• Link to Facebook
  • Link to Instagram
  • Link to Instagram
  • Link to Youtube
  • Link to Pinterest
  • Link to Mail
  • Link to TikTok
  • Link to LinkedIn
  • Koszyk
  • Moje konto
  • Shopping Cart Shopping Cart
    0Shopping Cart
Oplotki
  • Sklep
    • Rękodzieło
      • Punch Needle
      • Makrama
      • Szydełko
      • Druty
      • Tkanie
      • Haft
      • Szycie
      • Stacjonarne warsztaty rękodzieła
      • Boxy produktowe
      • Vouchery prezentowe
      • Książka – Oplotki. Sukces handmade.
    • Biznes Handmade
      • Praca 1:1
      • Programy grupowe
      • Handmade Biz Summit
      • Kursy dla Biznesu Handmade
      • Ebooki, książki, webinary
      • Książka – Oplotki. Sukces handmade.
      • Vouchery prezentowe
      • Inne
    • Biznes
      • Praca 1:1
      • Programy grupowe
      • Kursy dla biznesu
      • Biznesowe wydarzenia stacjonarne
      • Handmade Biz Summit
      • Vouchery prezentowe
      • Inne
  • Książka
  • PODCAST
  • Warsztaty
  • Dla firm
  • HandmadeBIZsummit
  • Biblioteka
  • Mastermind
  • O nas
    • Kontakt
    • Newsleeter i FREE treści
    • Wynajem pracowni na warsztaty Poznań | Pracownia Oplotki
    • Agnieszka Gaczkowska
    • BLOG OPLOTKI
    • Stowarzyszenie
    • Zespół
    • Aktualne promo
    • Program Afiliacyjny
    • Dla mediów
    • Social Media OPLOTKI
  • Click to open the search input field Click to open the search input field Szukaj
  • Menu Menu

Tag Archive for: #oplotki

BIBLIOTEKA HANDMADE BIZNES, PODSUMOWANIA ROKU, RĘKODZIEŁO, Wszystkie wpisy

Oplotki – historia marki handmade słowami twórczyni, ROK PO ROKU

Oplotki powstały z połączenia rękodzieła, życiowego zwrotu i potrzeby stworzenia miejsca, które wspiera kobiety w rozwijaniu twórczości oraz biznesu handmade. To historia marki, która zaczęła się od osobistego przełomu i przerodziła w misję pomagania innym twórczyniom wyjść z ukrycia.

Jak to się wszystko zaczęło…

Historia marki handmade to nie tylko opowieść o produkcie, ale o momencie, w którym twórczość zaczyna stawać się drogą, misją i sposobem działania.

Zaproszenie do świata O-plotek, czyli twórczych rozmów przy rękodziele.

Marzysz, gonisz, choć nie wiesz za czym. Może próbujesz być tu i teraz? Próbujesz pogodzić pracę, rodzinę i czas dla siebie?

Nie jesteś sama!

Dezorientacja, światła tira z naprzeciwka i cichutki oddech córki na tylnym foteliku. Strach, wielki strach… Szydełko!? Włóczka?! Maszyna do szycia i babcia ?! Oddech ulgi…

Ale po kolei…

Całe świadome życie chciałam urządzać przestrzeń wokół. Od małego sklejałam szafki do domku z klocków Lego dla lalek i przeszywałam ich maleńkie pościele na babcinej maszynie. To chyba te szydełka, druty, malowanie, rzeźbienie i ten ciągły głód twórczy zaprowadziły mnie na architekturę na poznańskiej polibudzie, a później na Technische Universität Berlin. Marzenie się spełniło, po kilku latach zdobywania doświadczenia zawodowego otworzyłam własną działalność.

Nie było dla mnie granic

Do czasu.

Jeszcze w zaawansowanej ciąży ogarniałam palące kwestie detali budowlanych. Pani magrister inżynier architekt. Właścicielka wymarzonego studio wnętrz i kubatur…Już z zachustowaną córką biegałam wokół klienta. Takie realizacje wnętrzarskie to praca, o której zawsze marzyłam – CAŁA JA.

To poczucie, że mogę wszystko.

I ściana, a raczej sufit

Jeszcze nie wiedziałam, że jestem w drugiej ciąży. Superbezproblemowa córka towarzyszyła mi w rytuale pobudki o 5 rano i w czasie stukilometrowej drogi do babci. Sama musiałam dojechać do Człuchowa, gdzie całymi dniami pracowałam nad koncepcją wnętrza biura dużej firmy produkującej zasieki do statków pirackich (poważnie).

Kiedy pewnego dnia półprzytomna ze zmęczenia odbierałam ją od mojej mamy i wsiadałam do auta, jeszcze nie wiedziałam, że za chwilę coś pęknie.

Pamiętam tylko te kilometry i minuty za kółkiem ciągnące się w nieskończoność. Ta świadomość, że zera na koncie wynagrodzą nieprzespane noce…

I ten dźwięk

Dźwięk drący się na mnie i wyrywający z półsnu, który mógł kosztować życie nie tylko moje, ale i dwójki moich maluszków (Lenka śpiąca w najlepsze w foteliku na tylnym siedzeniu nie wiedziała jeszcze, że niedługo zostanie starszą siostrą).

Zawsze sceptycznie podchodziłam do stwierdzeń, że w ostatnim momencie widzimy całe swoje życie w ułamku sekundy.

Do dziś nie wiem dlaczego, ale dobrze pamiętam, że zobaczyłam szydełko, wełnę, maszynę do szycia i skrawki najcieplejszych, najbardziej mięciutkich wspomnień powyrywanych z kontekstu. Popisowy poślizg, który jakimś cudem skończył się na poboczu, a nie wśród tysiąca kawałków karoserii, szkła i ciał, tak mnie otrzeźwił, że błyskawicznie wróciłam do domu. Wyparłam mgliste wizje i całe zajście z pamięci. I choć starałam się z całych sił funkcjonować jak gdyby nigdy nic, to…

Ta historia nie jest tylko o tym, jak powstało Oplotki. To także historia o tym, jak twórczość i biznes handmade mogą zacząć się w miejscu, które z zewnątrz wygląda jak chaos.

Albo jak koniec, a nie początek.

Nic już nie było takie samo

Mąż, obok którego pół śpiąc, pół czuwając, rozmyślałam tamtej nocy, malutka Lenka książkowo przesypiająca kolejne godziny w swoim łóżeczku i PRACA , to spełnienie marzenia o samorealizacji, rozbijaniu szklanych sufitów, pokonywaniu samej siebie.

Ja i moja ambicja, która o mało mnie nie zabiła. Sam na sam, całą noc.

Wtedy podjęłam decyzję.

Dość.

Choć moment był idealny, bo właśnie kończyłam koncepcję wnętrza i miałam negocjować warunki nadzoru nad wykonaniem (nie wyobrażałam sobie tak po prostu zostawić klienta mojego studio architektury na lodzie, ale zażądanie kosmicznej stawki za dalszą współpracę zdawało się rozwiązywać problem), okazało się, że niektórzy nie rozumieją słowa „nie”. Kiedy odmówiłam dalszej współpracy, klient popisowo nie zapłacił za ponad roczną pracę nad koncepcją. Prawdopodobnie właśnie teraz odwoływałabym się do trzeciej instancji, gdyby nie to, że… zrezygnowałam z pozwu.

Zdaniem radcy spokojnie wygrałabym sprawę. Niestety firmę z wielomilionowym budżetem stać było na odwoływanie się w nieskończoność, a mnie – jako przedsiębiorczyni na ciążowym L4 – nie stać było nawet na dwie godziny na nogach (jeżeli dopadły Cię „uroki” pierwszego trymestru ciąży, wiesz, o czym mówię).

Mogłabym teraz narzekać

Mogłabym narzekać na tego klienta i na ZUS, który nie palił się do wypłaty należności z L4 (no bo przecież Urząd Skarbowy cofnął nierozliczoną fakturę felernego klienta i zawsze znalazł powód do kolejnego wezwania, kontroli, pilnego pisma, które muszę dostarczyć, by odblokować świadczenia). Mogłabym pomarudzić, że standard życia spadł na łeb na szyję, a (śmiesznie małe, które wcześniej uważałam za ogromne)  problemy zamieniły się w te bardziej dotkliwe.

Jednak córcia, która łaknęła mojej uwagi, i maleńki synek, który rósł pod sercem, dały mi poczucie, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

No i pewnie mogłabym zakończyć happy endem, ale wiesz co?

Ta opowieść o wyboistej drodze do spełniania marzeń dopiero TU (w miejscu pozornego upadku) się zaczyna…

Brudna podłoga, kaszka na blacie, rozdziobany banan na stoliku, góra garów, pranie, prasowanie, warstwa kurzu na laptopie, dźwięk klocków i tych przeklętych zabawek na baterię (taka praktyczna rada: jeśli planujesz skatować znajomych, którzy dorobili się potomka – daj ich skarbuniowi w prezencie coś, co generuje dźwięk podczas zabawy), a w tym wszystkim…

Odprężona, wyklęta przez perfekcyjne panie domu, szydełkująca pufki do dziecięcego pokoju, przyspawana do podcastów mama.

To był ten moment, w którym zrozumiałam, dlaczego instarzeczywistość macierzyńskich kosmosów jest taka idealna… Sama wybierałam kadry tak, aby skrzętnie ukrywały bajzel, jednocześnie dyskretnie ilustrując instapledy i modne gadżety (którymi zresztą nikt się nie bawił…).

Poddałam się – kto próbował odpalić komputer przy dwójce dzieci, wie, o czym mówię. Tak! Myślałam, że oszaleję!

Ale żeby nie było, że jestem jakimś potworem

Świadomie podjęłam decyzję, że pierwszą placówką moich dzieci będzie przedszkole. Mąż w korpo, dziadkowie ponad 100 km od Poznania, a ja w środku tego całego bajzlu…

Ale chwilunię, przerwa na reklamę

Święta, Wigilia, porządek.

Wszyscy ucacani aż do bólu.

I nagle moja babcia mówi:

„Chcesz te wszystkie sznurki, włóczki, szmatki i druty? Bo szafy sprzątam”.

(Babcia właśnie zakupiła magiczną kołdrę na prezentacji, na którą po cichaczu wyrwała się z domu).

