O tym, jak małymi kroczkami przejść do systemu less waste (nie mylić z zero waste).
I jak czerpać z tego radość.
Czasem zbyt mocno zapętlamy się w dążeniu do perfekcji i zapominamy, co jest naprawdę ważne. Robimy sobie wyrzuty sumienia, że nie jesteśmy wystarczająco zielone, że wciąż robimy za mało, że inni potrafią, a my nie. Stąd bardzo prosta droga do frustracji i zniechęcenia.
W dzisiejszym odcinku goszczę niezwykłą kobietę, edukatorkę ekologiczną, która od ponad 7 lat pokazuje kobietom, jak żyć zgodnie z ideologią less waste.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/03/podcast-okladka-nr-11_2021-male-kroki-do-zycia-less-waste-rozmowa-z-agnieszka-zdunek-z-jestem-zielona.png10801080aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2021-03-15 10:56:082026-08-24 11:58:00Małe kroki do życia less waste – rozmowa z Agnieszką Zdunek z „Jestem Zielona”
Rękodzieło to subtelny mariaż sztuki użytkowej ze sztuką artystyczną, wytwór ludzkiej wrażliwości towarzyszący ludzkości od zarania dziejów. Koronkarstwo, jako jedna ze sztuk rękodzielniczych, budzi podziw swoją szlachetnością, maestrią drobnych oczek. Wychodzące spod sprawnych dłoni zachwycające wzory układają się w wielowiekową historię ludzkich upodobań i mód. Dziś kilka słów o koronce klockowej. Czym jest koronka klockowa?
Czym jest koronka klockowa?
Koronka klockowa to misterny wytwór ludzkich rąk, utkany z nici i wyobraźni. Delikatne wzory zachwycają swoją szlachetnością i budzą zrozumiały podziw. Koronkarstwo znane było już w starożytnym Egipcie i w Chinach, ale to europejski rozwój sztuki sakralnej i dworskiej przyczynił się do rozkwitu tej delikatnej i subtelnej formy rękodzieła. Koronka klockowa rozwijała się równolegle w Wenecji i we Flandrii. Stąd pochodziły wzory, którymi inspirowała się reszta Europy. Wiek XV przyniósł znaczne przemiany w modzie europejskiej. Umacniające się warstwy wyższe podkreślały wykwintnym strojem swoją odrębność i wyższość. Koronki, na równi z haftami i biżuterią, stały się symbolem luksusu i bogactwa.
W połowie XVI wieku pojawił się najbardziej fantazyjny sposób zastosowania koronek w postaci krezy. Sto lat później we Francji powstał pierwszy cech koronkarski, zrzeszający najlepszych mistrzów, i założone zostały manufaktury koronkarskie. W tym okresie koronką klockową dekorowano dekolty sukni, obszywano nimi mankiety, spodnie czy nawet rękawice. W XVIII wieku wysokiej jakości koronki wyrabiano w manufakturach w dzisiejszej Belgii i Holandii oraz Wielkiej Brytanii.
Największy wpływ na historię koronki klockowej odegrała II połowa XVIII wieku. To początek mechanizacji przemysłu koronkarskiego, który spowodował, że znaczenie ręcznie wyrabianych koronek znacznie się zmniejszyło. Maszynowa produkcja wypierała z rynku ręcznie wyrabianą koronkę. Choć na przełomie XIX i XX wieku pojawiały się próby wskrzeszenia ręcznego koronkarstwa, to o renesansie koronki klockowej trudno mówić. Dopiero po zakończeniu II wojny światowej ręcznie wykonywana koronka zaczęła się stopniowo odradzać. Pojawiły się muzea prezentujące koronkarskie rzemiosło i wzrosło zainteresowanie sztuką rękodzielniczą.
Koronka klockowa w Polsce
Dzięki królowej Bonie, znanej powszechnie z wprowadzenia do polskiego menu włoskich warzyw, koronka klockowa trafiła także na polskie dwory. Wyroby flandryjskie i hiszpańskie były importowane przez dwa wieki. Dopiero w XVIII wieku zaczęły w Polsce powstawać ośrodki koronkarskie. W 1883 roku Helena Modrzejewska przekazała darowiznę, która pozwoliła utworzyć w Zakopanem Krajową Szkołę Koronkarstwa. W tym samym czasie powstały placówki w Bobowej i we Lwowie.
Dalszy rozkwit koronki klockowej nastąpił w dwudziestoleciu międzywojennym dzięki znakomitym twórcom zakopiańskich wzorów: Karolowi Kłosowskiemu i Mieczysławowi Szopińskiemu. Polska święciła wówczas tryumfy na światowej wystawie sztuki dekoracyjnej, gdzie w 1925 roku Krajowa Szkoła Koronkarstwa w Zakopanem otrzymała złoty medal za koronki klockowe projektu Kłosowskiego. Po II wojnie światowej następował stopniowy zanik zainteresowania rzemiosłem artystycznym w Polsce, by tryumfalnie powrócić na początku lat 90. XX wieku. W 1994 roku powstało w Bobowej Stowarzyszenie Twórczości Regionalnej, które w 2000 roku zainaugurowało coroczny Międzynarodowy Festiwal Koronki Klockowej, na który przyjeżdżają twórcy z Belgii, Niemiec, Czech, Słowacji, Rosji, Francji i oczywiście z Polski.
Koronka klockowa krok po kroku
Powracająca moda na kołnierzyki, mankiety, serwetki i dodatki koronczarskie sprawia, że zainteresowanie sztuką rękodzielniczą rośnie. Oprócz Bobowej na artystycznej mapie Polski pojawiają się inne miejsca, w których można poznać arkana tej fascynującej sztuki. Koronkarskie rzemiosło wymaga bowiem precyzyjnej znajomości podstaw wszystkich ściegów koronkarskich i jednocześnie dużej pomysłowości w tworzeniu nowych rozwiązań.
Do tworzenia dzieł z koronki klockowej potrzebny jest wałek składający się z tekstylnego worka wypełnionego sianem, słomą lub trocinami, który umieszcza się na obrotowej podstawce z drewna lub dykty. Do tkania koronki potrzebne są drewniane klocki, na które nawija się specjalne nici oraz patron. Taką kalkę z narysowanym wzorem przypina się szpilkami do wałka. Rękodzieło wyrabia się z nici jedwabnych, lnianych i wełnianych, a od pewnego czasu także z bawełnianych. W nielicznych wydanych publikacjach czy czasopismach np. Igłą Malowane można znaleźć wzory koronek. Koronkarki jednak z radością tworzą własne wzory, które są wyróżnikiem ich stylu i gwarantem niepowtarzalności.
Tkanie koronki klockowej to zajęcie dla cierpliwych, ale jednocześnie jest to metoda na odstresowanie i odprężenie. Precyzja i skupienie pozwalają zapomnieć o codziennych problemach i zresetować myśli. Największą jednak wartością wynikającą z tworzenia rękodzieła jest możliwość utrzymania indywidualizmu. W czasach, gdy wszyscy chodzimy w podobnych butach, ubraniach, kupujemy masowo produkowane meble i elementy wyposażenia wnętrz, warto posiadać umiejętność, która pozwoli nam wyróżnić się spośród tłumu. Jakże cenne może być oprawienie w ramkę wykonanej własnoręcznie pracy i zastąpienie nią wiszącego od dekady obrazka z napisem HOME, kupionego w jednym z popularnych sklepów.
Rusza kurs koronki klockowej on-line
Chcesz się nauczyć koronki klockowej, ale boisz się, że sama nie dasz rady? Albo że nie znajdziesz odpowiedniej osoby, która mogłaby Cię pokierować?
Od czego są Oplotki! Już niedługo ruszamy z kursem on-line koronki klockowej! Twoim przewodnikiem po świecie koronek będzie Monika Przeciszowska, która od tworzy koronki I chętnie podzieli się swoją wiedzą. W tym filmie opowiada nieco o narzędziach – konkretnie o klockach:
Zapisz się już dziś na listę zainteresowanych i nie przegap startu kursu!
Deska, gwoździe, kilometry nici, duża doza cierpliwości i wyobraźni – tak w skrócie można opisać string art.
Najlepiej jednak posłuchać informacji na ten temat z pierwszej ręki. Dlatego zaprosiłam do rozmowy Błażeja Danielewicza, właściciela marki String Art Nuance, który zdradzi nam nieco tajników o tej ciekawej technice.
Jeżeli macie ochotę na więcej, to koniecznie zajrzyjcie w te miejsca:
Moją super mocą jest nie tylko świetny, wspierający na co dzień zespół, ale również koleżanki z grup mastermind. Większość z nich poznałam w Online MBA, gdzie wspólnie uczymy się kreatywnie budować swoje biznesy.
Poprzez moje rozmowy z koleżankami z SOMBA, chcę dziś zwrócić uwagę na naszą współpracę, na ideę MASTREMINDU.
Chcę pokazać, jak przydatne może być czyjeś spojrzenie na biznes z innej perspektywy, z poziomu innej branży, z poziomu różnych doświadczeń, itp… i oczywiście, jak cenne wsparcie idzie za taką współpracą.
Rozmowa z Anią Żurowską
Dziś rozmawiam z Anią Żurowską, która zajmuje się m.in. haftem strukturalnym inaczej – matematycznym.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/12/okladka-podcast-57_2020-rozmowa-z-ania-zurowska.png10801080aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-12-21 12:17:522026-08-24 11:13:34Spotkania w Akademii Rękodzielnika – rozmowa z Anną Żurowską
Szybka odpowiedź: czy da się nauczyć szydełkowania online?
Kurs szydełkowania online to uporządkowana nauka od podstaw do własnych projektów. Jeśli chcesz nauczyć się szydełkować krok po kroku, bez chaosu, godzin na YouTube i frustracji, ten kurs prowadzi Cię przez materiały, podstawowe sploty, pierwsze prace i bardziej zaawansowane projekty.
Dla kogo jest ten kurs szydełkowania online?
Dla osób, które zaczynają od zera
Dla tych, które próbowały, ale gubiły się w materiałach
Dla tych, które chcą tworzyć własne projekty
Czego nauczysz się w kursie szydełkowania krok po kroku?
szydełka, sznurki, włóczki,
podstawowe sploty,
proste projekty,
bardziej zaawansowane prace,
projektowanie własnych wzorów.
a dokładniej…w kursie omawiam:
Materiały i narzędzia
Podstawowe sploty
Pierwsze projekty
Bardziej zaawansowane prace
Projektowanie własnych wzorów
Jak działa kurs szydełkowania online?
Moduły krok po kroku
Nauka we własnym tempie
Wsparcie społeczności w grupie na Facebooku
Wszystko opisuję szczegółowo w poniższym tekście, czytaj dalej.
Dlaczego kurs online jest lepszy niż uczenie się przypadkowo z YouTube?
Mniej chaosu
Więcej uporządkowania
Realne postępy zamiast zbierania przypadkowych tutoriali
Dlaczego stworzyłam ten kurs szydełkowania online?
Pamiętasz jeszcze zajęcia ZPT?
Taka plastyka, tylko dla starszaków. Czasem gotowanie, czasem jakieś podstawy elektronicznych układów, a czasem tkanie, zaplatanie i dzierganie… U mnie to był moment triumfu! Kiedy byłam mała, babcia nauczyła mnie szydełkowania krok po kroku. Kiedy pani nauczycielka zaczęła więc wykładać podstawy słupków, oczek i półsłupków, miałam swój mały moment chwały. Ja tę „czarną magię” znałam na wylot, ale kolega, z którym wiecznie konkurowałam w wyścigu o lepsze stopnie z polskiego czy matmy, poległ!
Ha!
Jakaż to była frajda!
Mogłam uczyć koleżanki i kolegów z klasy tak jak „moja pani”!
Ależ się czułam wtedy ważna. A jaka mądra
Fajne wspomnienie.
Potem przyszło życie.
Lata nauki, wymarzony zawód (architektura) i to przytłaczające poczucie, że choćby nie wiem ile się uczyć, zawsze będzie coś nowego, czego jeszcze nie znam. Nowy materiał na elewację, nowy rodzaj faktury do wnętrza albo totalna zmiana trendów (a wtedy cała zabawa zaczyna się od nowa).
Kiedy zrobiłam sobie przerwę zawodową (czyt. macierzyństwo), trochę odetchnęłam od tego wiecznego dokształcania, bo na nowo odkryłam szydełkowanie.
Szydełkowanie – mój sposób na relaks
Znajomy luz.
Oj, jak przyjemnie było projektować koce, pledy, dywany i pufki z poczuciem, że tutaj wszystko jest „stałe”.
W końcu szydełkowanie to na dobrą sprawę kilka podstawowych splotów. Potem ogranicza Cię tylko wyobraźnia!!!
I znowu poczułam tę frajdę.
Radocha, że wiem, że ogarniam, że panuję nad tą materią
Pamiętasz jeszcze to uczucie?
Szydełkowanie daje taką właśnie frajdę z robienia rzeczy własnymi rękami. Taką MOC sprawczą. Pamiętam radość koleżanek i kolegów z podstawówki, kiedy już potrafili zapleść swój „łańcuszek”. Odkryłam, że taką radochę potrafię dawać też dorosłym!!!
Długie godziny w domu spędzałam na kreatywnym urządzaniu naszych wnętrz przy pomocy mięciutkich, ręcznie dzierganych akcesoriów wnętrzarskich. Kolejne koleżanki („po fachu”) uświadamiały mi, jak ogromna jest wartość tego rękodzieła w kategoriach dostosowywania się do dowolnych wnętrz: kolor, faktura, materiał, czas wykonania, możliwość zmiany (w końcu zawsze można spruć dywanik, który się znudził i zamienić na pufkę).
