Obrazek tytułowy wpisu Jak wycenić rękodzieło

Jak wycenić rękodzieło ?!?

Dziergasz, szyjesz, szydełkujesz, malujesz… Tworzysz same piękne rzeczy, które chciałbyś sprzedawać, ale masz problem z wyceną? To bardzo częste. Co więcej, bardzo często nie doceniamy siebie odpowiednio. Zwłaszcza jeśli tworzenie sprawia nam przyjemność i nie traktujemy go jak pracy. Dlatego dziś podpowiem Ci, jak wycenić rękodzieło.

Nie ma jednej gotowej formuły, ale jest wiele wskazówek, które warto brać pod uwagę. Oto kilka z nich.

Zastanów się:

Po co sprzedajesz rękodzieło?

Czy tworzenie to dla Ciebie forma hobby, ale produktów jest coraz więcej i chętnie je sprzedasz, żeby zarobić na kolejne materiały. Czy może jest to sposób na zarabianie: na życie, na rachunki… na utrzymanie. Czy priorytetem jest dla Ciebie kwota, którą otrzymasz za swoją pracę, czy może to, kto kupuje i czy docenia Twoją pracę.

Jeżeli traktujesz sprzedaż rękodzieła, twórczość jako hobby, nie uwzględniasz wielu kosztów prowadzenia działalności. Jeżeli Twoja twórczość ma charakter regularnej działalności – oczywiście koszty będą większe. Warto je sobie zestawić w prostym pliku np. Excel i podsumować „na zimno”. Często takie zestawienie pomaga uzmysłowić sobie, jakie są nasze realne potrzeby finansowe i wycenić sam produkt (czy usługę).

Niewątpliwie trzeba zastanowić się również nad unikalną wartością produktu – nie tylko jakością materiału, dostępnością, unikatowym wzornictwem, ale też wartościami, które „przemycamy” w swoim produkcie poprzez to, w jaki sposób pracujemy nad swoim biznesem, jak traktujemy partnerów, dostawców, klientów, jak pakujemy i dostarczamy nasz produkt, czy i w jaki sposób utrzymujemy kontakt „pozakupowy” z naszym klientem. Pamiętaj, że ceny można zmieniać – również  podnosić – należy jednak robić to „z głową”. Co to znaczy?  Nie zmieniać ceny diametralnie z dnia na dzień, ale poruszać się w obszarze akceptowanym przez klienta.

Klient rękodzieła – czyli komu sprzedaję swoje produkty (usługi)

Jak dużo wiesz na temat swoich klientów?

Kto kupuje Twoje produkty teraz, a kto mógłby kupować je w wyższej cenie?

Czy Twoim klientem jest koleżanka? A może mama malucha? Pewnie domyślasz się, że każda z nich ma inne potrzeby zakupowe, inne wymagania dotyczące produktu i pewnie inne „widełki cenowe”, które jest w stanie uznać za „drogie” lub „tanie”.  A może to ta sama osoba?

Co jest wartością dla Twojego klienta – czy zawsze jest to tylko cena? A może to coś mniej namacalnego? Uczucia, jakie wiążą się z zakupem i użytkowaniem produktu, miejsca i otoczenie, w którym produktu używamy, osoby, którym się nim „chwalimy”… Jest tak wiele czynników, które mają wpływ na to, czy Twój klient uzna cenę Twojego produktu za adekwatną do wartości, że warto dokładniej pochylić się nad tym tematem.

W jakiej technice rękodzielniczej wykonany jest Twój produkt? Jak to wpływa na decyzję, jak wycenić. 

Czy dana technika jest aktualnie modna, poszukiwana na rynku? Czy Twój klient kieruje się nowymi trendami, a może jest mu to obojętne.

Czy półprodukty wykorzystywane w Twojej twórczości są kosztowne, trudnodostępne, wymagają długiego czasu obróbki.

