pled z wełny czesankowej

Jak zrobić koc z wełny czesankowej? Czy warto?

Pled z wełny czesankowej… Kiedy o nim myślę, hmm… Absolutnie nie chcę dyskutować o gustach! Podobają mi się grube sploty, sama nieustannie eksperymentuję z tym materiałem (czy wiesz, że wełny czesankowej używamy też podczas warsztatów filcowania?). A jednak jest jeden czynnik, który sprawia, że lubię te pledy jakby mniej.

Jak pewnie pamiętasz, niedawno zapraszałam też na warsztaty zaplatania wełny XXL, gdzie pokazywałam, jak taki pled zapleść samodzielnie. Uwierz mi, to nie jest trudne. Jedyną barierą, która często powstrzymuje przed eksperymentami, jest cena materiału. Dlaczego więc nie jestem zagorzałą fanką czesankowych pledów?! Przecież uwielbiam naturalne materiały (w końcu czesanka to nic innego, jak 100% wełna Merino) i własnoręczne sploty…

Niestety, koce z wełny czesankowej są bardzo trudne w utrzymaniu. Zwłaszcza jeżeli domowe przestrzenie współdzielisz z dziećmi lub zwierzakami… no dobra… z kimkolwiek, kto rzeczywiście tego pledu używa. Zacytuję tutaj koleżankę, bo trafniejszego podsumowania nie jestem w stanie wyartykułować:

To się mechaci od samego patrzenia!!!

I rzeczywiście coś w tym jest, bo pled z wełny czesankowej wygląda gładko i schludnie w kilka chwil po zaplataniu. Jednak jeżeli przykrywasz się nim, przekładasz, po prostu używasz, bardzo szybko traci urok. Pojawiają się zmechacenia, wyciągnięte kępki wełny, nierówności, które sprawiają, że niekoniecznie już tak chętnie eksponujesz go na instafotkach, a nawet masz ochotę użytkować dalej. Na domiar złego… czyszczenie tego materiału w pralce to prosta droga do ekspresowego zniszczenia. Natychmiastowe skurczenie zwane filcowaniem gwarantowane. Nie mówiąc o samej pralce.

Czy jest sposób na to, żeby pled z wełny czesankowej znów wyglądał jak nowy?

Owszem – możesz pled z wełny czesankowej rozplątać i zapleść ponownie, co pozwoli Ci choćby przez krótki czas znowu cieszyć się nieskazitelnym produktem.

koc w wełny czesankowej pled z wełny czesankowej koc z wełny czesankowej opinie

Ale, ale! Można decyzję o swoim naturalnym kocyku rozważyć i podjąć ją całkowicie świadomie.

Niekoniecznie musisz rezygnować ze stuprocentowej wełny. Pewnym kompromisem jest użycie nieco mniejszej średnicy włókna. Pled zapleciony ręcznie, przy użyciu szydełka lub drutów XXL, spełni swoją funkcję o niebo lepiej. Też będzie ulegał filcowaniu, ale proces będzie znacznie powolniejszy, co da Ci o wiele większą swobodę użytkowania.

Dodatkowo, jeżeli użyjesz wełny „SUPERWASH” (również 100% naturalna, ale w odpowiedni sposób przygotowana) – będziesz mieć możliwość prania takiego koca w pralce (oczywiście pamiętaj o delikatnym trybie). Poniżej fotki zza kulis powstawania mojego osobistego kocyka z wełny. Wybrałam co prawda taką, którą piorę delikatnie w letniej wodzie przy użyciu osobistych rąk (i przeklinam, że nie wybrałam jednak opcji SUPERWASH z „łatwizną” pralki), ale uwielbiam zapach naturalnej wełny i gotowa jestem na te poświęcenia (kolor też nieprzypadkowy… jednak ciemna szarość przy dwójce dzieci to minimalizacja prania).

co zamiast wełny czesankowej odpowiednik wełny czesankowej zamiennik wełny czesankowej

Pled nie tylko z wełny czesankowej…

Pamiętaj też, że nie jesteś „skazana” na wełnę, bo możesz zastosować zamiennik wełny czesankowej. Jeżeli naturalne, organiczne materiały to jedyne, co bierzesz pod uwagę, to świetnym rozwiązaniem może być bawełna. Sznurek produkowany w Polsce – o grubościach od 3 do nawet 9 mm daje nieograniczone możliwości.

co zamiast wełny czesankowej pledy z wełny czesankowej zamiennik wełny czesankowej

Beżowy pled, który widzisz na zdjęciu powyżej to jakieś 1200 metrów bawełnianego sznurka o grubości 5 mm zaplatanego przy pomocy szydełka o rozmiarze 9. A, no i  2 serie Netflixowego „House of Cards” (boski serial, nie zaczynaj, jak nie masz co najmniej wolnego weekendu – żeby nie było, że nie ostrzegałam). Wzór to najbardziej podstawowe sploty, dlatego praca nad nim nie wymagała skupienia i myśli swobodnie śledziły perypetie politycznych wyjadaczy.

Podobnie, jak w krótkim poradniku na temat bawełnianego dywanu, pamiętaj, że wielu polskich producentów sznurka daje Ci możliwość zakupu materiału w odpowiedniej długości. W standardowej ofercie znajdziesz sznurek w 50-, 100-, 200-metrowych motkach, ale przy tak dużym projekcie zawsze pojawiają się wtedy niewygodne momenty łączenia poszczególnych odcinków. Jeżeli planujesz pled w jednym kolorze, warto zapytać o możliwość zamówienia odpowiedniego odcinka w całości. Najczęściej takie dedykowane porcje sznura są pakowane w kartonik lub papierowy worek, w którym sznur ułożony jest w taki sposób, że wystarczy ciągnąć wystającą końcówkę, nie martwiąc się o żadne zaplątywanie w trakcie pracy. Takie kartoniki w całej palecie kolorystycznej, najlepiej obok mojej kanapy, w trakcie netflixowych maratonów śnią mi się po nocach. Często zamawiam sznurek właśnie w takiej postaci, nawet jeżeli planuję kilka mniejszych projektów przy użyciu tego samego koloru. Minimalizuję w ten sposób straty materiału.

Ile sznurka potrzeba na duży pled szydełkowy?

Ok – mały (haha! jak dla kogo!) pled to jakieś 1200 metrów sznurka. Poniżej możesz zobaczyć, co da się wyczarować przy użyciu 2000 m (tak! dwóch kilometrów) bawełnianego sznura. Oprócz regularnego spokoju ducha (magia zaklęta w powtarzalnych ruchach dłoni to taka trochę joga umysłu), pokaźnych bicepsów (początek to rozgrzeweczka, ale już dzierganie po przekroczeniu półmetka to niezły ciężar) i dużego kartonu pozostałego po zużyciu sznurka… pozostajesz z 100% bawełnianym pledem, który spokojnie wystarczy na okrycie 140- a nawet 180-centymetrowego łóżka. Jeżeli dysponujesz większym łożem – polecam okryć jego część, nie próbować dziergać dalej. Dlaczego? Bo pranie tego koca w pralce to jego główna zaleta, a empiryczne badania wskazują, że większy po prostu się nie zmieści. Możesz mi rzucić wyzwanie, jeżeli masz większą, niż standardową pralkę.

pled ze sznurka szydełkowa narzuta

Taki pled jest dosyć ciężki, ale w moim przypadku to jego główna zaleta. Niedbale ścielone łóżko pod ciężkim przykryciem nie zdradza zagięć i fałdek, które są dosyć widoczne pod  mięciutkim kocykiem.

Pled przeżył już dziecięce zabawy, wylane „piciu”, resztki ciastoliny przyklejone z synkowej pupy, kiedy przyszedł rano pochwalić się nowymi budowlami i wiele… wiele innych plam. Choć uwielbiam mój wełniany szary kocyk, to jednak bawełniany odpowiednik (choć jaśniejszy) sprawdza się na co dzień. Nie raz dzieciaki użyły go już jako piknikowego kocyka (u nas często takie pikniki na kuchennej posadzce).

Dołącz do naszej społeczności i zapisz się na mailing, gdzie będziesz dostawać bezpłatne informacje, szydełkowe schematy, video-tutoriale… i news-y z OPLOTKowego świata.

Szydełkowanie na prawdę nie jest trudne!

Przekonaj się o tym!

Spróbuj naszego

kursu szydełkowania ON-LINE!

Świetne dodatki wnętrzarskie, elementy garderoby, nawet zabawki – jesteś w stanie z powodzeniem zrobić samodzielnie zamiast kupować!

co zamiast czesankowego pledu

pled wełniany jak zrobić

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Chciałabyś zrobić szydełkowy kosz na zabawki, ale nie do końca wiesz, ile materiału będzie do tego potrzebne? By zrobić taki kosz, potrzebujesz sznurka. Pytanie tylko w jakiej ilości…

Podobnie jak w przypadku szydełkowego dywanu, odpowiedź znowu nie jest jednoznaczna. Kosze, które widzisz poniżej, przyjęłam jako punkt odniesienia, żeby łatwiej było Ci określić, ile materiału potrzebujesz na stworzenie własnego.

Beżowe „przechowalnie zabawek” z poniższych zdjęć tworzyłam przy pomocy bawełnianego sznurka o grubości 5 mm. Pracowałam szydełkiem w rozmiarze 9 mm. Dlaczego to ważne? Jeżeli użyjesz szydełka o większym rozmiarze, praca automatycznie będzie luźniejsza. Kosz zatem będzie bardziej elastyczny. Nie będzie tak sztywno stał. Choć to często jest zaleta, jeżeli chcesz go np. wyprać w pralce – o wiele wygodniej jest go wtedy włożyć do bębna. Dodatkowo dodam, że zabawki, które wypełniają kosz, często nadają mu zamierzony kształt, więc nie warto „na siłę” ciasno splatać półsłupkowych ściegów, jeżeli łatwiej przychodzi Ci luźna robótka.

Pamiętaj! Jeżeli użyjesz nieco grubszego sznura (np. 6 mm, 9 mm), należy również użyć większego szydełka (odpowiednio 11-13 oraz 15-20). W przypadku poniższych koszyków zużyłam odpowiednio 450 (beżowo-biały) oraz 400 (różowy – niższy, ale za to szerszy) metrów bawełnianego sznurka o grubości 5 mm.

Dlaczego warto zamówić nieco więcej sznurka?