To one uświadomiły mi też, że warto dzielić się tą umiejętnością (bo ochoczo przesiadywały u mnie na „kawce” i wspólnie dziergały).
Po pewnym czasie, kiedy radość macierzyństwa powoli zamieniła się w rutynę, zaczęłam prowadzić warsztaty szydełkowania, żeby po prostu wyjść na plotki i złapać równowagę psychiczną. W relaksujących oparach kawy, w poczuciu, że daję innym kobietom taką właśnie frajdę tworzenia, zrozumiałam, że to coś cennego.
Coś, czym warto się dzielić dalej.
Kilka miesięcy zajęła mi „rozkmina”, jak mogę się dzielić tym „darem” bez ograniczeń (jeszcze jeden warsztat w tygodniu i mąż wystawiłby mi walizki za drzwi…).
Zrobię kurs szydełkowania online!
W końcu skoro można uczyć biznesu, copywritingu, ba, nawet szycia przez internet, to czemu by nie spróbować z szydełkowaniem.
I zaczęło się.
Nauka narzędzi, WordPress, grupa na Facebooku, nagrywanie filmików, trzaskanie zdjęć, obróbka.
Godziny, dni, tygodnie nieustannej pracy.
Zanim trafiłam na mentorkę biznesową, która pokazała mi, jak sprzedaje się takie produkty cyfrowe, wydałam krocie na pseudonauczycieli biznesu on-line. Masa wpadek, ale dopięłam swego!
Kurs szydełkowania krok po kroku
Lata temu – aż nie mogę uwierzyć, że to już tak dawno – powstał kurs szydełkowania online!
Od tego czasu niezmiennie pomaga kolejnym osobom opanować sztukę dziergania w łatwy i przyjemny sposób.
Bez godzin na YouTube i frustracji, że nie wychodzi.
Przy wsparciu społeczności w facebookowej grupie.
W jasnych, uporządkowanych krokach. Dzięki kolejnym uczestnikom i ich feedbacku kurs jest ciągle ulepszany.
Nie przypuszczałam, że rękodzieło stanie się moim narzędziem do zawodowego powrotu.
Nie da się ukryć, że niezmienność magii rękodzieła i jego uniwersalny charakter we wnętrzach mocno mnie uskrzydla. Coraz częściej używam rękodzielniczych akcentów w swoich realizacjach, ale też i uczę, że nie trzeba być „wnętrzarzem”, żeby móc swój dom urządzić ze smakiem.
Nie potrzeba też pokaźnego budżetu (rękodzielnicze prace potrafią kosztować krocie w internetowych butikach).
Można po prostu zrobić samemu.
To dlatego w kursie szydełkowania online skupiam się nie tylko na nauczeniu Cię techniki, ale również na nauczeniu Cię, jak projektować własne prace. Staram się zachęcić Cię do eksperymentowania i szukania własnego rozmiaru, koloru, wzoru. Daję Ci raczej wędkę niż rybę (a właściwie szydełko i sznurek zamiast gotowej pracy).
Jak działa kurs szydełkowania online?
Przechodzisz kolejne moduły – od omówienia szydełek, sznurków, włóczek i podstawowych splotów przez ćwiczenie prostych projektów po naukę bardziej zaawansowanych prac. Na sam koniec potrafisz projektować własne wzory i do tego też bardzo Cię zachęcam.
Do kursu dołączam grupę na Facebooku, gdzie kolejne „pokolenia” kursantek pomagają sobie wzajemnie, dyskutują na temat ulubionych sznurków i dzielą się podpowiedziami, gdzie kupować najfajniejsze włóczki.
Jeżeli Ty też odkładasz frajdę dziergania na wieczne potem – to może być ten moment!
Szydełkowanie krok po kroku – to naprawdę proste!
Oczywiście nie będę Cię tutaj popychać do zakupów, pisząc, że kurs szydełkowania online nagle zniknie, jeśli dziś, tu i teraz, go nie kupisz…
Kurs szydełkowania nie ucieknie, ewentualnie stracisz kolejny dzień frajdy dziergania
Ja tymczasem uciekam, ale zostawiam Cię z galerią fotek szydełkowych prac, które z pewnością ogarniesz i Ty, kiedy już opanujesz nawet najbardziej podstawowe sploty.
Co możesz zrobić, kiedy opanujesz podstawy szydełkowania?
Sprawdź galerię przykładowych prac poniżej
Najczęstszy błąd na starcie nauki szydełkowania
Najczęstszym błędem na początku nauki szydełkowania nie jest brak talentu, tylko chaos, zbyt wiele przypadkowych tutoriali, za mało uporządkowanych kroków.
Tak. Ten kurs prowadzi od materiałów i podstawowych splotów do prostych projektów i bardziej zaawansowanych prac, więc nauka jest uporządkowana i stopniowa.
Czy ten kurs szydełkowania online jest dla początkujących?
Tak, bo obejmuje omówienie szydełek, sznurków, włóczek oraz podstawowych splotów, a dopiero później przechodzi do kolejnych etapów.
Jak wygląda nauka w kursie szydełkowania online?
Uczysz się w kolejnych modułach, przechodząc od podstaw do bardziej zaawansowanych projektów, a dodatkowo masz wsparcie grupy na Facebooku.
Czy w kursie nauczę się tylko odtwarzać projekty?
Nie. W treści strony wyraźnie podkreślasz, że uczysz nie tylko techniki, ale też projektowania własnych prac i eksperymentowania z rozmiarem, kolorem i wzorem.
Czym kurs różni się od nauki z YouTube?
Strona podkreśla, że kurs pozwala uniknąć chaosu, godzin spędzonych na YouTube i frustracji, bo prowadzi krok po kroku w jasny, uporządkowany sposób.
Jeśli chcesz zacząć naukę szydełkowania krok po kroku i przejść od podstaw do własnych projektów, zobacz pełną ofertę kursu tutaj: Szydełko — roczny kurs online.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/10/blog-grafika-na-social-media-szablon-1-1.png788940aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-10-21 06:00:452026-04-08 11:05:02Kurs szydełkowania krok po kroku. Jak nauczyć się szydełkować od podstaw
Sławomir Wesołek prowadzi swój warsztat szewski od niemal 40 lat. To rodzinna tradycja, bo zarówno dziadek, jak i ojciec byli szewcami.
Co robi szewc?
Czy bycie szewcem i cholewkarzem oznacza pracę tylko przy butach? Absolutnie nie Choć noszenie własnoręcznie zrobionych butów, niepowtarzalnych w swoim rodzaju, jest niewątpliwym plusem tego zawodu, o czym pan Sławomir mógł się niejednokrotnie przekonać.
Do warsztatu szewskiego pana Sławomira (znajdującego się przy ulicy Reja 79 c w Wągrowcu), można przynieść prawie wszystko: buty, botki, kozaki i oficerki, nesesery, torebki i torebeczki, plecaki (nawet te firmowe), smycze dla psów, uzdy dla koni, paski do spodni i wiele, wiele więcej. Pan Sławomir tu naprawi, tam przyszyje, zwęzi lub poszerzy. Nasza rada? Nie wyrzucaj! Napraw!
Z naszej rozmowy z panem Sławomirem Wesołkiem dowiesz się:
Co robi szewc?
Skąd się bierze buty?
Jak nie nosić butów?
Co to znaczy, że but jest dobry?
Kiedy powinniśmy oddać but do szewca i dlaczego warto to robić?
Czy usługi szewskie dużo kosztują?
Co zrobić, gdy kupimy za mały but?
Dlaczego nie powinno się wlewać do buta octu?
Jak szewc rozciąga but?
Jakich narzędzi potrzebuje szewc?
W czym szewc może pomóc pannie młodej?
Czy łatwo jest zrobić but?
Jak kupować buty?
Jakie są elementy buta?
Jak zostać szewcem i gdzie można uczyć się zawodu?
Zapraszamy do wysłuchania rozmowy z panem Sławomirem o tym, co robi szewc. Jeśli wolisz czytać, transkrypcję znajdziesz poniżej
Transkrypcja podcastu: „Sławomir Wesołek o fachu szewca”
Sławomir Wesołek: Nazywam się Sławomir Wesołek, prowadzę warsztat od wielu lat, prawie czterdziestu. Miałem usługi i wyrób obuwia. Produkowałem i sprzedawałem po targowiskach, potem produkowałem buty i odstawiałem na sklepy, a potem wróciłem tylko do usług, czyli znowu naprawiam buty. Robiłem buty na miarę przez wiele lat, jednak cholewkarz, który ze mną współpracował (i szył wierzchy do tych butów na miarę), ma już ma ponad dziewięćdziesiąt lat, więc przestałem robić na miarę i teraz już tylko i wyłącznie robię usługi.
Karolina Nowaczyk: I pana zakład znajduje się…?
S.W.: W Wągrowcu przy ulicy Reja 79 c.
K.N.: Zapraszamy!
S.W.: Zapraszamy. Dziadek był szewcem, w 1912 roku założył warsztat, potem tata miał w Bydgoszczy warsztat. Ja też w tej Bydgoszczy miałem warsztat, ale przeniosłem się do Wągrowca. No i cały czas te usługi robię. I to nie tylko usługi szewskie, ale także sprawy cholewkarskie, bo mam dwa zawody: cholewkarz i szewc. Buty naprawiam, torebki naprawiam, kozaki poszerzam, zwężam, zamki wszywam. Szeroki asortyment. Nesesery naprawiam, paski. Wszystko, co możliwe, bo nawet przy oficerkach do koni czy uzdach do koni coś zszyję. Różne rzeczy robię: pasy transmisyjne, smycze dla psów. Szeroki asortyment.
Justyna Renn: A proszę powiedzieć, czym się różni szewc od cholewkarza?
S.W.: Cholewkarz to ten, co robi wierzch do butów, a szewc to ten, co robi spody. Teraz jest wielu szewców, co tylko umieją zrobić zelóweczkę, fleczek i koniec. Nawet maszyn do szycia nie mają. Ja dużo rzeczy szyję: plecaków, nie plecaków, torebek. Naprawiam. Na przykład same rączki się urwą, to ja to przyszyję i plecak jest. A plecak Adidasa kosztuje 150 zł, pasek się urwie, ja przyszyję za dyszkę i można nosić dalej.
K.N.: Czyli to tradycja rodzinna, że zajmuje się pan, powiedzmy ogólnie, butami, że ma pan zakład szewski? Czy było łatwo się panu nauczyć tego zawodu, czy to było mozolne? Czy to było coś, co po prostu było w rodzinie, więc było to naturalne?
S.W.: Ja już jak miałem dziesięć lat, to chodziłem tacie pomagać i od piętnastego roku życia robię w tym zawodzie, czyli robię czterdzieści lat.
K.N.: Szewska złota rączka. Czy ma pan uczniów, czy są osoby, które chcą się uczyć tego zawodu?
S.W.: Ja wyuczyłem wielu uczniów, ale już teraz nie, bo ten zawód zanika i jest nieopłacalny.
K.N.: Czyli to naprawdę pasja, żeby w tym zawodzie w tej chwili pracować?
S.W.: Pasja. Jestem przed emeryturą parę lat, także mnie już zarobek nie interesuje. Mam zadowolenie z tego, że to robię.
K.N.: Jakie zmiany zachodziły w tym zawodzie w trakcie pana praktyki?
S.W.: Dużo się zmieniło. Weszła technika, pojawiło się więcej rodzajów gum niż dawniej, kolorystyka jest większa, narzędzia są lepsze i nowocześniejsze. To ułatwia pracę, pozwala wiele czynności zrobić lepiej, inaczej.
K.N.: Czy miał pan zlecenie na jakieś specjalne buty, coś takiego niepowtarzalnego?
S.W.: Robiłem miarowe, ortopedyczne. A tak to robiłem sobie różnego rodzaju – takie, jakich nie miał nikt. Miałem czerwono-czarne, biało-czarne, miałem kozaki, na przykład dół biały, góra siwa – taka wyduszona na krokodyla. One były takie niepospolite, że jak gdzieś szedłem, to wszyscy się oglądali. Nikt takich butów nie miał, bo były nie do kupienia. A dzisiaj to dużo szyję, jak coś pęknie, coś się zepsuje. Poszerzę kozaki, zwężę kozaki, rozciągnę buty zbyt wąskie lub na halluksy.
K.N.: No właśnie, skąd te haluksy się biorą? Od jakich butów? Czy od obcasów?
S.W.: Nie, wcale nie. Jak jest dobrze but wyprofilowany, to nie musi być od obcasów. Ale od płaskich na pewno młodzi mają płaskostopie, bo od młodego wieku noszą buty, które nie mają tego wygięcia. Jak jest but źle wyprofilowany, to potem tak się dzieje. Ludzie kupują buty za wąskie i zamiast dać je rozciągnąć, to dusi, dusi, bo fajne, więc się chodzi. No i tak wydusi, aż ta kość zaczyna rosnąć. Wielu kupuje niezdrowe buty, zbyt wąskie. Można dać do szewca rozciągnąć, ale nie pomyślą ludzie.
J.R.: Teraz młodzi ludzie nie wiedzą, że można dać naprawić czy rozciągnąć buty.
S.W.: Tak, starsi ludzie wiedzieli, że to wszystko jest do zrobienia, a młodzi ludzie nie widzą i z niewiedzy noszą. Teraz się często zamawia internetowo przez tę pandemię i często ludzie kupują za małe buty. Ci, co wiedzą, no to przyniosą, żeby rozciągnąć, a ci, co nie, to się męczą i męczą. Zaczynają tam lać wody lub octu. Cuda-niewidy wymyślają, a nie wymyślą, bo nie rozciągną. Czasami nawet buty mogą się skurczyć.