Jak dużo twórców jest na rynku, czy Twoja technika jest łatwo, czy trudnodostępna do samodzielnej twórczości.

Czy muszę mieć markę, żeby dobrze wycenić rękodzieło?

Zastanów się, czy chcesz, aby Twój produkt był postrzegany jako luksusowy, niedostępny, „dla wybranych”. Czy może jako łatwodostępny, niedrogi. Zastanów się, czy rzeczywiście nie masz jeszcze marki? Czy praca „pod czyjąś marką” jest dla Ciebie akceptowalna, jeżeli przekłada się na większe zarobki? Czy warto pracować nad własną marką?

Gdzie sprzedawać rękodzieło?

Czy niezbędna jest dla Ciebie własna pracownia lub sklep? Czy masz na to niezbędne środki, czas?

Czy bierzesz pod uwagę redukcję kosztów sprzedaży swoich produktów dzięki współpracy handlowej z butikami, galeriami?

Czy sprawdzasz dokładnie historię eventów handlowych, w których zamierzasz brać udział?

Czy bierzesz pod uwagę miejsca, gdzie możesz promować się i sprzedawać bezpłatnie?

Dlaczego rękodzieło MUSI kosztować?

Skoro jedynym dobrem nieodnawialnym, które mamy, jest CZAS, dlaczego cena rękodzieła nie odzwierciedla tych bezcennych zasobów, które są w nim zaklęte?

Zadajesz sobie dużo trudu, aby pokazać klientowi, z czego wynika cena Twoich produktów i usług?

Twoje rękodzieło — czy jest unikatowe? Czy jest już rodzajem sztuki ? Czy to naprawdę kwestia ceny?

Wiem, niby to wszystko jest oczywiste, ale i tak kiedy próbujesz odpowiedzieć na te pytania, aby wycenić swoje produkty i usługi rękodzielnicze, pojawiają się kolejne pytania i wątpliwości.

No to jak w końcu obliczyć tę magiczną cenę? – wycenić zgodnie ze swoimi przekonaniami!

Nawet po głębszej refleksji zapytaj siebie „czy jestem w stanie sprzedać ten produkt za TAKĄ cenę? Jeżeli z całą pewnością odpowiesz sobie TAK – to wiem, że to już połowa drogi do sukcesu. Jeżeli jednak jeszcze ciągle masz wątpliwości i chętnie pogłębisz swoją wiedzę z tego zakresu – zapraszam Cię do

Jak wyceniać swoje rękodzieło?

Zupełnie inaczej podejdziesz do tej kwestii, jeżeli rękodzieło to Twoje hobby, zajęcie „po godzinach” albo forma „dorobienia” do pensji lub urlopu macierzyńskiego.

Kompletnie inaczej potraktujesz wycenę Twoich produktów, kiedy jest to Twoja praca, źródło utrzymania lub po prostu sposób na życie i rozwój marki osobistej.

Niezależnie od tego, po co wyceniasz swoje prace, skorzystaj z pomocy:

Jeśli masz ochotę poczytać więcej – przejdź do tego wpisu:

Jak dobrze wycenić rękodzieło?

Jeżeli jestes gotowa solidnie zająć się wyceną swoich produktów lub usług rękodzielniczych tutaj znajdziesz kurs online  „POKOCHAJ WYCENĘ RĘKODZIEŁA” – kliknij, przejdź na stronę, sprawdź szczegóły, poznaj opinie uczestniczek, daj sobie szansę, by pokochać wycenę.

Grafika promująca kurs Pokochaj Wycenę Rękodzieła - jak wycenić rękodzieło

Jeżeli czujesz, że to nie jest ten moment, aby zająć się wyceną Twojego rękodzieła, ale chcesz pozostać w kontakcie i otrzymywać bieżące informacje o tematyce związanej z wyceną rękodzieła, zapisz się na nasz newsletter:

a

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

przeczytaj książkę

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Co to takiego ta afiliacja?