Pisałam już o tym w krótkim tekście na temat szydełkowego dywanu, ale powtórzę. Niektórzy polscy producenci sznurka bawełnianego dają możliwość zamawiania go w jednym odcinku. Sznurek, który dostępny jest w regularnej ofercie, sprzedawany jest najczęściej w formie 50-, 100-, 200-metrowych motków, jednak często jest możliwość zamówienia dłuższych odcinków. Są one wtedy najczęściej pakowane w wygodne kartony lub papierowe worki. Dzięki temu łatwo jest pracować bez obawy o łączenie odcinków sznurka w jednej pracy. Co ważniejsze – nie narażamy się na zaplątanie materiału. Sznurek w dłuższych odcinkach jest zazwyczaj ułożony w opakowaniu w taki sposób, że jeżeli mocno nie będziemy w nim „grzebać” – przerobimy całość bez obaw o węzełki. Jeżeli potrzebujesz informacji o dostawcach materiału, u których się zaopatruję – śmiało pisz: oplotki@oplotki.pl

Poniżej znajdziesz przykładowe prace szydełkowane przy pomocy takich właśnie personalizowanych, dłuuugaśnych odcinków sznurka bawełnianego o grubości 5 mm. Pojedynczy różowy koszyczek z uchwytami to około 250 metrów sznurka. Niebieski zestaw to 5 koszyków, na które zużyłam 2000 metrów sznurka (jeden niekończący się karton sznurka = marzenie każdego szydełkomaniaka). Zestaw ciemnoróżowy to również 2000 metrów, tutaj jednak każdy ze sznurkowych koszyczków był o rozmiar mniejszy, dlatego udało się jeszcze stworzyć szydełkową poduszkę, na którą potrzebowałam około 200 metrów sznura. Nie muszę Ci chyba wspominać, bo sprytnie sobie obliczysz… ale TAK po tym, jak w szaleńczym tempie zużyłam grubo ponad 4 tysiące metrów sznurka, zamówiłam jeszcze 400 – po 200 z każdego odcienia błękitu, żeby uzupełnić zestaw. Ot taka przypadłość szydełkujących.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o „wpadkach”

Próby i błędy to jednak moje życiowe motto. Testuję wszystko, co wpadnie mi w ręce i mogłoby nadawać się do przerobienia przy użyciu któregoś z licznych szydełek rozsianych po domu. Podobnie było z poliestrowym sznurem, który znalazłam w garażu taty (swoją drogą ten śliski materiał świetnie nadawał się do pracy). Kiedy zabrakło dosłownie 30 metrów do zakończenia kosza (koniecznie chciałam zaopatrzyć go w solidne uchwyty – bo wizja osłonki doniczkowej dopadła mnie w połowie zaplatania). O jakież było moje miłe zaskoczenie, kiedy odkryłam, że poliestrowego sznura jest w sieci OGROM. Jest średnio o połowę tańszy niż jego bawełniany odpowiednik. Nie występuje w zbyt bogatej palecie kolorów, ale też da się kilka ciekawych znaleźć. Ja oczywiście dokupiłam czarny – dokładnie taki jak ten z tatowego garażu. Niestety jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że specyficzny zapach tego materiału, to nie opary garażu, ale… zapach tego materiału.

Nie ma co kryć – to plastik, niestety nie jest biodegradowalny, nie ma nic wspólnego z certyfikowanymi barwnikami. Jest sztucznym i nieprzeznaczonym do wnętrz sznurkiem. Ewidentnie nie wpisuje się w wartości marki OPLOTKI. Trudno stawiać na zero-waste i pracować przy użyciu poliestrowego sznura. Dlatego właśnie nie używamy go do tworzenia naszych produktów. To nasz wybór. Ty oczywiście nie musisz takiego dokonywać, dlatego dodam tylko, że o ile nie polecam tego materiału do wnętrz (choćby zapach, którego trudno pozbyć się nawet po kilku praniach), może być przydatny np. na balkonie, w ogrodzie. Przyda się wszędzie tam, gdzie bawełna narażona na czynniki słoneczne mogłaby szybko się odbarwić, a w kontakcie z ziemią np. szybko zabrudzić. U mnie poliestrowy kosz spełnia na zmianę rolę osłonki na zewnętrzną doniczkę choinki rezydującej na balkonie i siaty. SIATY?!? Tak! Poliester jest niezniszczalny i nieznacznie się rozciąga, dlatego ta olbrzymia siata ratuje nas podczas większych (i cięższych) zakupów.

Jak Ci wspomniałam, świadomie zdecydowałam nie używać poliestru w swoich pracach. Szukałam więc bardziej przyjaznej środowisku alternatywy na zewnątrz. Znalazłam!

Dlaczego sznurek sizalowy to eko alternatywa dla poliestru?

Właściwie odpowiedziałam, zadając pytanie. Po prostu tak jest! O ile nie polecam sizalowego sznura do wnętrz (wiele rodzajów lubi się strzępić i sypać), o tyle już do outdoorowych projektów jest jak znalazł. Poniżej ogromny kosz, który dziergałam w domu (dlatego nie polecam – odkurzacz szedł w ruch po zakończeniu poszczególnych części pracy i jeszcze raz – gruntownie – po zakończeniu projektu i jego wyniesieniu na zewnątrz). Kosz to ogromna osłonka na donicę. Dzielnie znosi słońce i deszcz (choć w osłoniętym miejscu na balkonie nie zaznaje go zbyt dużo). Starzeje się z klasą i właściwie mogę śmiało powiedzieć, że wygląda nawet lepiej, niż na samym początku.

Ten eko-styl jednak trzeba lubić. Nie tylko oglądać, ale również… dotykać. Praca z tym materiałem nie jest tak przyjemna, jak z mięciutką bawełną. Sznurek jest sztywniejszy, nieco kłujący i zostawia absolutnie wszędzie (na Tobie, ubraniu, dłoniach) drobniuteńkie drażniące strzępy materiału. Aby stworzyć taki kosz, jak na zdjęciu poniżej potrzeba około 900 metrów sznura (ma około 4 mm grubości). Taki sznur z powodzeniem zamówisz w Internecie lub znajdziesz w większych marketach budowlanych. Ja użyłam mojego ulubionego szydełka w rozmiarze 9, ale spokojnie rozmiar 7-8 też się nada.

Wracając do bawełny… tak na pokrzepienie powiem Ci, że jednak nie znalazłam lepszego materiału do wnętrz. Świadomość, że każdy metr jest barwiony bezpiecznymi farbami, a certyfikat Oekotex daje mi gwarancję, że mogę tego materiału użyć choćby w pokoiku dziecięcym – jest bezcenna. Jedyne, co pozwala mi „oszczędzać” w przypadku materiału, to jego wykorzystanie do ostatniego metra. Często z 20- lub 40-metrowych resztek powstają małe miseczki na drobiazgi, które uzupełniają szydełkowe komplety, a końcówki służą jako sznurki-ofiary (dziecięcej kreatywności moich pociech). Jeżeli też chcesz ożywić swoje wnętrza i dodać do nich własnoręczne szydełkowe dodatki – skorzystaj z warsztatów stacjonarnych lub (jeżeli to za duża wyprawa) opanuj tę technikę dzięki kursowi szydełkowania online. Uwierz mi, to nie takie trudne, jak się wydaje, a oprócz namacalnych dowodów Twoich nowych umiejętności zdobiących Twoje wnętrza, odkryjesz magię spokoju zaklętą w powtarzalnych ruchach dłoni.

Przyda się kilka szydełkowych schematów do Twojej skrzynki mailowej?

Zapisuj się TUTAJ lub klikając w którąś z grafik poniżej 🙂

Szydełkowanie na prawdę nie jest trudne!

Przekonaj się o tym!

Spróbuj naszego

On-line kursu szydełkowania 

Świetne dodatki wnętrzarskie, elementy garderoby, nawet zabawki – jesteś w stanie z powodzeniem zrobić samodzielnie zamiast kupować!

kurs jak zrobić szydełkowy kosz

kurs szydełkowania od podstaw online

kurs szydełkowania od podstaw on-line

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Szydełkiem w oko.

Wszędzie  słychać głosy, że nie samą pracą człowiek żyje, że trzeba mieć pasję, bo ta pozwala na zachowanie równowagi psychicznej i daje szansę na  szczęśliwe życie. Tego typu komunikaty atakują, przynajmniej mnie, z każdej możliwej strony.  Równocześnie, docierają do mnie wypowiedzi traktujące o tym, co pasją być może, a co nie. Kiedy coś do miana pasji urasta. I jeszcze, która pasja dla kogo odpowiednia. A o tym, że pasja powinna się wpisywać w panujące trendy to już nawet nie chcę wspominać.

Większość mądrości internetowych ekspertów od wszystkiego puszczam mimo uszu, ale z jednym się zgodzę, warto mieć coś, co wypełni nasz wolny czas, zajmie ręce, całe ciało, zmysły, myśli. Da radość i satysfakcję. Warto poszukać czegoś, co będzie odpowiadało naszym gustom, nie patrząc na trendy czy ludzkie opinie.  Można spróbować czegoś nowego, czegoś co jest całkiem poza naszym dotychczasowym doświadczeniem? Albo dać szansę czemuś, czego już próbowaliśmy w przeszłości? Drogi są różne, ale warto próbować i nie poddawać się, bo może się okazać, że jakiś mały drobiazg zaprowadzi Cię do wspaniałych efektów.

W moim przypadku tym drobiazgiem był mały metalowy przedmiot, który został mi w spadku po mamie. Nie czułam  do niego wielkiej sympatii, bo pierwsze próby zaprzyjaźnienia się nie były zbyt owocne. Ale dałam mu szansę.

Tak naprawdę nie wiem, kiedy to się stało. Wyszło to jakoś naturalnie, chciałoby się powiedzieć  –  ot tak, po prostu. Wcale nie jestem mistrzynią, ale szydełkowanie stało się moją codziennością.  I mojej rodziny też, choć nie wiem, na ile ta jest z tego powodu zadowolona. Faktem jednak jest, że wszyscy domownicy wiedzą, aby nie zadawać zbędnych pytań, gdy odgarniając rozwiany włos z czoła, mruczę sobie coś pod nosem. Albo, że  czasem trudno przejść przez  nasze domostwo nie zahaczając o jakiś zwisający z (np. z torebki) sznurek, nie potykając się o koszyk z rozpoczętą robótką lub o kolejne pudło wypełnione włóczkami, które przyniósł kurier.

Nie wiem też, kiedy szydełkowanie stało się motorem napędowym zmian zachodzącym w moim życiu. Wielu bardzo niewielkich zmian, ale w efekcie prowadzących do tych większych i lepszych. Poczynając od przemeblowania w pokoju, kończąc na przemeblowaniu w głowie.

Ale nie opisywałabym swojej historii w ten sposób, gdybym posłuchała niektórych „dobrych rad” albo przyjęła za prawdziwe, niektóre ludzkie przekonania.  Niestety stereotypy panoszą się wszędzie i co  jest smutne, zbyt często odgradzają ludzi od ich pasji. Szydełkowanie nie jest od nich wolne.  Jeśli chcesz szydełkować prędzej czy później przyjdzie Ci się z którymś z tych przekonań mierzyć.

Nie od dziś wiadomo, że pierwszym i najważniejszym warunkiem, który należy spełnić, aby szydełkować jest sędziwy wiek. Tak naprawdę nie wiem, gdzie jest ta granica, ale sądzę, że tak w okolicach sześćdziesiątki to już będzie ok. Jeśli masz lat naście i sięgasz po szydełko, to prawdopodobnie bardzo cenisz swoją babcię albo nawet prababcię i uczysz się rękodzieła, by sprawić jej przyjemność. Inne kategorie wiekowe nie sięgają po szydełko! A jeśli już, oznacza to, że są jednostkami  dziwnymi, zaburzonymi,  znacząco podejrzanymi, może nawet niebezpiecznymi.

Osoby, które szydełkują, nie lubią towarzystwa. To samotnicy izolujący się od ogółu społeczeństwa. Poza szydełkiem radość daje im wyłącznie herbata. Czasem zamienią dwa słowa z własnym kotem (z rzadka psem) głównie jednak mówią do siebie pod nosem jakieś niezrozumiałe treści.