J.R.: Czy buty nie ze skóry też się da rozciągnąć?
S.W.: Tak, adidasy rozciągną się, jak ja z czuciem wbiję to kopyto, namoczę, to się rozciągnie przez noc, wyschnie ta woda i but będzie rozciągnięty. Tylko trzeba z czuciem, bo jedno uderzenie więcej i z jednego buta są dwa.
K.N.: Ale to są lata praktyki, lata doświadczenia w tym zawodzie. Proszę nam powiedzieć coś o narzędziach. Co to jest za maszyna?
S.W.: To jest taka powojenna/przedwojenna singerka, bo dawniej te maszyny były. Dzisiaj są nowoczesne maszyny, które są kolosalnie drogie. Rzemieślnik nie jest w stanie tego kupić, dlatego mam jedną maszynę, taką singerkę. Szyję nią sprawy cholewkarskie, zwężania, poszerzania, paseczki do butów, torebki… A z kolei na takie cięższe sprawy, grubsze rzeczy, to mam drugą maszynę. Tu mam szlifierkę, że jak robię fleczki, no to oszlifowuję, jak dorabiam. Bo to wszystko się dorabia, dziś już nie ma gotowych fleków. Wszystko się dorabia – duże, małe. Szlifuje się to wszystko na szlifierce, dlatego mam szerokie i wąskie koło. Teraz rzadko, ale jeszcze zdarza się, że ktoś przyniesie buty na skórze, to mogę je nawoskować. Takie powojenne były, takie luksusowe dla prezesów, z górnej półki, jak to się mówi. Jeszcze można takie drogie buty zamawiać albo kupić, bo one są po pięć tysięcy, po siedem tysięcy. I wtedy one są na skórze i szyte. Ja też mam takie ładne, różnego rodzaju droższe buty. Bo jak jest przysłowie: “Szewc bez butów chodzi”, to ja akurat odwrotnie – mam dużo butów.
J.R.: Czy ślubne buty jeszcze dziewczyny zamawiają? Czy pan robi też ślubne buty?
S.W.: Nie, ale często robię poprawki do ślubnych butów, bo nie pasują i poprawiam. Bo za ciasne są i rozciągnę, czy paseczek dorobię, czy obcas zniżę, bo za wysoki i źle się chodzi. Ładne są, ale niepraktyczne. A to trzeba całą noc przetańczyć.
J.R.: Dobrze wyprofilowany but zrobić to nie jest takie proste.
S.W.: No nie, ciężko dostać nawet, bo dziś robi się na ilość. Te lepsze firmy, które są droższe, takie jak Wojas, Ryłko, Gino Rossi, Vanessa to lepiej robią buty, ale za odpowiednią sumę. A te takie typu CCC, to jest wszystko takie na chwile.
J.R.: A dużo jest polskich firm szyjących buty?
S.W.: Są, ale dużo nie. I jak są, to są drogie. Te tanie dają robić wszystko gdzieś w Chinach i Korei. Firma polska, ale nie u nas zrobione.
J.R.: Ale są fabryki butów, które produkują w Polsce?
S.W.: Są i robią dobre buty, ale to już takie od 500 zł w górę. Proszę zobaczyć, tu mam dwie pary butów polskich, kupiłem je przecenione za 210 zł i noszę je już 4 lata, a one są jak nowe. A teraz kupiłbym z ceratki za siedem dyszek, to starczą na jeden sezon, razy cztery lata to już wyszło 280 zł. I jeszcze nie wiadomo, czy bym grzybicy nie dostał od tego sztucznego. Czyli mam osiem dych w kieszeni i nadal do noszenia ze trzy lata. I mam buty, które noszę już pięć czy siedem lat i są jak nowe.
K.N.: Jak ma Pan ten but w ręku, to czy mógłby pan elementy buta przedstawić naszym słuchaczom, bo nie wszyscy znają?
S.W.: Dobrze – na górze cholewka, podszewka, wkładka, podspód, spód, zelówka i flek.
J.R.: Teraz są modne sztuczne skóry robione z ananasa albo z papieru. Czy to jest dobry materiał?
S.W.: No nie wiem, musiałbym mieć. Ale powiem wam, że mam czapkę. Pokażę, bo nie wiem, z czego to w ogóle jest. Sztuczne, ale głowa się nie poci. W ogóle nie chciałem kupić, ale potem się przekonałem i kupiłem, bo jest taka inna. Faktycznie mogą być – tak jak mówicie – inne skóry dobre, bo mam oparcie z trawy morskiej, które jest bardzo wygodne. Sztuczna skóra jest dobra, ale nie cerata zwykła. Bo wtedy noga się zapoci i to jest w ogóle nie do noszenia. To chemikaliami czuć, a jak się nogę wyciągnie, to jest mokra. Ale jak będzie sztuczna, jak na adidasach czy najkaczach, to wcale nie tak źle.
K.N.: Mam jeszcze takie pytanie techniczne: Czy jak porównuje pan swoją pracę 40 lat temu i teraz, biorąc pod uwagę to, że jest więcej narzędzi, więcej materiałów, czy ta praca jest łatwiejsza technicznie? Szybciej pan może dany but wykonać, naprawić?
S.W.: Lżejsza jest teraz. Kiedyś musiałem papierkiem szlifować, teraz mam szlifierkę. Kiedyś musiałem w czajniczku wodę grzać i na tym ogrzewać, a teraz mam opalarkę, która momentalnie grzeje. To mi bardzo ułatwia pracę.
K.N.: Czyli wszystkim tym, którzy byliby chętni do tego zawodu, możemy powiedzieć, że nie jest to fizycznie trudna praca?
S.W.: Ależ skąd, niech Pani patrzy, ja mam rękę jak pan doktor. Bo to tylko mam śrubokręciki dobrych firm, magnetyczne. To tylko chwyci, wkręci i już gotowe. Nożyczki mam dobrej firmy, ostre jak brzytwa.
K.N.: Czy jest to zawód, w którym potrzeba dużo cierpliwości?
S.W.: Raczej nie, ale trochę trzeba. To zależy, co się robi. Są rzeczy, że nie, i są rzeczy, że tak. Czasem są takie drobiazgi nieopłacalne, ale człowiek robi, żeby zadowolić klienta. Robię dla przyjemności, a nie dla pieniędzy, bo z niektórych rzeczy nie ma pieniędzy. Robię coś godzinę czasu na przykład i 7 zł państwo bierze, plus towar jest dycha, no i ja wezmę dychę, bo nie mogę wziąć więcej, no to po prostu godzinę robię dla przyjemności, nie dla pieniędzy, no i po to, żeby klienta zatrzymać.
J.R.: Kiedyś buty się bardziej szanowało niż teraz, naprawiało się. A teraz są tak tanie buty, że zmienia się je co chwilę.
S.W.: Ja mówię, że biednego nie stać na tanie buty i kupuje drogie. Chodzi w nich latami. Ma dwie pary lub trzy, ale ekstra. A bogaty kupuje ciągle, ciągle, ciągle, ciągle. W sumie wydaje więcej pieniędzy, chodzi w czymś gorszym i niszczy stopy. Kupi pani bawełnianą bluzkę i ona oddycha, a w sztucznej się pani zapoci.
J.R.: Ale myślę, że ludzie wracają do naturalnych materiałów.
S.W.: Tak, zaczynają rozumieć, że jak kupi droższą bluzkę, naturalną, to można prać i prać, nic się nie dzieje. To tak jak ze skórzanymi butami – też się nic nie dzieje i można długo chodzić, pastować, pastować i odświeżać, i nic się z tym nie dzieje.
J.R.: No właśnie jak dbać o buty, aby nam długo służyły?
S.W.: Są pasty różne i woski. Ja to wszystko mam, więc jak naprawiam buty, to przy okazji odnawiam. I za to już nic nie biorę. Mam kolory past, mam szczotki do nakładania i polerowania, inne do czarnego, inne do kolorowych. Przejadę i normalnie są jak nowe. Ktoś przyniesie brudne, ja szmatą zetrę, przejadę pastą, wypoleruję i już. I klienci się cieszą, bo da brudne, a odbiera jak nowe. Mnie to dużo nie kosztuje, a przez to mogę zdobyć klientów. Mam papierowe torebki z pieczątkami z dwóch stron. I jak ktoś idzie, to reklamuje moją firmę.
J.R.: A gdzie się uczy takiego zawodu? Są szkoły, które uczą szewców?
S.W.: Ostatniego ucznia to z Urzędu Pracy miałem, pełnoletni człowiek, bo miał 21 lat. Urząd mu płacił 900 zł, takie stażowe. I on potem zrobił poszerzone cholewkarstwo szewskie. W Katowicach wyrobił papiery, że może po całej Europie jeździć, pracę znaleźć i dobrze zarabiać w tym zawodzie.
J.R.: A czy to jest tak, że to jest w Polsce zawód, który ginie, czy na całym świecie?
S.W.: Na świecie nie wiem, ale u nas ginie, bo to zawód mało dochodowy. W małych mieścinach za mało pracy, w dużych czynsze drogie. Choć trochę jeszcze szewców jest, bo ktoś te buty musi naprawiać. Kupi pani szpilki za 600 zł, a po jednym wieczorze fleczek wyleci. I co? Nie wyrzuci pani butów za 600 zł. Trzy dyszki pani zainwestuje i chodzi w nich dalej. A jak mąż kupi sobie eleganckie buty też za 600 zł i gdzieś czubkiem zahaczy i mu się odklei, to też nie wyrzuci. Sklejenie kosztuje dychę. Warto naprawiać.
K.N.: Serdecznie dziękujemy za rozmowę i wszystkiego dobrego życzymy.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/09/slawomir-wesolek-okladka-pl.png10801080aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-09-02 06:00:492026-08-21 09:57:58Sławomir Wesołek o tym, co robi szewc
Gdy nadchodzi wiosna, niemal każda mała dziewczynka plecie wianki z kwiatów. A każdy z tych wianków jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju. Zuzanna Kozdęba swoją pasję do kwiatów odkryła dawno temu, właśnie na polnej łące, gdzie wraz z kuzynkami szukała roślin do kwietnych bukiecików. Atlasy roślin z ręcznie malowanymi obrazkami zamiast zdjęć były jej ulubioną lekturą przed snem. I chociaż Zuzanna na co dzień zajmuje się nauczaniem języków obcych, to gdy przychodzi lato, jej pracownia Co ja plotę jest pełna zapachów i kolorów, a pod sufitem suszą się ogromne ilości roślin, które potem zamieniają się w wianki z kwiatów.
Z naszej rozmowy z Zuzanną Kozdębą dowiesz się:
Kim tak naprawdę jest wianczarka?
Jak pleść wianki i od czego zacząć?
Czy wykonywanie wianków z kwiatów wymaga dużo przestrzeni?
Czy wianki można zapleść z każdej rośliny?
Gdzie zdobyć kwiaty na wianki i jak z nimi postępować?
Jakie są rodzaje wianków?
Czy zimą również można pleść wianki?
Jak dbać o wianek z kwiatów i jak go przechowywać?
Gdzie można nauczyć się plecenia wianków z kwiatów?
Zapraszamy do wysłuchania rozmowy z Zuzanną Kozdębą o wiankach z kwiatów. A jeśli wolisz czytać, transkrypcję nagrania znajdziesz poniżej
Wszystkie zdjęcia użyte w tym artykule pochodzą ze strony Co ja plotę >>
Transkrypcja podcastu „Zuzanna Kozdęba o wiankach”
Karolina Nowaczyk: Dzień dobry, prosimy, żeby nam się pani przestawiła.
Zuzia Kozdęba: Dzień dobry, jestem Zuzia Kozdęba i jestem wianczarką z Wągrowca.
K.N.: Kim jest wianczarka?
Z.K.: Wianczarka, przynajmniej w moim wyobrażeniu, to kobieta, która plecie wianki. Tak sobie wyobraziłam tę nazwę. Drugi raz spotkałam się z tą nazwą w jednym dramatów Miłoszewskiego i okazało się, że taka nazwa występuje w języku polskim. Wianczarki to kobiety, które przekazują historię, przekazują dzieje za pomocą tańca, śpiewu i myślę, że ta nazwa wianczarka już tak przylgnęła i została.
Jak to się wszystko zaczęło
K.N.: Jak się zaczęła pani pasja?
Z.K.: Pasja? Czym skorupka za młodu nasiąknie… Mama farmaceutka, także spacery po polach, patrzyłam, co jest czym, co zrywać i kiedy. Do czego używać roślin, czego nie dotykać.
K.N.: Czyli przez mamę zaczęła się pasja do roślin. A jak to się stało, że w te rośliny teraz pojawiają się u pani w formie wianków?
Z.K.: Wcześniej pojawiały się w formie bukietów, które z siostrą i kuzynkami sprzedawaliśmy jako dzieci, żeby sobie zarobić na wesołe miasteczka, które do nas przyjeżdżały, do mojego rodzinnego miasta Skoki. Jak chciałyśmy iść, to musiałyśmy zarobić, a że było nas pięć, to sporo rąk do pracy. Teraz zostałam sama, kuzynki lajkują i kupują, a ja plotę. W sumie pierwsze wianki, które zaczęłam robić i sprzedawać, sięgają chyba czterech lat wstecz, tak jak tutaj się przeprowadziliśmy i zyskałam miejsce do pracy, zyskałam pole do popisu, bo chciałam udekorować swój dom.
Wianki z kwiatów – jak wygląda proces tworzenia
K.N.: Czy wykonywanie wianków, cały ten proces, czy on wymaga dużo miejsca? Czy do tego jest potrzebna przestrzeń?