No PEWNIE, że chcę!

I zaczęłam skrzętnie pakować te skarby dziecięcych wspomnień do walizki. Tym razem nie zostało w bagażu dużo miejsca na słoiczki z resztkami obiadu 😉

Tak  właśnie w styczniu 2016 roku babcina scheda ruszyła na podbój Poznania.

Nieświadoma niczego babcia pchnęła mnie w objęcia kobiecej przedsiębiorczości.

Misja inspirowania i motywowania rękodzielniczych talentów do wyjścia z ukrycia nabierała coraz bardziej realnych kształtów.

Łapanie oddechu od zabieganej codzienności przy twórczym tu i teraz.

Zawsze lubiłam pomajsterkować

Kiedy dużo pracowałam, oczywiście nie miałam na to czasu. Ale gdy szydełkowe dodatki wnętrzarskie zaczęły osiągać dziwacznie wygórowane ceny, a ja z zabieganej pani inżynier architekt stałam się bezglutenowo-bezcukrowo-bezstresową-instamamą, znalazłam czas, żeby uczyć mojego patentu na rękodzielniczy biznes inne kobiety.

Odkryłam, jak dużo mam szyje, szydełkuje, filcuje, zaplata, składa, wybija, obrabia i wycina! Zauważyłam, że magia pracowitych dłoni kobiet (i panów też!) pozostaje na zawsze nieodkryta w zakurzonych szufladach i na strychach.

Ty też się ukrywasz w rękodzielniczym podziemiu?

Jeśli ta historia jest Ci bliska i czujesz, że też chcesz wyjść z rękodzielniczego podziemia, zobacz, z jakich materiałów, programów i kursów korzystają dziś twórczynie handmade w Oplotki.

Jasne, kiedy w 2016 ponownie odkryłam artefakty dzieciństwa, nie przypuszczałam, że to szydełkowanie sprawi, że w 2018 będę pracować w zespole niesamowitych, kreatywnych ciepłych ludzi, których z powodzeniem mogę nazwać najbliższymi przyjaciółmi.

Na początku niewinnie, bo zaczęło się od zapraszania koleżanek po fachu (architektura- projekty kubatur i wnętrz), które wpadały po pracy, żeby poszydełkować i odkleić się od ekranów. Marzyłam, żeby znów być wśród ludzi i rozmawiać o czymś innym niż bezglutenowe diety i modne ciuszki dla dzieciaków.

I tak zaglądały koleżanki, później koleżanki koleżanek, koleżanki koleżanek koleżanek… Aż w pewnym momencie mój mąż, który po 8 godzinach pracy w korpo ogarniał dwójkę łobuzów w malutkim pokoiku (w tym samym czasie, gdy my – przy szydełku i napoju niekoniecznie niskoprocentowym – uskuteczniałyśmy szydełkoterapię w salonie), powiedział DOŚĆ.

I znowu…

Tutaj historia mogłaby się zakończyć

Ale przecież fakt, że przegonił te nasze rękodzielnicze sabaty, stał się kolejnym potwierdzeniem zasady, że co Cię nie zabije, to cię wzmocni.

Wychodzę do pracy!

Wyśpiewałam pewnego dnia do męża, całując dzieciaki.

Zamykając drzwi, uśmiechnęłam się do siebie, bo czekały mnie 3 godziny szydełkowania przy kawie i ciachu, w fajnej poznańskiej knajpce, z nowymi kursantkami. Trzy godziny pełne nowych opowieści, wspomnień, pomysłów. Bardzo często efektem szydełkowego spotkania była nowa współpraca lub twórczy artefakt w punkcie styku naszych dziedzin rękodzieła. A także refleksja i – jakże cenna – konstruktywna krytyka.

Okazało się, że sklecony naprędce fanpage (który działa z resztą do dziś!), który dawał możliwość organizowania spotkań, był świetnym narzędziem do skrzykiwania szydełkowych narad.

Przychodziły mistrzynie szycia, filcujące czarodziejki i osoby, które odkładały chwile rękodzielniczych wspomnień na wieczne potem.

Pojawiło się wtedy u mnie nieśmiałe, przyziemne marzenie, żeby nie dokładać tyle z domowego budżetu do  swojego hobby… Bo jednak szydełka, sznurki i coraz częstsze wypady na miasto mocno obciążały rodzinne zasoby.

Jak to powiada koleżanka…

„Jeżeli masz marzenie, poszukaj wróżki”

Jeśli chcesz rozwijać swoją markę handmade spokojniej, bardziej strategicznie i w oparciu o sprawdzone zasoby, zajrzyj do Biblioteki Biznesowej dla Handmade. a w niej skorzystaj na przykład z kursu, w którym zebrałam całą moją dotychczasową wiedze i doświadczenie w temacie wyceny handmade.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co dokładnie mam zrobić, ale czułam, że nie mogę stracić kontaktu z tymi wspaniałymi ludźmi.

Tymczasem marzenia powoli dopadała brutalna rzeczywistość. Budżet domowy przy dwójce małych dzieci nie bardzo sprzyja ryzykownym przedsięwzięciom biznesowym. Dotarło do mnie, że powoli i nieuchronnie wracam do tego, co płaciło rachunki w czym leżą odłogiem moje kompetencje i udokumentowane wykształcenie…

Architektura mnie dopadła

…choć nie miała już oblicza zarwanych nocy i niekończących się telefonów z budowy…

ta nowa…miała spokojną twarz rozmarzonych mam i rozbawionych bobasów…

Chyba każdy rodzic przerabiał dziecio-zajęcia. Dla niedzieciatych dodam, że niezależnie, czy wybierasz basen, umuzykanianie, usportowianie, śpiewy, tańce …i tak zaczynasz, jak na zbiorowej terapii…”Cześć jestem Agnieszka i jestem Architektką”…

Początkowo zawile wyłuszczałam, że tak, wnętrza też, ale głównie to takie duże kubatury, budynki, które stawiamy w całym zespole branżystów, że nie tylko ja, ale konstruktor, elektryk, grafik, pan od instalacji i pani od papierów w urzędzie…aż w końcu odpuściłam…i mnie olśniło!

Wnętrza!

Przecież to właśnie wnętrza dają bezpośredni kontakt z klientem, pozwalają zminimalizować zespół branżystów potrzebnych do realizacji projektu …a na dodatek to właśnie projekty wnętrz pozwalają na użycie rękodzieła dla podkreślenia unikalności każdego z nich!.

I BINGO!

Wszystkie elementy układanki w końcu wskoczyły na swoje miejsce!

Praca z ludźmi, rękodzieło i architektura. Na raz. W jednym miejscu wszystko, co kocham.

To nie może się nie udać!

Pozostało tylko sensownie to wszystko poukładać no i dozgonne źródło spełnienia zawodowego, rodzinnego i społecznego…no i źródło utrzymania… leżało u stóp.

Zrozumiałam, że mogę pomagać poznanym podczas warsztatów rękodzielnikom. Zapraszając ich do współpracy przy projektach wnętrz, pozwalam im zarobić na tym, co kochają robić, a sama wzmacniam autorytet architekta, który specjalizuje się w rękodziele dla wnętrz. Szybko odkryłam, że wielu z moich klientów nawet jeżeli nie dysponuje wystarczającym budżetem, ma do dyspozycji dobro jeszcze bardziej luksusowe – czas – dlatego spokojnie może – jeżeli nie KUPIĆ, to ZROBIĆ oryginalne dodatki do swoich wnętrz.

Lniana pościel z ręcznym haftem nie musi kosztować majątku, jeżeli samodzielnie ją wykonasz, ale potrzebujesz niezbędnego know-how.

Tak!… ale…

Nawet, kiedy już dokładnie wiedziałam, co robić…nie było to takie łatwe. Z mgr inżynier trzeba było nagle stać się sprzedawcą, marketingowcem, PR-owcem, strategiem biznesu i specem od rekrutacji i księgową w jednym. Można nie udźwignąć presji. Jeżeli też startujesz, masz wrażenie, że ciągniesz milion „srok za ogon” …a i tak (o dziwo) stoisz w miejscu… zwierzę Ci się…. też TAM byłam. Pracowałam ponad siły, wydzierałam każdą chwilę, aby douczyć się tego i tamtego, ochoczo wdrażałam w życie nową wiedzę…ale ciągle miałam wrażenie, że jakoś „za wolno” to wszystko idzie…miałam poczucie, że w tym tempie stracę kilka lat na coś co, można (moooocno wierzyłam, że się da) ogarnąć szybciej. Nie miałam tylko pojęcia, jak.

Pomoc. W pierwszym odruchu miałam poczucie porażki. No jak?! Ja?! Taka wszechwiedząca prymuska?!? MAM niby słuchać rad ?! Przecież to ja znam mój biznes najlepiej….Oj, jak dobrze, że trafiłam na fachowca! Skorzystałam ze wsparcia Sigrun (i zresztą korzystam do dziś!) – mentorki biznesowej w programie SOMBA  od tego czasu seria przełomów, zarówno w mojej głowie, jak i w moim biznesie, dała mi poczucie dobrze wykorzystanego czasu i potencjału.

I tak ruszyła cała lawina działań w ramach marki OPLOTKI

W bezpłatnej grupie facebookowej, zaczęłam się dzielić swoją wiedzą i zaczęłam aktywnie szukać partnerów do prowadzenia warsztatów i ewentualnych wykonawców zaprojektowanych dla indywidualnych wnętrz dodatków. I tak OPLOTKI coraz bardziej kompleksowo zaczęły dotrzymywać obietnicy „rękodzieła dla wnętrz” , a ja coraz pewniej zaczęłam tytułować się „specem od handmade-owych wnętrzarskich zadań specjalnych”.

Z doświadczenia zespołowej pracy nad dużymi kubaturami przeniosłam mechanizm, który w skrócie można podsumować…

„Jak masz w tym interes, to bardziej się starasz.”

Całkiem praktycznie podeszłam do budowania zespołu. W Oplotkach każdy pracuje na siebie. Czy to rękodzielnik, który zarabia na swoich pracach, czy fotograf, który korzysta z naszych ręcznie dzierganych pufek i kocy podczas swoich sesji, czy koledzy „po fachu” szukający oryginalnej „wisienki na torcie” swojej koncepcji wnętrzarskiej.