Niby wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Google i już wiadomo… ale czy tak do końca?
Ostatnia dyskusja na jednej z grup Facebookowych pokazała mi wiele niejasności i sprzecznych emocji w tym temacie,  dlatego postanowiłam konkretnie dać Ci znać, co myślę na ten temat.

Z afiliacją mamy do czynienia wtedy  – tak pisząc własnymi słowami – kiedy ktoś coś poleca i ma z tego profit. Spotkasz się z nią na przykład, kiedy blogerka promuje produkt za konkretne wynagrodzenie.

Afiliacją nazwiesz moment, kiedy otrzyma na przykład kilka procent wartości od każdej sprzedaży promowanego na swojej stronie produktu. Takie polecanie, ale z bonusem. Niby prosta sprawa…
Ale jednak nie taka prosta…

Wyobraź sobie, że ktoś promuje płatki kukurydziane, za chwilę wyskakuje z owsianką, minutkę później opowiada, jakie to parówki firmy X smaczne. A w kolejnym tygodniu jest już na diecie wegańskiej, bo przecież bonusy za kotlety sojowe teraz idą w górę. Coś chyba ostatnio nawet w mediach o wegańskim mleku było w tym kontekście głośno…;)

Męczące prawda?

Dlatego właśnie dłuuuugo wierzyłam, że taki model totalnie nie jest dla mnie. O jakież wielkie dopadło mnie zdziwienie, że coraz częściej korzystam z poleceń, kiedy szukam konkretnych usług albo produktów i te polecenia to też afiliacja!

Odkryłam, że osoby bardzo znane, posiadające silną i ugruntowaną markę też afiliują (jest w ogóle taki czasownik?! – nie mam pojęcia, ale jakoś ładnie mi tu brzmi).

Kiedy szukałam dobrego programu do nauki konkretnego oprogramowania – skorzystałam z polecenia specjalisty – okazało się, że zarobił na tym poleceniu. Kiedy szukałam sensownego hostingu – poleciła mi go specjalistka od WordPressa, która otwarcie opowiedziała o współpracy z tym dostawcą i wręcz poinformowała mnie o swoim zarobku w przypadku mojej decyzji zakupowej.

Warto przemyśleć!

Wtedy jeszcze raz zrewidowałam swoje poglądy na temat afiliacji i doszłam do wniosku, że skoro ktoś podpisuje się pod produktem innej marki lub innego autora SWOIM WŁASNYM imieniem i nazwiskiem, to najważniejsze jest dla mnie, KTO poleca dany produkt. Chyba czasem jest to nawet dla mnie ważniejsze niż sam produkt.

Nie zrozum mnie źle – chodzi po prostu o zaufanie, jakim darzę osobę polecającą. Nie da się ufać „troszeczkę”. Albo ufam, albo nie… i często wybieram produkt właśnie ze względu na to, jaka osoba go poleca.

Co więc myślę o afiliacji?

Jak dla mnie idea świetna — ale wiadomo, jak to wychodzi w praktyce, kiedy pieniądze wchodzą w grę.
W tym naszym polskim bagienku najczęściej działa to na zasadzie „a kupię bez afiliacji, bo jeszcze komuś się lepiej będzie powodzić ode mnie. A fuj.”  Czyli klasyczne „równaj do dołu”. Osobiście patrzę, KTO poleca, dopiero potem na produkt. Jak ktoś jest afiliantem 10 marek, nie posiadając niczego swojego, to jest dla mnie raczej sprzedawcą, niż ambasadorem.

Korzystam z zakupów afiliacyjnych.

Często.

Od czasu, kiedy coraz bardziej zagłębiam się w mocno niszowe usługi coachingowe, kupuję TYLKO przez polecenie. Jeżeli ktoś na tym zarabia — a jeszcze jest to ogarnięta, bardziej doświadczona w biznesie kobieta i chce się dzielić wiedzą — to kupuję głównie ze względu na to, że podpisuje się pod czyimś produktem swoim nazwiskiem.