Oczywiście ta izolacja i oddawanie się szydełkowemu szaleństwu wynika z urody, która nie wpisuje się w aktualne trendy. To jednak jest trudne do udowodnienia, bo mało kto widział za dnia szydełkującą istotę.

Ach! Zapomniałabym. Rzecz dotyczy wyłącznie kobiet, bo faceci  nie szydełkują. Koniec kropka.

Ponadto, szydełkowanie to zajęcie dobre wyłącznie dla osób opanowanych, spokojnych, cierpliwych, może nawet nieco flegmatycznych. Takich trochę w typie Mamy Muminka, choć może lepszym przykładem byłby tutaj Włóczykij, ale już wiemy, że – faceci nie szydełkują!!!

Ale nawet jeśli skupić się tylko na przedmiocie, to szydełkowanie nie ma wielkiego sensu. Po pierwsze szydełkowane rzeczy dawno już wyszły z mody. Czasem zdarzy się, że ktoś jeszcze wyciągnie babciną serwetkę w Wielką Sobotę, ale poza tym? Nie ma takiej możliwości, żeby w dzisiejszych nowoczesnych wnętrzach panoszyły się jakieś dziergane dodatki? Po drugie, szydełkowanie jest czasochłonne – no komu normalnemu by się chciało. No, a żeby płacić za coś takiego tyle pieniędzy? Są przecież serwisy, które oferują prawie to samo, za grosze!

Noszkuszatfamać!!!

Z natury jestem cholerykiem i nie należę do osób przesadnie cierpliwych. Bywam impulsywna i łatwo mnie wyprowadzić z równowagi, i może faktycznie jestem trochę niebezpieczna, bo jak słyszę takie bzdury, to mam ochotę dziabnąć ich nadawcę w oko. Szydełkiem w oko.

Mimo wszystko wolę jednak działać łagodniej, choć na przekór stereotypom. Najczęściej po prostu wychodzę z moimi robótkami w świat. Dziergam na placu zabaw czy w przychodni i uśmiecham się do ludzi.

I być może nie jest to pasja, która wpisuje się w trendy. Być może nie wymaga odwagi, siły czy wielkiej ilości pieniędzy, ale zdecydowanie jest moja, tego nie dam zakwestionować nikomu.

Mam nadzieję, że i Ty masz coś takiego, co daje Ci możliwość złapania oddechu, poczucia spełnienia, daje radość i satysfakcję, nierzadko na przekór ludzkiemu gadaniu. Jeśli tak, podziel się tym z nami w komentarzu. A jeśli wciąż szukasz czegoś dla siebie, to zapraszam do nauki szydełkowania. Spróbuj, nie czekaj, w najgorszym przypadku stwierdzisz, że to nie dla Ciebie. A w najlepszym, kto wie?

Ania

Zbiór Bzdur

Piszę w imieniu Ani, uczestniczki naszej Akademii Rękodzielnika i od niedawna również (pełna dumy donoszę) członkini zespołu!

Jeżeli masz ochotę spróbować swoich sił w szydełkowaniu masz wiele możliwości.

Możesz wziąć udział w darmowym warsztacie on-line, podczas którego będziemy uczyć się jak krok po kroku wydziergać matę do siedzenia.

Możesz również skorzystać z konsultacji on-line dopasowanych do Twoich indywidualnych potrzeb

A jeśli wolisz pracę samodzielną, skorzystaj z kursu on line – szydełkowanie bez tajemnic

Podejmujesz wyzwanie?

 

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

pled z wełny czesankowej

Odkryłam, jak być w 2 miejscach w tym samym czasie!!!

Nie, nie – tekst nie będzie o przełomowym odkryciu zasługującym na NOBLA, ale jak najbardziej będzie mówił o tym, jak udało mi się zhakować czas wolny, żeby nie tylko był czystą przyjemnością, ale praktycznym narzędziem do rozwoju i satysfakcji z procesu nauki!

Niemożliwe?! Poczytaj dalej – ten „patent” jest banalnie prosty! (Że też wcześniej o tym nie pomyślałam!)

Rękodzieło jest ze mną odkąd pamiętam. W dzieciństwie jako zabawa, w dorosłym życiu jako sposób na odpoczynek… z czasem stało się też stałym motywem mojej pracy zawodowej.

Ciągle nie mogę pojąć, jak to się stało, że na takie „podwójne” wykorzystanie długich godzin czasu twórczego przyszło mi do głowy dopiero teraz!

Dzięki Kasi uświadomiłam sobie…

…że to świetny moment na naukę języków obcych lub odświeżanie tych bardziej przykurzonych. Niby „jakaś” znajomość języka w głowie jest…ale kiedy przychodzi czas na jego użycie… jakoś wiecznie posiłkuję się angielskim (lub nieproporcjonalną do przekazu gestykulacją )

Dopiero, kiedy zaczęłam otrzymywać Kasi mini-lekcje video ( jeżeli jeszcze ich nie znasz – koniecznie sprawdź tutaj) – OLŚNIŁO MNIE! I żeby nie było…władam angielskim, francuskim, hiszpańskim i  mocno łamanym niemieckim, ale nauki duńskiego jak żyję, nie planowałam. A jednak!…

Kasi lekcje są krótkie, treściwe, a przede wszystkim „lekkie” do przyswojenia…a jako, że wiecznie nie mam czasu, żeby odsłuchiwać je w pełnym skupieniu…to zaczęłam je odtwarzać podczas pracy szydełkowej ( tak…rękodzieło to u mnie i praca i rozrywka).

Zaczęło się niewinnie.

Kasi video są po prostu fajowe – bije z nich energia, motywujący do nauki zapał. Ogrom jej pracy włożonej w każdy materiał sprawia, że dla proces nauki dla odbiorcy to niczym osmoza… jakoś tak „samo wnika”.

Na początku po prostu oglądałam z ciekawości podczas pracy z nowymi szydełkowymi wzorami, albo testując nowe włóczki na kolejne projekty….aż w końcu mnie OLŚNIŁO!

Przecież to genialne!

Podczas pracy manualnej (i nie mam tu tylko na myśli „zawodowych” rękodzielników, ale wszystkich, którzy lubią „podłubać”) uaktywniają się obszary mózgu odpowiedzialne za tzw. motorykę małą. Czyli po ludzku – te miejsca, które są blisko związane z rozwojem mowy. (Jeżeli się zastanawiasz, dlaczego przedszkolaki tak dużo wycinają, wyklejają i malują w krytycznym momencie rozwijania umiejętności językowych…to TAK! właśnie dlatego! – one już to odkryły…intuicyjnie!….my tylko im troszkę pomagamy).

Co tu dużo pisać! Nie da się opisać!

Po prostu spróbuj!

Jeżeli  lubisz dziergać, rysować, pisać, TWORZYĆ rękami – spróbuj w trakcie tego procesu uczyć się języka. Nagrania, audycje, audiobooki… morze możliwości!

Dziękuję Kasiu  za to OLŚNIENIE! Pewnie nie wpadła bym na ten świetny sposób na uprzyjemnianie czasu „pracy” twórczej, gdyby nie praca Kasi (tutaj znajdziesz  Kasię)

I choć nie planowałam nauki Duńskiego…to ciągle z ciekawością wracam do nagrań…a od niedawna powolutku odświeżam języki, które odłożyłam na półkę (szczególnie ten nieszczęsny hiszpański, na który wiecznie mało czasu). Ze zdziwieniem odkrywam, że pochłanianie kolejnych lekcji, audiobooków w obcych językach przychodzi bez wysiłku, kiedy jest „tłem” pracy manualnej.

Jeżeli Ty też właśnie podejmujesz decyzję o rozpoczęciu nauki języka, lub planujesz uporządkować sobie wiedzę z takiego zakresu – z całego serca polecam Ci patent na łączenie przyjemnego z pożytecznym.  Jeżeli dodatkowo, jak ja, nie wyobrażasz sobie dnia bez szydełkowania, drutów, rysowania z dziećmi lub innej twórczej formy spędzania czasu – to polecam Ci patent na dodanie do tej czynności pożytecznych lekcji językowych. Nawet nie zauważysz, kiedy Twoje umiejętności wzrosną, a sama nauka będzie się kojarzyła z dużą zabawą, a nie obowiązkiem.

Ps. ostatni językowy audiobook wciągnął mnie na dobre…

dziergałam jak szalona…

i tak …

lekcja po lekcji… przesłuchałam… całą „książkę”…

a w tle powstało takie cudo…

(dzieci nie narzekają na nową słabość mamy = moja nauka języka kojarzy im się z nowymi rękodzielniczymi zabawkami, a od czasu językowego OLŚNIENIA…formy  nabierają coraz większych rozmiarów)

Agnieszka Gaczkowska

www.oplotki.pl

Ps. Była bym zapomniała!!!

Polecam Twojej uwadze wywiad z Kasią, który nagrałyśmy na potrzeby podcastu OPLOTKI.

Całe nagranie znajdziesz tutaj

Ps.2. Skąd znam Kasię?

Razem pracujemy w rocznym programie MBA – SOMBA – tutaj znajdziesz artykuł na ten temat..

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Mimbla Szydełkuje

Mimbla to sympatyczna starsza siostra Małej Mi z opowieści o Muminkach, która jak wszystkie Mimble zachowuje spokój w każdych okolicznościach i mało co potrafi wyprowadzić ją z równowagi. Nie wynika to bezpośrednio z powieści, ale myślę, że mogła szydełkować 🙂 Kocham Muminki i szydełkowanie i z tego połączenia narodziła się nazwa – Mimbla Szydełkuje.

A jak to się zaczęło? Dzisiaj aż wstyd przyznać, że jeszcze dwa lata temu uważałam szydełkowanie za jedno z najnudniejszych zajęć na świecie, a obok produktów szydełkowych przechodziłam obojętnie. Chociaż muszę dodać, że samo rękodzieło było mi zawsze bliskie, a z racji pracy jako organizator imprez kulturalnych i warsztatów miałam możliwość uczestniczenia w najróżniejszych zajęciach. Uwielbiam to, co naturalne, więc najbardziej przepadłam w wiklinie, która jednak przy działaniu na własną rękę jest materiałem dość problematycznym. Stąd już niedaleko było do zachwytu nad sznurkiem, nadal wyplatanie, ale już nieco łatwiej dostępne materiały. Na pierwszych warsztatach zrobiłam kilka podkładek ze sznurka, a później zakiełkowała w mojej głowie myśl, żeby zrobić dla synów zabawki. Jest ich dwóch (synów) młodszy i starszy, bardzo lubili akurat oglądać Bolka i Lolka, więc wybór był oczywisty. Poszperałam w Internecie, żeby załapać zasady zwiększania, zmniejszania, zaokrąglania kształtów, kupiłam materiały i całkowicie improwizując stworzyłam ulubionych bohaterów.