Dlaczego namawiam zaprzyjaźnionych rękodzielników, żeby zarabiali na rękodziele?

Bo OPLOTKI to wielka wizja i nie dam rady zrealizować jej sama.

Nie lada wyzwanie! Jak tu nie zaszufladkować się jako ekspertka (ach te modne dziwne słowa) ekspertka od szydełkowego biznesu, a jednak odnieść dostateczny sukces, aby móc inspirować innych rękodzielników?

Jak namówić ich, by nie konkurowali ceną, ale jakością, unikatem, handmade luksusem 2.0? Odpowiedź była jedna…

Dać przykład

Jeżeli wśród twoich znajomych ktoś chowa prace do szuflady, podziękuje ci za ten tekst. A szczególnie ostatnią jego część.

Podziel się i udostępnij ten wpis blogowy! Skopiuj link i wyślij jednej osobie! Pomnożysz (rękodzieło) dzieląc (się)!

Wiem, rękodzieło, na dodatek w Polsce, nie jawi się jako najbardziej dochodowa branża ale istnieje co najmniej kilka sposobów aby zarabiać i móc rozwijać się w tej dziedzinie. Dlaczego chcę ci zdradzić te sposoby choć odkrywałam je kosztowną metodą prób i błędów długimi latami?

Nie, nie oszalałam! Mam w tym interes

Szukam kolejnych twórców dla naszej społeczności Oplotki.

Z całą energią dzielię się zapałem i doświadczeniem w sprzedaży produktów i warsztatów rękodzieła. Pomagam zakładać handmadowe fanpage, strony, sklepy i pracownie. Podrzucam modele biznesowe, które sprawdziły się u mnie lub u innych partnerów.

Zainteresowanie przerasta moje oczekiwania, więc poszłam za ciosem.

Zapraszam kolejne osoby do współpracy przy prowadzeniu warsztatów i współtworzenie społeczności OPLOTKI. Z każdym dniem utwierdzam się w poczuciu misji. Misji szerzenia pozytywnego przekazu najcenniejszych dla mnie wartości, które niesie rękodzieło.

Wspólnota, zrozumienie, poszanowanie tradycji i jej uwspółcześnione reinterpretacje, wylogowanie z tempa codzienności przy mindfulnesowej praktyce rękodzieła pozwalającej odreagować tempo dzisiejszego świata,  łączenie ponad podziałami wieku, płci, pochodzenia…

Twórczy upcycling, recycling, idea slow-fashion w miejsce szalonego konsumpcjonizmu…lokalne łańcuchy dostaw i wspieranie portfelem rodzimych marek rzemieślniczych, zaopatrzeniowych, usługowych…

Mogłabym wymieniać bez końca, ale napiszę tylko, że w końcu odważyłam się wejść w buty liderki tego OPLOTKOWEGO ruchu, z dniem, kiedy ruszyła, po raz pierwszy BIBLIOTEKA

Aktualnie, jest już Youtube, Facebook, Instagram, strona internetowa, Tik-Tok, E-sklep, kilka lokalizacji warsztatów stacjonarnych i podcast – wszystkie pod marką OPLOTKI

Na pytanie jak to ogarniam podpowiadam – zespół!

Po drodze spotkałam świetne pomocniczki dlatego opowiem Ci, dlaczego Oplotki to taki nasz mini inkubator i trampolina do samodzielnego rękodzielniczego biznesu.

Każdy pracuje tutaj dla siebie

Nie zatrudniam na cieplutki etat, ale wspieram w przedsiębiorczości, bo sama od 2012 każdego dnia walczę o przetrwanie w dżungli ZUS-u, urzędu skarbowego, opłat, rachunków, kosztów, marży, szkoleń i czasem długich miesięcy pod kreską. Wiem, że nic nie motywuje bardziej, niż sam rozwój i to magiczne poczucie sprawczości.

Wiem, że nie jesteśmy dla siebie konkurencją, wręcz odwrotnie!

Sama chętnie kupuję haft, bo choć znam podstawy to jednak moją mocną stroną jest zaplatanie. Dzięki takiej formie współpracy, często łączymy techniki, a nowe projekty pączkują w przyjaznej atmosferze przy kawie i ciachu. Nie rzucamy się na głęboką wodę. Większość z nas pracuje na etacie, co zapewnia zaplecze środków na mądry rozwój rękodzielniczej działalności, ale po jakimś czasie coraz więcej z Nas robi ten wielki krok – zakłada własną firmę.

Dlaczego nazywam Oplotki rękodzielniczym inkubatorem?

Pozwalam korzystać z naszej marki, aby przetestować produkt lub usługę ZANIM zainwestujesz w logo, stronę, sklep internetowy czy lokal. Dobrze pamiętam, że zanim udało mi się sprzedać pierwszy szydełkowy dywan, czekała mnie przeprawa przez znalezienie nazwy, logo, fanpage, był abonament i kosztowny regulamin sklepu, polityka prywatności i legendarne RODO – cała masa formalności bez których transakcja nie mogła być zawarta. Nie wspominając już o zakładaniu działalności gospodarczej. Wszystko to ZAMIAST pracować w skupieniu nad meritum czyli twórczym rękodziełem. To dlatego pomagam Ci NAJPIERW zarabiać, testując swój pomysł na produkt/usługę/warsztat przy wsparciu OPLOTKI. Wiem, że jeżeli masz ofertę, która obroni się w gąszczu internetu, to cała reszta już pójdzie z górki.

Dlaczego więc dzielę się wiedzą i doświadczeniem?

Ja już tam byłam i wiem, że jeżeli masz świetny produkt, to szkoda twojego czasu na zbędne detale – jest za to kilka kluczowych obszarów na których trzeba się skupić, by Twoja inicjatywa stała się biznesem generującym dochód.

No dobra, a jak to się dzieje w praktyce?

Ciągle jeszcze najkrótsza droga to pisać bezpośrednio do mnie.

Nasza rozmowa to wspólne opracowywanie dróg rozwoju twojej działalności w ramach ekosystemu Oplotki. Jeżeli, jak ja, uwielbiasz kontakt z ludźmi prawdopodobnie wybierzesz prowadzenie warsztatów, jeżeli preferujesz ciszę misternych ruchów, wtedy skupimy się na sprzedaży twoich prac.

To zaledwie 2 najpopularniejsze drogi, ale jest ich o wiele, wieeeeele więcej.

Co ja z tego mam?

Świetną grupę rękodzielników, markę która wspiera mnie w pracy architekta wnętrz i pozwala w mgnieniu oka kontaktować moich klientów z najlepszymi wykonawcami. I bezcenne poczucie, że zostawiam ten świat odrobinę bardziej uśmiechniętym i kreatywnym dla mojej trójki dzieci, które patrzą i uczą się świata przedsiębiorczości podglądając mnie na co dzień.

No i oczywiście ciągłą praktykę!

Certyfikuję się na potęgę, wiecznie rozwijam i kształcę i dzięki pracy z Tobą, mogę się tymi umiejętnościami nieustannie dzielić.

Certyfikacja ICF jako coach, seria certyfikacji jako mentorka finansowa, niezliczone kursy.

Wszystko, by wspierać Cię jeszcze skuteczniej!

Czujesz, że to coś dla Ciebie?

pisz, opowiedz swoją historię, pomysł na biznes, bym mogła doradzić, co dalej: agnieszka@oplotki.pl

lub wskakuj do OPLOTKOWEGO ŚWIATA po wsparcie on-line!

A więcej szczegółów z mojej osobistej historii tworzenia marki OPLOTKI od zera aż do eksplozji sukcesu w dobie covidowej pandemii – znajdziesz w  w OPLOTKOWEJ książce!

Oplotki zaczęły się od potrzeby zmiany, twórczości i wyjścia z ukrycia. Dziś ta sama idea żyje dalej w materiałach, programach i zasobach, które pomagają twórczyniom handmade rozwijać markę, sprzedaż i własną drogę.
Jeśli chcesz uporządkować swój biznes handmade spokojniej i bardziej strategicznie, zajrzyj do Biblioteki Biznesowej dla Handmade.

FAQ

Jak powstała marka Oplotki?

Oplotki powstały z połączenia życiowego przełomu, powrotu do rękodzieła i potrzeby stworzenia miejsca, które wspiera twórcze kobiety. To historia marki, która zaczęła się od osobistej zmiany i z czasem przerodziła się w większą misję.

Skąd wziął się pomysł na Oplotki?

Pomysł na Oplotki wyrósł z doświadczenia zmęczenia dotychczasowym stylem życia i z odkrycia, że rękodzieło może być nie tylko twórczością, ale też drogą do zmiany, sensu i wspierania innych kobiet.

Czy Oplotki od początku były marką biznesową?

Nie. Najpierw była osobista historia, powrót do rękodzieła i potrzeba odnalezienia nowego kierunku. Dopiero później z tej drogi wyrosła marka, która dziś wspiera twórczynie handmade także w rozwoju biznesu.

Dla kogo jest dziś Oplotki?

Dziś Oplotki są dla osób, które chcą rozwijać rękodzieło i biznes handmade, korzystając z kursów, programów, wydarzeń i materiałów wspierających sprzedaż, markę i własną drogę twórczą.

Co dziś najlepiej pokazuje misję Oplotki?

Jednym z miejsc, które najlepiej pokazują dzisiejszą misję Oplotki, jest Biblioteka Biznesowa dla Handmade — przestrzeń z materiałami, programami i zasobami dla twórczyń, które chcą rozwijać swoją markę handmade spokojniej i bardziej strategicznie.

Dlaczego historia marki Oplotki może być ważna dla twórczyń handmade?

Bo pokazuje, że marka handmade nie zawsze zaczyna się od idealnego planu. Często zaczyna się od zmiany, potrzeby sensu, twórczości i decyzji, by nie chować się dłużej ze swoim talentem.

Oplotki zaczęły się od potrzeby zmiany, twórczości i wyjścia z ukrycia. Dziś ta sama idea żyje dalej w materiałach, programach i zasobach, które pomagają twórczyniom handmade rozwijać markę, sprzedaż i własną drogę.

Jeśli czujesz, że też nie chcesz tworzyć w ukryciu i chcesz poukładać swój biznes handmade spokojniej, bardziej strategicznie i po swojemu — zajrzyj do Biblioteki Biznesowej dla Handmade.


