Jak to się wszystko zaczęło…

Czyli zaproszenie do świata O –plotek- twórczych rozmów przy rękodziele.

Marzysz, gonisz choć nie wiesz za czym. Może próbujesz być tu i teraz. Próbujesz pogodzić prace rodzinę i czas dla siebie?

Nie jesteś sama!

Dezorientacja, światła tira z naprzeciwka i cichutki oddech córki na tylnym foteliku. Strach, wielki strach… Szydełko?!! włóczka?!!, maszyna do szycie i babcia ??!! – oddech ulgi…

Ale po kolei…

Całe świadome życie chciałam urządzać przestrzeń wokół. Od małego sklejałam szafki do legowego domku lalek i przeszywałam ich maleńkie pościele na babcinej maszynie. To chyba te szydełka, druty, malowanie i rzeźbienie, ten ciągły głód twórczy, zaprowadził mnie na architekturę na poznańskiej polibudzie a później Technsche Universitaet Berlin. Marzenie się spełniło, po kilku latach zdobywania doświadczenia zawodowego, otworzyłam własną działalność.

Nie było dla mnie granic

do czasu…

Jeszcze wysoko w ciąży ogarniająca palące kwestie detali budowlanych… już z przychustowaną córką biegająca wokół klienta, bo przecież takie realizacje wnętrzarskie to praca o której zawsze marzyłam – CAŁA JA.

To poczucie, że mogę wszystko.

I ściana …a raczej sufit.

Jeszcze nie wiedziałam, że jestem w drugiej ciąży, ale super-bezproblemowa córka wtórowała mi w rytuale pobudki o 5 rano i stukilometrowej drogi do babci, abym mogła dojechać do Człuchowa, gdzie całymi dniami pracowałam nad koncepcją wnętrza, biura dużej firmy produkującej zasieki do statków pirackich (poważnie) .

Kiedy półprzytomna ze zmęczenia odbierałam ją od mojej mamy i wsiadałam do auta jeszcze nie wiedziałam, że tego dnia coś pęknie.

Pamiętam tylko te kilometry i minuty za kółkiem ciągnące się w nieskończoność. Ta świadomość, że zera na koncie wynagrodzą nieprzespane noce…

i ten dźwięk….

drący się na mnie wyrywający mnie z tego ułamka półsnu, który mógł kosztować życie nie tylko mnie ale dwójkę moich maluszków (Lenka śpiąca w najlepsze w foteliku na tylnym siedzeniu nie wiedziała jeszcze, że niedługo zostanie starszą siostrą).

Zawsze sceptycznie podchodziłam do tych powiedzeń, że niby w ostatnim momencie widzimy całe swoje życie w ułamku sekundy.

Do dziś nie wiem dlaczego, ale dokładnie pamiętam, że zobaczyłam szydełko, wełnę, maszynę do szycia i skrawki powyrywanych z kontekstu najcieplejszych, najbardziej mięciutkich wspomnień. Popisowy poślizg, który jakimś cudem skończył się na poboczu, a nie w tysiącu kawałków karoserii szkła i ciał, otrzeźwił mnie na tyle, że błyskawicznie wróciłam do domu. Wyparłam mgliste wizje i całe zajście z pamięci. I choć starałam się z całych sil funkcjonować jakby nigdy nic …to …

Nic już nie było takie samo.

Maż, obok którego pół-śpiąc rozmyślałam tamtej nocy, malutka Lenka książkowo przesypiająca kolejne godziny w swoim wycacanym łóżeczku i PRACA – to spełnienie marzenia o samorealizacji, rozbijaniu szklanych sufitów, pokonywaniu samej siebie.

Ja i moja ambicja która mało mnie nie zabiła. Sam na sam, całą noc.

Wtedy podjęłam decyzję.

Dość.