Bądźmy transparentni!

Lubię wiedzieć, jeżeli ktoś jest afiliantem. Jeżeli nie wiem, pytam wprost, ale jest to raczej argument „za” zakupami, nie „przeciw”. Kiedy kupuję dobry produkt i wiem, że i tak będę go polecać — otwarcie piszę do jego autora, czy mogę uczestniczyć w programie afiliacyjnym, jeżeli go ma. Nie każdy może. W przypadku świetnego programu do ogarnięcia Pinteresta dla biznesu na przykład — dostałam odpowiedź odmowną, ponieważ nie osiągnęłam milionowej społeczności w tym medium.  Kiedy tam dojdę — na pewno aplikuję znowu, bo program jest świetny. Sama uczę Pinterest’a dla celów promocji bizesu (znajdziesz ten kurs w bibliotece akademii rękodzielnika) , ale superzaawansowanych kursantów podsyłam do swojej mentorki.

Polecajki…

Nie-polecajki.
Byłam afiliantką książki, z której osobiście skorzystałam, ale wycofałam się z programu, bo strategia autorki szła w kierunku maksymalnego zarabiania i coraz mniej w tym było pierwotnej misji i relacji z człowiekiem — nie odpowiadało mi to i po prostu zrezygnowałam, choć pieniądze całkiem przyzwoite, to jakiś wewnętrzny zgrzyt sprawiał, że czułam się jak tani sprzedawca. Bo tak można !!! – Coś polecać i przestać, kiedy projekt idzie w innym, niezgodnym z Twoimi wartościami kierunku.

Afiliowałam przeliczne produkty. Były to bardizej i mniej udane kampanie. Testowałam na potęgę, zwłaszcza, kiedy wiedziałam, że chce wdrażać ten system wynagradzania za polecanie naszych produktów. Ostatnie 5 lat doświadczeń zebrałam w jednym miejscu. Na tej stronie znajdziesz szczegóły (nie pomiń nagrania webinaru osadzonego na tej stronie).

I na deser

Program, z którego jestem DUMNA jak cholera, bo kiedy aplikowałam, to wcale nie była to jeszcze strategia autorki, żeby współpracować w modelu afiliacyjnym i nie było tak łatwo jak teraz (trzeba się było uczyć prowadzić afiliacyjny samolot „w trakcie lotu”) aplikować, aby takim oficjalnym ambasadorem programu zostać.

Po roku mojego udziału w SOMBA aplikowałam do programu afiliacyjnego. Byłam z tego online MBA zadowolona, korzystałam już drugi rok z rzędu. Co roku w grudniu i styczniu biorę udział w kampanii Sigrun i polecam afiliacyjnie jej świetny program do nauki robienia kursów online. Doświadczeniami z tych kampanii tez dzielę się w moim kursie o afiliacji.

Pomnożysz, dzieląc się…


Zakładam, że dzielimy się tym, co wartościowe i w myśl tej zasady działa moja afiliacyjna aktywność.
Nie znoszę „pierdół”, bo to strata cennego czasu, który już do nas nie wróci. Jeżeli korzystasz z programów, które są wartościowe, AFILIUJ je! (Jeżu, jak to się odmienia?!). Czyli polecaj i odbieraj z tego tytułu wynagrodzenie.

To jest świetne narzędzie, żeby zarabiać na czymś, co i tak robisz, a wspierając kogoś, kto robi dobrą robotę. Wygrywamy wszyscy. Nie ma tu ofiar, wykorzystanych, czy przegranych. Nie daj się, proszę wbić w przekonanie, że zarabianie jest złe. Jesteś wartościowym, mądrym człowiekiem, który ma ważne rzeczy światu do powiedzenia, ale świat tak działa, że zaczniesz być słyszany, kiedy zasięg Twojej działalności wzrośnie. Pieniądze mogą tylko temu pomóc. Afiliacja to świetne narzędzie do dywersyfikowania naszych strumieni przychodu poprzez polecanie tego, co nam służy, by mogli skorzystać inni.