Znajoma zobaczyła zabawki, zachwyciła się i rzuciła mi nowe wyzwanie – Reksio. Trochę się broniłam, że nie wiem jak się zabrać, nie mam doświadczenia, ale właściwie od razu zaczęłam się zastanawiać, od czego można by zacząć i jak miałby wyglądać. Tak już mam, że im większe wyzwanie, tym intensywniejsza moja praca nad perfekcyjną realizacją (w każdej dziedzinie 😉 ). Gotowy Reksio pojawił się kilka dni później, a ja już wiedziałam, że muszę szydełkować! Od tego czasu minęło 1,5 roku, a ja wciąż jestem w trakcie przynajmniej jednego projektu.

Najwięcej radości sprawiają mi indywidualne zamówienia, bo spełnianie dziecięcych marzeń o przytulankach, które narodziły się w wyobraźni jest czymś niesamowitym. Nikt, na całym świecie nie ma drugiej takiej zabawki! W każde szydełkowane przeze mnie stworzonko wkładam cząstkę swojego serca i aż trudno mi się później z nimi rozstać. Tak jak z dobrą książką, którą chciałoby się przeczytać do końca, ale jednak trochę przedłuża się ten moment i czyta tylko po małych fragmentach, żeby jak najdłużej zostać w tej opowieści; tak ja mam czasem gotowe wszystkie łapki, ogonki, główki i… czasem sięgam po inny kolor włóczki i zaczynam coś nowego, żeby jakoś łagodnie przejść od jednego zadania do kolejnego.

Czasem zdarza się, że ktoś widzi jakieś kawałki przygotowywanej przeze mnie zabawki i pyta co to jest, a kiedy odpowiadam z entuzjazmem, że to będzie np. łapka dinozaura, to po drugiej stronie widzę lekkie niedowierzanie. Kiedy później ta sama osoba zobaczy skończoną zabawkę jest efekt wow, bo zwierzak, który w mojej głowie jest już od początku właśnie taki jaki ma być, dla innych w częściach nie składa się w taką samą całość. Magia tworzenia!

Dbam o to, żeby osoba, która zamówiła u mnie zabawkę, nie widziała jej wcześniej w trakcie pracy czy na zdjęciach, bo ważne jest to pierwsze wrażenie i działanie na wszystkie zmysły. Przecież szydełkowa zabawka, to nie tylko wygląd, ale miękkość, faktura splotu, dla bardziej wyczulonych zapach… nie chcę odbierać obdarowanemu tego całościowego uczucia J

W mojej głowie wciąż jest jeszcze wiele niezrealizowanych pomysłów na zabawki. Chcę przy pomocy szydełka przekazać wartości, które są mi bliskie. Ale szczegółów nie zdradzę… 😉

Zapraszam do obserwowania moich zwierzaków na fb i insta oraz do kontaktu, spotkań tu i ówdzie … #mimblaszydelkuje

Ps. Jeżeli też chcesz zacząć przygodę z szydełkowaniem, nie czekaj!

Klikaj TUTAJ, aby pobrać bezpłatne schematy szydełkowe i zaczynać dzierganie 🙂

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

ile sznurka na dywan

Ile sznurka potrzeba na szydełkowy dywan?

Od kiedy zaczęłam prowadzić warsztaty szydełkowania i jako uzupełnienie wiedzy (albo opcję dla osób spoza Poznania) wprowadziłam Kurs szydełkowania online, regularnie otrzymuję pytania o pomoc w zakupie odpowiedniej ilości materiału potrzebnego do stworzenia wymarzonych projektów. Postanowiłam pomóc, a jednym z pytań, które pojawiało się najczęściej było:

Ile sznurka na dywan?

Podczas warsztatów i w kursie szczegółowo wyjaśniam, ile sznurka potrzebujesz statystycznie, żeby zrobić dywan ze sznurka. Musisz jednak wiedzieć, że ta ilość i tak jest tylko orientacyjną informacją, bo nie da się jednoznacznie powiedzieć ile trzeba sznurka na dywan, gdyż każdy z nas pracuje zupełnie inaczej, nawet przy użyciu tych samych narzędzi. Różnice nie są ogromne przy małych projektach, ale ilość zużytego sznurka może się znacząco różnić w przypadku dużych projektów, takich, jak na przykład dywan.

Ile bawełnianego sznurka na dywan?

I tutaj niestety na pytanie ile sznurka na dywan muszę odpowiedzieć to (znienawidzone): „TO ZALEŻY”. Oczywiście – zależy to od tego, jaki dywan ze sznurka planujesz, ale również od tego, jakiego sznurka użyjesz, jak ciasno go zapleciesz, jakiego szydełka użyjesz do pracy. Postaram się opisać taki „stan zero” ale dodać do tego opisu możliwe „wahania” w zależności od różnych zmiennych.

Taki dywan ze sznurka, jak na zdjęciu, wykonałam przy użyciu około 500 metrów sznurka bawełnianego o grubości 5mm. Pracowałam przy użyciu szydełka  – rozmiar 9.dywan ze sznurka

Fot. Agnieszka Gaczkowska

Oczywiście nawet zakładając, że używasz tego samego narzędzia i identycznego sznurka, Twój dywan prawdopodobnie będzie miał zupełnie inny rozmiar. Taki urok rękodzieła.

Jeżeli szydełkujesz bardziej „ciasno” – to aby powstał dywan o podobnej średnicy (tutaj 110 cm), zużyjesz więcej sznurka. Aby splot był luźniejszy możesz zamienić szydełko na większe (rozmiar 10, 11, nawet 12) lub świadomie nawlekać oczka luźniej.

Oczywiście możesz również użyć grubszego sznurka (np. 6mm, 9mm) dostosowując do niego odpowiedni rozmiar szydełka ( np. 11-12 i 15-18). Wtedy takiego sznurka zużyjesz mniej (odpowiednio około 400 i 250-300 metrów).

Ile sznurka na dywan kupić?

Polecam zamówić nieco za dużo sznurka na dywan. Dlaczego? To chyba raczej jedno z pytań o oczywistej odpowiedzi, ale jednak pokuszę się o komentarz.

Zamawiam dokładnie tyle, ile potrzeba…a później domawiam odrobinę, bo chcę dodać ciekawsze wykończenie, może uzupełnić pracę o mały upominek, albo pracę uzupełniającą „komplet”.

Nie za dużo, ale…

Jestem ostatnią osobą, która namawia Cię do zbędnego chomikowania sznurków (sama upycham je w każdej możliwej szafce), ale jednak namawiam do zaplanowania, co jeszcze możesz wykonać z tego sznurka, który i tak będziesz zamawiać. Nie tylko ze względu na korzystniejsze koszty przesyłki, choć to oczywista zaleta większego zamówienia.

Dlaczego warto zamówić ciut więcej sznurka na dywan?

Polecam Twojej uwadze rozważenie większego zamówienia, bo wielu polskich producentów sznurka daje możliwość zamówienia sznurka bawełnianego w jednym odcinku (nie w formie 50-100-200 metrowych motków). Najczęściej ta możliwość pojawia się przy minimalnej długości 500 metrów. Dlatego przy zamówieniu np. 450 metrów na idealny dywan, warto przemyśleć mały zapas.  Nie tylko nie musisz się wtedy martwić łączeniem sznurka, ale możesz zoptymalizować pracę (najczęściej taki sznurek jest umieszczany w wygodnym kartonie lub worku, z którego wyciągasz sznurek bez obaw o jego plątanie).  Zapytaj swojego dostawcę o taką możliwość, często nie jest ona komunikowana wprost na jego stronie. Jeżeli chcesz skorzystać z usług jednego z naszych partnerów – śmiało pisz do mnie – podzielę się kontaktem.

A jeżeli nawet zostanie troszkę sznurka

Możesz go śmiało wykorzystać do stworzenia nowych prac. Poniżej wzory najprostszych pomysłów na wykorzystanie „po-dywanowych” resztek.

Do stworzenia takiej podkładki pod talerz użyłam około 60 metrów bawełnianego sznura o grubości 5mm. Zaplatałam go przy pomocy szydełka rozmiar 9.ile sznurka na podkładkęFot. Agnieszka Gaczkowskapodkładka ze sznurkaFot. Agnieszka Gaczkowska

Zobacz, jak można ożywić stół wykorzystując nieoczekiwane zestawienia kolorystyczne! Nie koniecznie nasze dywany i inne prace muszą „wtapiać się” w otoczenie. Przebogate palety kolorów sznurków, niezależnie od wyboru producenta dają świetne możliwości żonglowania sezonowymi dodatkami. A kiedy taka podkładka się znudzi…śmiało możesz zamienić ją w miseczkę, wazon, czy zgrabną osłonkę na doniczkę.jaki sznurek na dywanFot. Agnieszka Gaczkowskadywan ze sznurkaFot. Agnieszka Gaczkowskasznurek do dywanówFot. Agnieszka Gaczkowska

A wracając do dywanu

Resztki materiału można śmiało przełamać innym kolorem – poniżej zdjęcie, pracy, w której użyłam niebieskiego sznurka i stworzyłam zestaw, który uzupełnia delikatne kolory dziecięcego pokoiku. Takie żywo-niebieskie maty układam pod talerzykami z przekąskami dla maluchów, żeby unikać rysowania blatu ich biurek, kiedy przeciągają talerze w tę i z powrotem.sznurek do robienia dywanówFot. Agnieszka Gaczkowskadywanik ze sznurkaFot. Agnieszka Gaczkowskaile sznurka na dywanikFot. Agnieszka Gaczkowskajaki sznurek na dywanFot. Agnieszka Gaczkowskasznurkowa podkładkaFot. Agnieszka Gaczkowskadywan ze sznurka prostokątnegoFot. Agnieszka Gaczkowska

Okrągły dywan ze sznurka czy wielokąt?

Zauważ, że powyższy dywan ze sznurka pomimo, że na pierwszy rzut oka ma kształt owalny, to faktycznie jest wielokątem. Efekt jak najbardziej zamierzony. Ale może masz ochotę na idealne koło? Wtedy warto przesuwać dodawanie oczek i zaczynać za każdym razem z inną ilością słupków w danym rzędzie. Mianowicie – jeżeli w 2-gim rzędzie dodajesz już na początku, w 3-cim rzędzie dodaj dopiero po wykonaniu 1 słupka, w 3-cim znowu dodaj na początku, w czwartym znowu po wykonaniu 1-2 słupków …i tak dalej. Jeżeli to, co tutaj wypisuję to czarna magia – nie martw się – spokojnie jesteś w stanie opanować szydełkową nowo-mowę podczas warsztatów stacjonarnych albo w kursie szydełkowania online. Gwarantuję Ci, że nie tylko z łatwością wykonasz taki dywan, jak powyżej, ale z powodzeniem zaprojektujesz własny!

ile sznurka na dywanile potrzeba sznurka na dywan

Szydełkowanie naprawdę nie jest trudne!

Przekonaj się o tym!

Spróbuj naszego kursu szydełkowania ON-LINE!

Świetne dodatki wnętrzarskie, elementy garderoby, nawet zabawki – jesteś w stanie z powodzeniem zrobić samodzielnie zamiast kupować!

Ps. Jeżeli i Ty chcesz zacząć swoją przygodę z szydełkowaniem – śmiało pobieraj nasze bezpłatne schematy.

Szydełkowanie naprawdę nie jest trudne!

Przekonaj się o tym!

Spróbuj naszego kursu szydełkowania ON-LINE!