Choć moment był idealny, bo właśnie kończyłam koncepcję wnętrza i miałam właśnie negocjować warunki nadzoru nad wykonaniem (nie wyobrażałam sobie tak po prostu zostawić klienta na lodzie, ale już zażądanie kosmicznej stawki zdawało się rozwiązywać problem) to okazało się, że niektórzy nie rozumieją słowa „nie”. Kiedy odmówiłam dalszej współpracy, klient popisowo nie zapłacił za ponad roczną pracę nad koncepcją. Prawdopodobnie właśnie rozpoczynałabym odwoływanie do trzeciej z kolei instancji, gdyby nie to, że zrezygnowałam z pozwu.

Zdaniem radcy spokojnie wygrałabym sprawę, niestety firmę z wielomilionowym budżetem stać było na odwoływanie się w nieskończoność, a mnie jako przedsiębiorczyni na L4 …nie stać było nawet na dwie godziny na nogach ( jeżeli dopadły Cię „uroki” pierwszego trymestru ciąży…wiesz, o czym mówię).

Mogłabym teraz narzekać

na tego klienta, na ZUS, który nie palił się do wypłaty należności z L4 (no bo przecież Urząd Skarbowy cofnął nierozliczoną fakturę feralnego klienta i zawsze znajdował się powód do kolejnego wezwania, kontroli, pilnego pisma, które muszę dostarczyć). Mogłabym Ci pomarudzić, że standard życia spadł na łeb na szyję, a śmieszne małe problemy zamieniły się w te bardziej dotkliwe.

Jednak córcia tak łaknąca tak mojej uwagi i maleńki synek który rósł pod sercem dały poczucie, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

No i pewnie mogłabym zakończyć happy endem ale wiesz co? Tutaj to ta opowieść o wyboistej drodze do spełniania marzeń się dopiero zaczyna.

Brudna podłoga, kaszka na blacie, rozdziabany banan na stoliku, góra garów, pranie prasowania i warstwa kurzu na laptopie, dźwięk klocków i tych przeklętych zabawek na baterię (taka praktyczna rada – jeśli planujesz skatować znajomych, którzy dorobili się potomka – daj ich skarbuniowi w prezencie coś, co generuje dźwięk podczas zabawy) i w tym wszystkim …

Odprężona, wyklęta przez perfekcyjne Panie domu, szydełkująca pufki do dziecięcego, przyspawana do podcastów mama.

To był ten moment, kiedy zrozumiałam ,jak to się dzieje, że insta-rzeczywistość mamo-kosmosów jest taka idealna… Sama wybierałam babcio-i tato– kadry tak trafnie, aby skrzętnie ukrywały bajzel jednocześnie dyskretnie ilustrując insta-pledy i modne dziecio-gadżety (którymi zresztą nikt się nie bawił…)

Poddałam się – kto próbował odpalić komputer przy dwójce dzieci wie o czym mówię… tak! – myślałam że oszaleję.

No żeby nie było, że jestem jakimś potworem…

Świadomie podjęłam decyzję, że pierwszą placówką moich dzieci będzie przedszkole… A że mąż w korpo, dziadkowie ponad 100 km od Poznania, a ja w środku tego całego bajzlu…

Ale chwilunię, przerwa na reklamę.

Święta…wigilia…porządek…

Wszyscy ucacani aż do bólu i nagle…

Moja babcia z tekstem: „chcesz te wszystkie sznurki, włóczki, szmatki i druty? Bo szafy sprzątam” (babcia właśnie zakupiła magiczną kołdrę na prezentacji, na którą po cichaczu wyrwała się z domu).

No PEWNIE, że chcę!……rzuciłam, skrzętnie pakując te skarby dziecięcych wspomnień do walizki. Tym razem nie zostało w bagażu za dużo miejsca na słoiczki z resztkami obiadu I tak w styczniu 2016 babcina scheda ruszyła na podbój Poznania.

Nieświadoma niczego babcia pchnęła mnie w objęcia kobiecej przedsiębiorczości

Misja inspirowania i motywowania rękodzielniczych talentów do wyjścia z ukrycia, byśmy wspólnie motywowały się do łapania oddechu od zabieganej codzienności przy twórczym tu i teraz …nabierała coraz bardziej realnych kształtów.

Zawsze lubiłam pomajsterkować.