Rok po roku: kronika Oplotki

Tyle o początkach. Ale od momentu, w którym Oplotki zaczęły żyć na serio, zdarzyło się wiele: wzloty, upadki, pandemia, nowe kursy, nowe narzędzia, nowi ludzie. Co roku, od 2019, spisuję te doświadczenia w coroczne podsumowania. Poniżej znajdziesz pełną mapę tej drogi.

Skocz do roku: 2019 · 2020 · 2021 · 2022 · 2023 · 2024 · 2025 · Czego nauczyły mnie te lata · Plany na kolejne lata

2019: ROK SKALOWANIA (SCALE)

[TU WPISZ 1-2 ZDANIA: jaki to był rok dla Oplotki — co się wydarzyło, jakie było główne wyzwanie lub zwycięstwo.]

  • Główne podsumowanie roku: Kobiecy biznes bez cenzury — subiektywne podsumowanie 2019 →
  • Refleksja na temat wdzięczności: Wdzięczność →

2020: ROK WZROSTU (GROWTH)

To był zdecydowanie rok dualności, z jednej strony celebracja 10 lat Oplotki, z drugiej uderzenie pandemii. Jak to wpłynęło na markę, ludzi, kursy…

  • Podsumowanie dekady: Podsumowanie dekady Oplotki →
  • Plany na 2020: Co w Oplotki w 2020? →
  • O pandemii i rękodziele: Jak pandemia wpłynęła na branżę handmade →
  • Jak działaliśmy w pandemii: Oplotki w pandemii — jak wygląda nasza praca →
  • Biznesowe wsparcie dla innych: Jak uratować swój biznes w dobie koronawirusa →
  • Pozytywnie w trudnym czasie: Zarażajmy się czymś pozytywnym →
  • Nasza akcja wdzięczności: Kampania „Dziękujemy” →
  • Osobiście o tym, co mnie wyróżnia: Moje dziwactwa →
  • Z życia freelancerki: Dress code freelancerki →

2021 — ROK WIDOCZNOŚCI (VISIBILITY)

To był rok TEDx, wizyt w mainstreamowych mediach, rok, kiedy jako osobiste wyzwanie podjęłam zadanie mówić gdzie się da o mocy rękodzieła…im głośniej, tym lepiej…

  • Plany na 2021: Oplotkowe plany i rękodzieło w 2021 →
  • Podsumowanie roku: Podsumowanie roku 2021 →

2022: ROK DBANIA O SIEBIE, BY LEPIEJ DBAĆ O INNYCH (SELF-CARE PRO)

Po turbo-intensywnym 2021 uczyłam się dbania o siebie, przy jednoczesnym delegowaniu i skalowaniu działań Oplotki siłami zespołu, nowych partnerstw, mocy onlajnowej dźwigni skali…

  • Podsumowanie roku: Podsumowanie roku 2022 →

2023: ROK SZLIFOWANIA TEGO, CO DZIAŁA (RINSE AND REPEAT)

To był czas trudnych wyborów, którym projektom trzeba powiedzieć NIE lub POTEM, aby innym powiedzieć głośniejsze TAAAAK!

  • Podsumowanie roku: Podsumowanie roku 2023 →

2024: ROK ROCZNIC (ANIVERSARIES)

To był rok w którym (w końcu) dostrzegłam moc w powtarzalnych projektach i zaczełam je celebrować. Rocznice na stałe weszły do kalendarza Oplotki i nadały temu, co robimy do dziś, stały rytm.

  • Podsumowanie roku: Podsumowanie roku 2024 →

2025: ROK DĄŻENIA DO MISTRZOSTWA (REFINEMENT)

Miałam poczucie, że ścigamy się same ze sobą…coraz ambitniejsze projekty, coraz śmielsze wizje i obsesja na punkcie naszych produktów i usług

  • Podsumowanie roku: Podsumowanie roku 2025 →

2026: ROK CZŁOWIEKA W DOBIE AI (OBECNOŚĆ) [w toku]

Podsumowanie 2026 pojawi się na przełomie roku. Tymczasem zapraszam do śledzenia tego, co dzieje się teraz w Oplotki — tutaj znajdziesz wszystkie aktualne kursy i materiały: sklep Oplotki →

Czego nauczyły mnie te lata

iedy patrzę wstecz na te lata, wyłaniają się pewne wzorce, rzeczy, które zrobiłabym inaczej, i rzeczy, które okazały się najważniejsze.

  1. Lekcja 1: Autentyczność jest biznesowo opłacalna – za każdym razem, kiedy przezwyciężałam mój osobisty strach, wstyd, trudne doświadczenie, biznesową porażkę i dzieliłam się nią otwarcie, Oplotki notowały kwantowy skok biznesowy
  2. Lekcja 2: Warto inwestować w społeczność, nie tylko w produkt: wiem, wiem, wszyscy o tej społeczności trąbią – ja zrozumiałam, że dopieszczanie istniejących klientek, nałogowe dodawanie tego, co mogłoby się przydać nawet, kiedy za to nie zapłaciły kupując daną ofertę – to droga do marki, od której kupuje się w ciemno. Zamiast na zasięgach, skupiłyśmy się na obsesyjnym podnoszeniu jakości naszych produktów i to się opłaciło. W społeczności klientek są z nami soby, które od 5-10 lat są ciągle z nami
  3. Lekcja 3: Kurs online to nie to samo co warsztat stacjonarny„: Jesteśmy na rynku już wystarczająco długo, by pamiętać przed-pandemiczny analog – pandemiczny online na 100%- i po-pandemiczny renesans wydarzeń „w realu”. To, co było przed pandemią i to, co jest „PO” to jednak świat niuansów, które robią ogromną różnicę. Z nowym poziomem świadomości realizujemy zarówno online, jak i offline i tworzymy zupełnie nową jakość u progu ery AI

Pracujesz nad własnym rękodzielniczym biznesem?

Wszystkie wnioski, błędy i odkrycia z tych lat Oplotki skondensowałam w jednym miejscu.
Biblioteka Biznesowa dla Handmade to zbiór moich kursów biznesowych — wszystko, czego dowiedziałam się o prowadzeniu rękodzielniczego biznesu, w jednym pakiecie.

ZOBACZ BIBLIOTEKĘ BIZNESOWĄ →

Plany na kolejne lata

Patrząc na te wszystkie lata Oplotki, widzę coś, co wcześniej nie było dla mnie tak oczywiste: branża rękodzielnicza wchodzi w etap dojrzewania. Era „prowadzę warsztaty po godzinach, bo kocham rękodzieło” powoli się kończy, nie dlatego, że pasja przestała mieć znaczenie, ale dlatego, że rzeczywistość rynku się zmieniła. Koszty rosną. Uczestniczki mają coraz mniej czasu. Konkurencja jest globalna. AI przyspiesza dostęp do wiedzy technicznej. Edukacja, także ta rękodzielnicza, się profesjonalizuje.

I to nie jest zagrożenie. To dojrzewanie.

AI nie zabierze nam warsztatów. Zabierze przeciętność. Jeśli warsztat oferuje tylko „pokażę Ci, jak to zrobić”, przegrywa z internetem, bo tutoriale są już dziś natychmiast dostępne. Ale warsztat, który oferuje doświadczenie, proces, strukturę, zmianę stanu, przemyślaną dynamikę grupy, to jest coś, czego żadna technologia nie odtworzy. To już nie jest przekazywanie wiedzy. To projektowanie transformacji.

Uczestniczki nie kupują spotkania. Kupują sens, jakość, głębokość, dobrze zaprojektowany czas. Jeśli warsztat nie jest zaprojektowany jak produkt premium, zostanie zastąpiony przez retreat, kurs online, event doświadczeniowy. A warsztat premium to nie jest kwestia ceny. To kwestia świadomości kosztów, świadomości wartości, świadomości pozycji. To metodologia, nie improwizacja. To ramy czasowe i energetyczne, nie „zobaczymy, jak wyjdzie”.

Analogowe skille. Cyfrowa strategia.

To jest kierunek, w którym idą kolejne lata Oplotki. Nie uczę, jak robić więcej warsztatów. Uczę, jak budować je tak, żeby były konstrukcyjnie mocne, ekonomicznie sensowne, psychologicznie świadome i rynkowo konkurencyjne. Warsztat nie jest hobby. Warsztat jest produktem edukacyjnym. A produkt edukacyjny wymaga standardów.

Rękodzieło właśnie wchodzi w fazę, w którą każda branża kiedyś wchodzi: od entuzjazmu do profesjonalizacji. Pytanie nie brzmi „czy to się stanie”. Pytanie brzmi: kto się do tego przygotuje.

Jeśli chcesz przejść tę drogę razem ze mną — zapisz się na newsletter (napiszę Ci, kiedy pojawi się podsumowanie 2026 i co przyniesie kolejny rok), zajrzyj do Biblioteki Biznesowej, albo po prostu wróć tu za rok. Będę.


Sklep Oplotki · Biblioteka Biznesowa · Kontakt

8 września 2026/Autor Ania - Zespół Oplotki
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2018/12/wyroniajacy-historia-1080x1080-1.jpg 1080 1080 Ania - Zespół Oplotki https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.png Ania - Zespół Oplotki2026-09-08 17:00:002026-08-25 09:03:58Oplotki – historia marki handmade słowami twórczyni, ROK PO ROKU
MASTERMINDowe, Wszystkie wpisy

SOMBA – moja biznesowa historia

Jak to się stało, że z magister inżynier architekt stałam się Agnieszką z OPLOTKI?

Żeby nie zanudzić Cię szczegółowymi perypetiami i rozterkami jestestwa (pełną historię znajdziesz tutaj), powiem w skrócie…zostałam mamą.

Tak  – spełniona zawodowo profesjonalistka, która nie miała problemu z 14-godzinnym dniem pracy, bo uwielbiała wyklikiwać projekty, które później materializowały się dzięki długim godzinom doglądania prac na budowie, nagle zapragnęła dziecka. Kiedy marzenie się spełniło, długo walczyłam, by udowadniać sobie i światu, ze da się „na dwa fronty”. 100% w pracy (no nie ma „zmiłuj”, jeżeli prowadzisz własną działalność) i 200% w domu. Nawet dawałam radę i upychałam oznaki zmęczenia w głębokim (nie)poważaniu. Macierzyństwo wessało mnie na dobre i dopiero drugie dziecko dobitnie unaoczniło, że tak dalej się nie da.