Świetne dodatki wnętrzarskie, elementy garderoby, nawet zabawki – jesteś w stanie z powodzeniem zrobić samodzielnie zamiast kupować!

kurs online szydełkowania

kurs szydełkowy on-line

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Brak czasu na rękodzieło? Jak sobie z tym poradzić?

Dlaczego uważam, że nikomu czasu nie brakuje?

Jedna robótka na kanapie, pięć zaczętych koło fotela, dwie kolejne – oczywiście wymagające dopracowania – w sypialni… I tak na okrągło. Pomysłów na kolejne i materiałów w trakcie przesyłki, aby zacząć jeszcze inne, już nawet nie liczę.

Też tak masz? Też masz wrażenie, że czasu jest za mało? Masz wrażenie, że ciągle Ci go brakuje?

Jeżeli czytasz dalej…to UFF – nie jestem jedyna!

Mam wrażenie, że ciągle słyszę „nie mam czasu…bo to…” …”nie mam czasu, bo tamto…”

Ale przecież wszyscy mamy go dokładnie tyle samo. Doba dla nikogo nie kurczy się i nie rozciąga. Statystycznie potrzebujemy mniej więcej tyle samo, aby jeść i spać ( no chyba, że jesteś mamą maluszka – to masz jeszcze bardziej „pod górkę”). Nie jesteśmy maszynami…odpoczywamy, spotykamy się ze znajomymi, odwiedzamy rodzinę. No po prostu – ogarniamy codzienność.

No to jak to jest z tym czasem?!

Na pytanie „jak Ty to wszystko robisz?!” odpowiadam „wybieram!”.

Wybieram, co jest dla mnie ważne, co stanowi priorytet i przybliża do jasno obranego celu. Wybieram, co sprawia, że posuwam się do przodu. Jeżeli mam wrażenie, że efekt jest odwrotny, przestaję. Natychmiast!

Ale po kolei, czyli od czego zacząć.

Planowanie.

Chyba nie ma sensu powtarzać frazesów. Wiemy dobrze, że planowanie to klucz, ale od samego planowania nic się jeszcze nie dzieje. Klucz to wdrażanie i analiza. Jeżeli pojawia się nieśmiała myśl, że któryś z elementów planu może nie do końca ma sens – sprawdzam to! Analizuję. Podejmuje decyzję: kontynuuję albo nie. I tego (nowego) planu się trzymam. I tak w kółko! Aż do realizacji. Ale, ale! Zbyt częsta zmiana planów to na pewno nie jest recepta na sukces. Konsekwencja już zdecydowanie z większym prawdopodobieństwem.  Regularny rytm takiej rewizji pomaga. Zakładam comiesięczne planowanie strategicznych celów i cotygodniowe planowanie ich wdrażania. Jeżeli coś budzi moje zastrzeżenia – odkładam do analizy w dniu planowania. Nie odrywam się od pracy, nie przerywam procesu wdrażania, działam w wyznaczonym przez siebie rytmie. Nie ma jednego idealnego! – Idealny to TWÓJ rytm – wypracowany na bazie prób, błędów i doświadczenia w jego ulepszaniu i dostosowywaniu do swoich potrzeb.

Parking Pomysłów (Dzięki Kaśka za świetny pomysł!)

Niekończące się listy zadań? Wydłużające się w nieskończoność  mikro i makrozadania? Skąd ja to znam…Dzięki Kasi wdrożyłam sprytny patent na te straszno-listy. Parking pomysłów to nic innego jak zapisywanie zadań na listach, które z góry nie są przeznaczone do natychmiastowej realizacji. Te zadania potrzebują przemyślenia, „dojrzewania”…a często ostatecznie z nich rezygnujemy lub realizujemy w totalnie innej formule.

W ten sposób „odchudzam” listę i taką w formie „light” wdrażam. Nie wiem, czy na Ciebie też to działa…ale wykonanie 3, nawet dużych, zadań…to jednak nie 30 i łatwiej mi je ogarnąć.

Tu z pomocą przychodzi proste narzędzie TRELLO, które służy mi jako taka „niegubiąca się kartka” na komputerze. Tradycyjna lista to u mnie ciągle analogowy old school, czyli notes i pióro, albo przynajmniej ulubiony długopis….(ta frajda z ręcznego wykreślania….BEZCENNA!)…ale „zaparkowane” pomysły lądują już u mnie w „onlajnach”, żeby ilość fruwających wokół biurka kartek nie sprawiała iluzji bałaganu.

Może u Ciebie też są takie zadania, bez których świat się nie zawali? Zaparkuj je. Kiedy Twoja lista zadań się skróci, wrócisz do nich z inną energią.

Ale skąd wiem, które pomysły zaparkować?

Priorytety! U każdego inne, nawet u mnie – na przestrzeni czasu zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Bądź dla siebie dobra!

Wiem, jak to jest rozwijać biznes w trakcie opieki nad dzieciakami…trudno wtedy oszukiwać się, że napisanie posta, czy artykułu będzie ważniejsze, niż czuwanie przy łóżeczku chorującej pociechy.

Świat się nie zawali.

Ustal priorytety na teraz. Na miesiąc. Na rok. Zmieniaj je, aktualizuj, ale pod żadnym pozorem! Nie biczuj się! Nie muszą to być misje ma Marsa, żeby były ważne. Twoje priorytety to Twoja sprawa i nikomu nic do tego! Choćby to było ukończenie jednej pracy szydełkowej w miesiącu, zamiast lśniących podłóg każdego dnia (hehe – to jest mój cel w kategorii „zadbane domostwo”).

Ale też nie odpuszczaj.

W myśl zasady „co masz zrobić jutro, zrób dziś”, wykorzystaj pierwszą nadarzającą się okazję aby nadrobić.  Ustal sobie swoje  (realistyczne!) tempo pracy i postaraj się go trzymać. Nie dla oceny wirtualnej publiki, ale dla swojego dobrostanu, poczucia, że dajesz sobie świetnie radę. I pamiętaj!…

Powiało patosem.

No dobra, to jak jeszcze można sobie radzić z wiecznym brakiem czasu na rękodzieło?

Zgodnie z zasugerowaną tematyką przyda się kilka szybkich patentów. Moje nie koniecznie muszą przypaść Ci do gustu, ale zacytuję tu kilka sprawdzonych sposobów uczestników naszej grupy dla przedsiębiorców chcących budować biznes w oparciu o rękodzieło, i parę informacji zanim dołączysz do grupy

Ania:

„organizacja! moja lista „To do” to dla mnie rzecz święta!”

Piotrek:

„ Dla mnie brak czasu to synonim braku organizacji czasu. Gdy mam konkretny plan działania, realizuje go krok po kroku to okazuje się, że naprawdę duże projekty można zrobić w krótkim czasie. Doby nie wydłużymy ale możemy lepiej ją wykorzystać.”

Sandra:

„Zgadzam się z Wami. Ostatnio byłam załamana tym czasem braku u siebie. Teraz widzę, że jeśli poświęcę jeden z pokoi na pracownię, zainwestuję w sprzęt (stół kreślarski, sztaluga, coś do organizacji), to będzie całkiem inna bajka. Dopiero zaczynam chociaż doświadczenie w rysowaniu mam duże” ”

Jakie wypróbowane patenty mogę dodać od siebie?

Zaakceptuj siebie! Polub swoje wady i zaakceptuj je! Może to wcale nie wady?

Długo, oj zbyt długo, wydawało mi się, że POWINNAM mieć domostwo lśniące, jak u mamy. Karciłam się za włóczki porozrzucane na kanapie. Proces dziergania następował dopiero, kiedy domowe pielesze wyglądały co najmniej, jak na insta-fotkach. Przy dwójce dzieci – MISSION IMPOSSIBLE (każda mama wie, o czym mówię). Dopiero, kiedy się poddałam, autentycznie, odpuściłam w poczuciu gigantycznej porażki, odkryłam, że po drugiej stronie „mocy” (a raczej niemocy), ukryty był błogostan twórczy. To tam drzemały spokojne godziny dziergania z podkastem w słuchawkach (nie znasz tej formuły Priv-radia? – polecam naszą „stację” OPLOTKI– posłuchasz np. przez Apple podcasts albo apkę Podcast Addict na Androida).

Siedziałam tak sobie otulona kokonem porozrzucanych zabawek dzieciaków krzyczących jedno przez drugie, ale jakimś cudem rozwiązujących samodzielnie swoje konflikty bez wybijania zębów. Nie dostrzegałam jedzonka porozrzucanego wokół talerzyków, „piciu” samodzielnie (wylewanego) nalewnego do kubeczków przez dzieci.

I było mi tak dobrze.

Tak Twórczo! Kończyłam nie jedną, ale kilka prac w miesiącu. Czasem tygodniowo „wyrabiałam normę” twórczą miesiąca, czy roku koleżanek „od szydełka”. Dopiero, kiedy „wysyciłam się” tym przebłyskiem geniuszu zaczęłam szukać balansu między (w granicach przyzwoitości) wizją czystego domu i twórczej przestrzeni.

Nie porównuj się do innych. Oni zawsze mają „więcej czasu”.

Teraz, kiedy dzieciaki w przedszkolu, duża część materiałów w pracowni, jest jeszcze łatwiej i cele estetyczne (no dobra, czasem po prostu lubię, jak jest porządeczek. Nawet, jeżeli trzeba się namęczyć przy sprzątaniu) jakoś nie wymagają tyle poświęcenia – tyle CZASU.

Jestem zadowolona, ale wyobraź sobie, jakie było by to poczucie zadowolenia z ilości czasu poświęcanego na sprzątanie kosztem pracy rękodzielniczej, gdybym porównała się do koleżanki z „pomocą sprzątającą” (czyt. mąż robi WSZYSTKO w domu!) albo do koleżanki, która dzielnie ogarnia samodzielnie 300-metrową willę. Jestem zadowolona, bo porównuję siebie do …. samej siebie….tylko z „wczoraj”. Kiedy stawiam sobie jakiś cel i staram się go osiągnąć – nie ma innej opcji, tylko wypadać satysfakcjonująco w takim porównaniu. Uwalniam czas na pracę twórczą rezygnując z jego poświęcania na zbędne (moim osobistym zdaniem, nie musi tak być dla Ciebie) prace domowe. I TADAM! Czasu już mi nie brakuje.

Grupuję zadania. To działa jak magiczna różdżka.

Dziergasz kilka oczek, po czym przypominasz sobie o poście, który miałaś napisać, ale do niego potrzebne zdjęcie, ale gdzie ten aparat. I tak po godzinie łapiesz się na sprzątaniu, bo przecież… jak tu znaleźć ten obiektyw w bałaganie…

Nie daj się chaosowi!

Jeżeli wiesz, że zdjęcia prędzej, czy później zrobić będzie trzeba – to notuj sobie wszystkie pomysły przez tydzień, dwa i zabierz się za to działanie, jak zaświeci (czyt. będzie optymalne oświetlenie). Jeżeli pisanie postów to niekończąca się destrakcja…napisz ich kilka na raz i zaplanuj na zapas (na FB da się to zrobić z poziomu programu, dla Instagrama są dedykowane aplikacje np. bezpłatny Later.)

Kiedy piszę – to piszę!