Z.K.: Ogrom przestrzeni! W tym momencie wykorzystuję nasz strych, który ma powierzchnię pewnie 50 metrów i tam suszę rośliny, tam pracuję. Ale docelowo tutaj, w budynku gospodarczym obok domu, będzie powstawała pracownia, atelier, w którym będzie można pracować, bo suszenie roślin najlepiej sprawdzi się na strychu.
K.N.: Przewiew?
Z.K.: Przewiew, jest gorąco i jest ciemno, a to rośliny lubią, żeby zachować kolor. Żeby zachować ładny kolor roślin, jest potrzebna wysoka temperatura i właśnie odpowiednie “nienaświetlenie”. Im ciemniej, tym lepiej.
K.N.: Czy mogłaby nam pani powiedzieć o tym całym procesie? Od momentu, kiedy zobaczy pani kwiatka, do momentu, w którym jest już gotowy wianek?
Z.K.: Przed zobaczeniem kwiatka czytam o kwiatku. Mam tutaj u siebie na stałe takie małe atlasy roślin, jeszcze z lat 70-tych, Delfiny Gayówny z malowanymi ręcznie rycinami. To są piękne stare książki, które ja jako dziecko przeglądałam częściej niż Brzechwę, także jakby naturalnie wrosły we mnie. Także oglądając, czytając, potrafię sobie wyobrazić, co się z nimi stanie, jak będą w wianku, ale nie zawsze potrafię sobie wyobrazić, co się stanie, jak zacznę je suszyć. Historii pod tytułem: “Zetnijmy to i ususzmy” jest mnóstwo, bo nie wszystko się nadaje do suszenia. Oczywiście dzisiaj ogromną wiedzę czerpię również z internetu: to strony takie jak Pinterest, strony osób zajmujących się hodowlą bylin, roślin suszonych. Takie dokształcanie się, co jeszcze można, co jeszcze można zdobyć. Bo nie wszystko można zerwać, nie wszystko można ususzyć samemu. Czasami fajnie jest też kupić coś od kogoś, kto te rośliny hoduje.
K.N.: To ja jeszcze wrócę – mamy ten kwiatek i co?
Z.K.: Mamy kwiatki i idziemy na strych. Zrywamy kwiatek, czyścimy kwiatek, zostawiamy tę część rośliny, która nas docelowo interesuje. Czyli jeśli na łodydze są liście, to te liście zrywamy. Czyli mamy tylko główkę. Jeśli liście są ładne, to zawsze testuję, co się stanie z liśćmi po zasuszeniu. No bo liść potrafi się też ładnie zasuszyć, potrafi zachować formę. Łączymy kwiaty w nieduże bukiety, żeby mogły oddychać i wieszamy je na strychu do góry nogami.
K.N.: Jak długo się suszy taki kwiat?
Z.K.: To zależy od temperatury, zależy od pogody. Potrafi być to kilka dni, a przy nieznośnej pogodzie suszenie może się też zepsuć.
K.N.: To lato, które teraz mamy, jest dosyć wilgotne, czyli nie jest korzystne do suszenia?
K.Z.: Dosłownie 3-4 dni temu prawie płakałam na strychu, bo lało praktycznie dwa dni i okazało się, że w niektórych miejscach dach przecieka. Zrobiło się po prostu bardzo wilgotno i zastanawiałam się, czy wszystko nie spleśnieje, ale przedwczoraj wyszło słońce, dzisiaj byłam i okazało się, że wszystko pięknie odparowało, co było krzywe wyprostowało się. Jeżeli coś nam się krzywo ususzy, to też jest taka metoda: potraktowanie takiej rośliny parą wodną, można dać jej troszkę nasiąknąć. Też fajnie jest nawilżyć rośliny przed pracą, żeby nie były bardzo kruche, bo jeżeli są bardzo kruche, to będzie się ciężko pracowało, mogą się zniszczyć. Jeżeli mam do czynienia z rośliną bardzo kruchą, tak jak na przykład lawenda (która jest przepiękna, ale nienawidzę z nią pracować, ponieważ jest bardzo krucha), dobrze jest ją wystawić na noc na dwór, żeby delikatnie złapała z powietrza wilgoć. Będzie się lepiej słuchać. Taki kwiatek wisi i jak jest już suchy, trafia do koszyka pod tytułem: “Kompozycje wianka”, bo zanim zacznę pleść, wymyślam sobie temat, jaki będzie przewodni każdego wianka, wtedy dobieram rośliny w zespoły i wplatam.
K.N.: Jak długo trwa wykonanie takiego wianka?
K.Z.: Mówimy o momencie, kiedy już wszystko jest ususzone, gotowe, czyli sam proces plecenia trwa do czterech godzin. Na pewno nie jest to praca taśmowa i dziennie jestem w stanie zrobić tak 3-4 maksymalnie wianki.
K.N.: To i tak uważam że 3-4 wianki to dużo.
Z.K.: Trzeba poświęcić cały dzień. Zawodowo zajmuję się nauką języków obcych i wakacje są takim czasem, w którym ja nie pracuję, także to jest moja druga działalność artystyczna i mam na to czas.
K.N.: Lato czas wianków.
Z.K.: Tak, to jest mój wymarzony, wyczekiwany czas.
Techniczne aspekty tworzenia wianków z kwiatów
K.N.: To ja mam jeszcze takie pytanie: mam rośliny i chcę zrobić wianek, i co? Jakiś podkład?
Z.K.: Pokażę na prezentacji. Zaczynam zawsze od wyboru podkładu. Na przykład takie słomiane podkłady, nie robię ich sama, choć bym mogła, ale to wydłużyłoby nam zdecydowanie czas pracy, takie podkłady, wianki słomiane można kupić wszędzie w sieci lub na giełdach kwiatowych. Podkład i giętki drucik florystyczny wystarczą nam za podstawę. A co będziemy pleść i w co będziemy wplatać kwiaty, to już dyktuje nam wyobraźnia. Pierwsze wianki, jakie robiłam na samym początku, były na gipsówce polnej, jednak od gipsówki odeszłam, bo ja lubię co roku coś zmienić. W zeszłym roku miałam wianki na zatrwianie tatarskim – to taka roślina uprawiana w celach florystycznych, często się ją wykorzystuje na trwałe bukiety, taki biały charakterystyczny, kaszkowaty kwiat. A w tym roku na wiosnę wyśniło mi się, że zrobię wianki na sianie, żeby w domu chociaż raz było dużo siana, i robię na sianie.
K.N.: Czyli to jest tak, że inspiracja przychodzi jak coś pani zobaczy, to jest po prostu taki błysk i to jest to.
Z.K.: Proces tworzenia wianków zaczyna się w głowie i tak naprawdę zawsze mam oczy szeroko otwarte. O co zawsze boi się mój mąż. Prowadząc samochód, większą uwagę przywiązuję do pobocza niż do drogi, więc jak jedziemy gdzieś dalej, zwłaszcza w teren nieznany, to umawiamy się, że on prowadzi, tylko z tego względu, że boi się o mnie, że nie będę patrzeć tam, gdzie powinnam. Zawsze mam w samochodzie sekator, worki, kartonik na rośliny. Zawsze się coś może przydarzyć, często się przydarza.
Justyna Renn: A czy wianki ślubne też pani robi? Albo ozdoby?
Z.K.: Wianki ślubne chyba lepiej, żeby były z roślin żywych, więc jeżeli ktoś ma taką prośbę i miałby to być wianek z kwiatów żywych, to musiałaby być bliska osoba, żebym zrobiła. Po prostu kwiaty żywe to nie moja bajka, nie wiedziałabym chyba do końca, które ze sobą połączyć, więc chyba to zostawię kwiaciarkom. A wianki ślubne suszone, gdzieś słyszałam, że chyba nie do końca przynoszą szczęście, więc jeżeli ktoś się uprze, to okej, zrobię. Za to świetnie sprawdzają się suszone wianki na sesjach zdjęciowych, takie w stylu boho. Widziałam ostatnio któryś z moich wianków u znajomej fotografki z Wągrowca. Przysłała mi wczoraj zdjęcie z sesji ciążowej z białym wiankiem, bardzo piękna.
K.N.: A ja mam jeszcze pytanie techniczne, bo teraz mamy kwiaty, czyli wybór kwiatów i to jest strefa kreatywności, ale takie twarde techniczne elementy, które trzeba mieć, żeby ten wianek był wiankiem?
Z.K.: Twarde techniczne elementy: jest podstawa, drucik, jest sekator. Bukiety z suszu, które są do takiej postawy drucikiem przymocowane, ale jest klej na gorąco, który służy po to, żeby już później przepięknie ubrać, bo nie wszystkie elementy da się złapać i wpleść, łamią się. Od tej metody już odeszłam. Co jest jeszcze potrzebne? Żel na oparzenia, plastry, bo klej na gorąco jest jednak gorący, i osoba karmiąco pojąca (u mnie w tej roli mąż Bartuś). Jak się zafiksuję na pracy, to po prostu plotę.
K.N.: Jak ten gotowy wianek, który już mamy skończony, konserwować, żeby jak najdłużej, jak najładniej wyglądał?
Z.K.: Jako że też interesuje się troszkę malarstwem, świetnie sprawdza się werniks anty UV, który nie pozwala, żeby ta roślina wyblakła, także można potraktować takie kwiaty werniksem. Poza tym nie wieszamy wianków w tak zwanych planach słonecznych, chyba że chcemy, żeby nam się wybarwił. Niektórzy chcą, żeby był spłowiały, to okej. Wybieramy miejsca nienasłonecznione w domu, nie zewnętrzne drzwi, bo kwiat suszony nie może dostać z powrotem wilgoci. Moja mama się przekonała kilka razy, bo ona koniecznie chce na drzwi wejściowe wianki. Mówię jej: “Mamo, dobrze, ale on będzie ładny dwa tygodnie”. “To mi zrobisz następny, dobrze?”. Nie farbuję też roślin, dlatego one się po prostu z czasem będą zachowywać naturalnie, będą troszeczkę, troszeczkę płowiały. Ale najważniejsze kolory i forma, forma zostanie na pewno na długo.
K.N.: Myślę, że to jest właśnie ich urok, że są naturalne, że nie ma ani barwienia, ani sztucznych elementów, tylko to jest sama natura, potem będzie się tak wybarwiał ,jak się w naturze wybarwia.
Z.K.: Poza tym nic nie jest wieczne, one też nie mogą być wieczne, mają być wspomnieniem lata i mają służyć przez kilka sezonów. A z tego co wiemy od zaprzyjaźnionych osób, to przez kilka nic się z nimi nie dzieje. Czasem ktoś nie lubi i boi się, że będzie mu się kurzył, to wtedy mówię, że może od czasu do czasu sprayem do włosów. Ja tego nie lubię, bo wolę jak jest pachnący, i tak wieszam.
Nowoczesne metody plecenia wianków
K.N.: Tradycja i nowoczesność. Jakie tradycyjne metody powstawania, plecenia wianków, w jaki sposób je pani zamieniła na coś nowocześniejszego, żeby sobie ułatwić pracę?
Z.K.: Nowocześniejsze są na pewno metody pracy z wiankiem, między innymi podkłady, o których mówiłam, których nie trzeba już wyplatać ręcznie, bo są do tego specjalne maszyny, które od razu przy żniwach zbierają słomę i przekształcają na wianki różnej grubości i średnicy, to jest jedna rzecz. A druga to też wspomniane wcześniej kleje na gorąco z pistoletem, bardzo przydatnym.
K.N.: Co to jest wianek zimowy?
K.Z.: Wianek zimowy, dla mnie przynajmniej, to jest wianek, który jest upleciony z żywych roślin, to jest taki wianek, który powiesimy sobie nad kominkiem lub na drzwiach wejściowych, wianek, który jest pełen owoców, orzechów, słodyczy. Upleciony najczęściej z jałowca, do środka idzie rokitnik przepiękny, który się pięknie komponuje z pomarańczami, głóg, który nam został z jesieni, ostrokrzew, szkarłatnica. To są żywe, grube, zielone, pachnące rośliny. Świerku nie polecam, jeśli ktoś nie lubi pracować w grubych rękawicach, o wiele lepiej sprawdzi się miękka jodełka, sosna z szyszkami, pachnące zimowe rośliny.
K.N.: Czy prowadzi pani warsztaty, czy są osoby zainteresowane nauką wyplatania wianków?
Z.K.: Okazuje się, że tak i ku mojemu zdziwieniu nie są to dzieci, a mamy, które z dziećmi przychodzą. Pierwsze warsztaty, które robiłam, to chyba warsztaty, które sięgają trzy lata wstecz. To były warsztaty prowadzone w Bibliotece Publicznej w Skokach, z którą mam przyjemność na co dzień współpracować, która niesamowicie wierzy w te wszystkie zdolności moje, która mnie promuje, kupuje moje rzeczy i pomaga, jak może. Tam były moje pierwsze warsztaty właśnie dla rodzin i to były wianki zimowe. Materiały są ogólnodostępne dla wszystkich, bo każdy gdzieś pewnie na ogródku ma rośliny zimozielone. Wianki jesienne, które wyplatałyśmy w zeszłym roku tutaj, u pani Kuczerepy-Budzyńskiej, wianki na nawłociach suszonych – nawłocie są przepiękne, nie mam jeszcze ich w tym roku, będą pewnie za jakieś trzy tygodnie takie gotowe do ścięcia. Moment ścięcia roślin jest ważny, wcześniej o tym nie mówiłam, ale też trzeba wybrać ten moment, kiedy roślina jest piękna. To ten dzień zakwitania. Przychodzą osoby zainteresowane, pytają właśnie jak suszyć rośliny, które suszyć, jak w ogóle zabrać się za wianek i okazuje się, że nagle każdy potrafi taki wianek zrobić i wcale nie trzeba wielkich nakładów finansowych.