Trudny wybór, ale czy koniecznie 0-1 ?

Jak się pewnie domyślasz, nie wybrałam kariery architekta. Postawiłam wszystko na czas, wartości, które chcę przekazywać tym małym człowieczkom plączącym się między zabawkami. Miałam czas. Jak nigdy. To dobro luksusowe pozwoliło nadrabiać odkładane na wieczne „potem” kawy z przyjaciółkami, zapomniane pasje, książki… w końcu miałam porządek w domu… ale jednocześnie… jakaś niezmiernie ważna część mnie usychała. Jako przedsiębiorczyni z krwi i kości, która za punkt honoru stawiała sobie wyciśnięcie z każdej minuty maximum efektywności… rozpływałam się teraz w dyskusjach na temat wyższości zajęć basenowych nad umuzykalnianiem pociech.

To była kwestia czasu.

Jak się domyślasz, wrodzona potrzeba samorealizacji dała o sobie znać ze zdwojoną siłą. I zupełnie tak, jak rozbijanie szklanych sufitów w pracy architekta, tak kolejne przedsięwzięcie biznesowe, które kiełkowało na glebie bezglutenowych obiadków i godzin na placu zabaw, dawało o sobie coraz silniej znać.  Wróciłam do rzeźby, malarstwa, rysunku, szydełkowania, drutów, zaplatania i składania… do wszystkiego, co na architekturę mnie zawiodło, ale teraz w wydaniu takim bardziej moim, nieobowiązkowym, nieprzymuszonym – no i możliwym „przy dzieciach”. Wyżywałam się twórczo we własnych wnętrzach (tak syndrom „wicia gniazda” chyba jakoś tym dobitniej dopada mamy –architektki). Potraktowałam każde wyzwanie nieoryginalnej przestrzeni jako osobiste powołanie do stworzenia unikalnych dekoracji i  tak ruszyła lawina. Płótna zapełniały ściany, odciski małych rączek i stópek zaczęły zapełniać strony ręcznie rysowanych pamiątkowych albumów, a przede wszystkim – ogromne meblo-formy zaczęły wylewać się spod szydełka odkopanego w babcinych szafach podczas przedświątecznych porządków.

Dno (!?), od którego trzeba się odbić.

Zaczęło się  niewinnie i teraz, kiedy przeczołgana już przez szkolenia z marketingu, wiem, co robiłam, mogę Ci zaraportować – badałam rynek. Każda kawa z koleżanką, każde „ochy” i „achy” nad pomysłowymi własnoręcznymi detalami wnętrzarskimi upewniały mnie, że to MÓJ kierunek. Nagle swoją ukochaną architekturę zobaczyłam przez pryzmat ciepłych wnętrz, nie ton betonu i stali w chaosie budowy. No dobra – wiedziałam, że to, co robię jest OK, „fajne” nawet, jak mówiły koleżanki… ale czy da się z tego żyć, płacić rachunki?

Pierwsze próby i błędy.

Zbudowałam sklep internetowy (jeżeli chcesz posłuchać o perypetiach tego przedsięwzięcia – wskakuj tutaj), skleciłam naprędce fanpage. Potem logo, nazwa, czcionki, grafiki, zdjęcia (…) cała ta lista niekończących się niezbędności została ogarnięta… i co?! I nic!

Nikt poza gronem koleżanek, które z resztą już hojnie uposażyłam w OPLOTKowe gadżety nie miała o mojej działalności bladego pojęcia. Każda godzina wessana przez czarną dziurę internetu wydawała się stracona. Byłam bliska poddania się. Gdyby nie koleżanki, które ochoczo uczyły się tajników szydełkowania u mnie… pewnie Oplotki pozostały by wspomnieniem. To one uzmysłowiły mi, że same dekoracje, to nie wszystko – często ważniejsza od finalnego efektu jest frajda z samodzielnego wykonania! Tak! To wtedy zrozumiałam, że przecież cały czas robię to, czego „rynek” oczekuje, tylko nikt o tym nie wie.

Pierwsze warsztaty szydełkowania przypominały bardziej sabaty czarownic – rozbiegane włóczki między plączącymi się dzieciakami  – czy może odwrotnie? Grupa kobiet rozpaczliwie próbujących znaleźć patent na tempo codzienności – każda z  nas w szpagacie między pracą a domem, między tym, co trzeba, a co mogę, między marzeniami a rzeczywistością. Czerpałyśmy nawzajem z tej nieokreślonej energii spotkań. Tego czasu wsparcia, zrozumienia i twórczej satysfakcji z krzywych dywanów i wypychanych starymi ręcznikami puf.

Pierwszy sukces i siła do działania

To mąż (o ironio!) dał mi trampolinę do sukcesu. Kiedy po którymś z kolei warsztacie oświadczył, że ma już dość gnieżdżenia się w domu z chmarą rozklekotanych bab i bonusowymi dzieciakami do ogarnięcia – przeniosłyśmy spotkania do kafejek. To był strzał w dziesiątkę! Gdyby nie fakt, że coraz więcej przypadkowych osób pytało o to, czy może się przyłączyć – pewnie nie odkryłabym, że mam najfajniejszy model pracy, pozwalający na łączenie go z rolą mamy. Kiedy do szydełkowych narad zaczęły dołączać koleżanki koleżanek koleżanek… zrozumiałam, że mogę pomyśleć o OPLOTKach na poważnie. W kategoriach azylu dla kobiet, które potrzebują takiego „darcia pierza 2.0”.

Na serio i z podejściem strategicznym

Wiedziałam, że głupotą byłoby oczekiwać, że już trafiłam na żyłę złota (czyt. znalazłam model biznesowy, który pozwoli bezszwowo połączyć pracę, dom i wielką pasję do rękodzieła) – i całe szczęście – bo zaczęłam szukać zewnętrznego wsparcia. Szukałam kogoś, kto oświeci mnie w kwestiach marketingu, strategii, planowania finansowego… Szukałam kogoś, kto powie, jak wypromować warsztaty szydełkowania na tyle, żeby można było dzięki temu popołudniami wyrywać się z domu na kilka godzin, podczas, gdy mąż bezpiecznie ogarnia maluszki…

Szukajcie, a znajdziecie 🙂

Oszczędzę Wam długiej listy szarlatanów biznesu, którzy niby uczą, ale nie do końca… niby dają narzędzia, ale sami żyją z ich sprzedawania, nie stosowania… na palcach jednej ręki mogłabym policzyć kursy, które wniosły jakąś głębszą refleksję, albo dały konkretne rezultaty dla mojej działalności. Antyreklamy nie będzie – no niestety nie potrafię – choćby poprzez szacunek dla dobrych chęci autorów tych programów – ale chętnie polecę dwie polski autorki programów rozwojowych online. Ola Budzyńska – która olśniła mnie życiowym podejściem w programie „Zorganizuj się w 21 dni” . No i oczywiście Ola Gościniak – której konkretny support w programie „Stwórz swój kurs online” pomógł mi osadzić wiedzę z ogólnoświatowego programu, w którym już pracowałam w polskich realiach.

Już spieszę donieść o tym ogólnoświatowym programie (brzmi górnolotnie, ale nie potrafię za chiny oddać ducha SOMBY (tutaj znajdziesz szczegóły) w inny sposób). We wrześniu 2017 roku trafiłam na webinar Sigrun (moja mentorka biznesowa, autorka programu SOMBA – Sigrun’s Online MBA). Totalnie oczarowana porcją konkretnej wiedzy, której od dawna bezskutecznie szukałam, dołączyłam do rocznego programu SOMBA ( Sigrun’s online MBA). Wielka (jak na ten czas) inwestycja finansowa była dla mnie deklaracją dla samej siebie:

TERAZ ALBO NIGDY

Myślałam, że program da mi odpowiedź, jak promować warsztaty i wyroby rękodzielnicze, żeby budżet się spinał… ale dostałam o wieeeeele więcej.  Już w pierwszym miesiącu wsiąkłam totalnie w bibliotekę programu (Somba to dostęp do pokaźnej bazy wideotutoriali z zakresu między innymi narzędzi do budowania biznesu online, mindsetu, mechanizmów budowania i automatyzacji procesów w firmie) – głowa kipiała od pomysłów, ale przede wszystkim, odkryłam, że jestem u progu czegoś wielkiego. Wtedy nie wiedziałam jeszcze jak, kiedy i co dokładnie, ale poziom inspiracji nieprzebranym bogactwem możliwości, jakie dawał online przygniótł mnie totalnie. Wrzesień i październik upłynął na intensywnym badaniu rynku i obmyślaniu strategii. W grudniu z powodzeniem sprzedałam swój pierwszy kurs szydełkowania online. Okazało się, że warsztaty stacjonarne są w stanie zaspokoić tylko ułamek potrzeb – niektórzy nie mogą dojechać, bo za daleko, niektórym nie pasuje termin, a większość chętnych, to – tak, jak ja – mamy z maluszkami, których ot tak nie da się nagle zutylizować. To strategiczne sesje w programie SOMBA i wsparcie świetnej społeczności uczestników programu pomogło mi dostrzec to, co przez ten cały czas miałam przed nosem – potrzeby mam takich, jak ja. Na nich oraz na tym, jak mogę podzielić się swoimi zasobami –  oparłam swój model biznesowy

Wariatka

Kiedy opowiadałam znajomym „po fachu”, jak zamierzam zbudować stabilny biznes w oparciu o rękodzieło, pukali się w czoło!

W Polsce?! Wśród przeciętnych Kowalskich, którzy ciągle mierzą przydatność wystroju wnętrza ceną?! W dobie takich potęg, jak Etsy, Pakamera, Showroom? Sprzedając przez internet rękodzielniczy know-how i gotowe produkty?! O-SZA-LA-ŁA!

A jednak nie do końca.