Kiedy dużo pracowałam, oczywiście nie było na to czasu, ale kiedy szydełkowane dodatki wnętrzarskie zaczęły osiągać dziwacznie wygórowane ceny, a z zabieganej pani inżynier architekt stałam się bezglutenowo-bezcukrowo-bezstresową insta mamą… nagle znalazłam czas, żeby uczyć tego mojego patentu na rękodzielniczy biznes inne poszukujące pasjobiznesu kobiety…

Odkryłam, jak dużo mam szyje, szydełkuje, filcuje, zaplata, składa, wybija, obrabia i wycina…jaka magia pracowitych dłoni nie tylko Pań (i Panów też !)pozostaje na zawsze nieodkryta w zakurzonych szufladach i na strychach….

Ty też ukrywasz się w rękodzielniczym podziemiu?

Daj się odnaleźć! Napisz do mnie!

Jasne…kiedy w 2016 ponownie odkryłam artefakty dzieciństwa…nie przypuszczałam, że to szydełkowanie sprawi, że w 2018 będę pracować w zespole niesamowitych, kreatywnych ciepłych i pracowitych ludzi, których z powodzeniem mogę nazwać najbliższymi przyjaciółmi.

Na początku niewinnie…bo zaczęło się od zapraszania koleżanek po fachu ( tak w poprzednim życiu też klikałam całymi dniami projekty kubatur i wnętrz), które wpadały poszydełkować po pracy, żeby odkleić się od ekranów. Marzyłam, żeby znów być wśród ludzi i rozmawiać o czymś innym, niż bezglutenowe diety i modne ciuszki dla dzieciaków.

I tak zaglądały….koleżanki…później- koleżanki koleżanek….koleżanki koleżanek koleżanek….aż w pewnym momencie mąż ogarniający dwójkę łobuzów w malutkim pokoiku po 8 godzinach pracy w korpo, podczas, gdy my – przy szydełku i napoju niekoniecznie niskoprocentowym – uskuteczniałyśmy szydełkoterapię w salonie…powiedział DOŚĆ.

I znowu…

Tutaj historia mogła by się zakończyć,

Ale przecież fakt, że przegonił te nasze rękodzielnicze sabaty…. Stał się kolejnym potwierdzeniem zasady „co Cię nie zabije…to Cię wzmocni

-„wychodzę do pracy”

wyśpiewałam do męża całując dzieciaki …

Zamykając drzwi uśmiechnęłam się do siebie, bo czekały mnie 3 godziny szydełkowania przy kawie i ciachu w fajnej knajpce z nowymi kursantkami, pełnymi nowych opowieści , wspomnień, pomysłów. Bardzo często pamiątką szydełkowego spotkania stawała się nowa współpraca, twórczy artefakt w punkcie styku naszych dziedzin rękodzieła lub refleksja i , jakże cenna, konstruktywna krytyka.

Okazało się, że sklecony naprędce fanpage, który dawał możliwości organizowania spotkań posłużył jako świetne narzędzie do skrzykiwania naszych szydełkowych narad.

Przychodziły mistrzynie szycia, filcujące czarodziejki i osoby, które odkładały chwile rękodzielniczych wspomnień na wieczne „potem”.

U mnie pojawiło się wtedy nieśmiałe przyziemne marzenie – żeby po prostu nie dokładać tyle z domowego budżetu do tego swojego hobby, bo jednak szydełka, sznurki i coraz częstsze wypady „na miasto” mocno obciążały rodzinne zasoby.

Jak to powiada koleżanka…

Jak masz marzenie, poszukaj wróżki…

tak też zrobiłam.

Moją wróżką okazała się Dominika z zaprzyjaźnionego sklepu ze sznurkami. Jako pierwsza udzieliła sporego rabatu na materiały i pomagała w promocji pierwszych warsztatów. Cieszyłam się jak dziecko, kiedy pojawiały się pierwsze lajki na oficjalnym fanpage, a wydarzenia docierały do nieznajomych. Każdy z warsztatów był przygodą, spotkaniem z nowymi, fascynującymi ludźmi, (jak się okazywało) najczęściej również rękodzielnikami, choć pracującymi w innych technikach.