K.N.: Czy ja dobrze myślę, że samo plecenie wianka to jest chyba najłatwiejszy element, trudniejsze jest przygotowanie i dobór roślin.
Z.K.: Tak właśnie. Mój mąż zawsze pyta: “To co dzisiaj robisz? Podstawy czy ubierasz? Podstawy – to będziesz się nudzić”. Faktycznie, jak robi się już któryś wianek, jest nudno.
J.R.: Ale trzeba mieć wyobraźnię, wiedzę, jak dobrać rośliny, które rośliny się sprawdzą, które będą ze sobą ładnie wyglądały, prawda?
Z.K.: Tak jak mówiłam wcześniej, robię sobie najpierw temat przewodni, na przykład Tajemniczy ogród. Wtedy wiem, że idzie bluszcz, mech, idą hortensje, no i pewnie kluczyk powinien w środku wisieć. Potrzebna jest wiedza, rozglądanie się, łączymy rośliny, które lubią się, które kwitną w tym samym momencie, rosną obok siebie, to wtedy ładnie się komponują w wianku. Niektóre rośliny się ze sobą nie lubią, źle się komponują.
J.R.: Czyli trzeba podglądać Naturę.
Z.K.: Tak właśnie, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i mieć dużo pomysłów. Kreatywność jest bardzo ważna przy takiej pracy i trzeba mieć patenty.
K.N.: Dziękujemy za rozmowę i życzymy kolejnych wspaniałych wianków.
Zuzanna Kozdęba
Jaka jest idea projektu “Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”?
Celem naszego projektu jest wzmocnienie tożsamości narodowej poprzez zapoznanie się z polskim rękodziełem, kulturą, tradycją, folklorem.
Techniki rękodzielnicze ulegały transformacjom na przestrzeni czasu – chcemy to pokazać, a tym samym rozbudzić w Tobie rękodzielniczego bakcyla!
Bo rękodzieło jest naprawdę dla wszystkich, a o jego dobroczynnym wpływie możemy mówić bez końca
Wszystkie rozmowy, które przeprowadziłyśmy do tej pory w ramach projektu, znajdziesz na stronie Rękodzieło Wczoraj i Dziś >>
Haft pałucki – rozmowa z Wiesławą Gruchałą i Krystyną Ługiewicz
W dzisiejszym odcinku z cyklu „Rękodzieło Wczoraj i Dziś”, realizowanego w ramach projektu „Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”,rozmawiamy z panią Wiesławą Gruchałą z Muzeum Regionalnego w Wągrowcu, z paniami z Koła Miłośniczek Haftu Pałuckiego przy Muzeum Regionalnym w Wągrowcu oraz z panią Krystyną Ługiewicz opiekującą się kołem hafciarskim. Haft pałucki zdobił elementy stroju ludowego na terenach Pałuk (styk Wielkopolski, Kujaw i Pomorza).
Haft pałucki – kto się tym zajmuje?
Koło Miłośniczek Haftu Pałuckiego działa nieprzerwanie od 2013 roku, a zawiązało się po warsztatach zorganizowanych przez Muzeum Regionalne w Wągrowcu. Kołem opiekuje się pani Wiesława Gruchała z muzeum w Wągrowcu, a mistrzynią czuwającą nad poprawnością wzorów jest pani Krystyna Ługiewicz z Bożejewiczek. Koło Miłośniczek Haftu Pałuckiego tworzone jest przez hafciarki, które zdobywają nagrody w najstarszym konkursie hafciarskim w Polsce, organizowanym w Szubinie od ponad 50 lat.
Warto przy tym wspomnieć, że pani Krystyna Ługiewicz, jako twórczyni ludowa, nie tylko jest laureatką wielu konkursów, ale też otrzymała wyróżnienie “Zasłużony dla kultury polskiej”, medal ministra kultury i dziedzictwa narodowego oraz marszałka województwa kujawsko-pomorskiego. Jej prace można podziwiać w wielu muzeach w Polsce. Pod jej czujnym okiem można także uczyć się sztuki haftowania w muzeum w Wągrowcu oraz w domu kultury w Rogowie.
Co to jest haft pałucki?
Haft pałucki jest bardzo charakterystyczny, zdobi elementy stroju pałuckiego: czepiec, kryzę, koszulkę, fartuch, halkę białą i czerwoną. Czerwona halka nazywana jest “piekielnicą”, ponieważ jest w kolorze czerwonym, a hafty są w kolorze czarnym.
Głównymi motywami haftu pałuckiego są motywy roślinne, takie jak listki, gałązki oraz bukiety, a jego struktura jest bardzo mięsista, wypukła. Czepce, kryzy i koszulki w stroju pałuckim są w kolorze białym, haftowane białą, bawełnianą nicią. Występują tu motywy florystyczne z obdzierganą dziurką. Halki, kryzy i fartuszki wykańcza się w tak zwany ząbek, o krawędziach obdzierganych dziurek. Fartuszek, zazwyczaj w paski, był w kolorach blado czerwonym i białym, haftowany białą nicią.
Jak wygląda strój pałucki ozdobiony haftem pałuckim?
Strój Pałucki składa się z charakterystycznego czepca wykonanego z białego płótna lub tiulu zdobionego wypukłym haftem pałuckim. Do czepca doszyte są szerokie haftowane bandamy, czasem sięgające kolan. Do białej haftowanej koszuli panny zakładają gorset w kolorze czarnym lub granatowym, a mężatki krótki kabat w ciemnym kolorze. Do tego haftowana kryza, czyli rodzaj kołnierzyka, oraz czerwone, drobne korale. Dół składa się z kilku warstw: najpierw biała, haftowana halka, potem czerwona flanelowa halka (tzw. piekielnica), następnie dyrdok, czyli wełniana spódnica (dawniej pasiasta, obecnie w ciemnych kolorach), a na samym wierzchu haftowany fartuch.
Panie z Koła Miłośniczek Haftu Pałuckiego mają mnóstwo pomysłów, a haft pałucki wykorzystują również do ozdabiania obrusów, serwetek, woreczków, a nawet maseczek do zakrywania nosa i ust.
Zapraszamy do wysłuchania krótkiej, ale bardzo ciekawej rozmowy z mistrzyniami haftu pałuckiego
Jaka jest idea projektu “Tradycja i nowoczesność w polskim rękodziele”?
Celem naszego projektu jest wzmocnienie tożsamości narodowej poprzez zapoznanie się z polskim rękodziełem, kulturą, tradycją, folklorem.
Techniki rękodzielnicze ulegały transformacjom na przestrzeni czasu – chcemy to pokazać, a tym samym rozbudzić w Tobie rękodzielniczego bakcyla!
Bo rękodzieło jest naprawdę dla wszystkich, a o jego dobroczynnym wpływie możemy mówić bez końca
Wszystkie rozmowy, które przeprowadziłyśmy do tej pory w ramach projektu, znajdziesz na stronie Rękodzieło Wczoraj i Dziś >>
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/08/1-okladka-pl.png10801080aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-08-19 06:00:202026-08-21 09:57:34Kilka słów o hafcie pałuckim
Jednym z najważniejszych elementów każdego stroju ludowego jest nakrycie głowy. Nie zawsze jest to chusta lub czepiec, jakby się mogło wydawać. Każdy region ma swoje określone wzory, formy i sposoby noszenia.
Miałyśmy niezwykłą przyjemność porozmawiać z panią Beatą Kabałą – kopczorką z Wielkopolski. Pani Beata szyje kopki, czyli tradycyjne nakrycia głowy z okolic Biskupina.
Co to w ogóle jest kopka? Jak wygląda kopka? Jakie są rodzaje kopek? Czy współcześnie jest zapotrzebowanie na kopki? Jesteś ciekawa(-y)? Zapraszamy wysłuchania ciekawego wywiadu z panią Beatą o tajemnicach powstawania kopek. Jeśli jednak wolisz czytać, niż słuchać, transkrypcję podcastu znajdziesz poniżej.
Transkrypcja podcastu „Beata Kobała o kopkach”.
Karolina Nowaczyk: Dzień dobry, pani Beato.
Beata Kabała: Witam serdecznie.
K.N.: Bardzo nam miło, że zgodziła się Pani opowiedzieć nam o rękodziele, którym się pani zajmuje. Czy mogłaby się nam pani przedstawić?
B.K.: Mam na imię Beata Kabała, mieszkam w Krobi, obecnie pracuję jako instruktor do spraw folkloru i organizacji imprez w Gminnym Centrum Kultury i Rekreacji imienia Jana z Domachowa Bzdęgi w Krobi i jestem też kopczorką.
K.N.: Proszę nam jeszcze powiedzieć, w jakim regionie Wielkopolski się znajdujemy?
B.K.: W Biskupiźnie, południowo-zachodnia Wielkopolska, na terenach Biskupizny. Biskupizna to mały mikroregion, do którego należy 13 miejscowości i Krobia.
Co to jest kopka?
K.N.: Proszę nam powiedzieć, jest Pani kopczorką. Co to jest ta kopka?
B.K.: Kopczorka to osoba, która zajmuje się właśnie szyciem i układaniem kopek. A kopka to jest takie nakrycie głowy ludowe, tutaj właśnie u nas na Biskupiźnie. Tych kopek są trzy rodzaje, bo jest oddzielna dla dziewczynki – kopka taka okrągła, jest kopka z okapem i jest kopka, którą nazywamy klapicą – to jest kopka mężatki.
K.N.: Proszę nam powiedzieć, jakie są elementy kopki. Jak wygląda kopka? Z czego ona się składa?
B.K.: Kopkę wykonuje się z tiulu bawełnianego, na tiulu bawełnianym długości 2 m haftuje się wzory z katalogu biskupiańskiego, takie nasze, i ząbki. Wtedy ten pas, który się wyhaftuje, zszywa się i do tego doszywa się denko. W środku kopki jest denko, a to, co takie uszy stoją, to się nazywa okap. Z tiulu bawełnianego wycina się pasy, to się wszystko krochmali i te pasy się układa. Ten przód kopki jest układany z takich rurek. No to trzeba ręcznie wszystko układać. Kryze podobnie się robi, ponieważ kryza też ma ząbki, które też trzeba na dwumetrowym tiulu wyhaftować i w taką stójkę doszyć guziczek. Wtedy kryza jest gotowa. Wiadomo, to pochłania dużo czasu, bo trzeba siedzieć i szyć, haftować. A więc to jest pracochłonne, ale cieszę się, że mogłam się nauczyć i tę tradycję podtrzymywać i robić kopki dla innych zespołów.
K.N.: Jak to się stało, że zajęła się Pani kopkami?
B.K.: Moja przygoda z biskupizną zaczęła się od najmłodszych lat, ponieważ już w przedszkolu należałam do zespołu. Potem jak przeszłam do szkoły podstawowej to w klasach 1-3 też mieliśmy zespół i w starszych klasach też był zespół, i tak przechodziłam jak gdyby samoistnie. A jak wyszłam ze szkoły podstawowej, moja babcia należała do zespołu ludowego. Na początku było to Towarzystwo Kulturowe, które powstało w Domachowie, potem przekształciło się w Biskupiański Zespół Folklorystyczny z Domachowa i okolic. Babcia do niego należała i zabierała mnie na różne występy, stroiła po biskupiańsku. Już jak miałam 4 lata, to mi uszyła strój, żebym sypała kwiatki po biskupiańsku. I tak z nią wszędzie wyjeżdżałam, to mi się spodobało. Jak już skończyłam szkoły i średnie, i wyższe, to zaczęłam od lipca 2000 roku układać kopki. Nauczyłam się właśnie od babci. A w 2017 roku dostałam dofinansowanie z Ministerstwa Kultury i miałam możliwość uczenia trzech dziewczyn tej sztuki haftowania, układania od podstaw. Z materiału układałyśmy, haftowałyśmy i każda miała zrobić jeden taki komplet: kopkę i kryzę.
Jak tworzy się kopkę?
K.N.: Właśnie miałam zapytać, czy są osoby, które chcą się tego nauczyć od podstaw, które chcą się zajmować tworzeniem kopek?
B.K.: Te dziewczyny, które się uczyły u mnie, to jedna widzę, że na swój własny ślub uszyła i wyhaftowała klapice, więc widzę, że ona też uprasuje sobie kryzik. Widzę że bierze się za to. A tamte dwie pozostałe to wiadomo – inna praca. To wiadomo, tak też nie ciągnie ich jakby do tego. Ale myślę, że byłoby zainteresowanie… Gdyby się powiedziało w szerszym gronie, to myślę, że osoby byłyby zainteresowane nauką układania.
K.N.: Jak długo trwa układanie takiej kopki, zupełnie od podstaw?
B.K.: Od podstaw, to gdyby codziennie się haftowało, to tak z miesiąc trzeba poświęcić na hafty. Teraz też technologia, wiadomo, idzie do przodu, więc zainwestowałam w maszynę hafciarkę i ona już jest taka sprytna, że można zaprogramować z katalogów wzory, zeskanować, włożyć w ten program hafciarki i przekształci się we wzór komputerowy na hafciarkę. Wtedy można wyhaftować na tiulu bawełnianym wzór biskupiański. Wiadomo, jest szybciej niż ręcznie. Niektóre zespoły na przykład chcą kopki na już, jak najszybciej, to wtedy nie byłabym w stanie tyle w tak krótkim czasie zrobić, tyle kopek, więc po prostu sobie ułatwiam maszyno-hafciarką. No ale tak z miesiąc trzeba haftować, później prasować, układać, krochmalić. Do tego musi być specjalny krochmal, nie taki zwykły jak kupujemy w sklepie, tylko musi być krochmal ryżowy, taki w postaci ziarenek ryżu, i on jest taki sztywny. Rozrabiam go i krochmalę te wszystkie elementy – i kopkę, i kryzę. To musi wyschnąć. Jak są wszystkie elementy usztywnione, to wtedy muszę zamoczyć w boraksie. Łyżeczka boraksu na taką kopkę, płaska łyżeczka, żeby też nie za dużo, bo później by się rwało i by się przedzierał ten materiał, bo on jest dosyć cienki. Czyli taka płaska łyżeczka na talerzyk i zalewamy wrzątkiem, bo boraks jest w postaci proszku. Wtedy jak rozmieszam ten boraks, to moczę tę kopkę czy kryzę, wtedy woda wpija w ten materiał i wtedy jest możliwość rozłożenia, prasowania i formowania takiej kopki.