Zachęcona sukcesem szydełkowego kursu, zanurzyłam się w studiowaniu arkanów internetowej działalności biznesowej. Pilnie rozrysowywałam strukturę swojej działalności i ochoczo badałam potrzeby potencjalnych klientów. Zgłębiałam prawne aspekty i pokonywałam histeryczne RODO-fobie. Pracowałam głównie nad sobą – swoimi przekonaniami, że za usługi architekta mogę przyjmować zapłatę, ale przecież za wiedzę i doświadczenie z obszarów, które kultywowałam latami jako hobby, to przecież nie można (no nie mam dyplomu Polibudy, czy Berlińskiej uczelni architektonicznej z szydełkowania… no i na pewno nie mogę się pochwalić pakietem podyplomówek z rękodzieła, tak, jak to jest u mnie z architekturą). Zbierałam szczękę, dowiadując się, za jakie usługi płaci się w Europie, ile zarabiają specjaliści od dobrostanu psów, czy kotów i powoli pękały wszystkie tamy. Powódź poczucia misji była nie do powstrzymania. Każdy szydełkowy warsztat utwierdzał mnie w przekonaniu, że rękodzielniczki to pracowite kobiety o paletach kompetencji, które powalają na kolana, ale też kobiety, które rezygnują z siebie w imię macierzyństwa, społecznych stereotypów, braku wsparcia. Wiedziałam, że nic nie będzie już takie samo, kiedy poczułam, że mogę to zmieniać.

Dlaczego warto w grupie (choć nie jest łatwo)

Mogłabym długo opowiadać, co dał mi program SOMBA w kategoriach osobistego rozwoju, zmiany ograniczających mnie przekonań i jak wiele praktycznych narzędzi odkryłam dzięki wspólnemu analizowaniu modeli biznesowych społeczności zgromadzonej w programie. Jedna kluczowa lekcja okazała się przełomem. Kiedy uświadomiłam sobie, że wszystko, co mogłam osiągnąć sama, właściwie już mam. Work-life balance – rozumiany przeze mnie tak, że pracowałam, kiedy mogłam i czułam największą „wenę”.  Zarobki na poziomie, który daje podstawy do jako takiej stabilizacji i satysfakcję nie z tej ziemi – że wbrew wszystkim sceptykom udało się połączyć pasję, pracę i dom w jedną organiczną całość.  To wtedy zrozumiałam, że chcę więcej.

Chcesz iść szybko, idź sama, chcesz iść daleko, idź razem…

OPLOTKI cytat

Słowa Walta Disneya delikatnie pobrzękiwały podczas warsztatów, gdy spotykałam kobiety, które chciały dokładnie tego samego… żyć każdego dnia pełnią, jakby każdy dzień był ostatni, jakby od tego, czym podzielisz się dalej zależało Twoje jestestwo. Zawsze czułam, że w grupie tkwi potęga, ale dopiero SOMBA dała mi praktyczne narzędzia, jak kanalizować tę ogromną energię w mądry model biznesowy. Co przez to rozumiem? – Zero ciepłych etatów – maksimum kobiecej przedsiębiorczości.

I tak OPLOTKI stały się czymś więcej, niż tylko „darciem pierza 2.0” – Stały się ekosystemem wzrostu, wsparcia. Platforma wymiany informacji na temat najróżniejszych technik rękodzieła, jaką stała się społeczność OPLOTKI zaczęła żyć własnym życiem. Każda z nas jest artystką, ale jesteśmy też mamami, prawniczkami, nauczycielkami, lekarkami, specami od PR, social media, blogowania… jesteśmy stabilnymi ostojami domowych budżetów na przewidywalnych etatach, ale też szalonymi ryzykantkami, które kochają eksperymenty. Każda z nas ma niedoskonałości, ale suma naszych mocnych stron tworzy ekosystem wzrostu.

Karma wraca

Nieśmiała myśl zaczęła kołatać w głowie. „Podziel się, a pomnożysz” — nie pamiętam, gdzie usłyszałam ten cytat, jest ze mną odkąd pamiętam. Wrócił do mnie, kiedy kolejni rękodzielnicy zaczęli pytać „jak Ci się to udało?”. Cały czas miałam wrażenie, że jedyne, co mogę zrobić, to podzielić się programem, w którym sama znalazłam każdy rodzaj wsparcia, jaki był mi potrzebny, żeby zmagać się z wyzwaniami budowania i prowadzenia własnej działalności. Do dziś odruchowo kieruję do flagowego programu mojej mentorki Sigrun, ale wiem, że dla niektórych barierą w SOMBA jest język (na co dzień pracujemy po angielsku).

Powtarzające się pytania „jak Ci się to udało?”

Kiedy zrozumiałam, że skoro OPLOTKI to „rękodzieło dla wnętrz” i naturalną drogą rozwoju jest szukanie zespołu z zakresu innych technik, niż moje szydełko, przeznaczyłam bardzo dużo energii na dzielenie się wszystkim, co wiem. Zaprocentowało! – W bezpłatnej grupie „Oplotki and Friends – zarabiam na rękodziele” prowadziłam dyskusje na żywo, webinary, zachęcałam do dzielenia się wiedzą z innych, aczkolwiek pomocnych dziedzin (serdecznie dziękuję Karolinie za wsparcie prawne i blogową odpowiedź na najczęściej zadawane pytanie)  – w ten sposób znalazłam (i ciągle znajduję) twórców z innych dziedzin rękodzieła gotowych do pogłębiania swojej wiedzy zarówno w danej technice, jak i w zakresie prowadzenia własnej działalności. Twórcy, którzy czują, że teraz jest ich czas na zintensyfikowanie działań w kierunku własnego rozwoju, pracują tym intensywnej w płatnym programie „Akademia Rękodzielnika”, gdzie mają jeszcze większy dostęp do moich zasobów czasu i energii. Jeżeli od czasu do czasu dopada Cię myśl, żeby zrobić „coś” w kierunku zarabiania na rękodziele – wystarczy Ci suma wspólnej wiedzy w bezpłatnej grupie – śmiało zadasz tam nurtujące Cię pytania, ale jeżeli czujesz, że to TWÓJ CZAS i chcesz na poważnie podejść do swojej działalności rękodzielniczej w kategoriach stabilnego biznesu – wtedy polecam Akademię).  Nie każdy ma odwagę budować biznes w oparciu o rękodzieło, to długa i żmudna praca daleka od rzeczywistości insta-fotek… ale na dłuższa metę, nic nie daje takiej satysfakcji niż codzienne podążanie we własnym kierunku. Nie każdy musi budować biznes w oparciu o rękodzieło, dla wielu jest to odskocznia, relaks, odstresowanie od zabieganej codzienności. Każda z dróg jest ok! Jednak ciężko oczekiwać spektakularnych sukcesów bez pracy i im szybciej ta „naga prawda” dociera do nas, tym łatwiej zdecydować, czy rękodzieło to dla Ciebie hobby, czy również praca. Zbyt wiele nieudanych biznesów skończyło się trwałą nienawiścią do handmade-u, wielkimi frustracjami i zazdrością kanalizowaną hejtem w kierunku tych, którzy ciągle próbują lub (o zgrozo!) odnoszą sukcesy. Jeżeli mają być dochody – musi pojawić się praca – choćby najprzyjemniejsza — i (niestety) ilość wyprodukowanych, choćby najpiękniejszych, prac nie jest równoznaczna z zarobkiem.

Sukcesy?! Jakie sukcesy?!

No właśnie – dlaczego konstuując tę dokumentację Oplotkowych sukcesów z 2018 roku zaczynam od pewnej dozy wątpliwości? Bo te sukcesy to nie zawsze taka oczywista oczywistość. W epoce pre-dziecio-kambru… miarą sukcesu było puchnące konto i liczba podróży po świecie, które udało się wcisnąć w napięty grafik. Teraz sukces to dni, tygodnie, miesiące balansu między domem, pracą i własnymi potrzebami. Sukces to pilnowanie, żeby skrajności nie wkradały się w codzienność, a pieniądze były narzędziem do realizowania celów, a nie odwrotnie. Sukces – to poczucie, że w małe dziecięce głowy wtłaczam wartości, w myśl których sama żyję. A sukces biznesowy? – to poczucie, że biznes oprócz oczywistego płacenia rachunków, może również motywować (np. do kobiecej przedsiębiorczości, samorealizacji, szukania kompetencji w sobie, nie winy w całym świecie) i poczucie dobrej roboty (nie mówię, żeby od razu rzucać się w wir stowarzyszeniowej charytatywności, jak to u nas w przypadku darowizn na aukcje, czy warsztatów dla mniej uprzywilejowanych)  – takiej, która napawa dumą i pozwala zmusić się do wyjścia z łóżka nawet w najbardziej ponury, deszczowy dzień.

Dlatego – po tym przydługawym wstępie – zapraszam Cię do video-podsumowania 2018-go roku i małej zapowiedzi tego, co szykuję (szykujemy) dla Ciebie w najbliższym czasie 🙂

Wierzę, że ten tekst pozwoli Ci spoglądać na moje NASZE sukcesy i mierzyć je podobną miarą. Jeżeli czujesz, że mówię do Ciebie, o Tobie – pisz!  – agnieszka@oplotki.pl

 

 

Ps. Tekst napisałam w styczniu 2109 – świadomie czekałam z jego publikacją aż pół roku… bo widzę, że niektóre plany, cele zamierzenia potrafią wytrwać próbę czasu. Misja OPLOTKI się nie zmienia. Dążymy do promowania polskiego rękodzieła i kobiecej przedsiębiorczości wszelkimi sposobami… koniecznie podglądaj nasze kanały, a znajdziesz wsparcie, społeczność i przydatne know-how 🙂 Do zobaczenia!

Ps.2. Więcej informacji na temat SOMBA znajdziesz tutaj albo po prostu pisz agnieszka@oplotki.pl

 

14 sierpnia 2019/Autor aga gaczkowska
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2018/12/dsc1846.jpg 1360 2048 aga gaczkowska https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.png aga gaczkowska2019-08-14 06:57:552021-05-27 13:27:47SOMBA – moja biznesowa historia
BIBLIOTEKA HANDMADE BIZNES, RĘKODZIEŁO, Wszystkie wpisy

Sutasz: co to za technika? Biżuteria, materiały i możliwości

Sutasz to jedna z tych technik rękodzieła, które trudno pomylić z czymkolwiek innym.