Chcesz wiedzieć więcej o afiliacji? 
Pisz: agnieszka@oplotki.pl

PS. Mój program o afiliacji znajdziesz tutaj.

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Najbardziej bolą porażki których nie zawinisz.

Żeby nie było tak kolorowo postanowiłam zebrać w jednym miejscu wszystkie niepowodzenia, które tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że twardego dupska trzeba do przedsiębiorczości.

Starasz się, wypruwasz sobie flaki, masz uzasadnione poczucie ze zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy i … klapa. No i tak było z moim sklepem internetowym, choć może trudno w to teraz uwierzyć, ale był już nawet moment, że (gdyby nie roczny abonament wykupiony z góry) to po sklepie nie byłoby już śladu.

Trudne początki

Zaczęłam szukać jak wystawić swoje prace nie korzystając ze zbiorczych platform sprzedażowych. Podskórnie czułam, że tam z pewnością „zginę w tłumie”. Platformy zagraniczne odpadały, bo zakładałam że ciężkie dywany nie nadawały się choćby ze względu na koszty wysyłki. Objawieniem była dla mnie jedna z platform sprzedażowych. Tam mogłam założyć swój własny sklep. Dzięki 14-dniowemu okresowi próbnemu połknęłam haczyk.

Przez prawie 2 tygodnie przykuta do komputera uczyłam się obsługi sklepu. Z uporem maniaka studiowałam filmiki instruktarzowe by w końcu umieścić opisy i zdjęcia produktów w odpowiednich miejscach. Kiedy w końcu skonfigurowałam setki drobnostek podjęłam decyzje o wykupieniu abonamentu. Długo zajęło mi przekonanie siebie ze nie ma sensu na miesiąc, bo takie przedsięwzięcie potrzebuje co najmniej kilku miesięcy na rozwój. Roczny abonament wydawał się najsensowniejszy. Kwota netto oczywiście razy 12 miesięcy + 23% podatku, ręka zadrżała … ale mówią, że „do odważnych świat należy”.

Jeszcze trudniejszy start

Spodziewałam się fanfar, trąb anielskich, pasma sukcesów i kolejki zamówień. Zamiast tego czekała informacja, że bez polityki prywatności, regulaminu, wzoru formularza zwrotu, zdefiniowania form dostawy i bramek płatniczych, żadna transakcja się nie odbędzie. No dobra, zabrałam się za wszystkie zbędności i niezbędności, które umiałam ogarnąć samodzielnie.

Oszczędzę ci wyliczania szczegółowych kosztów, ale uwierz mi, że wszystko, co bezpłatne to się skończyło kiedy zapłaciłam abonament i pokazałam ze jednak chce sprzedawać przez Internet.

Tzw. „drobnica” zabrała mi prawie miesiąc z życia. Został jeszcze regulamin wraz z wszystkimi formularzami oraz polityka prywatności (nie stresuj się nie wyskoczę teraz z historią RODO, wole wspomnieć o takich detalach finansowych, jak ZUS, urząd skarbowy, czy czas potrzebny na twórcze rękodzieło).  Nie pytaj, jak wyglądało moje domostwo w tym czasie…powiedzieć „chaos” – to jak nic nie powiedzieć J

 

Zapał i dobre chęci wzięły górę.

No, gdybym może nie powiedziała A, to pewnie nigdy nie byłoby B (czyli dzisiejszej platformy Oplotki and Friends -sklepu, gdzie sprzedają zaprzyjaźnieni rękodzielnicy).

Nie pytajcie skąd wyczarowałam fundusze na prawną obsługę sklepu i ile czasu, uwagi i poszukiwania opcji na moją kieszeń mi to zajęło…Ale, jak powiadają…”Jeżeli jest chęć, znajdzie się sposób, jeżeli jej brak, znajdzie się powód”.

Skrócę opowieść…UDAŁO SIĘ!…obecnie radca pomaga ubrać w rzeczywistość nasze niekończące się pomysły.

No i pewnie tu powinien nastąpić happy end i krocie ze sprzedaży…

No ehm..nie do końca…

Sklep w końcu ruszył i był gotowy obsługiwać realne transakcje. Teoretycznie każdy mógł wejść, znaleźć piękny detal wnętrzarski dla siebie kupić lub ewentualnie skontaktować się w celu zmodyfikowania rozmiaru, czy koloru …. Teoretycznie…bo w praktyce nikt o tym moim wyśnionym sklepie nie miał pojęcia! No…miałam już działający fanpage, ale tam promowałam warsztaty …więc wiedziałam, że niekoniecznie są to osoby, które chcą kupować gotowe produkty, raczej na fanpage-u są te, które chcą je zrobić samodzielnie…

No i zaczęło się!

Jak to ja…na oparach entuzjazmu…ruszyłam na podbój szkoleń sprzedażowych…chyba nie było bezpłatnego instruktażu marketingowego, który uszedłby mojej uwadze…(no nie kryję, że nadszarpnięty budżet nie pozwalał na płatne szkolenia, a Poznań w szkolenia przebogaty).

Powoli (i tu żeby nie było wątpliwości…mówię raczej o miesiącach, nie tygodniach) zaczęłam rozumieć…o co w tym wszystkim chodzi…

I drgnęło!

Możesz sobie wyobrazić całą moją radochę, kiedy w końcu misterna machina ruszyła w grudniu 2016…

Szampan, kurtyna…brawa…

No nie do końca…

Potem był martwy styczeń i zero pomysłów, jak przetrwać do Wielkanocy.

Dopiero kolejny rok nauczył mnie, jak wykorzystać dni Babci, Mamy, letniej mody, jesiennych czapko-szałów…

No i teoretycznie powinnam sobie teraz spokojnie dziergać w domu i sprzedawać personalizowane ręczne dodatki do wnętrz…tyle, że w całej tej walce przegapiłam siebie…

Przecież ja wcale nie chcę siedzieć całymi dniami w domu, kiedy mąż w pracy, a dzieci w przedszkolu po to by dziergać bez końca…Ja przecież kocham ludzi! To przecież głównie warsztaty dają mi frajdę z tej rękodzielniczej działalności!

I CO TERAZ?

No właśnie ludzie! Otwarcie zapytałam w grupie (Oplotki and friends – zarabiam na rękodziele) co robić! I dziękuję za ratunek!

Teraz w sklepie znajdziecie również prace zaprzyjaźnionych rękodzielników, dzięki temu asortyment rośnie, a czas wykonania poszczególnych prac maleje J

Mało tego – szydełkujący często kupują haft, a filcowane detale zdobią prace innych artystów! Ciągle rodzą się nowe projekty z pogranicza kilku dziedzin. Wszystko w atmosferze wspólnego celu – zarabiania na tym, co lubi się robić, by robić tego jeszcze więcej i móc rozwijać się w tym kierunku.

Teraz sklep to wspólna praca dziewczyn z zespołu, często promują go na targach rękodzieła, wspólnie podejmują decyzje o promocjach internetowych J

Jeżeli któraś z Twoich znajomych chowa świetne prace do szuflady, koniecznie opowiedz  jej o działalności rękodzielniczego inkubatora OPLOTKI – wiem, że na jej prace zapewne czekają chętni, którzy muszą się jedynie o nich dowiedzieć.

Jeżeli też tworzysz, pamiętaj, aby doceniać swoje umiejętności i poświęć chwilę na temat wyceny swojej pracy. Polecam Ci nasz poradnik i mini-dyskusję na temat „Jak wycenić rękodzieło” Tutaj pobierzesz bezpłatne materiały.