K.N.: Aha, czyli krochmalem Pani usztywnia, a potem boraksem nadaje Pani tej elastyczności, żeby formować?
B.K.: No boraks trochę pewnie też usztywnia, ale ta kopka, żeby nie była taka sztywna, to musi zmięknąć, więc dlatego babcia robiła najpierw krochmalem, a później boraksem. Teraz jest możliwość, że na żelazko można nałożyć sobie taką nakładkę nieprzywierającą, a kiedyś nie było tych nakładek i moja babcia jak krochmaliła, to później ten krochmal się kleił do żelazka. Jeszcze kiedyś były te żelazka z duszą, to się kleiło wszystko. Wtedy babcia posypywała mąką ziemniaczaną. Miała takie małe siteczko i posypywała, jednak wtedy oczka materiału zaklejały się tą mąką. Jak znalazłam właśnie tę nakładkę na żelazko, to już wtedy nie muszę sypać mąki ziemniaczanej, tylko moczę w boraksie, rozkładam i prasuję z tą nakładką na żelazko i się nic nie dzieje, nie żółknie, można spokojnie uprasować. No i tak samo koronki też muszę tę samą procedurę, bo musi też być i ukrochmalona, czyli usztywniona później w boraksie, i wtedy te paski prasuję i układam w rurki, żeby było do kopki.
K.N.: To jest ogrom wiedzy, wykonanie takiej kopki to jest naprawdę ogrom wiedzy.
B.K.: No na początku myślałam, że się tego nie nauczę, ale babcia mówi: “Dziewczę naucz się, bo jak mnie zabraknie, to kto będzie robił!”. Dlatego właśnie się nauczyłam.
K.N.: Żeby przekazać tę tradycję? Trzeba mieć umiejętności nie tylko haftowania, ale też umiejętności właśnie techniczne.
B.K.: Moja mama mi też pomaga, bo moja mama wszywa. Jak ja wyhaftuje maszyną czy ręcznie, to mama zszywa denko z okapem, a ja już robię następną. Mama pomaga mi. Też szyjemy lalki biskupianki, więc też mi szyje stroje, chociaż nie jest krawcową, ale tak się nauczyła. Bo ona też jest z biskupizny, pochodzi z Posadowa i opowiadała, że pamięta, jak była mała, no to na wsiach siedziały kobiety na ławkach i sobie dziergały. I tak mówi, że zawsze jak biegały dzieciaki po dworze, po wsi, to przyglądały się, co tam babcia robisz, co tam ciotka robisz (bo wszyscy na wsi mówili do siebie ciotka, wujek, nie mówili pan, pani). Mama właśnie mówiła, że pamięta z tych ławek, że kobiety sobie haftowały, dziergały, zajmowały się domem, niektóre chodziły w pole… Ale większość mężczyźni pracowali w polu, a kobiety domem i obejściem się zajmowały. To wtedy tak wieczorami, popołudniami sobie siedziały na ławkach i śpiewały i haftowały.
Kopka a współczesność
K.N.: Czyli to takie było spotkanie towarzyskie wykorzystane jednocześnie do zrobienia czegoś twórczego. A proszę powiedzieć, pani Beato, czy te elementy kopki są w jaki sposób wykorzystane w stroju współczesnym?
B.K.: Koleżanka założyła taką nieformalną grupę, w której właśnie pokazujemy hafty takie nasze tradycyjne, biskupiańskie, łączymy właśnie czy to kopkę, czy kryzę ze współczesnością. Mamy taki “Paryski szyk, biskupiański dryg”. Tak się nazywa pokaz mody. A ta grupa nazywa się Kryza i koleżanka Jola Łabuzińska z Żychlewa właśnie zapoczątkowała taki styl. Rodzice brali ślub – mama po biskupiańsku – i wpadła na pomysł, że to połączymy. Zwykłe ubranie, na przykład białe spodnie, z czarną jaczką z koronkami… Albo kryzę nie zakłada się na szyję, tylko w pasie ozdabia czarną sukienkę, chusty się przywiązuje na przykład na ramionach, choć tradycyjnie na głowie nosiły biskupianki. I takie połączenie bardzo się podoba ludziom. Jak tak robiliśmy na Festiwalu Tradycji i Folkloru taki – można powiedzieć – striptiz biskupiański, bo tych elementów jest sporo, i dziewczyny się rozbierały, rozbierały, wszystkie elementy zdejmowały, to podobało się ludziom. Strój składa się również z koszulki i takich jak kiedyś kobiety nosiły, takich można powiedzieć majtek z klapą… I właśnie do tego momentu były rozbierane, a tych warstw jest trochę w strojach biskupiańskich. Tak się spodobało, że jak na przykład gdzieś jedziemy albo do nas przyjeżdżają, to też pytają o ten właśnie pokaz mody. I często go pokazujemy właśnie w połączeniu ze współczesnością, te biskupiańskie czy kopkę, czy kryzę i te ubiory, które mamy.
Justyna Renn: A kopka kobiety zamężnej jak wyglądała?
B.K.: No ona już ma inną formę, to już nie ma tych koronek z przodu, tylko ma bardziej takie fale i z tyłu ma wstążki dwie, takie szerokie i bardzo cienkie, haftowane w kwiaty kolorowe, a na wierzchu, na górze, zamiast koronek ma jedwabną chustę w takie pasy fioletowo-zielone. No trudno jest teraz te wstążki dostać, ale kiedyś tak właśnie się kobiety stroiły, mężatki. U nas kobiety, które mają taką klapicę, bo to się klapica nazywa, to ubierają się, a która nie ma, no to ubiera tą panieńską, można powiedzieć, kopkę. I takie właśnie mamy elementy stroju. No tak jak gdzieś jedziemy, to wszyscy właśnie nas podziwiają, że takie mamy i piękne stroje, i to nakrycie głowy takie inne niż pozostałe regiony. Bo inni mają wianki czy jakieś inne czepce, a my mamy właśnie takie stojące i koronkowe kopki. To tak się wszystkim podoba. My też jesteśmy zadowoleni, dumni, że właśnie możemy podtrzymywać tradycję. Ja należę do Biskupiańskiego Zespołu Folklorystycznego z Domachowa i okolic. Mam tę tradycję przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Ale młodzież i dzieci, które mieszkają na naszych terenach i przyjezdne, to bardzo im się to podoba i nie wstydzą się tego, chcą zakładać te stroje. Zespoły mamy w przedszkolu i w szkole podstawowej w Starej Krobi. U nas w szkole w Krobi to zakładają chętnie dzieciaki te stroje. Czy jak są jakieś potańcówki, czy jak mamy Tabor w Starej Krobi, to też przyjeżdżają i z nami się bawią, tańczą i uczestniczą w warsztatach. Także u nas ta tradycja jest żywa i bardzo się z tego cieszymy, że możemy i mamy z czego czerpać. Mamy jeszcze starsze osoby, które nam podpowiadają, jak to było dawniej. Więc mamy skąd czerpać te pieśni i stroje, więc się cieszymy, że jeszcze ta tradycja tu u nas jest i ma się dobrze.
Kopka na przestrzeni wieków
J.R.: A proszę powiedzieć jeszcze, jak się zmieniała kopka na przestrzeni wieków?
B.K.: No właśnie przed wojną kopka miała inny kształt, ponieważ były tak szerzej układane koronki tu z przodu, a okap z tyłu był upinany. No moja babcia jak zaczęła należeć do zespołu, już po wojnie, to ta kopka przyjęła inną formę. Kiedyś była tak bardziej szeroko układana, a teraz jest wyższa i węższa, a koronki są szerzej i bardziej z przodu, ta kryza. Babcia zaczęła wyżej układać koronki i ta kopka taką formę przyjęła właśnie po wojnie, więc ja już tak się nauczyłam i tak właśnie robię, jak moja babcia robiła.
K.N.: Czy można powiedzieć, że ta zmiana to była kwestia mody?
B.K.: Myślę, że też kwestia mody. Na co dzień kobiety też się inaczej stroiły, wygodniej można powiedzieć, i nie nosiły tych kopek. Kopki zakładało się do kościoła czy na zabawę, jak chciało się elegancko wystroić. Moja babcia mówiła, że było ich cztery siostry, no to każda chciała się wystroić do kościoła, a wiadomo, czasy były ciężkie. Babcia się urodziła w 1919, więc nie każda dziewczyna miała kopkę, dzisiaj już jest inaczej. Więc każda chciała się wystroić do kościoła, to najpierw jedna szła do kościoła, zakładała kopkę, wracała, druga zakładała i szła do kościoła i tak się zmieniały. Później babcia, skoro miały jedną kopkę na cztery, to stwierdziła, że będzie się uczyła robić kopki i do pani Rozalii Andrzejewskiej przez dwa tygodnie chodziła pieszo z Żychlewa do Starej Krobi co drugi dzień. I się uczyła. Ta pani mówiła, że albo przez te dwa tygodnie się nauczysz i będziesz robiła, albo nie. Wiec tak babcia była pilna, mówiła ,że chce się nauczyć i się nauczyła przez te dwa tygodnie.
Z czego zrobiona jest kopka
K.N.: Pani Beato, a materiał, który pani wykorzystuje do wykonania kopek dzisiaj, czy on jest trudno dostępny, tak żeby ta kopka jak najbardziej przypominała tą tradycyjną? Ten materiał, na którym pani pracuje, ta siatka bawełniana… Czy to jest raczej łatwe do dostania?
B.K.: Tiul bawełniany. Bo mamy różnego rodzaju tiule, ale one się właśnie nie nadają, bo są takie i sztywne, i nie trzymają krochmalu, a te właśnie są bawełniane. Jak się ukrochmali w krochmalu, to wtedy można nadać kształt tej kopce. Bo ona jest usztywniana. Tiule, te bawełniane, też są różne, oczka są większe i mniejsze. Najlepszy jest tiul, który ma najdrobniejsze oczka. No ja zamawiam w Warszawie i tam pan z firmy zamawia jeszcze z zagranicy. Trudno jest dostać, bo to u nas w Polsce się nie dostanie tego tiulu, jest drogi i kosztowny, więc dlatego każda jak ma tę kopkę, to dba, żeby miała jak najdłużej i czystą i ładną. No bo to są kosztowne materiały i samo zrobienie wymaga dużo pracy. I dlatego tak się szanuje te kopki. Babcia mi zawsze mówiła: “Dziewczę, tylko musisz mieć ładny, duży karton, żebyś nie pogniotła okapu. Więc dbamy wszyscy o te kopki i kryzy, żeby jak najdłużej nam służyły.
J.R.: A jest szansa, na przykład jak się coś ubrudzi, żeby ją jakoś wyprać, odświeżyć, czy już trzeba nową robić?
B.K.: No więc przede wszystkim trzeba szanować, trzeba chronić przed deszczem, bo to wiadomo jest nakrochmalone. Jak jest wilgotno czy gdzieś na przykład przy wodzie jesteśmy, to trzeba uważać. Była taka sytuacja, jak w Kazimierzu chodziliśmy nad wodą. Wilgoć była i później dziewczyna mówi: “Czemu ja mam ten kryzik taki oklapnięty?”. Mówię: “Jak chodziłyście tam przy wodzie, to jednak wilgoć powoduje, że ten okap i kryza trochę oklapną”. Trzeba właśnie, tak jak mówiłam, przed deszczem chronić. Jak się zabrudzi czy tam coś się z nim stanie, no to jeśli kobieta ma pojęcie, to sobie sama przeprasuje. Ja to nie rozkładam całej, tylko lekko przejadę żelazkiem tak, jak ona jest pozszywana. No ale ktoś nie potrafi, to musi do mnie przynieść, ja muszę wszystko to porozpruwać na części pierwsze, że wszystko musi być oddzielnie. Koronki i ten okap z denkiem zostaje, a te wszystkie koronki, które były na przodzie, to wszystko odpruwam. Wtedy trzeba od początku krochmalić i układać od nowa. Wiadomo, że kryzik przy szyi się trochę brudzi, to muszę uprać i ułożyć od nowa. U nas w zespole to staramy się co pięć lat odświeżać, prać. Więc każda ma szanować i dbać, żeby jak najdłużej służyły. Trzeba w kartonie zamkniętym trzymać, żeby kurz i brud się nie dostał. Też się tak zdarzyło, że ktoś na wiosce na szafie trzymał karton i kot się w nim wyspał! Więc sztywne pudełko i przykrycie, żeby nic nie weszło, żeby jak najdłużej były ładne i czyste: i kopka, i kryza.
K.N.: Dziękujemy bardzo, pani Beato, i życzymy dalszych pięknych kopek.
Karolina Nowaczyk o historii tkania, sztuce tkackiej i tkactwie ręcznym
Dziś znowu sięgniemy do niemal samych początków sztuki rękodzielniczej w ramach naszego cyklu „Rękodzieło wczoraj i dziś”.