Wyłączam powiadomienia, wyciszam komórkę i siadam do kilku tekstów. Robię swoje, kończę i siadam do następnego zadania. Przerwy to działania, które pozwalają odpocząć głowie, ale już zajmują ręce (osobiście – odpoczywam przy innej pracy np. sprzątaniu, ale brudne kubki nie ruszają mnie, dopóki nie poczuję, że głowa dymi od ciągłego skupienia i ewidentnie potrzebuje chwili oderwania od konstuowania nowych zdań). Jeżeli przerwę w połowie proces napełniania zmywarki, bo „wena” dopadła przy fusach od herbaty… nie kończę, biegnę do komputera „złapać” myśl, zanim ucieknie przy kostce do zmywarki, czy nabłyszczaczu. Priorytety są u mnie tutaj. Przy nabłyszczaczu pozostają w weekend, kiedy niespodziewane naloty rodzinne i tak wyrwały by mnie ze stanu płynnego, skupionego pisania a brak kubków utrudnił by relaks przy plotkach – czyli weekendowy „number one” na liście priorytetów.

To grupowanie to również kwestia indywidualna

…ale zgodzisz się ze mną, że jak już idziesz do fryzjera, kosmetyczki, żeby zrobić się na bóstwo…bo przecież wielka impreza… to można przed nią „wcisnąć” prośbę do męża, żeby trzasnął Ci kilka fajnych fotek… nie będzie trzeba biegać w popłochu, kiedy takie nagle okażą się potrzebne – bo np. koleżanka chciała by o Tobie napisać kilka słów na swoim blogu.

No dobra, z tymi fotami to troszkę przykład „na siłę” – ale jednak przyznasz, że jak już misternie konstruujesz tło, światło, całe to „domowe studio”, bo akurat „na już” potrzebna fotka dla klientki, to warto „przy okazji” strzelić kilka ujęć innych produktów?

Nie zaginam rzeczywistości

Kiedyś próbowałam pisać najważniejsze teksty wieczorem. Cały dzień „nie było kiedy”, bo przecież a to ktoś dzwoni, a to dzieciaki czegoś chcą… Było trudno, ale pisałam. Nie miałam innego wyjścia. Nie jestem tym typem, który wydajnie pracuje późną nocą, tym bardziej pisanie sensownej treści szło mi jak @#$#@%…no nie szło. Weszło mi to „w krew”. Dopiero po pół roku dzieciaków = przedszkolaków dotarło do mnie, że tak być nie musi! Telefon wyciszyłam, dzieci spokojnie tańcowały sobie na logopedycznych zajęciach, podczas, gdy ja pisałam w tempie błyskawicy! Posty, teksty, maile do klientów. Palce tańczyły po klawiaturze i to, co zajmowało męczące kilka godzin wieczorem było gotowe po godzinie porannej rutynki!

A wystarczyło tylko uświadomić sobie rzeczywistość

W moim wydaniu to:

a) praca wymagająca skupienia najlepiej idzie mi rano,

b)kiedy dzieciaki są przy mnie szkoda mi czasu na gapienie się w monitor.

Koniec kropka.

Owszem, jeżeli masz tak samo, ale Twoje pociechy w domu, nie masz wyjścia, no chyba, że jesteś jedną z tych szczęściar, której dzieci praktykują (AVE!) drzemkę. „Zaginanie rzeczywistości” i udowadnianie, że:

a)da się pisać produktywnie wieczorem,

b) da się skupić przy dzieciach

To misja skazana na porażkę.

Lepiej zabrać się wtedy za dzierganie (haha!) czyt. robić to, co przybliża Cię do Twoich celów, ale jest wykonalne w warunkach, które masz…a nie-byłoby wykonalne, gdyby (i tu wstaw ten stan idealny, którego brak jest ciągłą wymówką).

Rękodzielnicy mają lepiej!

Nie linczuj mnie od razu kontrargumentami, bo takie na pewno się znajdą. Ale zobacz, czy któryś z moich patentów na bardziej produktywne wykorzystanie czasu jest dla Ciebie.

Jako osoby, które najczęściej tworzą swoje produkty rękami, mamy myśli „wolne”. Nie zawsze korzystam z tego patentu, bo lubię oddać się w pełni liczeniu oczek (ot- taka moja joga dla umysłu), ale kiedy pracuję nad bardzo powtarzalnym wzorem np. kocem, który nie wymaga ode mnie skupienia na samym wzorze, puszczam sobie podkast rozwojowy i słucham rad odnośnie prowadzenia biznesu, promocji, albo po prostu śledzę historie przedsiębiorców, którzy dzielą się swoimi sposobami na „ogarnianie rzeczywistości” (polecam np. ten (polski) i ten podkast (po angielsku) )

Nie musisz od razu być zagorzałym fanem

…podkastowej formy dousznej, ale już słuchanie muzyki, telefoniczne zaległości, Natflixowa kolejka niezbędnosci…to wszystko da się „W TRAKCIE PRACY”!

Czy znasz podobny zawód?

Jakoś ciężko mi wyobrazić sobie panią z Urzędu, która bezkarnie odpala „Grę o Tron” między 7.00 a 15.00 a ja MOGĘ 🙂 I choć w praktyce jednak wybieram rozwojowy podkast (mąż by mi nie wybaczył spoilerów wieczorem 🙂 ) to sama świadomość, że mam pracę dającą tyle wolności działa jakoś motywująco.

Wiem, niekoniecznie czytając ten tekst tworzysz rękodzieło zarobkowo, ale nawet tym bardziej – masz ten przywilej, że potrafisz „spiąć się” w pracy… bo wiesz, że dzięki temu „podłubiesz” wieczorem w ukachanej technice, zamiast nadrabiać to, na co brakło energii w ciągu dnia.

Nie tworzysz? A chcesz spróbować?

Ale ostrzegam – grozi bardzo skutecznym przyspieszeniem procesu planowania czasu i znajdywania go nawet tam, gdzie go pozornie nie ma…

Po to, żeby… „jeszcze tylko 3 rządki wydziergać”, „jeszcze tylko 3 koraliki nawlec”, „jeszcze tylko…zaszyć, przymocować, przylutować, dodać, ująć, ponakrajać…

Jeżeli chcesz spróbować nowej techniki – zaglądaj tutaj (warsztaty rękodzieła – Poznań ) – Pasja skutecznie uczy organizacji czasu 🙂

A jeżeli już tworzysz i organizacja czasu pozwala Ci na podglądanie naszych szkoleń z zakresu rękodzielniczej przedsiębiorczości – wskakuj tutaj po 6-częściowy video-poradnik „Jak wycenić rękodzieło”.

A Ty? Masz jakieś sprawdzone patenty na „BRAK CZASU” ?

Pisz: agnieszka@oplotki.pl

Podziel się tym wpisem z koleżanką – może i jej przyda się taka refleksja 🙂

 

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Jak to się stało, że zając-zabawka awansował na królika-giganta, z którego zrobiło się legowisko dla całej rodzinki? Sama się zastanawiałam!

Dzięki inspirującym fotkom „zwieńczenia” tej opowieści wróciłam do historii projektu, który zaczął się blisko dwa lata temu. Gotowi do zanurzenia w prehistorii? No to startujemy!

Szydełkowy zając czyli maskotka amigurumi jako prezent dla własnych dzieci

Szukałam fajnego prezentu wielkanocnego dla maluchów – takiego, którego można by szarpać, tarmosić i bezkarnie „memlać” (dla nie-dzieciatych – brać do buzi, ślinić, gryźć bezzębnymi dziąsłami w totalnym poczuciu bezpieczeństwa mamy, która nerwowo sprawdza, czy zabawka aby na pewno posiada certyfikat, albo przynajmniej jakiś atest spożywczy ). Takiego prezentu, z którego ucieszyła bym się jako dbająca o jako-taką estetykę pokoiku dziecięcego mama (no dobra, jako dziecko też).

Nie to, że nie znalazłam…wręcz przeciwnie, wybór mnie przygniótł.

NIC, absolutnie NIC, nie mieściło się w moich kategoriach „przyzwoitego stosunku jakości do ceny”. Pewnie gdzieś tam „w internetach” istniały takie zabawki które były i proste, i estetycznie nieoszałamiające nieprzyzwoitym nagromadzeniem detali na centymetr kwadratowy, i wreszcie nie rozsypały by się przy najbliższym kontakcie z moim dzieckiem (do dziś nie wiem, jak to robią te dzieci insta-mam, że ich pokoje są sterylnie czyste, niepotargane książeczki stoją w równych rządkach na półkach, a maskotki nie ulegają zaplamieniu ulubioną farbką/ciastoliną/kredką…podczas zabawy z ukochanym przyjacielem dnia…). Pewnie nawet znalazła bym taki egzemplarz, który nie kosztuje „miliona monet” i spełnia powyższe wymagania, ale czas, który mogła bym przeznaczyć na jego szukanie, przeznaczyłam na samodzielne jego tworzenie. No nie wiem, dzieci mam mocno podatne na zabrudzenia jakieś. Zabawka, którą mogę wrzucić do pralki i wyciągnąć w dokładnie identycznym stanie, tyle, że w wydaniu sprzed nalotu ciastolinowego masażu…to skarb. Postanowiłam go wydziergać.

Trwało to. Dziergałam i prułam. Prułam i dziergałam. Wypełniałam i odchudzałam, kombinowałam z długością uszu, rączek, nóżek. Bardziej pyzaty, czy niepoprawny politycznie chuderlak.AAA! Tyle dylematów!

Ale oszczędzę Ci szczegółowych perypetii matki-projektantki. Skwituję tylko. Powstał! Prototyp trafił do fazy crash-testów, czyt. testowanie na dzieciach (własnych, żeby nie było!) – level HARD. Przeżył. Twardziel z niego. Moje dzieci go nie zniszczyły = przetrwa każde dziecko.

Pan Zając, bez cienia wielkanocnej niespodzianki, trafił na stałe do dziecięcego pokoiku. Wędruje do dziś między półką na książki, posłaniem na dziecięcych łóżeczkach, podłogą, szafką, koszem na zabawki, biurkiem pełnym farbek, szufladą z ciastoliną…i innymi zakamarkami fantazjii dziecięcej kreatywności przestrzennej. Teraz już nieco bardziej orientuję się, gdzie takich zabawek szukać, ale mimo wszystko cieszę się, że jako totalny anty-medialny ignorant stwierdziłam, że prędzej sama zrobię, niż znajdę w sieci…bo nie było by PANA ZAJĄCA!

Co jakiś czas PAN Z. znika na 2 dniowy urlop i pojawia się w wersji bez kredkowych blizn, farbowanych uszu i zabłoconych nóżek. Czyściutki, mięciutki i podejrzanie pachnący świeżymi gaciami (autentyczne słowa! „Mamo, czemu PAN ZAJĄC pachnie gaciami?! – biegnę, ze strachem w oczach i myślą „Boże znowu kupa u młodszego???”…a tu starsza córcia porównuje zapach kolejnych świeżo upranych majtasów, czekających na włożenie do szafki – porównuje zapach… z zającem…też świeżo z suszarki wyswobodzonego.) wraca regularnie na posterunek.

