z lnu, konopi, rafii czy bawełny. Włókna, z których się tworzy mogą mieć przeróżną grubość, a dzięki temu z makramy powstają rzeczy drobne, biżuteria – kolczyki czy bransoletki, torby, ozdoby na ścianę czy do kwiatów, aż po ogromne „ściany” makramowe, długie firany, zasłony czy kotary.

Obecnie do ozdoby makramowych wytworów używamy korali, metalowych tuneli, rurek, muszli czy drewnianych kijków.

Żeby zrobić makramę, wystarczy znać jeden węzeł zwany płaskim. Węzłów jest, rzecz jasna, więcej, ale już dzięki temu jednemu uda nam się wyczarować zakładkę do książki, bransoletkę, czy fantastyczną torbę na zakupy a także ozdobę na ścianę czy wisiadło dla kwiatów.

Węzeł płaski wykonuje się za pomocą czterech sznurków, z których dwa wewnętrzne stanowią rdzeń a dwa zewnętrzne zaplata się wokół niego. Są jeszcze węzły z jednej nitki, z dwóch, węzeł kostkowy, żebrowy i różnego typu pętelki.

Instrukcji, tutoriali czy opisów i zdjęć, jak je wszystkie wykonać, jest w sieci mnóstwo, zatem nie będę ich powielać, dla mnie słowo znaczy w tym wypadku mniej niż dobry film na Youtube.

W nieodległej przyszłości zaangażujemy się w temat makram bardziej gorliwie, obiecujemy, w zasadzie to już bardzo się angażujemy: https://www.facebook.com/groups/KURSmakramyOplotki, tymczasem popatrzcie, za pomocą czego podziękowaliśmy Wychowawczyniom z przedszkola mojego synka za cały rok ciężkiej pracy z trzylatkami:

Jeżeli przyda się więcej informacji na temat makramy…klikaj tutaj lub w poniższą grafikę…

Jeżeli nie chcesz przegapić najnowszych wpisów lub chcesz od nas otrzymywać informacje o warsztatach rękodzieła…klikaj tutaj lub w poniższe grafiki…