Tkactwo ręczne to jedna z najstarszych znanych nam technik. Czy wiesz, że za pierwsze krosno służyło… drzewo i jego gałęzie? Niesamowite, prawda?
Historia rozwoju tkactwa ręcznego w Polsce jest bardzo kolorowa, nieraz przeplatana złotymi nićmi, które po dziś dzień zdobią wawelskie komnaty, pobłyskując w przepięknych arrasach. Ale tkactwo to również sztuka użytkowa: obicia mebli, dywany, serwety… Ma w sobie coś magicznego i nie da się ukryć – można je wykorzystać niemal do wszystkiego.Można tkać formy duże i formy miniaturowe. Można tkać na krośnie poziomym lub na krośnie pionowym. A na pewno można się w tkaniu ręcznym całkowicie zatracić. Tak jak nasz dzisiejszy gość – Karolina Nowaczyk. Karolina ma swoją własną pracownię tkacką, a o tkactwie ręcznym w Polsce i na świecie wie bardzo wiele. Dlatego serdecznie zapraszam Cię do wysłuchania mojej rozmowy z Karoliną, która z pasją opowiada o tym, czym tak naprawdę jest tkactwo ręczne i jak rozwijało się na przestrzeni wieków.
Czy istnieje coś takiego jak polska sztuka tkacka? Czy tkanie ręczne odchodzi do lamusa? A może wręcz przeciwnie – najlepszy okres ma jeszcze przed sobą? Czy tkactwo ręczne jest dla każdego?
Odpowiedzi na te pytania, znajdziesz w poniższym odcinku podcastu. Zapraszam!
Jeśli wolisz czytać, zamiast słuchać, transkrypcję odcinka znajdziesz poniżej.
Transkrypcja odcinka podcastu: Karolina Nowaczyk o historii tkania i sztuce tkackiej
Agnieszka Gaczkowska: Rękodzieło wczoraj i dziś. Zapraszam Cię do kolejnego odcinka naszej serii dotyczącej tego, jak nieznane techniki rękodzieła zmieniały się na przestrzeni czasu i jak wyglądają w dzisiejszych czasach.
Witam was w kolejnym odcinku naszej oplotkowej serii „Rękodzieło wczoraj i dziś”. Jestem bardzo przejęta, bo dziś mamy takiego „nowego starego” gościa – Karolinę, którą już słyszeliście w naszym podcaście. Jednak ostatnio skupiałyśmy się na osobistej opowieści o tkaniu, a teraz projekt wymógł na nas trochę inne spojrzenie na tkanie. Dzisiaj będziemy się trochę zastanawiać nad tym tkaniem: jak to było kiedyś, a jak teraz to wygląda. Oczywiście bardzo serdecznie zapraszam Was do opowieści Karoliny, która opowie nam o tej technice, o której można mówić i mówić, i mówić. Już nie przedłużam, oddaję głos Karolinie. Karolina, opowiedz nam coś o sobie i tkaniu.
Karolina Nowaczyk: Witajcie, tkanie to jedna z najstarszych technik rękodzielniczych. Właściwie już na jakiejś gałęzi zawiązywano pionowe nici, obciążano je karmieniami i przytykano czymkolwiek. No oczywiście nićmi, ponieważ chodziło o to, żeby to było do noszenia, to były tkaniny typowo użytkowe, tkaniny, z których robiono ubrania. Przetykano te nitki wątku, czyli te nitki poziome, na tych niciach pionowych zawieszonych na tej gałęzi obciążonej kamieniami i w ten sposób powstawały pierwsze tkaniny. I to było takie pierwsze podstawowe krosno – krosno pionowe, tak zwane haute lisse (to nazwa fachowa). No i to się rozwijało, aż potem przyszły tkaniny gobelinowe, tkaniny arrasowe, czyli tkaniny pochodzące z miasta. Arras, czyli tkaniny już pełne przepychu. Tkaniny, które tworzono z jedwabiu, wplatano złotą nitkę. Powstawały całe serie biblijnych scen, tkaniny pełne scen mitologicznych. Tkaniny tworzone na zamówienie dla naszego króla Zygmunta Augusta, czyli najsłynniejsza kolekcja wawelska. Te tkaniny są niesamowite i bezcenne. Tworzono także tkaniny do ozdabiania, do mebli, na wyściółkę do krzeseł, ozdabiano oparcia i siedziska. Także historia tkania i jego rozwoju jest niesamowita: od takiej najprostszej tkaniny użytkowej po taką tkaninę bardzo ozdobną, cenną, zdobiącą miejsca, gdzie ludzie przebywali w pomieszczeniach. Jednak powstawały również tkaniny bardziej użytkowe, tak zwane sumaki, w Mongolii i Azji. Tkaniny, po których chodzono, którymi wykładano jurty (mongolskie chaty) i namioty. Tam wykładano tkaninami podłogi. Były to tkaniny typowo użytkowe, czyli dywany, które do tej pory są używane na całym świecie, może obecnie są mniej popularne, ale nadal są używane. No i jak to dalej ewoluowało powstała tkanina unikatowa, tkana przez artystów w różnych miejscach, na całym świecie. Tkanina, która powstaje z przeróżnych materiałów, czasami nie spodziewalibyśmy się, z czego można stworzyć tkaninę unikatową. Jednym z najbardziej chyba popularnych trendów jest taki ekologiczny trend, czyli tworzenie ze starych worków, plastików, wykorzystywanie wszelkich przeróżnych materiałów. I z kolei znowu taka ewolucja czy właśnie taka odnowa tkaniny ludowej: chociażby nasza tkanina dwuosnowowa, niesamowita, odkryta po II Wojnie Światowej przez Eleonorę Plutyńską, która się zainteresowała tymi taninami. Stworzyła całą grupę kobiet, które jeździły na Podlasie i które odtwarzały te tkaniny. Dzięki nim te tkaniny przeżyły, a w tej chwili mamy kilka pań na Podlasiu, które tworzą te tkaniny, przez cały czas kultywują tę sztukę tej naszej polskiej tkaniny dwuosnowowej, ludowej, przepięknej. Mamy również tkaniny huculskie z ich typowymi wzorami, kilimy polskie, był przecież ŁAD, który tworzył tkaniny, i Olga Stryjeńska również projektowała wzory kilimów. Także ta historia tkaniny i to, w jak wiele różnych odnóg może pójść tkactwo, jest niesamowita.
Kilka słów o tkactwie polskim
AG: myślisz, że można mówić o czymś takim jak “typowo polskie tkanie”? Czy coś takiego w ogóle istnieje twoim zdaniem?
KN: Wiesz co, jako wzór, to jakie wzory żeśmy stworzyli – to tak. Nasze polskie kilimy, nasza polska tkanina, no i typowo polska dwuosnowowa.
AG: Jak myślisz, czy one są w jakiś sposób popularne? Ponieważ mamy taki duży powrót do tych folkowych wzorów np. słynne filcowe torby z różnymi folkowymi kwiatami, często to są wzory w jakiś sposób tylko inspirowane albo są taką współczesną reinterpretacją tych tradycyjnych wzorów. Czy jak obserwujesz właśnie to, co się z tkaniem dzieje teraz współcześnie, to widzisz jakieś takie właśnie elementy, z których się czerpie, czy takie wzory, do których się wraca, interpretuje się ponownie?
KN: Te torby filcowe to mi się kojarzą tylko z łowickimi wzorami, taki typowo łowicki wzór, taki trochę pop-folk. Natomiast w tkaniu ja tego nie widzę. Natomiast tkanina ta dwuosnowowa na pewno cały czas kultywuje te tradycyjne wzory. Panie tworzą swoje wzory, ale to jest ciągle na podstawie tych starych. Tak ja to interpretuję, jednak ja się bardzo nie znam na tkaninie dwuosnowowej, bo się nią nie zajmuję. To jest tkanina, która powstaje na krośnie poziomym, a ja tkam na ramie tkackiej. Ale tam tak, widzę, że tam to jest wszystko ciągle oparte na bazie właśnie tej tradycyjnej tkaniny, tradycyjnego wzoru tradycyjnego projektowania.
W jaki sposób tkactwo może ewoluować?
AG: Mam wrażenie, że technika tkania staje się popularniejsza i trochę sięgamy po nią tak świadomie, dla takiego mindfulnessu, relaksu. Jest to technika bardzo czasochłonna, pracochłonna i – tak jak kiedyś rozmawiałyśmy – nie ma co siadać na godzinę. To jest trochę taka praca, do której się siada właśnie na kilka godzin minimum, żeby rzeczywiście ten wzór mógł powstać, żeby był jakiś poziom satysfakcji kawałka wykonanej pracy. Jak myślisz, czy w tych takich naszych dzisiejszych zabieganych czasach, gdzie na wszystko wiecznie tego czasu brakuje, to tkanie ma jakąś taką swoją przyszłość? Czy widzisz ją jakby podobnie, tak jak to było kiedyś, czy bardziej w takich formach uproszczonych przyspieszonych?
KN: Myślę, że ma swoją przyszłość, tylko musimy trochę zmienić nawet formę, w jakiej traktujemy tkanie, do czego wykorzystujemy tkactwo. Bo ja na przykład w tej chwili zrezygnowałam z wielkich tkanin i tkam miniatury. I to tak wcale nie jest, jak się wydaje, że poświęcam na nią mniej czasu, bo często wychodzi na to, że ja muszę poświęcić na miniaturę jeszcze więcej czasu, ale też dlatego, że wzór, który tkam, jest wzorem bardzo takim drobiazgowym, szczegółowym, więc wymaga ode mnie większej ilości osnów, co wymaga większej ilości czasu, żeby to wytkać, precyzyjnie wykonać ten wzór. Myślę, że możemy sobie stworzyć jakieś takie piękne małe perełki tkackie, które będą takimi jubilerskimi tkaninami. To nie będzie jakaś wielka tkanina grubo tkana, wielki wzór (myślę, że to jest nadal bardzo modne). Te wielkie tkaniny, takie grube, mięsiste – to też jest piękne, ale myślę, że jeśli przejdziemy do tkaniny takiej właśnie luksusowej, takiej malutkiej perełeczki, którą chcemy mieć gdzieś w domu, to myślę, że może nie stanie się to modne, ale to może stać się właśnie elementem wystroju wnętrza czy elementem naszej dekoracji. To będzie stanowiło taki element luksusu, czegoś niepowtarzalnego, czegoś pięknego, takiego obrazka, takiego małego tkanego obrazka.
AG: Dałaś mi teraz do myślenia i myślę, że się z tobą zgodzę, bo mam wrażenie, że żyjemy coraz szybciej, coraz bardziej mobilni jesteśmy, przeprowadzamy się często w poszukiwaniu pracy albo za swoją pasją, albo nawet za szkołą dzieci. Jesteśmy coraz bardziej mobilni jako społeczeństwo i rzeczywiście duże formy potrafią być kłopotliwe. Przeprowadzka z domu do domu, a z każdą przeprowadzką minimalizacja bagażu. Coraz mniej zabieramy ze sobą i rzeczywiście takie małe formy są bliskie sercu. Jeżeli tkanie wykonujemy samodzielnie, no to poświęcamy bardzo dużo czasu, więc siłą rzeczy jest to dla nas bliskie sercu. Kiedy kupujemy, to też nie są produkty tanie, więc jest to bardzo świadomy zakup. Mimo wszystko przez to, że są małe, są łatwiejsze, żeby je zabrać i mieć tak jakby bliżej siebie. Nie ma potrzeby pozbywać się przy kolejnych przeprowadzkach. Bardzo cenna obserwacja.
KN: Jest tak nawet nie od strony tkaniny, którą będziemy ze sobą przewozić, ale od strony warsztatu. Wielki warsztat tkacki, nawet jeżeli go złożymy, to są wielkie dechy, które musimy ze sobą wozić, a tutaj na przykład mamy taką ramkę 50 x 50 cm, którą sobie szybko możemy złożyć i jest gotowe. Taka rama zmieści się w każdej szafie, w każdym kącie, nawet rozłożoną jest łatwiej schować w jakiś kąt i potem tylko wyjąć, niż mieć taką wielką kolubrynę, która musi stać w jednym miejscu. Nawet przenoszenie wtedy, gdy już jest nasnuta i na niej pracujemy, już nie jest taką prostą sprawą.
Tkactwo ręczne i jego rodzaje
AG: Masz rację, to ja jeszcze dopytam, bo może mamy takie osoby, które słuchają, które niekoniecznie dużo wiedzą o tkaniu, o tkaninie dwuosnowowej, o tkaninie, którą Ty tworzysz na ramie. Gdybyś mogła przybliżyć słuchaczom podział tkania. No bo wszystko się pewnie kojarzy właśnie z przetykaniem nici przez nić, ale wiem, że mamy różne rodzaje tkania. Ty też tworzysz w konkretnym stylu, ale może łatwiej będzie się poruszać, jakbyś mogła przybliżyć te terminy.