Ohh, gdybym wtedy jeszcze potrafiła wyceniać swoje prace…!

Zaniżanie cen było normą…

Ps. Dlatego polecam nie popełniać mojego błędu i uzbroić się w porcję wiedzy:

Tutaj pobierzesz 6-częściowy video- poradnik „Jak wyceniać rękodzieło”

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co dokładnie mam zrobić, ale czułam, że nie mogę stracić kontaktu z tymi wspaniałymi ludźmi.

Tymczasem marzenia powoli dopadała brutalna rzeczywistość. Budżet domowy przy dwójce małych dzieci nie bardzo sprzyja ryzykownym przedsięwzięciom biznesowym. Dotarło do mnie, że powoli i nieuchronnie wracam do tego, co płaciło rachunki w czym leżą odłogiem moje kompetencje i udokumentowane wykształcenie…

Architektura mnie dopadła

choć nie miała już oblicza zarwanych nocy i niekończących się telefonów z budowy…

ta nowa…miała spokojną twarz rozmarzonych mam i rozbawionych bobasów…

Chyba każdy rodzic przerabiał temat dziecio-zajęć, a dla niedzieciatych dodam, że niezależnie, czy wybierasz basen, umuzykanianie, usportowianie, śpiewy, tańce …i tak zaczynasz, jak na zbiorowej terapii…”Cześć jestem Agnieszka i jestem Architektem”…

Początkowo zawile wyłuszczałam, że tak, wnętrza też, ale głównie to takie duże kubatury, budynki, które stawiamy w całym zespole branżystów, że nie tylko ja, ale konstruktor, elektryk, grafik, pan od instalacji i pani od papierów w urzędzie…aż w końcu odpuściłam…i mnie olśniło!

Wnętrza!

Przecież to właśnie wnętrza dają bezpośredni kontakt z klientem, pozwalają zminimalizować zespół branżystów potrzebnych do realizacji projektu …a na dodatek to właśnie projekty wnętrz pozwalają na użycie rękodzieła dla podkreślenia unikalności każdego z nich!.

I BINGO!

Wszystkie elementy układanki w końcu wskoczyły na swoje miejsce!

Praca z ludźmi, rękodzieło i architektura. Na raz. W jednym miejscu wszystko, co kocham.

To nie może się nie udać!

Pozostało tylko sensownie to wszystko poukładać no i dozgonne źródło spełnienia zawodowego, rodzinnego i społecznego…no i źródło utrzymania… leżało u stóp.

Zrozumiałam, że mogę pomagać poznanym podczas warsztatów rękodzielnikom. Zapraszając ich do współpracy przy projektach wnętrz, pozwalam im zarobić na tym, co kochają robić, a sama wzmacniam autorytet architekta, który specjalizuje się w rękodziele dla wnętrz. Szybko odkryłam, że wielu z moich klientów nawet jeżeli nie dysponuje wystarczającym budżetem, ma do dyspozycji dobro jeszcze bardziej luksusowe – czas – dlatego spokojnie może – jeżeli nie KUPIĆ, to ZROBIĆ oryginalne dodatki do swoich wnętrz.

Lniana pościel z ręcznym haftem nie musi kosztować majątku, jeżeli samodzielnie ją wykonasz, ale potrzebujesz niezbędnego know-how.

Tak!…ale…

Nawet, kiedy już dokładnie wiedziałam, co robić…nie było to takie łatwe. Z mgr inżynier trzeba było nagle stać się sprzedawcą, marketingowcem, PR-owcem, strategiem biznesu i specem od rekrutacji w jednym. Można nie udźwignąć presji. Jeżeli też startujesz, masz wrażenie, że ciągniesz milion „srok za ogon” …a i tak (o dziwo) stoisz w miejscu… zwierzę Ci się…. też TAM byłam. Pracowałam ponad siły, wydzierałam każdą chwilę, aby douczyć się tego i tamtego, ochoczo wdrażałam w życie nową wiedzę…ale ciągle miałam wrażenie, że jakoś „za wolno” to wszystko idzie…miałam poczucie, że w tym tempie stracę kilka lat na coś co, można (moooocno wierzyłam, że się da) ogarnąć szybciej. Nie miałam tylko pojęcia, jak.