 

Fot. Agnieszka Gaczkowska

Nie to, żebym zagrzewała swoje dzieciaki do crash-testów…ale muszę przyznać – z przyjemością doszłam do wniosku, że stworzyłam zabawkę niezniszczalną. Na powyższym rozmazanym zdjęciu (mam nadzieję, że autorki pięknych fotek poniżej nie zlinczują mnie za umieszczenie mojej „amatorki” w jednym wpisie…) pierwszy prototyp PANA ZAJĄCA. Dokładnie ten, do którego wnętrza zutylizowałam bawełniane tkaniny (wybacz mężu te t-shirty, które dopełniły brzuszek, kiedy już pocięłam wszystkie dziecięce tetrowe pieluchy z nieużytych zapasów i ciągle zajęczym trzewiom było mało). Kolejne egzemplarze (zwłaszcza zamawiane przez koleżanki) były już raczej wypełniane na życzenie (a to leciutka kulka silikonowa, a to bawełniany puch… co tylko sobie „zażyczyły”, bo głodna testowania kreatorka ciągle miała mało). Kto by pomyślał, że zadałam sobie tyle trudu, żeby dojść do uzasadnionego wniosku, że pierwsza myś – 100% bawełny – to strzał w dziesiątkę (nie radzę testować, co dzieje się, kiedy wewnętrzny pokrowiec z wypełnieniem pełnym drobniutkich kuleczek np. styropianowych lub silikonowych, pęka przy maksymalnym wirowaniu – zwłaszcza, jeżeli macie zamiar jeszcze kiedyś używać tej pralki…i łazienki…). Teraz (żeby nie było, że na fali zero-waste) używam głównie bawełny z recyclingu (nie będę kryła, że ta idea jest bliska działalności OPLOTKI i staramy się ją wdrażać, gdzie tylko możemy, zwłaszcza, że dzięki modzie na EKO jest o nią coraz łatwiej). Dla domowych egzemplarzy – często są to „zutylizowane” ręczniki i prześcieradła, dla klientów specjalnie zamawiana bawełna z recyclingu.

Oszczędzę Ci perypetii prototypowania, ale możesz śmiało podejrzewać, dlaczego w mojej stalej ofercie znajdziesz tylko 2 wzory tego typu (jest jeszcze „KOCIEŁ” – znajdziesz go tutaj oraz prace koleżanek). Do PANA ZAJĄCA mam jednak największą słabość, bo związanych jest z nim coraz więcej historii (bez obaw, nie zanudzę Cię wszystkimi…no może kiedyś, w napadzie weny, stworzę kolejny tekst).

Z zacięciem produkuję klony pana Zająca w wydaniu z mniejszym, większym brzuchem, innymi wyrazami haftowanej twarzy…z miną i jej brakiem (jakoś prostota i minimalizm są mi najbliższe). Jeden z zająców zagościł na potrzeby sesji we wnętrzach autorstwa pracowni wnętrz KRAUPE STUDIO (Dzięki za piękne fotki JAGA KRAUPE!) . Gdyby tylko u mnie choć czasem panował taki porządek, zrobiła bym dla Ciebie podobne fotki pana Z. z pokoiku dzieciaków (no dobra – jest jedna fajna o tu, ale nie aż tak dobra, jak te poniżej).

Zając wielkanocny na szydełku – czyli jak zrobić najlepszą zabawkę handmade

Nie to, żebym taką designerką się zrodziła…nie, nie (pomarzyć nie zawadzi)…to dzieciaki podsunęły mi ten pomysł. No dobra, powiedziały wprost – „mamo zrób nam takiego zająca, ale dużego, żeby można na nim się bujać”.

RRETY? Bujać?!? Seroiusly?!? Jakie bujanie?

Krzyżówka konia na biegunach z zającem? TO ponad moje siły projektowe!

I tak, ostatecznie, bujanie dzieciaki zapewniają sobie same…zając po prostu służy wielkim kuperkiem, na którym mogą się usadowić.

 

Fot. Agnieszka Gaczkowska

Amigurumi ze sznura, czyli takie cuda – tylko własnoręcznie!

O uszycie takiego cudaka na pewno bym się nie pokusiła, ale już proste wypełnienie uszyte na starej maszynie (spadek po babci, jakoś nie mam serca zmienić na „nowszy model” ) i szydełkowany prostym ściegiem pokrowiec załatwiły sprawę. Sekret tkwi w odpowiednim „zasznurowaniu” całości (ale to już mój mały sekret firmowy).  Nie żeby to takie proste w rzeczywistości było…

To był jeden z najbardziej czasochłonnych projektów. Niezliczone próby nadania upragnionego kształtu, udane i mniej udane wersje pokrowca, ściegi wymagające poprawy i samo sznurowanie…Niekończąca opowieść. Tak w skrócie. No ale mina dzieciaków…BEZCENNA!

Oszczędzę Ci szczegółów, wolę skupić się na efekcie, a ten zadowolił nie tylko mnie. Dzieciaki nie odstępowały zająca na krok. Z wielkanocnej atrakcji stał się dekoracją całoroczną, którą ochoczo ubierano, tarmoszono, przemieszczano po całym domostwie, testowano wraz z kumplami z piaskownicy. Było oblewanie soczkiem, jedzenie ciasta na grzbiecie, traktowanie jako podręczny stół do rysowania i worek treningowy pozwalający na upust nadmiaru energii. Przetrwał wszystko.

Ponownie – pralka okazała się moją tajną bronią w walce o beżowo-białą czystość przyjaciela dziecięcych zabaw. „Dlaczego zabijasz zająca! Mamooo!” –  mniej więcej tak pomagały dzieci przy każdorazowym „oskórowaniu” poprzedzającym pranie pokrowca zająca. Szybko się jednak nauczyły, że przywracanie „skóry” to równie fajna zabawa, co jego brudzenie. Za każdym razem decydowały, czy ucho dłuższe, czy krótsze…czy tym razem buzia większa, czy mniejsza (bez stresu – wersja dla klientów ma wygodne uproszczenie, które pozwala na demontaż-pranie-montaż bez potrzeby zgłębiania tajników szydełkowania), a ja szurowałam go za każdym razem według ich upodobań, zmieniając tym samym nieco jego miedzy-pralkowe wcielenie.

Puf XXL – czyli skąd się wziął szezlong handmade

No dobra. Mimo początkowego założenia tymczasowość wielkanocna przegrała z miłością do tarmoszenia zwierza. Zając zamieszkał na „metrażu”. Stał się członkiem rodziny i choć nijak się miał do kruczoczarnej kanapy, minimalistycznych lamp, czy mocno kontrastowych biało-czarnych zestawień dodatków i mebli… wkradł się niepostrzeżenie jako stały element wystroju salonu. Zapytacie dlaczego? Otóż, jak się szybko okazało zając miał jeszcze jedną właściwość. Stop. Niewłaściwe słowo. Zając miał jeszcze jedną SUPERMOC. Był szezlongiem.

Co to jest szezlong?! I kto tak jeszcze w ogóle mówi?

Tak wiem, dokładnie to samo pytanie padło z ust dzieciaków/znajomych/męża. Nie będę Cię tu odsyłać do Wikipedii (w razie czego tutaj link) – bo krótko – to taki fotel, ale z długim siedzeniem. Dokładnie taką rolę zaczął pełnić Pan ZAJĄC w naszym salonie. Taka sofka, której nigdy nie zmieściliśmy i wygodny fotel, który zawsze był na końcu zakupowej listy. Nie muszę chyba dodawać, że zagościł w salonie nie tylko dlatego, ze to dzieciaki go tutaj przytargały.

Został, bo i ja i mąż ochoczo nań się wylegiwaliśmy podczas Netflixowych maratonów pt. „jeszcze tylko jeden odcinek i na dziś koniec”. Coś nas urzekło w tej miękkiej bawełnianej formie. Jakoś tak idealnie było „coś pod głowę” i pod resztę skatowanego dniem ciała. Jakoś tak nieoficjalnie i na półleżąco, że i w piżamie wypadało się pod kocykiem ulokować. Pokochałam ten „mebel” na tyle, że zapragnęłam własnego (kto próbował użytkować dziecięce zabawki w ich obecności wie, o czym mówię) i tak zaczęły się przygotowania do projektu PUF XXL.

I jak to z projektami „dla siebie”, a nie dla klienta…

Szło opornie. Zawsze było coś ważniejszego do zrobienia…a że pokrowiec tego meblo-twora to ponad dwa tysiące metrów bawełnianego sznurka do zaplatania w równiuteńki wzór…no cóż…trochę to trwało.

Pewnie trwało by znacznie dłużej, gdyby nie Marysia (dzięki za bodziec do działania!). Szary prototyp leżał w pracowni już od dobrego miesiąca, kiedy wpadła po rękodzielnicze dodatki do kolejnego projektu wnętrz (swoją drogą MUSISZ zobaczyć, efekt finalny pracy nad projektem – o tutaj znajdziesz filmik). Kiedy okazało się, że szuka takiego właśnie „pufala xxl” do nowej „misji” wnętrzarskiej o kryptonimie BALI… obie wiedziałyśmy, że coś z tego będzie.

https://youtu.be/5S7RmYWdtP8

Takim sposobem…miesiącami odkładany projekt zmaterializował się w tydzień, aby ostatecznie zamieszkać w BALI ( nie, nie – nie martw się o transport na drugi koniec świata … to tylko, w zgrabny sposób budząca uzasadnione skojarzenia,  nazwa wnętrza na warszawskim Żoliborzu).

Swoją drogą – historia zatoczyła tutaj koło. Zając amigurumi znalazł swój dom w pokoju obok, a dokładniej w prześlicznym pokoiku dziecięcym (Dziękuję Shoko Design, za przepiękne zdjęcia).

Ale momencik…po kolei. Na początku był…SZARY (no wiem, kojarzy się z „Ciemność” … i tak troszkę było. Pierwszy prototyp miał „pasować” do mojego salonu. Skoro już inwestuję w całą przygodę tworzenia tego mebla, to już chociaż zimny kolor w tonacji dodatków mojego wnętrza wybiorę jak należy. „Koniec z tym beżem” – myślałam sobie – mając po dziurki dziergania non stop w odcieniach ciepełka jasnego koloru pana Z.

Kolejne egzemplarze bawełnianych maskotek pchały mnie w kierunku kolorystycznej kontry. I szary puf xxl zmaterializował się w końcu na dobre.

Do testowania nowości zaprosiłam niezawodne urwisy, które po kilku sesjach skakania, rozlewania i tarmoszenia przygotowały produkt do pierwszego prania. Mechanizm ściągania pokrowca uprościłam na tyle, że nie był już widowiskową zabawą dla maluchów, ale jednocześnie oszczędził mi misternego wiązania. Po pierwszej sesji prania-suszenia-zakładania ponownie ewidentnie stwierdziłam, że TO JEST TO! Tym bardziej dziękuję Magdzie, właścicielce KRAUPE STUDIO, że podczas jednej z sesji swojego projektu wnętrz pozwoliła na uwiecznienie prototypu po raz pierwszy (znowu ogromne dzięki Jaga Kraupe za fotki!)

I tak szaraczek stał sobie w naszym salonie. No dobra, zalegał. A my na nim. (Nawet nie wiesz Magda, jak jestem Ci wdzięczna za te fotki – nie muszę tutaj demonstrować mojego prywatnego bajzelku, żeby pokazać, jak ostatecznie wyglądał szary puf!). Zdradzę Wam tylko, że do dziś eksperymentuję z tym tematem i nic bardziej funkcjonalnego nie była bym w stanie zaproponować (no przynajmiej na chwilę obecną). O jakaż była moja radść, kiedy okazało się, że puf sprawdził się również jako dyżurny mebel w naszej tymczasowej pracowni w Zajezdni Poznań podczas projektu OPLOTKI POP-UP. Rozsiadały się na nim grupki dzieci i dorosłych w oczekiwaniu na twórcze warsztaty. Teraz to już wspomnienie – puf, na szczęście, wrócił do domu po zakończeniu projektu w nienaruszonym stanie i po odświeżeniu w pralce znów służy jako dyżurny obiekt do „zalegania”.

Wracając do projektu POP-UP. To właśnie w tej tymczasowej pracowni Marysia odwiedziła nas, aby poszukać ciekawych dodatków do swojego projektu. BALI (bo tak nazwała projekt) pełen był naturalnych materiałów i ciepłych, delikatnych kolorów. Kiedy jako dodatek do pokoiku dziecięcego zwyciężył PAN ZAJĄC… a w salonie zagościć miał puf… to zgadnij, w jakim kolorze dziergałam przez cały najbliższy tydzień? Ps. Dzięki Justyna za pomoc przy projekcie! To była przygoda!

Zając to nie fizyka kwantowa! taki puf też! (Zobacz, jak powstaje)

Tak! Możesz takie dodatki u nas zamówić (znajdziesz tutaj) Ale możesz z powodzeniem zrobić je samodzielnie! Nic nie daje mi takiej frajdy, jak możliwość kreowania oryginalnych dodatków do wnętrz! Rękodzieło idzie z pomocą dając praktyczne narzędzie. Nie muszę Cię prawdopodobnie przekonywać, że takie dodatki to unikat, jeżeli dodam, że możesz samodzielnie taki unikat wykonać… to mam nadzieję, że skutecznie zarażę Cię moim osobistym sposobem na kameralny networking (warsztaty szydełkowania w nielicznym gronie) i wylogowanie z zabieganej codzienności (dzierganie tego, co Ci wyobraźnia podpowiada oddając się magii powtarzalnych ruchów rąk).

Zapraszam Cię na warsztaty – z pewnością opanujesz sztukę szydełkowania i takie cuda wyczarujesz samodzielnie!

A jeżeli chcesz skontaktować się ze mną bezpośrednio – śmiało pisz: agnieszka@oplotki.pl

 

Jeżeli też chcesz spróbować swoich sił w szydełkowaniu – śmiało klikaj TUTAJ, aby pobrać bezpłatne schematy szydełkowe.  Miłego dziergania!

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Początek mojej  historii z rękodziełem jest trochę banalny. Zaczęło się w dzieciństwie, uwielbiałam wyszywać, haftować, szyć na maszynie. Szyłam pełno serwetek, bo to było najprostsze. Jak tylko znalazłam kawałek materiału, to już powstawała serwetka z pięknym koronkowym wykończeniem, więc w pewnym momencie w domu był ich całkiem spory zapas.

Później wiadomo, czas upływa szybko, poszłam do liceum. Po maturze uparłam się, że chce wyjechać do Paryża. I tak zrobiłam. No i się zaczęła francuska przygoda. Czyli poważne dorosłe życie. Nauka języka, praca i te wszystkie dorosłe sprawy.

Przez cały ten czas nie przestałam interesować się rękodziełem. Uwielbiam kupować rzeczy z duszą, ręcznie wykonane, artystyczne. Tylko że przez te wszystkie lata tę moją pasję i kreatywność uśpiłam. Co nie znaczy, że żałuje, widocznie nie byłam gotowa na pewne zmiany.

Następnym etapem w moim życiu było macierzyństwo. Jest to czas, który dużo w życiu zmienia. Oczywiście pozytywnie. Jest to też moment, aby przystanąć i zastanowić się, co dalej.  Czy nadal chcę prowadzić taki tryb życia jak przedtem. I właśnie taki rachunek zrobiłam.

Wynik okazał się bardzo motywujący…

Kompletnie nie widziałam siebie na tych stanowiskach, gdzie człowiek musi dopasować się do sztywnych reguł i liczą się tylko dobre wyniki. To podsumowanie mojego życia zbiegło się także z momentem, w którym zaczęłam interesować się rozwojem osobistym. Bardzo pomogło mi to w odnalezieniu w sobie kreatywnego dziecka. Zawsze twierdziłam, że w moim życiu nie ma przypadków. Wszystko ma jakiś sens i czemuś służy.

Powrót do korzeni jest cudowny

Od nowa można żyć swoją pasją, z podwójną siłą. Zawsze są wahania, czy idę w dobrym kierunku, czy dam radę finansowo, czy będzie zainteresowanie tym, co robie i jeszcze wiele innych pytań. W tym wszystkim najważniejsze jest iść za głosem serca. To ono nam pokazuje właściwą drogę. Nie zawsze jest to ta sama co reszty społeczeństwa, ale w sumie o to chodzi o to, by znaleźć własną ścieżkę, a nie podążać za tłumem.

Więc zaczęłam tworzyć. Głównie chce się skupić na reutylizacji różnych rzeczy. Recycling jest super! Po co wyrzucać, jak można wykorzystać do czegoś innego. W tej dziedzinie jest bardzo dużo możliwości. Pomysłów jeszcze więcej. Posługuję się różnymi technikami wykonania i różnymi materiałami, co jest bardzo interesujące i twórcze. Używam m.in. włóczki, sznurki, tasiemki, taśmy klejące, papier, bibułę. Korzystam z ubrań nienadających się do noszenia. Wykorzystuję dobrodziejstwa natury, czyli w zależności od sezonu, liście, patyki, szyszki, żołędzie, kwiaty. W domu robie segregację, zanim coś wyrzucę. Nie jest to łatwe, bo wszystko się przyda.

Moim źródłem inspiracji jest m.in. internet, różnego rodzaju sklepy z dekoracjami. Jeśli znajdę coś, co mi się podoba, to pracuję nad pomysłem, jak to stworzyć w moim stylu, czyli recyklingowym. Często nie trzymam się kurczowo danego pomysłu, ponieważ w trakcie tworzenia nadchodzą inne inspiracje.

Uważam, że nadawanie drugiego życia przedmiotom plus kreatywność to wspaniały mix.

Monika Figura

Facebook

Instagram

 

Jeżeli masz ochotę otrzymywać od OPLOTKI informacje o najnowszych pomysłach rękodizelniczych, naszych warsztatach rękodzieła ( stacjonarnie i online)  – śmiało klikaj TUTAJ, aby zapisać się na OPLOTKowy newsletter.

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Dziś opowiemy Ci historię spełnionych marzeń. Gościem Oplotek jest Justyna, która zgodziła się napisać dla nas kilka słów o swojej przygodzie  z rękodziełem. Zapraszam serdecznie.

Cześć! Nazywam się Justyna i odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do wszelkiego rodzaju sztuki i twórczego działania. Zaraził mnie tym mój Tato, który jest artystą grafikiem.Kiedy byłam dzieckiem, często zabierał mnie do swojej pracowni, dawał brystol,  sadzał przed sztalugą  i pozwalał się twórczo wyżywać 🙂

W tej samej pracowni, która istnieje do dziś i Tato do dziś w niej tworzy, znajduje się ciemnia fotograficzna. Z czasem zaczęło mnie do niej coraz bardziej ciągnąć. Dostałam stary (ale w doskonałym stanie!) analogowy aparat Minolta, czarno-białą kliszę i zaczęłam kolejną twórczą przygodę.

szydełkowanie handmade szydełkowa torba oplotki

Fotografowanie pochłonęło mnie na lata, ukończyłam szkołę fotografii. Ten czas bardzo mnie uwrażliwił, zaczęłam inaczej spoglądać na świat, zauważać niewidzialne 😉 I jeszcze dalej, jeszcze głębiej poszukiwać możliwości realizacji. Studia ukończyłam na Wydziale Biologii. Tutaj wkład miała moja Mama, która jest lekarzem i dzięki niej bardziej twardo stąpam po ziemi 🙂

Studia jednak tylko utwierdziły mnie w tym, że moje dalsze życie musi mieć twórczy charakter. Podjęłam naukę w studio tatuażu. I tutaj wbrew pozorom historia staje się bardzo banalna, wcale nie różniąca się od tej, którą ma do opowiedzenia wiele z nas — rękodzielniczek. Zaszłam w ciążę, musiałam przerwać pracę i koniecznie znaleźć sobie nowe zajęcie. Rękodzieło było wprost idealne!

wełna do szydełkowania oplotki szydełko oplotki

Jak marzenia stał się rzeczywistością

I tak w 2015 roku rozpoczęła się moja przygoda. Zaczęło się od niewinnego hobby, które w niedługim czasie przerodziło się w ogromną pasję. Szydełko i druty stały się przedłużeniem moich rąk, a zajęcie się tym zawodowo stało się moim marzeniem.

Z natury jestem osobą, która uwielbia podążać za głosem serca, realizować marzenia, nawet te na pozór nierealne, a takie mi się ono wówczas wydawało. Dlatego po urlopie macierzyńskim podjęłam próbę powrotu do pracy w studiu. Praca szła bardzo powoli, po takiej przerwie miałam wrażenie, że wróciłam do punktu wyjścia. Wróciło marzenie o rękodzielniczej działalności.

szydełkowy sweter oplotki magia szydełkowania oplotki

Pomimo ogromnych obaw, postanowiłam nie marnować więcej czasu i tak, kilka miesięcy temu, postawiłam wszystko na jedną kartę i z ogromnym zasobem energii i motywacji rękodziełem zajęłam się na dobre. Obecnie rozwijam się i uczę nowych umiejętności. Tworzę własną stronę internetową oraz linię autorskich produktów, które stanowią wypadkową rękodzieła i mojej drugiej pasji, jaką jest joga.

Zostanie nauczycielem jogi również znajdowało się na mojej liście marzeń, jednak łącząc jogę w moim biznesie, z powodzeniem mogę powiedzieć, że zrealizowałam je w nieco innej formie 🙂

szydełkowe pufy oplotki jak zrobić czapkę na szydełku oplotki

Dlaczego ja?

Realizuję wizje i odpowiadam na potrzeby osób, które chcą mieć unikatowe, ręcznie robione produkty wysokiej jakości, z naturalnych materiałów. Zależy mi na tym, aby marka, którą buduję, była zgodna z naturą, pełna mojej miłości i pasji do obu dziedzin- rękodzieła oraz jogi. Tutaj hasło „Crochet is the new yoga” nabiera nowego znaczenia. Przekazuję je również na moich warsztatach, na które serdecznie zapraszam.

Obecnie pomoce do jogi są na etapie tworzenia, ale do śledzenia postępów oraz po resztę mięciuchów, które tworzę, zapraszam do mojego instagramowego świata – @juszka.handmade.

szydełko moja miłość oplotki

Ps. Jeżeli masz ochotę na więcej informacji o różnych dziedzinach rękodzieła…chcesz od nas otrzymywać powiadomienia o warsztatach stacjonarnych i online oraz dowiadywać się, co nowego w  OPLOTKowym świecie – klikaj TUTAJ.