KN: Taki najprostszy podział to jest tkanie na ramie pionowej, czyli takiej, która stoi pionowo, ma nóżki, jest oparta albo możemy ją postawić po prostu na sztaludze malarskiej. Wtedy mamy ją zabezpieczoną i tkamy w pionie, i to jest tkanie na ramie. Tak na przykład tkają w manufakturze gobelinów w Paryżu, ale w Paryżu tkają też poziomo, czyli jest wielkie krosno, które zajmuje dosyć dużo miejsca i ta tkanina jest położona płasko jak na stole. To, co utkamy, nawija się na wał i jest zawijane, a z kolei z drugiej strony odkręcamy sobie osnowę i wtedy możemy utkać wielkie długie tkaniny, w zależności ile tej osnowy na wał zostało nasnute. Natomiast wracając do ramy pionowej: właściwie jesteśmy ograniczeni długością tej osnowy przy wysokości tej ramy, czyli jeżeli ja mam taką małą 50 cm od gwoździ na górze do tych na dole, odejmując jeszcze zarobienie, które musimy zrobić, wzmocnienie naszej tkaniny, plus jakieś kawałki, które musimy zostawić, żebyśmy potem tę osnowę zabezpieczyli, to wyjdzie nam tkanina maksymalnie 30 cm. I tak jesteśmy ograniczeni tą ramą. I teraz z kolei tkanina dwuosnowowa to jest też tkanina tkana na tych poziomych krosnach wielkich, czyli basilis i to jest taka tkanina, która ma dwie strony. To są jakby dwie tkaniny, one są dwukolorowe ze sobą połączone na krawędziach wzoru. Czyli jeżeli będziemy tkać trójkąt i ten trójkąt mamy na białym tle niebieski, to z drugiej strony mamy biały na niebieskim tle i te dwie tkaniny połączone są tylko na krawędziach tego trójkąta. Kiedy weźmiemy do ręki taką tkaninę dwuosnowową i mamy większy kawałek, to możemy wyczuć, że to są dwie tkaniny, można je tak jakby rozsunąć. I to jest taka podstawowa różnica z tymi tkaninami, potem mamy kilimy i gobeliny. Gobelin jest tkaniną jednostronną, to znaczy, że mamy prawą stronę, a po drugiej stronie mamy te wszystkie nitki końcówki, które nam zostały przy tkaniu. Z kolei kilim jest taką tkaniną, która jest dwustronna, czyli mamy po jednej i po drugiej stronie ten sam ładny wzór i wtedy taka tkanina może wisieć na przykład w przepierzeniu, podziałach jakichś wielkich przestrzeni, bo ma jakby prawą stronę po obu stronach.
AG: Dokładnie, kiedy o tym mówisz, to w mojej głowie od razu pojawiają się obrazy, gdzie można wykorzystać taką tkaninę. Rzeczywiście, to o czym mówisz, że duże formy od razu kojarzą się z wnętrzami. Może dobrze by było wspomnieć, gdzie te tkaniny się pojawiają. Wspomniałaś już o obiciach mebli, o takich dużych przepierzeniach, na pewno formy dekoracyjne gdzieś na ścianie. Jakie jeszcze formy tkania przychodzą ci do głowy?
KN: Ja generalnie nie lubię dużej tkaniny, która jest oprawiona w ramę, ale też stosuje się taką formę, że tkaniny wkłada się do ram i powstaje wtedy taki obraz jakby. Ja natomiast lubię tkaninę, która wisi wolno, tak jak stare arrasy, tylko zawieszona jest na górze i ona wolno sobie wisi przy ścianie czy w przepierzeniu. Ale lubię małe formy, które są właśnie w ramce za szybką troszkę oddalone i jest ładne passe-partout, i wtedy faktycznie jest to taki mały elegancki obrazek, czyli forma taka bardzo dekoracyjna, bardzo ozdobna w jakimś miejscu. Jednak w momencie kiedy tkam i wykorzystuję len – ale nie włókno, tylko całą roślinkę, łodygę razem z nasionami i gniazdami nasiennymi – to wtedy to jest bardzo delikatne i wtedy dobrze to właśnie zabezpieczyć za jakąś szybką, żeby była jakaś odległość między tą tkaniną a szybą, żeby po prostu tej tkaniny nie zniszczyć.
AG: Myślę, że koniecznie muszę Cię namówić, żebyś zmieściła też zdjęcia swojej pracy. Ja mam to szczęście, że ja już wiedziałam prace Karoliny, rzeczywiście dla mnie to jest najwyższy poziom mistrzostwa, żeby tkać, używając tak kruchego materiału jak właśnie len, który jest rośliną kruchą, zasuszoną. Kiedy weźmiecie taką suchą łodygę, to ona się po prostu kruszy jak słoma, a Karolina potrafi to tkać, to po prostu jest mistrzostwo dla mnie. Masz takie gotowe prace oprawione w ramy, więc na pewno poproszę, żebyś zdjęcia pokazała, bo dla mnie to jest rzeczywiście pokazanie tego kunsztu artystycznego. To już nie jest taka rzecz, której możemy się nauczyć na trzygodzinnym warsztacie i śmigać, bo to jest coś, co wymaga doświadczenia, lat wprawy w tej materii. Mam wrażenie, że Ty bardzo fajnie się odnajdujesz w takich współczesnych trendach, bardzo fajnie je podglądasz, interpretujesz, jakby przekładasz umiejętności i wiedzę wynikającą ze znajomości historii, techniki i też faktu, że bardzo długo już pracujesz z tą techniką, ale w przepiękny sposób właśnie tak uwspółcześniasz to tkanie. Czy mogłabyś coś o tym opowiedzieć? Wiadomo, że to jest takie poszukiwanie swojego stylu jako artysta, ale widać, że patrzysz na te nowe trendy, patrzysz na modne kolory i wplatasz w to historię tej techniki. Skąd to u Ciebie, jak to się dzieje, że właśnie szukasz tych form? Co jest inspiracją?
KN: Ja myślę, że to jest taka potrzeba poszukiwania właśnie nowych rzeczy, próba zrobienia czegoś z niczego, jakaś próba wykorzystania roślin, na przykład jakby tutaj tę roślinę wykorzystać. Niekoniecznie taki gobelin musi być w formie takiej tradycyjnej, arrasowej, takiej obrazowej. Ja też lubię przy tej tkaninie dużej wszystko, co jest mięsiste, takie bardzo strukturalne, co pozwala pokazać tę tkaninę, tę materię, z którą pracuję, więc to jest dla mnie bardzo ciekawe, a z drugiej strony w tych tkaninach malutkich to ta precyzja, ta precyzja tej każdej nitki, czy na pewno uzyskam tę formę, którą chciałam uzyskać i potem to próbowanie, czy na pewno w ten sposób się uda, czy może w inny, to jest też kwestia na przykład dobierania kolorów. Czy jak dobiorę te kolory, to uzyskam coś fajnego czy nie? I to jest chyba właśnie to, co mnie interesuje, to poszukiwanie tej nowej rzeczy. Jeszcze jest jedna taka ciekawa rzecz przy pracy z tkaniną, że tkactwa nie oglądamy z bliska, tkactwo jest jak obraz, czyli zawieszamy na ścianie i odchodzimy, oglądamy z kilku metrów. Jak oglądam z bliska, to żeby zobaczyć, jak to jest utkane, jak ktoś to zrobił, jaką nitką. To jest taka techniczna ciekawość, natomiast tkaniny oglądamy z daleka i trzeba pamiętać, że przy tkaniu nie można za długo siedzieć. Tkam kilka godzin jednym ciągiem, tak minimum dwie godziny, ale przy tym tkaniu ja wstaję, odchodzę, obracam się, kilka razy na boki popatrzę i potem dopiero z odległości patrzę na tę moją tkaninę i dopiero sobie mówię: Aha, dobra, ten kolor to jednak nie pasuje. I poprawiam wtedy, bo tkanie to też jest prucie jak w każdej technice czy przy drutach, czy szydełku. Wszędzie poprawiamy, szukamy jakiegoś lepszego rozwiązania i tak samo jest przy tkaniu. Patrzę, że to jednak nie wygląda tak, jak chciałam. Tworzę sobie szkic mojego wzoru, tego, co chcę stworzyć. Im lepszy i dokładniejszy będzie projekt, tym łatwiej i szybciej wykonany tkaninę, ale nie przy każdej tkaninie uda się stworzyć tak dokładny wzór. Na przykład przy takich tkaninach z lnem, gdzie mam ten wzór stworzony, to mimo wszystko tak naprawdę już w samym tym ostatecznym etapie tkania widzę, czy to będzie mi się podobało, czy nie. Myślę, że to wynika u mnie z takiego poszukiwania, że ja mam ciągłą taką potrzebę szukania jakichś nowych rozwiązań, czegoś nowego, jakby coś innego zrobić. To jest takie przyjemne. Ostatnio tkanina geometryczna mnie zainteresowała, czyli opuszczanie osnowy, pozostawiam wolne osnowy i te wolne osnowy tworzą mi ten wzór, czyli zupełne odwrócenie, nie przykrywam, tylko odkrywam i to mi tworzy moją tkaninę.
Miejsca związane z tkaniem, które warto odwiedzić
AG: Ja bym nie była sobą gdybym nie zapytała o jedną, dosłownie ostatnią rzecz. Nie chcę też przeciągać i nadużywać gościnności, ale bardzo bym Cię chciała dopytać o miejsca czy wydarzenia, w których osoby zainteresowane tkaniem – niezależnie czy współczesnym, czy historycznym – znajdą coś dla siebie. Bo wiadomo, że zawsze się zaczyna od takiej inspiracji, od oglądania, zobaczenia, dotknięcia czasem tkaniny. Wiadomo, że w naszych oplotkach proponujemy takie bardzo uproszczone warsztaty tkania, który zresztą ty prowadzisz i na które też będziemy zapraszać, ale często się zaczyna jeszcze krok do tyłu, ale jeszcze nie chcemy tego spróbować, zrobić tylko zobaczyć, zachłysnąć się. Tak jak to było u Ciebie, że zobaczyłaś, zafascynowałaś się i zostało z Tobą na całe życie. Powiedz mi, czy są jakieś miejsca, może cykliczne wystawy, może wydarzenia, które warto odwiedzić, jeżeli chcemy troszeczkę tak łyknąć tego tkania?
KN: Pierwsze miejsce, do którego zapraszam to Muzeum Sztuk Użytkowych w Poznaniu, ostatnie piętro na górze. Tam jest wystawa stała tkanin i wspaniała, przepiękna, ogromna, fascynująca tkanina Urszuli Plewka-Schmidt “Madonna”. To Widząc tylko reprodukcję zdjęcia w katalogach, byłam zachwycona. Kiedy zobaczyłam to na żywo, to po prostu pochłania. Są też tkaniny współcześniejsze, oczywiście Urszula Plewka-Schmit to też współczesna tkaczka nieżyjąca już, ale są współczesne polskie tkaniny. Jednak “Madonna” to jest coś po prostu, co mnie zachwyciło. Potem jest wiadomo Łódź. Jak tkanina to musi być Łódź, więc Centralne Muzeum Włókiennictwa. Tam są wystawy stałe, wystawy czasowe, Triennale tkaniny, za każdym razem jak jestem, zawsze jest jakaś wystawa tkanin ze zbiorów muzeum. Także zapraszam serdecznie do muzeum. I coś może bardziej dla amatorów tkaczy: teraz będzie w Bydgoszczy (25 lipca) wernisaż, wystawa i konkurs tkaniny właśnie amatorskiej, potem jest Turek (co 3 lata w grudniu też konkurs i wystawa dla amatorów tkaczy). No i chyba wszystko, co mi w tej chwili przychodzi do głowy. Potem jest Biennale Madryt. Było chyba w roku 2019 bodajże, ale to się zmienia miejsce, ostatnio była w Madrycie.
AG: Już i tak mamy pokaźną listę, którą warto opublikować, żeby w razie czego odesłać słuchaczy, bo teraz jesteśmy w formacie podcastu i dużo musimy sobie wyobrażać. Oczywiście będziemy odsyłać też do dedykowanego artykułu wzbogaconego o zdjęcia, ale myślę, że to ma swój urok, kiedy Ty opowiadasz z taką pasją i tak widać, że promieniejesz, kiedy opowiadasz o tym, co robisz, to myślę, że to jest najlepszy sposób, żeby tak troszkę zaszczepić tego bakcyla rękodzieła, zarazić rękodziełem, zaprosić do tego świata tkactwa, pomimo że wydawało się takie odległe i tak już trochę zapomniane, to same wydarzenia, o których wspominasz, są żywym dowodem, że to ten świat jest koło nas i on cały czas równolegle istnieje i ta tkanina żyje, kwitnie, uwspółcześnia się. Tylko my po prostu tego świata nie dostrzegamy jeszcze trochę. Czekam kiedy znowu przyjdzie moda na tkanie tak samo jak teraz mamy boom na makrame. Wszyscy chcą robić makramę, ja trochę czekam z niecierpliwością na to, kiedy przyjdzie moda na tkanie i myślę, że wtedy wszyscy sobie przypomnimy o tych wydarzeniach i będziemy poszukiwać takich audycji jak ta, żeby dowiedzieć się trochę więcej. Karolina, nie przyciągam, bo myślę, że chcemy zostawić słuchaczy z takim małym niedosytem, żeby tym chętniej wrócili do twojego artykułu, który się pojawi na naszej dedykowanej stronie. Chyba że chcesz jeszcze coś dodać na zakończenie, bo myślę, że oddam tobie głos jako naszemu gościowi. Ja już się żegnam. Do następnego odcinka.
KN: Chciałbym wszystkim powiedzieć, że tkanie nie jest takie straszne, jak się wydaje. Wszyscy zawsze mówią, że jejku, to tyle czasu, to jest takie skomplikowane, ja się nigdy tego nie nauczę, ja nie mam cierpliwości. Spróbuj, najpierw spróbuj i zobaczysz, że połkniesz bakcyla i naprawdę poznasz niesamowitych ludzi, którzy zajmują się tkaniem, którzy o tkaniu mogą opowiadać godzinami, z którymi można wymieniać się doświadczeniami i można tworzyć niesamowite tkaniny i ma się przy tym niesamowitą satysfakcję.
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2020/08/116709259_3195057777227827_7830905370622226895_n.png960960aga gaczkowskahttps://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.pngaga gaczkowska2020-08-05 06:00:582026-08-21 09:56:58O historii tkania i sztuce tkackiej – rozmowa z Karoliną Nowaczyk