Ale…jak?

Pomoc. W pierwszym odruchu miałam poczucie porażki. No jak?! Ja?! Taka wszechwiedząca prymuska?!? MAM niby słuchać rad ?! Przecież to ja znam mój biznes najlepiej….Oj, jak dobrze, że trafiłam na fachowca! Skorzystałam ze wsparcia Sigrun (i zresztą korzystam do dziś!) – mentorki biznesowej w programie SOMBA  od tego czasu seria przełomów, zarówno w mojej głowie, jak i w moim biznesie, dała mi poczucie dobrze wykorzystanego czasu i potencjału.

I tak ruszyła cała lawina działań w ramach marki OPLOTKI

W bezpłatnej grupie facebookowej „OPLOTKI AND FRIENDS ZARABIAM NA RĘKODZIELE”, zaczęłam się dzielić swoją wiedzą i zaczęłam aktywnie szukać partnerów do prowadzenia warsztatów i ewentualnych wykonawców zaprojektowanych dla indywidualnych wnętrz dodatków. I tak OPLOTKI coraz bardziej kompleksowo zaczęły dotrzymywać obietnicy „rękodzieła dla wnętrz” , a ja coraz pewniej zaczęłam tytułować się „specem od handmade-owych wnętrzarskich zadań specjalnych”.

Z doświadczenia zespołowej pracy nad dużymi kubaturami przeniosłam mechanizm, który w skrócie można podsumować …

jak masz w tym interes, to bardziej się starasz”

Całkiem praktycznie podeszłam do budowania zespołu. W Oplotkach każdy pracuje na siebie. Czy to rękodzielnik, który zarabia na swoich pracach, czy fotograf, który korzysta z naszych ręcznie dzierganych pufek i kocy podczas swoich sesji, czy koledzy „po fachu” szukający oryginalnej „wisienki na torcie” swojej koncepcji wnętrzarskiej.

Dlaczego namawiam zaprzyjaźnionych rękodzielników, żeby zarabiali na rękodziele?

Bo OPLOTKI to wielkie marzenie i nie dam rady zrealizować go sama.

Nie lada wyzwanie! Jak tu nie zaszufladkować się jako ekspertka (ach te modene dziwne słowa) ekspertka od szydełkowego biznesu a jednak odnieść dostateczny sukces, aby móc inspirować innych rękodzielników?

Jak namówić ich, by nie konkurowali ceną, ale jakością, unikatem? Odpowiedź była jedna …

Dać przykład.

Jeżeli wśród twoich znajomych ktoś chowa prace do szuflady, podziękuje ci za ten tekst. A szczególnie ostatnią jego część.

Wiem, rękodzieło, na dodatek w Polsce nie jawi się jako najbardziej dochodowa branża ale istnieje co najmniej kilak sposobów aby zarabiać i móc rozwijać się w tej dziedzinie. Dlaczego chcę ci zdradzić te sposoby choć odkrywałam je kosztowną metodą prób i błędów? 

Nie, nie oszalałam! Mam w tym interes.

Szukam kolejnych twórców dla naszej społeczności Oplotki. Około stycznia 2018 roku założyłam grupę facebookową Oplotki & friends zarabiaj na rękodziele. Z całą energią dzieliłam się zapałem i doświadczeniem w sprzedaży i warsztatów rękodzieła a grupa szybko rosła. Pomagałam i ciągle pomagam zakładać handmadowe fanpage i dzielę się sposobami na założenie własnego e-butiku i podrzucam modele biznesowe, które sprawdziły się u mnie lub u innych partnerów. W okolicach marca 2018 uruchomiłam regularne dyskusje na żywo o dotacjach, sposobach na promocje. Zainteresowanie przerosło moje oczekiwania, więc poszłam za ciosem.