Agnieszka@oplotki.pl

Aby sprzedawać…niezależnie, czy online, czy offline…przyda się dobra wycena Twoich produktów i usług.

Jeżeli może Ci się przydać taka wiedza – zapraszam Cię do pobrania 6-częściowej VIDEO-serii „Jak wycenić rękodzieło”

Klikaj TUTAJ lub w grafikę obok 🙂

Trzymam Kciuki za Twoje rękodzielnicze przedsięwzięcie!

Agnieszka Gaczkowska

www.oplotki.pl

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Zaczęło się od informacji usłyszanej od koleżanki. Że jest taka możliwość. Że są programy na rozpoczęcie działalności. A informacja ta zbiegła się z procesem decyzyjnym, przebiegającym u mnie podówczas, dotyczącym podjęcia kroków zawodowych. Byłam (i do dziś jestem) na urlopie wychowawczym, do pracy na etacie nie chciałam wracać. Mając małe dziecko u progu przedszkola nie chciałam pracować w szkole, w której przenigdy nie pracowałam na pół gwizdka, zawsze angażowałam się mocniej, nie umiem inaczej.

Przedsiębiorczość

Zatem zbiegły się dwie informacje w dobrym czasie. Ale żebyście nie pomyśleli, że to już spowodowało, że pobiegłam do wujka google’a. Nie. Jestem leniwą bułą, tak łatwo się nie daje ruszyć. Zaistniała trzecia okoliczność. Jedna z moich Przyjaciółek kończyła studia i żeby uzyskać dyplom coacha, szukała chętnych do sesji. Pobiegłam. (żartuję, jak wspomniałam wcześniej – jestem kanapowym ziemniakiem, nie biegam). Ale – nie zaprzeczę – chętnie skorzystałam z możliwości przeczołgania siebie. Po pytaniach, któremi niczym snajper strzelała Justyna, podjęłam trud i rozrysowałam sobie meandry błądzącej i ruszyłam pytać.

Najpierw trafiłam do Urzędu Pracy. W tejże cudnej instytucji niemalże odbiłam się od drzwi (trafiłam tam koło 14, a to już kres możliwości pań zza biurka, słowem: z(a)mykały!!!), ale słowo „niemalże” dało mi szansę na otrzymanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nie mogłam otrzymać dofinansowania z UP (wysokość takiej dotacji to OKOŁO 18 tysięcy złotych i o więcej nie pytajcie, bo nie wiem), gdyż nie byłam zarejestrowaną bezrobotną i stanowczym tonem poinformowano mnie, jakże nagannym jest proces rejestracji wyłącznie w celu otrzymania dotacji. Zawsze byłam wzorową uczennicą i na takie zachowanie w życiu bym sobie nie pozwoliła. Dowiedziałam się również, iż warto udać się do miejsca, w którym wspiera się początkujących przedsiębiorców (jak gdyby UP takim miejscem nie był, choćby z założenia…) i tam poszłam w kolejnym tygodniu.

W moim mieście było to Poznański Ośrodek Wspierania Przedsiębiorczości i tam przyjęto mnie bardzo sympatycznie.

Przede wszystkim, zasiano nadzieję na to, że się uda.

Po wtóre, czułam się tam jak partner rozmowy, a nie roszczeniowy petent.

Tam też dostałam magiczną listę. Listę z adresami firm, w których trwał nabór do projektów unijnych, w których mogłam uczestniczyć. Skierowane były one do osób po trzydziestym roku życia oraz BIERNYCH zawodowo (urlop wychowawczy to jeden z przykładów bierności). Wystarczyło zadzwonić…

Czy podniosłam słuchawkę? (kto w dzisiejszych czasach podnosi słuchawki, błagam…)

Odpowiedź w następnym odcinku.

 

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.