Kolorowe sznurki układające się w charakterystyczne, miękkie linie, kamienie i koraliki otoczone precyzyjnym ściegiem, asymetryczne kompozycje, duże kolczyki, naszyjniki, bransoletki, broszki czy ozdobne zakładki.

Jeżeli pierwszy raz widzisz biżuterię sutaszową, możesz pomyśleć: jak właściwie się to robi?

I właśnie o tym jest ten tekst.

Poznasz bliżej technikę sutaszu, materiały wykorzystywane do jej wykonywania, możliwości, jakie daje, oraz historie dwóch twórczyń, które z sutaszem zbudowały własne twórcze światy.

Jedną z nich jest Jola Sroka ze Sroka Projekt, drugą Ewa Genge, z którą rozmawiałam w podcaście Oplotki.


Co to jest sutasz?

Sutasz to technika rękodzielnicza polegająca na zszywaniu specjalnych sznurków, często wokół kamieni, kaboszonów, koralików lub innych elementów dekoracyjnych.

Charakterystyczne sznurki mają odpowiednią konstrukcję, dzięki której można je formować w łuki, spirale, pętle i bardziej skomplikowane kompozycje.

To właśnie sposób prowadzenia i zszywania sznurków sprawia, że sutasz ma swój charakterystyczny wygląd.

W efekcie można uzyskać bardzo dekoracyjne, przestrzenne formy.

Najczęściej technika kojarzy się z biżuterią:

  • kolczykami,
  • naszyjnikami,
  • wisiorami,
  • bransoletkami,
  • broszkami,
  • pierścionkami.

Ale możliwości są znacznie większe.

Z sutaszu można wykonywać również ozdoby, dekoracje, zakładki do książek czy elementy użytkowe.

To technika, w której materiał sam w sobie staje się częścią kompozycji.


Jak wygląda praca w technice sutaszu?

W sutaszu nie wystarczy po prostu „przykleić” ozdobnych elementów do sznurka.

Charakterystyczne dla techniki jest precyzyjne zszywanie sznurków, często w taki sposób, aby otaczały one wybrany kamień czy kaboszon.

Potrzebna jest więc cierpliwość i dokładność.

Jednocześnie sutasz daje ogromne możliwości projektowe.

Sznurki występują w wielu kolorach, a do tego można dobierać różnego rodzaju:

  • kamienie,
  • kaboszony,
  • koraliki,
  • kryształki,
  • perełki,
  • chwosty,
  • muszelki,
  • inne elementy dekoracyjne.

Dlatego nawet korzystając z podobnych materiałów, dwie osoby mogą stworzyć zupełnie różne prace.

I właśnie ta możliwość tworzenia własnego stylu jest jedną z rzeczy, które w sutaszu przyciągają twórców.


Jakich materiałów potrzebujesz do sutaszu?

Podstawą jest oczywiście sznurek sutaszowy.

Do tego dochodzą elementy, które będą tworzyły kompozycję.

W zależności od projektu mogą to być:

  • kaboszony,
  • kamienie,
  • koraliki,
  • kryształki,
  • perełki,
  • chwosty,
  • inne ozdobne dodatki.

Potrzebujesz również igły i odpowiednich nici do zszywania elementów.

To właśnie dobór materiałów jest jednym z ciekawszych aspektów tej techniki.

Możesz pracować z bardzo podobną konstrukcją, ale zmieniając kolor sznurków, kamienie czy koraliki, uzyskać zupełnie inny efekt.

Dlatego sutasz może być:

minimalistyczny albo bardzo dekoracyjny,

stonowany albo pełen koloru,

geometryczny albo organiczny,

elegancki albo mocno boho.


Sutasz i biżuteria: dlaczego ta technika tak dobrze się sprawdza?

Sutasz szczególnie mocno kojarzy się z biżuterią.

I nietrudno zrozumieć dlaczego.

Sznurki pozwalają tworzyć formy, których nie uzyskalibyśmy w taki sam sposób przy wykorzystaniu tradycyjnej biżuterii wykonanej wyłącznie z metalu.

Można bawić się:

  • kolorem,
  • kształtem,
  • symetrią,
  • wielkością,
  • fakturą,
  • połączeniem różnych materiałów.

Powstają dzięki temu ozdoby, które mogą być bardzo mocnym elementem stylizacji.

Tak właśnie sutasz odkryła Jola Sroka ze Sroka Projekt.

Jak opowiadała, jej fascynacja zaczęła się od kontaktu ze sznurkami i kaboszonami.

Zachwyciło ją to, że można łączyć kolory i materiały w sposób, który daje zupełnie inne możliwości niż klasyczna biżuteria.

Jej prace poszły później mocno w stronę kolorowego, charakterystycznego stylu boho.

Na stronie Oplotki Jola opowiadała o swojej miłości do sutaszu, która trwała od 2011 roku, oraz o tym, jak z czasem zaczęła tworzyć własny rozpoznawalny styl.


Sutasz to nie tylko kopiowanie wzorów

To bardzo ważny element tej techniki.

Możesz nauczyć się podstawowego sposobu prowadzenia sznurków.

Możesz nauczyć się konkretnego ściegu.

Możesz wykonać prostą zakładkę albo pierwszy wisior.

Ale z czasem pojawia się pytanie:

co właściwie jest moje?

W rozmowie podcastowej Oplotki Ewa Genge zwracała uwagę właśnie na ten aspekt sutaszu.

Jej zdaniem każdy, kto zajmuje się tą techniką, musi z czasem znaleźć własny styl.

I trudno się z tym nie zgodzić.

Bo można nauczyć się techniki od kogoś innego, ale później można zacząć eksperymentować:

  • zmieniać proporcje,
  • łączyć kolory,
  • wybierać inne kamienie,
  • tworzyć własne kompozycje,
  • eksperymentować z asymetrią,
  • dodawać własne elementy.

W ten sposób technika staje się językiem, którym twórczyni może opowiedzieć coś własnego.


Ewa Genge: od pierwszego sutaszu do własnego stylu

Historia Ewy jest ciekawym przykładem tego, jak można wejść w tę technikę właściwie od zera.

Ewa opowiadała w podcaście, że po raz pierwszy zobaczyła biżuterię sutaszową w telewizji w 2013 roku.

I – jak sama mówiła – po prostu się zakochała.

Zwróciły jej uwagę przede wszystkim:

  • kolory,
  • kamienie,
  • różnorodność form,
  • możliwość tworzenia rzeczy innych niż klasyczna biżuteria.

Zaczęła więc szukać informacji w internecie, zamówiła materiały i zaczęła uczyć się z tutoriali.

Początki oczywiście nie były idealne.

Pierwsze prace były krzywe, pojawiały się błędy, a nawet problemy z materiałami.

Ewa wspominała, że pierwszą biżuterię szyła nawet żółtymi nićmi do dżinsów, ponieważ nie miała jeszcze odpowiednich nici.

Ale najważniejsze było coś innego:

chciała po prostu szyć.

I właśnie w ten sposób zaczęła rozwijać swoją technikę.


Sutasz wymaga cierpliwości

To technika, w której efekt końcowy może wyglądać bardzo efektownie, ale droga do niego wymaga pracy.

Precyzyjne prowadzenie sznurków.

Pilnowanie ich ułożenia.

Równe zszywanie.

Dopasowywanie elementów.

Dobieranie kolorów.

Praca z kamieniami i koralikami.

A później wykończenie gotowej pracy.

To wszystko sprawia, że wykonanie jednej rzeczy może zająć sporo czasu.

Ewa zwracała uwagę, że jej biżuteria jest bardzo czasochłonna.

Co więcej, nie tworzy seryjnie identycznych projektów.

Jak opowiadała, często każdy wisior jest inny, a sama kompozycja zmienia się jeszcze podczas szycia.

To ważna cecha rękodzieła.

Nie wszystko musi powstać według sztywnego projektu od początku do końca.

Czasami właśnie materiał i proces prowadzą twórczynię do ostatecznego efektu.


Czy sutasz jest trudny?

Na początku może być wymagający.

Zwłaszcza jeśli nie masz doświadczenia w precyzyjnym szyciu.

Ale jak w przypadku wielu technik rękodzielniczych, trudność zależy również od projektu, od którego zaczniesz.

Nie warto rozpoczynać od najbardziej skomplikowanej kompozycji.

Lepiej zacząć od prostszych form i nauczyć się:

  • jak prowadzić sznurki,
  • jak je zszywać,
  • jak utrzymywać odpowiednie napięcie,
  • jak osadzać element dekoracyjny,
  • jak wykańczać pracę.

Dopiero później można zwiększać poziom skomplikowania.

I właśnie dlatego pierwsze krzywe sznurki, uciekające koraliki czy rozprute fragmenty nie oznaczają, że „nie masz talentu do sutaszu”.

Oznaczają po prostu, że uczysz się nowej techniki.

Ewa wspominała w rozmowie, że kiedy patrzymy na prace osób, które tworzą od kilku czy kilkunastu lat, łatwo zapominamy, że one również kiedyś zaczynały od pierwszego wbicia igły.


Co można zrobić techniką sutaszu?

Najbardziej oczywistą odpowiedzią jest oczywiście:

Biżuterię.

Ale nie tylko.

Kolczyki

Małe i delikatne albo duże, asymetryczne i mocno dekoracyjne.

Naszyjniki i wisior

Sutasz pozwala tworzyć rozbudowane kompozycje, w których kamień lub kaboszon może stać się centralnym punktem całego projektu.

Bransoletki

Można tworzyć zarówno proste, jak i bardziej rozbudowane formy.

Broszki

Sutasz świetnie sprawdza się także jako technika do tworzenia ozdób przypinanych do ubrań czy dodatków.

Zakładki

To ciekawy sposób na wykorzystanie techniki również poza klasyczną biżuterią.

Dekoracje

Jeżeli potraktujesz sutasz szerzej niż jako technikę biżuteryjną, możliwości zaczynają się jeszcze bardziej rozszerzać.


Sutasz jako sposób na znalezienie własnego stylu

W tej technice szczególnie dobrze widać, jak z czasem rękodzielniczka przechodzi od:

„umiem zrobić sutasz”

do:

„wiadomo, że to jest moje”.

To dwie różne rzeczy.

Pierwsza oznacza opanowanie techniki.

Druga – zbudowanie własnego języka wizualnego.

Możesz mieć charakterystyczny sposób łączenia kolorów.

Możesz wybierać określony rodzaj kamieni.

Możesz tworzyć asymetryczne formy.

Możesz konsekwentnie pracować w określonym klimacie.

Możesz połączyć sutasz z innymi materiałami.

Właśnie w tę stronę poszła między innymi Jola Sroka, której sutasz kojarzy się z kolorami i klimatem boho.

Ewa z kolei rozwinęła wokół techniki również działalność edukacyjną – prowadziła warsztaty, szkolenia online i społeczność osób uczących się sutaszu.

To pokazuje jeszcze jedną rzecz:

jedna technika rękodzieła może stać się podstawą bardzo różnych ścieżek.

Możesz tworzyć dla siebie.

Możesz sprzedawać gotowe prace.

Możesz wykonywać zamówienia.

Możesz prowadzić warsztaty.

Możesz uczyć online.

Możesz budować społeczność wokół techniki.


Sutasz online: technika, którą można pokazać na wiele sposobów

Ewa zwracała uwagę również na to, jak internet zmienił możliwości osób zajmujących się rękodziełem.

Jej własna biżuteria była sprzedawana przede wszystkim przez internet.

Dzięki temu nie była ograniczona wyłącznie do lokalnego rynku.

To szczególnie istotne w przypadku tak charakterystycznej techniki jak sutasz.

Jeżeli w Twojej miejscowości niewiele osób wie, czym jest sutasz, nie oznacza to, że nie ma osób zainteresowanych taką biżuterią.

Internet pozwala znaleźć osoby, które:

  • szukają konkretnego stylu biżuterii,
  • chcą kupić ręcznie wykonaną ozdobę,
  • interesują się techniką,
  • chcą nauczyć się sutaszu,
  • szukają inspiracji,
  • chcą dołączyć do społeczności innych twórczyń.

Dlatego technika rękodzielnicza może być jednocześnie materiałem do tworzenia i tematem, wokół którego budujesz swoją markę.


Czy sutasz może być dla Ciebie?

Jeżeli lubisz:

  • precyzyjną pracę ręczną,
  • kolory,
  • kamienie i koraliki,
  • projektowanie własnych kompozycji,
  • biżuterię,
  • eksperymentowanie z formą,
  • pracę wymagającą cierpliwości,

sutasz może być techniką wartą wypróbowania.

Nie musisz od razu planować kolekcji biżuterii.

Nie musisz wiedzieć, czy będziesz ją sprzedawać.

Nie musisz mieć własnego stylu pierwszego dnia.

Możesz po prostu zacząć od jednego projektu.

Od pierwszego sznurka.

Od pierwszego wbicia igły.

Od pierwszej – prawdopodobnie trochę krzywej – kompozycji.

Bo właśnie tak zaczynała również Ewa.


Sutasz: najważniejsze informacje w skrócie

Sutasz to technika rękodzielnicza polegająca na zszywaniu specjalnych sznurków, często wokół kamieni, kaboszonów i koralików.

Najczęściej wykorzystuje się ją do tworzenia biżuterii, ale możliwości są szersze.

Podstawowe materiały to sznurki sutaszowe, nici, igła oraz elementy dekoracyjne – między innymi kamienie, kaboszony i koraliki.

Technika wymaga precyzji i cierpliwości, szczególnie przy bardziej skomplikowanych projektach.

Nie ma jednego stylu sutaszu. Ta sama technika może prowadzić do bardzo różnych efektów wizualnych.

Własny styl rozwija się z czasem, poprzez eksperymentowanie z materiałami, kolorami i formą.

Sutasz może być hobby, ale może też stać się podstawą marki handmade – sprzedaży biżuterii, warsztatów, kursów czy społeczności.


Chcesz poznać więcej technik rękodzieła?

Sutasz to tylko jedna z wielu technik, które możesz odkryć.

Jeżeli szukasz czegoś nowego do wypróbowania, zajrzyj do warsztatów rękodzieła Oplotki.

Znajdziesz tam różne techniki i formaty – od spotkań stacjonarnych po naukę online.

[LINK: Warsztaty rękodzieła Oplotki]

A jeśli chcesz zobaczyć, jak konkretne twórczynie zamieniają swoją technikę w coś więcej niż samo tworzenie, posłuchaj również podcastu Oplotki.

W rozmowie z Ewą Genge znajdziesz dużo więcej o jej drodze od pierwszego sutaszu do własnej marki, nauczania i społeczności wokół tej techniki.

Podcast Oplotki – rozmowa z Ewą Genge:


Sutasz nie musi wyglądać tak samo u każdej osoby

I chyba właśnie to jest w tej technice najciekawsze.

Możesz nauczyć się podstaw.

Możesz poznać materiały.

Możesz powtórzyć pierwszy projekt.

Ale później zaczyna się najciekawsza część:

co zrobisz z tą techniką po swojemu?

Bo rękodzieło nie kończy się na opanowaniu instrukcji.

Instrukcja pokazuje Ci, jak zrobić.

Twórczość zaczyna się wtedy, kiedy zaczynasz pytać:

„A co, jeśli zrobię to inaczej?”

Poniżej cytuję wypowiedź Joli za „Sroka Projekt” :

Mam na imię Jola i jestem właścicielką polskiej marki rękodzielniczej Sroka-Projekt. Handmade to moje drugie imię. Od dziecka. Mając pięć lat, zrobiłam swój pierwszy (krzywy jak piramida demograficzna liczby kobiet w Polsce) szalik na drutach. Potem było szydełko, haft… Jednak kluczem do tego, kim jestem dzisiaj, było wyszukiwanie pokazów mody w telewizji oraz… tłuczenie młotkiem podwórkowych kamieni i podziwianie w słońcu ich wyjątkowej, mieniącej się struktury.

Dzisiaj nie rozbijam już kamieni. Dzisiaj jestem dziewczyną po uszy zakochaną w sutaszu. Kocham go miłością wielką, nieustannie od 2011 roku i właściwie od pierwszego wejrzenia.

Co mnie przyciągnęło do sutaszu?

Pamiętam to wrażenie przy pierwszym zetknięciu się ze sznurkami… gładkie, ciepłe, posłusznie układały się w dłoni. A kaboszony… na początku tylko niebieskie, bo to mój ulubiony kolor. Oczami wyobraźni widziałam, jak sznurki wiją się radośnie wokół koralików, układają się w kolorową, harmonijnie dobraną całość. Wiedziałam, że potrafię z nich wyczarować wszystko, co mi w duszy gra… Dopiero po pewnym czasie do niebieskich kaboszonów dołączyły kolory, następnie chwosty, pompony, muszelki…

Rękodzieło na wysokich obcasach

Jednak nie od razu pokazałam swoje prace światu. Zrobiłam to w momencie, gdy dotarło do mnie, że rękodzieło to nie tylko kapcie od babci i sweter w renifery. Postanowiłam, że moje rękodzieło będzie jak wybiegu — będzie stało na bardzo wysokich obcasach (co najmniej dwunastocentymetrowych !) i będzie tak niepowtarzalne, jak wspomniane wcześniej, rozbite kamienie.

Sutasz w klimacie boho

Dzisiaj tworzę tak, jak czuję, w klimacie boho. Uwielbienie kolorów, doświadczenie w szyciu oraz sto pomysłów na projekt  procentują. Ufam sobie. Projektuję. Szyję. A potem ubieram w swoją biżuterię wszystkie kobiety, które chcą pokazywać swoją wyjątkowość, chcą się nią cieszyć i bawić (jejejejeje!).

Aktualnie moją biżuterię noszą nie tylko Polki, ale i Europejki, Amerykanki, Japonki czy Australijki.

Wszystko to dzięki intuicji, która pomagała mi podejmować dobre (jeśli nie najlepsze) decyzje w życiu, która przewrotnie zrobiła ze mnie — rodowitej mieszczki kujawskiej z dzikim planem życia w Hiszpanii — mieszkającą na wsi Podlasiankę. Dzięki niej zrozumiałam, że mała miejscowość nie jest przeszkodą, tylko wyzwaniem w byciu modnym i oryginalnym. Że bycie jedyną kobietą w domu wśród pięciu mężczyzn (dla jasności mąż jest jeden, reszta to synowie) tylko dopinguje mnie do eksponowania swych damskich walorów, a rola matki nie  psuje wizji własnego pasjo-zawodu.

Jestem przekonana, że rękodzieło to nie tylko mój sposób na życie. To również misja umacniania kobiet w poczuciu ich własnego stylu, odkrywania w nich najpiękniejszych emocji i zadbania o swą indywidualność.

Po więcej informacji o technikach rękodzieła wskakuj na stronę poświęconą WARSZTATOM RĘKODZIEŁA

Chcesz budować działalność opartą o rękodzieło – sprawdź BIBLIOTEKĘ BIZNESU HANDMADE

20 lutego 2019/Autor oplotki
https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2019/01/szablon-bloga-poziom.png 800 1200 oplotki https://oplotki.pl/wp-content/uploads/2021/01/logo-oplotki.png oplotki2019-02-20 07:12:442026-09-18 14:12:09Sutasz: co to za technika? Biżuteria, materiały i możliwości

SPRAWDŹ NASZ KALENDARZ:

Zobacz najbliższe wydarzenia

Ostatnie wpisy

  • Warsztaty robienia świec w Poznaniu:OPLOTKI
  • Warsztaty witrażu w Poznaniu: rękodzieło | OPLOTKI
  • Jak wrócić do biznesu po przerwie? Nie zaczynaj od zera
  • Nie bój się niszy w rękodziele. Węższa grupa klientek może oznaczać większą sprzedaż
  • Jak rozwijać biznes handmade krok po kroku? Od hobby do skalowania

Sprawdź ulubione produkty naszej społeczności. Kliknij grafikę, aby dowiedzieć się więcej:

© Oplotki.pl 2021 | pomoc@oplotki.pl| agnieszka@oplotki.pl | Newsletter | Polityka Prywatności | Regulamin Sklepu Oplotki
Strona używa plików cookie. Korzystanie ze strony oznacza zgodę na zapisywanie plików cookie na urządzeniu (dysku) użytkownika.
 

Scroll to top Scroll to top Scroll to top