Zapraszałam kolejne osoby do współpracy przy prowadzeniu warsztatów i tworzenie sklepu internetowego. Z każdym dniem utwierdzałam się w poczuciu misji. Ciągle w grupie podrzucam rękodzielnicze zlecenia na firmowe gadżety lub indywidualne projekty detali dla wnętrz. Ciągle otrzymuję sygnały od członków grupy, że powinnam ubrać tę wiedzę w formę uporządkowanego programu i takowy rusza po raz pierwszy w okolicach stycznia 2019 (tutaj szczegóły programu ).

Youtube, facebook, instagram, strona internetowa, E-sklep, kilka lokalizacji warsztatów stacjonarnych i teraz jeszcze podcast.

Na pytanie jak to ogarniam podpowiadam – zespół!

Po drodze spotkałam świetne pomocniczki dlatego opowiem Ci, dlaczego Oplotki to taki nasz mini inkubator i trampolina do samodzielnego rękodzielniczego biznesu.

Każdy pracuje tutaj dla siebie.

Nie zatrudniam na cieplutki etat, ale wspieram w przedsiębiorczości, bo sama od 2012 każdego dnia walczę o przetrwanie w dżungli ZUS-u, urzędu skarbowego, opłat, rachunków, kosztów, marży, szkoleń i czasem długich miesięcy pod kreską. Wiem, że nic nie motywuje bardziej, niż sam rozwój i to magiczne poczucie sprawczości.

Wiem, że nie jesteśmy dla siebie konkurencją, wręcz odwrotnie!

Sama chętnie kupuję haft, bo choć znam podstawy to jednak moją mocną stroną jest zaplatanie. Dzięki takiej formie współpracy, często łączymy techniki, a nowe projekty pączkują w przyjaznej atmosferze przy kawie i ciachu. Nie rzucamy się na głęboką wodę. Większość z nas pracuje na etacie, co zapewnia zaplecze środków na mądry rozwój rękodzielniczej działalności, ale po jakimś czasie coraz więcej z Nas robi ten wielki krok – zakłada własną firmę.

Dlaczego nazywam Oplotki rękodzielniczym inkubatorem?

Pozwalam korzystać z naszej marki, aby przetestować produkt lub usługę ZANIM zainwestujesz w logo, stronę, sklep internetowy czy lokal. Dobrze pamiętam, że zanim udało mi się sprzedać pierwszy szydełkowy dywan, czekała mnie przeprawa przez znalezienie nazwy, logo, fanpage, był abonament i kosztowny regulamin sklepu, polityka prywatności i legendarne RODO – cała masa formalności bez których transakcja nie mogła być zawarta. Nie wspominając już o zakładaniu działalności gospodarczej. Wszystko to ZAMIAST pracować w skupieniu nad meritum czyli twórczym rękodziełem.

Dlaczego wiec dzielę się tą wiedzą?

Ja już tam byłam i wiem, że jeżeli masz świetny produkt, to szkoda twojego czasu na zawiłości sklepu internetowego.

No dobra, a jak to się dzieje w praktyce?

Ciągle jeszcze najkrótsza droga to pisać bezpośrednio do mnie.

Nasza rozmowa to wspólne opracowywanie dróg rozwoju twojej działalności w ramach ekosystemu Oplotki. Jeżeli, jak ja, uwielbiasz kontakt z ludźmi prawdopodobnie wybierzesz prowadzenie warsztatów, jeżeli preferujesz ciszę misternych ruchów, wtedy skupimy się na sprzedaży twoich prac.

To zaledwie 2 najpopularniejsze drogi, ale jest ich o wiele więcej.

Co ja z tego mam?

Świetną grupę rękodzielników, markę która wspiera mnie w pracy architekta wnętrz i pozwala w mgnieniu oka kontaktować moich klientów z najlepszymi wykonawcami.

Czujesz, że to coś dla Ciebie?

Pisz! agnieszka@oplotki.pl

Ps. Tutaj pobierzesz 6-częściowy video-poradnik „Jak wycenić rękodzieło”, o którym pisałam wcześniej.

 

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *