Agnieszka Gaczkowska

Prowadzę Oplotki od 2010 roku. Zbudowałam system afiliacyjny, który pozwala mi skalować sprzedaż kursów bez zwiększania budżetu na reklamę. W tym wpisie pokazuję Ci dokładnie, jak to zrobić u siebie, bez teoretyzowania.

Masz kurs online, który sprzedaje się dobrze. Widzisz jednak sufit. Reklamy Meta drożeją z kwartału na kwartał, organiczny zasięg Instagrama spadł, a Ty nie masz mocy ani zespołu na kolejny lejek sprzedażowy. Brzmi znajomo?

System afiliacyjny to dźwignia, której nie wykorzystuje 90% twórczyń kursów w Polsce. Nie dlatego, że nie działa. Dlatego, że myślimy o afiliacji tak, jak rozumieliśmy ją 10 lat temu, jako o blogerce polecającej płatki śniadaniowe za prowizję.

W 2026 roku afiliacja dla przedsiębiorczyni prowadzącej własny kurs online wygląda zupełnie inaczej. I o tym jest ten wpis.

Ten wpis jest dla Ciebie, jeśli:

  • Prowadzisz własny kurs online (albo cykliczne warsztaty, subskrypcję, członkostwo)
  • Twoje roczne przychody to 100 000 – 1 000 000 zł
  • Masz już działający produkt, szukasz kanału skalowania, nie pierwszych klientek
  • Nie chcesz zatrudniać zespołu sprzedażowego ani budować drugiego lejka

To NIE jest wpis dla Ciebie, jeśli: dopiero zaczynasz, nie masz jeszcze produktu, albo szukasz sposobu na pasywny dochód przez polecanie cudzych kursów (to inna strategia — o niej piszę osobno).

Dlaczego piszę ten wpis teraz (i dlaczego zmieniłam zdanie)

Kilka lat temu, kiedy w ogóle myślałam o afiliacji, miałam z tyłu głowy scenariusz z blogerkami-sprzedawczyniami: jedna poleca płatki kukurydziane, za chwilę wyskakuje z owsianką, minutkę później opowiada, jakie to parówki firmy X smaczne. A w kolejnym tygodniu jest już na diecie wegańskiej, bo bonusy za kotlety sojowe poszły w górę.

Męczące. Długo wierzyłam, że taki model totalnie nie jest dla mnie.

Zmieniłam zdanie, kiedy zobaczyłam, jak afiliację wykorzystują dojrzałe przedsiębiorczynie z ugruntowanymi markami — nie jako dodatkowy dochód z polecania byle czego, tylko jako precyzyjne narzędzie do skalowania sprzedaży własnego produktu. Kiedy szukałam dobrego programu do nauki konkretnego oprogramowania, skorzystałam z polecenia specjalisty, okazało się, że zarobił na tym poleceniu. Kiedy szukałam sensownego hostingu, poleciła mi go specjalistka od WordPressa, która otwarcie opowiedziała o współpracy z tym dostawcą i wręcz poinformowała mnie o swoim zarobku w przypadku mojej decyzji zakupowej.

Zaufałam obu. Kupiłam przez oba polecenia.

I wtedy zrozumiałam coś, co dziś leży u fundamentu mojego własnego programu afiliacyjnego w Oplotki:

Ludzie nie kupują produktu, który jest polecany. Kupują przez człowieka, któremu ufają i który akurat ten konkretny produkt im polecił.

Skoro ktoś podpisuje się pod Twoim produktem swoim własnym imieniem i nazwiskiem, to Twój program afiliacyjny jest w praktyce siecią ambasadorek, które dzielą z Tobą ryzyko wiarygodności. To jest diabelnie silna dźwignia. I od 5 lat testuję ją w Oplotki.

Matematyka sufitu reklamowego: dlaczego afiliacja musi być w Twoim miksie makretingowym

Zacznijmy od liczb, które pewnie znasz z własnego Meta Ads Managera. Koszt CPC (kliknięcia reklamy) w polskiej niszy edukacji online podwoił się w ciągu ostatnich trzech lat. Jeśli w 2022 dorwałaś klientkę za 40-60 zł kosztu pozyskania, dzisiaj płacisz 90-140 zł. A Twoja klientka jest ta sama, to Ty płacisz więcej za mniejszy dostęp do niej.

Dodaj do tego spadek organicznego zasięgu Instagrama o kolejne 40% od 2023, zmiany algorytmu Facebooka, które wyciszyły grupy, oraz to, że mailingi otwiera coraz mniejszy procent Twojej bazy. Te cztery trendy razem tworzą sufit, przez który nie przebijesz się samym zwiększaniem budżetu. Po prostu matematyka.

Program afiliacyjny omija ten sufit. Zamiast płacić platformie za dostęp do cudzej uwagi, płacisz osobie, która już ma zaufanie Twojej klientki. Prowizja 30% od sprzedaży kursu za 1500 zł to 450 zł. To porównywalne z kosztem pozyskania przez Meta Ads, ale prowizję płacisz dopiero po sprzedaży, a nie za samo kliknięcie. I dostajesz bonus w postaci społecznego dowodu słuszności, którego reklama nie kupi.

Jak wygląda mój system afiliacyjny w Oplotki

Zanim dam Ci konkretne kroki, pokazuję, jak to wygląda u mnie — nie żeby pochwalić się liczbami, tylko żebyś miała punkt odniesienia, gdy będziesz projektować swój.

  • Program działa od: 2022
  • Liczba aktywnych partnerek: 9 (aktywnych = co najmniej 1 sprzedaż w ostatnim kwartale)
  • Średnia prowizja: 10% od sprzedaży kursu (partnerki premium: więcej %)
  • Czas, który poświęcam miesięcznie na program: ok. 1-4 godzin (raportowanie, wypłaty, komunikacja z partnerkami)
  • Narzędzie: wtyczka WooCommerce Affiliate

Co istotne: nie rekrutuję partnerek masowo. Mój program jest selektywny. Każdą partnerkę znam osobiście albo zweryfikowałam jej markę, zanim zaprosiłam. Najczęściej to po prostu moje zadowolone klientki. To nie przypadek, to zasada.

5-10 dobrze dobranych partnerek da Ci 80% rezultatów, których szukasz. 100 przypadkowych partnerek da Ci bałagan administracyjny i rozmyty przekaz marki.

5 kroków uruchomienia programu afiliacyjnego dla Twojego kursu

To nie jest lista inspirująca. To jest checklista, którą sama przechodziłam i którą przechodzi każda uczestniczka kursu Afiliacja 2.0 . Jeśli któryś krok Ci umknie, cały system się rozjeżdża.

Krok 1. Wybór narzędzia — dopasuj je do skali, nie do trendów

Jeśli sprzedajesz kurs przez WooCommerce zainstaluj wtyczkę do afiliacji. Jeśli używasz Easy Digital Downloads — oficjalna wtyczka EDD Commissions. Jeśli sprzedajesz przez platformę kursową (LearnWorlds, Teachable, Kajabi) mają wbudowane moduły afiliacyjne, zacznij od nich.

Zewnętrzne platformy typu FirstPromoter, Tapfiliate czy PartnerStack rozważ dopiero, gdy masz 20+ aktywnych partnerek albo sprzedajesz w wielu walutach. Przed tym progiem to strzelanie z armaty do wróbla i dodatkowy koszt 90-200 USD/miesiąc, który na 5 partnerkach się nie zwraca.

Krok 2. Ustalenie prowizji: zrób to na matematyce, nie na przeczuciu

Rynkowy standard dla kursów online w Polsce to 20-40% prowizji od sprzedaży. Jak zdecydować, gdzie się ustawić?

  • 20-25% — kurs z wysoką marżą i niską ceną (poniżej 500 zł), albo kurs, w którym masz znaczące koszty ukończenia (mentoring, sprzęt)
  • 30% — standard dla typowego kursu online 800-3000 zł, gdzie marża to 80-90%
  • 40-45% — dla kursów premium (powyżej 3000 zł), gdzie wysoka prowizja buduje lojalność partnerek i pozwala im zainwestować w promocję

Sprawdź, co zostaje Ci po prowizji i po kosztach platformy, VAT, mentoringu. Jeśli wychodzi mniej niż 40% ceny — obniż prowizję albo podnieś cenę kursu. Nigdy nie uruchamiaj programu, w którym sprzedaż przez afiliantkę jest dla Ciebie mniej opłacalna niż sprzedaż własna.

Krok 3. Materiały dla partnerek: nie licz, że wymyślą to za Ciebie

Najczęstszy błąd początkujących programów: „wysłałam link afiliacyjny i nic się nie dzieje”. Bo sam link to nie jest oferta, tylko adres. Twoje partnerki potrzebują gotowego zestawu:

  • 3-5 gotowych postów na Instagram / LinkedIn (z zachętą do edytowania pod swój głos, nie copy-paste)
  • 2 szablony emaili do wysłania na listę (krótki + długi)
  • Pakiet grafik (posty, stories, header na bloga)
  • 1-stronicowy „brief produktu”: dla kogo, problem, efekt, cena, gwarancja
  • Specjalny kod rabatowy dla audytorium partnerki (np. -10% dla jej klientek): podwaja konwersję

Jeśli te materiały są dobre, Twoje partnerki samodzielnie uruchomią promocję. Jeśli są słabe albo nie ma ich wcale, program umrze po 2 miesiącach.

Krok 4. Rekrutacja pierwszych 5-10 partnerek: imiona i nazwiska, nie formularze

Nie otwieraj publicznego naboru. Nie rób posta „kto chce zarobić, zgłoś się”. To przyciągnie ludzi, których Twoja marka nie potrzebuje.

Zamiast tego: zrób listę 15-20 przedsiębiorczyń, które już dzielą Twoją klientkę docelową, ale nie konkurują z Twoim produktem. Wyślij każdej indywidualną wiadomość : zaproszenie, nie ogłoszenie. Pokaż, że rozumiesz jej biznes. Zaoferuj, nie proś.

Z 20 zaproszeń prawdopodobnie 5-8 odpowie pozytywnie. To jest Twój startowy krąg. Resztę zbudujesz później, przez referencje od pierwszych partnerek.

Krok 5. System raportowania i wypłat: automatyzuj od początku

Miesięczny cykl:

  1. 1. dnia miesiąca: automatyczny raport z narzędzia do każdej partnerki: ile sprzedała, ile należności
  2. do 10. dnia: partnerki wystawiają FV za prowizję (szablon dostajesz w kursie)
  3. do 15. dnia: Ty wypłacasz prowizje (grupowy przelew, jeden zrzut ekranu do każdej)
  4. raz na kwartał: spotkanie online z partnerkami: co działa, co nie, jakie nowe materiały są potrzebne

Ten cykl można obsłużyć na programie z 15 partnerkami w mniej niż 6 godzin miesięcznie. Ale tylko wtedy, gdy od pierwszego dnia masz to wszystko opisane i zautomatyzowane.

Najczęstsze błędy przy uruchamianiu programu afiliacyjnego

Z tego, co widzę u innych przedsiębiorczyń (i co sama popełniłam na początku):

  • Zbyt niska prowizja: „nie chcę dawać 30%, oddam 10%”. Efekt: żadna poważna partnerka nie zainwestuje czasu w promowanie czegoś, co jej daje 50 zł od sprzedaży za 500 zł
  • Program publiczny dla każdego: rozwadnia jakość rekomendacji, zamienia Twoją markę w supermarket
  • Brak materiałów: link bez kontekstu nie sprzedaje
  • Opóźnione wypłaty: partnerka, która czeka 60 dni na 450 zł prowizji, więcej nie poleci
  • Brak komunikacji: program to relacja, nie tabelka w Excelu
  • Afiliacja zamiast marki: jeśli nie masz jeszcze mocnej marki i dobrego produktu, program afiliacyjny tego nie naprawi. Najpierw produkt, potem skalowanie

Kiedy afiliacja NIE zadziała dla Twojego kursu

Muszę być z Tobą uczciwa. Program afiliacyjny to nie jest uniwersalne rozwiązanie. W kilku sytuacjach lepiej w ogóle go nie uruchamiaj:

Kurs kosztuje poniżej 300 zł. Prowizja 30% to 90 zł. Dla partnerki niewarte zachodu: nie będzie promować poważnie. Zostaw afiliację na premium ofertę.

Nie masz jeszcze wypracowanego procesu sprzedaży. Jeśli sama nie wiesz, dlaczego Twoje klientki kupują (albo dlaczego nie kupują), partnerki nie wymyślą tego za Ciebie.

Twoja marka jest w fazie zmiany. Jeśli właśnie repozycjonujesz ofertę, zmieniasz nazwę, przechodzisz kryzys marki, wstrzymaj program. Niestabilna marka w rękach kilku partnerek zrobi więcej szkody niż pożytku.

I jeszcze jedna rzecz, o której chcę otwarcie powiedzieć: czasem sama wyjdziesz z programu, w którym byłaś afiliantką. Ja zrobiłam to kilka lat temu: byłam afiliantką książki, z której osobiście skorzystałam, ale strategia autorki poszła w kierunku maksymalnego zarabiania, coraz mniej w tym było pierwotnej misji i relacji z człowiekiem. Wycofałam się, choć pieniądze były przyzwoite. Bo tak można. I powinnaś tego samego oczekiwać od swoich partnerek, że odejdą, jeśli Twój produkt albo strategia przestanie im odpowiadać. To jest zdrowe. To jest ambasadorstwo, nie handel.

Co zyskujesz, kiedy ten system zaczyna działać

Po 12 miesiącach dobrze ustawionego programu z 8-15 partnerkami, przedsiębiorczynie, z którymi pracuję, raportują zazwyczaj:

  • 15-25% przychodu kursu z kanału afiliacyjnego (przy założeniu aktywnej pielęgnacji)
  • Spadek CAC (kosztu pozyskania klientki) o 30-50% w stosunku do Meta Ads
  • Wyższa konwersja + klientki przychodzące z polecenia kupują szybciej i rzadziej żądają zwrotu
  • Społeczny dowód słuszności, którego reklama nigdy Ci nie kupi
  • Sieć ambasadorek, która polecałaby Cię nawet bez prowizji — ale prowizja jest uczciwym podziękowaniem

Chcesz zbudować własny program afiliacyjny krok po kroku?

W kursie Afiliacja 2.0 pokazuję Ci dokładnie ten sam system, który wykorzystuję w Oplotki od 5 lat, z szablonami, skryptami rekrutacyjnymi, checklistami i gotowymi materiałami dla Twoich partnerek.

Zobacz kurs Afiliacja 2.0 →

Dla przedsiębiorczyń od 100k zł rocznego przychodu. Nie dla początkujących afiliantek.

Pomnożysz, dzieląc się

Zakładam, że dzielimy się tym, co wartościowe. I w myśl tej zasady działa cała moja afiliacyjna aktywność — zarówno jako osoby, która uruchomiła własny program, jak i jako osoby, która korzysta z programów innych.

Nie znoszę pierdół. To strata cennego czasu, który już do nas nie wróci. Jeżeli prowadzisz wartościowy kurs, dajesz ludziom realną zmianę, a potem martwisz się, że „nie wypada” zbudować programu, w którym ktoś zarabia na tym, co i tak poleca — odpuść sobie ten skrypt. To jest świetne narzędzie, żeby zarabiać na produkcie, który jest dobry, wspierając kogoś, kto robi dobrą robotę. Wygrywamy wszyscy. Nie ma tu ofiar, wykorzystanych, czy przegranych.

Nie daj się wbić w przekonanie, że zarabianie jest złe. Jesteś wartościową, mądrą kobietą, która ma ważne rzeczy światu do powiedzenia — ale świat tak działa, że zaczynasz być słyszana wtedy, kiedy zasięg Twojej działalności wzrośnie. Pieniądze mogą tylko temu pomóc. Afiliacja to świetne narzędzie do dywersyfikowania strumieni przychodu w Twoim biznesie, poprzez dzielenie się tym, co naprawdę służy Tobie i Twoim klientkom.

Jeśli chcesz iść ze mną tą drogą — dołącz do Afiliacji 2.0 Pokażę Ci wszystko, co wiem.

Zobacz też: Historia marki Oplotki — słowami twórczyni · Biblioteka Biznesowa dla Handmade

O Afiliacji rozmawiamy często podczas naszych spotkań mastermind.

Sprawdź, czy to rozmowy dla Ciebie: MASTERMIND>>>


Zastanawiasz się, czy ten „onlajn” jest wszędzie?!? Czy to tylko „królestwo” biznesowych coachów i coraz powszechniejszych e-booków?

Złapałam się na tym, że kiedy mam z czymś problem, albo chcę popracować nad jakimś wyzwaniem…szukam speca i sprawdzam, czego mogę się od niego/niej nauczyć. Wybieram interesujący mnie program w dostępnym dla mnie przedziale cenowym i działam. Coraz częściej robię to właśnie online.

Od czasu, kiedy sama mocno inwestuję w rozwój i uczę się na potęgę, spotykam na swojej drodze coraz więcej kobiet zakochanych w tym, co robią… a dzięki temu robią, to co robią na takim poziomie, że nie zawaham się użyć trochę nadużywanego ostatnio słowa EKSPERTKI!

Czuję, że kobiety to bardzo niedoceniana potęga na wielu płaszczyznach.

Często skromne, „schowane”…eksplodują wiedzą i praktycznymi sposobami na rozwiązywanie konkretnych problemów… tryskają patentami na wyzwania, jak niewyczerpalne źródełka!

Postanowiłam zebrać w jednym artykule krótkie notki na temat koleżanek, które robią kawał dobrej roboty, żeby pchać ten nasz świat do przodu. Wierzę, że jeżeli nie Tobie, to ich ekspertyza może mocno pomóc komuś z Twoich bliskich.

Zatem do dzieła!

SOMBAs to FOLLOW in 2019

Czyli krótka, subiektywna lista koleżanek z programu online MBA, których usługi i produkty polecam z całego serca. SOMBA – tutaj znajdziesz info o programie.

Kasia Krasucka – tłumaczka i pasjonatka języków obcych, która z powodzeniem łączy metody motywowania do nauki z praktycznym podejściem do procesu przyswajania wiedzy w autorskich programach nauki języka duńskiego (dla Polaków) online. Kasię znajdziecie tutaj : www.KasiaDK.

Edith A. Moik – terapeutka, life coach, autorka programu rozwojowego dla kobiet “I’m Enough” oraz edukatorka mieszkająca w Norwegii, właścicielka athandTherapy i szkoły języka angielskiego i norweskiego oraz coachingu językowego off to learn. Edith łączy doświadczenia z wielu dziedzin, aby nauczyć praktycznych sposobów na “ruszenie z miejsca”, motywację do działania i osiągnięcia postawionego celu, a jej techniki coachingowe przynoszą pozytywne zmiany na wszystkich płaszczyznach życia oraz pomagają w codziennych wyzwaniach. Jej motto to: Twoje życie nie stanie się lepsze dzięki przypadkowi, Twoje życie stanie się lepsze dzięki zmianie.

Ania Jurek – właścicielka marki Xborder Anna Jurek-Jellonek, która wspiera cudzoziemców w procesie podchodzenia do polskich egzaminów językowych umożliwiających uzyskanie obywatelstwa. Jej prawnicze „zaplecze” i umiejętności językowe sprawiają, że jest idealną osobą, do której zwrócisz się o wsparcie, które wykracza daleko poza tylko naukę języka.

Gosia Kozłowska – anglistka i fizjoterapeutka, która bezszwowo łączy metody przekazywania swojej ekspertyzy w autorskich programach pracy online. Warto podglądać projekt „Pełnia Mocy” 

Esther de Charon de Saint Germain to kobieta, której program “BRAVE BRANDING ACADEMY” uczy, jak wielki potencjał i piękno drzemie w naszej odmienności. Wyszukuje perełek indywidualnych cech i pomaga przekształcić w unikalny, rozpoznawalny styl. Niewątpliwie dodaje skrzydeł do działania na wszystkich płaszczyznach kobiecych pól walk w naszych małych codziennych wojnach.

Insa Künke to tzw. „go to person” kiedy przed Tobą ważna mowa, wystąpienie, TEDx albo po prostu czujesz, że chcesz popracować nad „mową życia” . Lata doświadczenia w pisaniu tekstów dały jej solidne fundamenty, a coraz „większe” mowy jej podopiecznych pozwalają mi zakładać, że już nie tylko po niemiecku, ale niedługo również po angielsku będzie prowadziła swoją działalność.

Iris Seng wspiera klientów w takich obszarach jak storytelling, rozwój osobisty, Leadership. Łączy nas architektura. Autorskie programy online pozwalają jej na przekazywanie wieloletniego doświadczenia w tym obszarze i przekładania go na szersze niż tylko ta branża obszary ekspertyzy. https://irisseng.com/

Sif Traustadottir wśród uczestników SOMBA znana, jako “Sif the Vet“ . Choć z zawodu jest weterynarzem, to pracuje głównie z ludźmi, pomagając im w zrozumieniu, w jaki sposób wpływać na zachowanie I dobrostan swoich pupili. Jej autorski program online na temat tego, jak „oduczyć” psy szczekania na obcych robi furorę w sieci.

Anke Beeren (https://www.anke-beeren.de/) poznałam dlatego, że zwyciężyła w SOMBA SUMMER SCHOOL (wyzwanie stworzenia własnego kursu online w czasie wakacji) – edycja 2018 była pełna emocji i to właśnie wtedy zaczęłam się przyglądać temu, co robi Anke. Organizuje grupy mastermind (na razie głównie niemieckojęzyczne) dla przedsiębiorczyń, a jako że idea mastermindu jest mi ogromnie bliska, uważnie podglądam to, co robi.

Jeanet Bathoorn (https://www.freedomentrepreneurcruise.com/) jak sama nazywa swoją działalność, jest „freedom enterpreneur”  jej ostatni projekt to rejs dla przedsiębiorców. Wakacje i biznesowy mastermind 2 w 1. Świetna idea!

Elisabeth Engel Energy-Coach dla bardzo wrażliwych. Empatia i ciepło, które bije od tej mentorki, pozwala w bezpiecznej atmosferze uczyć się stawiania granic i asertywności nawet osobom, które nie czuły się na siłach na taki krok. https://www.elisabeth-engel.com/

Judy Rafat wokalistka jazzowa z Toronto, nauczycielka śpiewu. Podziwiam za ładunek pozytywnej energii, którym obdzieliłaby ze 3 pokolenia. Znajdziecie ją tutaj: https://www.judyrafat.de/

Maria Husch “Raumexpertin”, – Architekt I kuratorka społeczności “ I LOVE MY HOME”. Znajdziecie ją tutaj: https://mariahusch.com/

Judith Peters – mistrzyni copywritingu – pisze po niemiecku, ale jeżeli ta bariera językowa Cię nie przeraża, warto obserwować jej działania – niesamowite pomysły na sprawianie, że to, co jej przychodzi naturalnie, staje się coraz łatwiejsze I dla nas. https://www.sympatexter.com/

Katrin Hill: zwana, nie bez przyczyny niemiecką „Facebook Queen”. Jeżeli niemiecki Ci nie obcy, to jest osobą, do której udałabym się po wsparcie przy jakichkolwiek wyzwaniach z tą platformą. Osobiście podziwiam za to, z jaką klasą utrzymuje najwyższy poziom swoich produktów i usług, będąc jednocześnie mamą maluszków. Katrin znajdziecie tutaj: https://www.katrinhill.com/

Wierzę, że te moje koleżnki z Online MBA, gdzie razem się uczymy „zajdą daleko” dlatego wspominam o nich tutaj.

Teraz, kiedy jeszcze możesz z łatwością skontaktować się z nimi bezpośrednio….

zanim cały świat dowie się o ich pracy 😉

Agnieszka

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Jak to się stało, że z magister inżynier architekt stałam się Agnieszką z OPLOTKI?

Żeby nie zanudzić Cię szczegółowymi perypetiami i rozterkami jestestwa (pełną historię znajdziesz tutaj), powiem w skrócie…zostałam mamą.

Tak  – spełniona zawodowo profesjonalistka, która nie miała problemu z 14-godzinnym dniem pracy, bo uwielbiała wyklikiwać projekty, które później materializowały się dzięki długim godzinom doglądania prac na budowie, nagle zapragnęła dziecka. Kiedy marzenie się spełniło, długo walczyłam, by udowadniać sobie i światu, ze da się „na dwa fronty”. 100% w pracy (no nie ma „zmiłuj”, jeżeli prowadzisz własną działalność) i 200% w domu. Nawet dawałam radę i upychałam oznaki zmęczenia w głębokim (nie)poważaniu. Macierzyństwo wessało mnie na dobre i dopiero drugie dziecko dobitnie unaoczniło, że tak dalej się nie da.

Trudny wybór, ale czy koniecznie 0-1 ?

Jak się pewnie domyślasz, nie wybrałam kariery architekta. Postawiłam wszystko na czas, wartości, które chcę przekazywać tym małym człowieczkom plączącym się między zabawkami. Miałam czas. Jak nigdy. To dobro luksusowe pozwoliło nadrabiać odkładane na wieczne „potem” kawy z przyjaciółkami, zapomniane pasje, książki… w końcu miałam porządek w domu… ale jednocześnie… jakaś niezmiernie ważna część mnie usychała. Jako przedsiębiorczyni z krwi i kości, która za punkt honoru stawiała sobie wyciśnięcie z każdej minuty maximum efektywności… rozpływałam się teraz w dyskusjach na temat wyższości zajęć basenowych nad umuzykalnianiem pociech.

To była kwestia czasu.

Jak się domyślasz, wrodzona potrzeba samorealizacji dała o sobie znać ze zdwojoną siłą. I zupełnie tak, jak rozbijanie szklanych sufitów w pracy architekta, tak kolejne przedsięwzięcie biznesowe, które kiełkowało na glebie bezglutenowych obiadków i godzin na placu zabaw, dawało o sobie coraz silniej znać.  Wróciłam do rzeźby, malarstwa, rysunku, szydełkowania, drutów, zaplatania i składania… do wszystkiego, co na architekturę mnie zawiodło, ale teraz w wydaniu takim bardziej moim, nieobowiązkowym, nieprzymuszonym – no i możliwym „przy dzieciach”. Wyżywałam się twórczo we własnych wnętrzach (tak syndrom „wicia gniazda” chyba jakoś tym dobitniej dopada mamy –architektki). Potraktowałam każde wyzwanie nieoryginalnej przestrzeni jako osobiste powołanie do stworzenia unikalnych dekoracji i  tak ruszyła lawina. Płótna zapełniały ściany, odciski małych rączek i stópek zaczęły zapełniać strony ręcznie rysowanych pamiątkowych albumów, a przede wszystkim – ogromne meblo-formy zaczęły wylewać się spod szydełka odkopanego w babcinych szafach podczas przedświątecznych porządków.

Dno (!?), od którego trzeba się odbić.

Zaczęło się  niewinnie i teraz, kiedy przeczołgana już przez szkolenia z marketingu, wiem, co robiłam, mogę Ci zaraportować – badałam rynek. Każda kawa z koleżanką, każde „ochy” i „achy” nad pomysłowymi własnoręcznymi detalami wnętrzarskimi upewniały mnie, że to MÓJ kierunek. Nagle swoją ukochaną architekturę zobaczyłam przez pryzmat ciepłych wnętrz, nie ton betonu i stali w chaosie budowy. No dobra – wiedziałam, że to, co robię jest OK, „fajne” nawet, jak mówiły koleżanki… ale czy da się z tego żyć, płacić rachunki?

Pierwsze próby i błędy.

Zbudowałam sklep internetowy (jeżeli chcesz posłuchać o perypetiach tego przedsięwzięcia – wskakuj tutaj), skleciłam naprędce fanpage. Potem logo, nazwa, czcionki, grafiki, zdjęcia (…) cała ta lista niekończących się niezbędności została ogarnięta… i co?! I nic!

Nikt poza gronem koleżanek, które z resztą już hojnie uposażyłam w OPLOTKowe gadżety nie miała o mojej działalności bladego pojęcia. Każda godzina wessana przez czarną dziurę internetu wydawała się stracona. Byłam bliska poddania się. Gdyby nie koleżanki, które ochoczo uczyły się tajników szydełkowania u mnie… pewnie Oplotki pozostały by wspomnieniem. To one uzmysłowiły mi, że same dekoracje, to nie wszystko – często ważniejsza od finalnego efektu jest frajda z samodzielnego wykonania! Tak! To wtedy zrozumiałam, że przecież cały czas robię to, czego „rynek” oczekuje, tylko nikt o tym nie wie.

Pierwsze warsztaty szydełkowania przypominały bardziej sabaty czarownic – rozbiegane włóczki między plączącymi się dzieciakami  – czy może odwrotnie? Grupa kobiet rozpaczliwie próbujących znaleźć patent na tempo codzienności – każda z  nas w szpagacie między pracą a domem, między tym, co trzeba, a co mogę, między marzeniami a rzeczywistością. Czerpałyśmy nawzajem z tej nieokreślonej energii spotkań. Tego czasu wsparcia, zrozumienia i twórczej satysfakcji z krzywych dywanów i wypychanych starymi ręcznikami puf.

Pierwszy sukces i siła do działania

To mąż (o ironio!) dał mi trampolinę do sukcesu. Kiedy po którymś z kolei warsztacie oświadczył, że ma już dość gnieżdżenia się w domu z chmarą rozklekotanych bab i bonusowymi dzieciakami do ogarnięcia – przeniosłyśmy spotkania do kafejek. To był strzał w dziesiątkę! Gdyby nie fakt, że coraz więcej przypadkowych osób pytało o to, czy może się przyłączyć – pewnie nie odkryłabym, że mam najfajniejszy model pracy, pozwalający na łączenie go z rolą mamy. Kiedy do szydełkowych narad zaczęły dołączać koleżanki koleżanek koleżanek… zrozumiałam, że mogę pomyśleć o OPLOTKach na poważnie. W kategoriach azylu dla kobiet, które potrzebują takiego „darcia pierza 2.0”.

Na serio i z podejściem strategicznym

Wiedziałam, że głupotą byłoby oczekiwać, że już trafiłam na żyłę złota (czyt. znalazłam model biznesowy, który pozwoli bezszwowo połączyć pracę, dom i wielką pasję do rękodzieła) – i całe szczęście – bo zaczęłam szukać zewnętrznego wsparcia. Szukałam kogoś, kto oświeci mnie w kwestiach marketingu, strategii, planowania finansowego… Szukałam kogoś, kto powie, jak wypromować warsztaty szydełkowania na tyle, żeby można było dzięki temu popołudniami wyrywać się z domu na kilka godzin, podczas, gdy mąż bezpiecznie ogarnia maluszki…

Szukajcie, a znajdziecie 🙂

Oszczędzę Wam długiej listy szarlatanów biznesu, którzy niby uczą, ale nie do końca… niby dają narzędzia, ale sami żyją z ich sprzedawania, nie stosowania… na palcach jednej ręki mogłabym policzyć kursy, które wniosły jakąś głębszą refleksję, albo dały konkretne rezultaty dla mojej działalności. Antyreklamy nie będzie – no niestety nie potrafię – choćby poprzez szacunek dla dobrych chęci autorów tych programów – ale chętnie polecę dwie polski autorki programów rozwojowych online. Ola Budzyńska – która olśniła mnie życiowym podejściem w programie „Zorganizuj się w 21 dni” . No i oczywiście Ola Gościniak – której konkretny support w programie „Stwórz swój kurs online” pomógł mi osadzić wiedzę z ogólnoświatowego programu, w którym już pracowałam w polskich realiach.

Już spieszę donieść o tym ogólnoświatowym programie (brzmi górnolotnie, ale nie potrafię za chiny oddać ducha SOMBY (tutaj znajdziesz szczegóły) w inny sposób). We wrześniu 2017 roku trafiłam na webinar Sigrun (moja mentorka biznesowa, autorka programu SOMBA – Sigrun’s Online MBA). Totalnie oczarowana porcją konkretnej wiedzy, której od dawna bezskutecznie szukałam, dołączyłam do rocznego programu SOMBA ( Sigrun’s online MBA). Wielka (jak na ten czas) inwestycja finansowa była dla mnie deklaracją dla samej siebie:

TERAZ ALBO NIGDY

Myślałam, że program da mi odpowiedź, jak promować warsztaty i wyroby rękodzielnicze, żeby budżet się spinał… ale dostałam o wieeeeele więcej.  Już w pierwszym miesiącu wsiąkłam totalnie w bibliotekę programu (Somba to dostęp do pokaźnej bazy wideotutoriali z zakresu między innymi narzędzi do budowania biznesu online, mindsetu, mechanizmów budowania i automatyzacji procesów w firmie) – głowa kipiała od pomysłów, ale przede wszystkim, odkryłam, że jestem u progu czegoś wielkiego. Wtedy nie wiedziałam jeszcze jak, kiedy i co dokładnie, ale poziom inspiracji nieprzebranym bogactwem możliwości, jakie dawał online przygniótł mnie totalnie. Wrzesień i październik upłynął na intensywnym badaniu rynku i obmyślaniu strategii. W grudniu z powodzeniem sprzedałam swój pierwszy kurs szydełkowania online. Okazało się, że warsztaty stacjonarne są w stanie zaspokoić tylko ułamek potrzeb – niektórzy nie mogą dojechać, bo za daleko, niektórym nie pasuje termin, a większość chętnych, to – tak, jak ja – mamy z maluszkami, których ot tak nie da się nagle zutylizować. To strategiczne sesje w programie SOMBA i wsparcie świetnej społeczności uczestników programu pomogło mi dostrzec to, co przez ten cały czas miałam przed nosem – potrzeby mam takich, jak ja. Na nich oraz na tym, jak mogę podzielić się swoimi zasobami –  oparłam swój model biznesowy

Wariatka

Kiedy opowiadałam znajomym „po fachu”, jak zamierzam zbudować stabilny biznes w oparciu o rękodzieło, pukali się w czoło!

W Polsce?! Wśród przeciętnych Kowalskich, którzy ciągle mierzą przydatność wystroju wnętrza ceną?! W dobie takich potęg, jak Etsy, Pakamera, Showroom? Sprzedając przez internet rękodzielniczy know-how i gotowe produkty?! O-SZA-LA-ŁA!

A jednak nie do końca.

Zachęcona sukcesem szydełkowego kursu, zanurzyłam się w studiowaniu arkanów internetowej działalności biznesowej. Pilnie rozrysowywałam strukturę swojej działalności i ochoczo badałam potrzeby potencjalnych klientów. Zgłębiałam prawne aspekty i pokonywałam histeryczne RODO-fobie. Pracowałam głównie nad sobą – swoimi przekonaniami, że za usługi architekta mogę przyjmować zapłatę, ale przecież za wiedzę i doświadczenie z obszarów, które kultywowałam latami jako hobby, to przecież nie można (no nie mam dyplomu Polibudy, czy Berlińskiej uczelni architektonicznej z szydełkowania… no i na pewno nie mogę się pochwalić pakietem podyplomówek z rękodzieła, tak, jak to jest u mnie z architekturą). Zbierałam szczękę, dowiadując się, za jakie usługi płaci się w Europie, ile zarabiają specjaliści od dobrostanu psów, czy kotów i powoli pękały wszystkie tamy. Powódź poczucia misji była nie do powstrzymania. Każdy szydełkowy warsztat utwierdzał mnie w przekonaniu, że rękodzielniczki to pracowite kobiety o paletach kompetencji, które powalają na kolana, ale też kobiety, które rezygnują z siebie w imię macierzyństwa, społecznych stereotypów, braku wsparcia. Wiedziałam, że nic nie będzie już takie samo, kiedy poczułam, że mogę to zmieniać.

Dlaczego warto w grupie (choć nie jest łatwo)

Mogłabym długo opowiadać, co dał mi program SOMBA w kategoriach osobistego rozwoju, zmiany ograniczających mnie przekonań i jak wiele praktycznych narzędzi odkryłam dzięki wspólnemu analizowaniu modeli biznesowych społeczności zgromadzonej w programie. Jedna kluczowa lekcja okazała się przełomem. Kiedy uświadomiłam sobie, że wszystko, co mogłam osiągnąć sama, właściwie już mam. Work-life balance – rozumiany przeze mnie tak, że pracowałam, kiedy mogłam i czułam największą „wenę”.  Zarobki na poziomie, który daje podstawy do jako takiej stabilizacji i satysfakcję nie z tej ziemi – że wbrew wszystkim sceptykom udało się połączyć pasję, pracę i dom w jedną organiczną całość.  To wtedy zrozumiałam, że chcę więcej.

Chcesz iść szybko, idź sama, chcesz iść daleko, idź razem…

OPLOTKI cytat

Słowa Walta Disneya delikatnie pobrzękiwały podczas warsztatów, gdy spotykałam kobiety, które chciały dokładnie tego samego… żyć każdego dnia pełnią, jakby każdy dzień był ostatni, jakby od tego, czym podzielisz się dalej zależało Twoje jestestwo. Zawsze czułam, że w grupie tkwi potęga, ale dopiero SOMBA dała mi praktyczne narzędzia, jak kanalizować tę ogromną energię w mądry model biznesowy. Co przez to rozumiem? – Zero ciepłych etatów – maksimum kobiecej przedsiębiorczości.

I tak OPLOTKI stały się czymś więcej, niż tylko „darciem pierza 2.0” – Stały się ekosystemem wzrostu, wsparcia. Platforma wymiany informacji na temat najróżniejszych technik rękodzieła, jaką stała się społeczność OPLOTKI zaczęła żyć własnym życiem. Każda z nas jest artystką, ale jesteśmy też mamami, prawniczkami, nauczycielkami, lekarkami, specami od PR, social media, blogowania… jesteśmy stabilnymi ostojami domowych budżetów na przewidywalnych etatach, ale też szalonymi ryzykantkami, które kochają eksperymenty. Każda z nas ma niedoskonałości, ale suma naszych mocnych stron tworzy ekosystem wzrostu.

Karma wraca

Nieśmiała myśl zaczęła kołatać w głowie. „Podziel się, a pomnożysz” — nie pamiętam, gdzie usłyszałam ten cytat, jest ze mną odkąd pamiętam. Wrócił do mnie, kiedy kolejni rękodzielnicy zaczęli pytać „jak Ci się to udało?”. Cały czas miałam wrażenie, że jedyne, co mogę zrobić, to podzielić się programem, w którym sama znalazłam każdy rodzaj wsparcia, jaki był mi potrzebny, żeby zmagać się z wyzwaniami budowania i prowadzenia własnej działalności. Do dziś odruchowo kieruję do flagowego programu mojej mentorki Sigrun, ale wiem, że dla niektórych barierą w SOMBA jest język (na co dzień pracujemy po angielsku).

Powtarzające się pytania „jak Ci się to udało?”

Kiedy zrozumiałam, że skoro OPLOTKI to „rękodzieło dla wnętrz” i naturalną drogą rozwoju jest szukanie zespołu z zakresu innych technik, niż moje szydełko, przeznaczyłam bardzo dużo energii na dzielenie się wszystkim, co wiem. Zaprocentowało! – W bezpłatnej grupie „Oplotki and Friends – zarabiam na rękodziele” prowadziłam dyskusje na żywo, webinary, zachęcałam do dzielenia się wiedzą z innych, aczkolwiek pomocnych dziedzin (serdecznie dziękuję Karolinie za wsparcie prawne i blogową odpowiedź na najczęściej zadawane pytanie)  – w ten sposób znalazłam (i ciągle znajduję) twórców z innych dziedzin rękodzieła gotowych do pogłębiania swojej wiedzy zarówno w danej technice, jak i w zakresie prowadzenia własnej działalności. Twórcy, którzy czują, że teraz jest ich czas na zintensyfikowanie działań w kierunku własnego rozwoju, pracują tym intensywnej w płatnym programie Akademia Rękodzielnika”, gdzie mają jeszcze większy dostęp do moich zasobów czasu i energii. Jeżeli od czasu do czasu dopada Cię myśl, żeby zrobić „coś” w kierunku zarabiania na rękodziele – wystarczy Ci suma wspólnej wiedzy w bezpłatnej grupie – śmiało zadasz tam nurtujące Cię pytania, ale jeżeli czujesz, że to TWÓJ CZAS i chcesz na poważnie podejść do swojej działalności rękodzielniczej w kategoriach stabilnego biznesu – wtedy polecam Akademię).  Nie każdy ma odwagę budować biznes w oparciu o rękodzieło, to długa i żmudna praca daleka od rzeczywistości insta-fotek… ale na dłuższa metę, nic nie daje takiej satysfakcji niż codzienne podążanie we własnym kierunku. Nie każdy musi budować biznes w oparciu o rękodzieło, dla wielu jest to odskocznia, relaks, odstresowanie od zabieganej codzienności. Każda z dróg jest ok! Jednak ciężko oczekiwać spektakularnych sukcesów bez pracy i im szybciej ta „naga prawda” dociera do nas, tym łatwiej zdecydować, czy rękodzieło to dla Ciebie hobby, czy również praca. Zbyt wiele nieudanych biznesów skończyło się trwałą nienawiścią do handmade-u, wielkimi frustracjami i zazdrością kanalizowaną hejtem w kierunku tych, którzy ciągle próbują lub (o zgrozo!) odnoszą sukcesy. Jeżeli mają być dochody – musi pojawić się praca – choćby najprzyjemniejsza — i (niestety) ilość wyprodukowanych, choćby najpiękniejszych, prac nie jest równoznaczna z zarobkiem.

Sukcesy?! Jakie sukcesy?!

No właśnie – dlaczego konstuując tę dokumentację Oplotkowych sukcesów z 2018 roku zaczynam od pewnej dozy wątpliwości? Bo te sukcesy to nie zawsze taka oczywista oczywistość. W epoce pre-dziecio-kambru… miarą sukcesu było puchnące konto i liczba podróży po świecie, które udało się wcisnąć w napięty grafik. Teraz sukces to dni, tygodnie, miesiące balansu między domem, pracą i własnymi potrzebami. Sukces to pilnowanie, żeby skrajności nie wkradały się w codzienność, a pieniądze były narzędziem do realizowania celów, a nie odwrotnie. Sukces – to poczucie, że w małe dziecięce głowy wtłaczam wartości, w myśl których sama żyję. A sukces biznesowy? – to poczucie, że biznes oprócz oczywistego płacenia rachunków, może również motywować (np. do kobiecej przedsiębiorczości, samorealizacji, szukania kompetencji w sobie, nie winy w całym świecie) i poczucie dobrej roboty (nie mówię, żeby od razu rzucać się w wir stowarzyszeniowej charytatywności, jak to u nas w przypadku darowizn na aukcje, czy warsztatów dla mniej uprzywilejowanych)  – takiej, która napawa dumą i pozwala zmusić się do wyjścia z łóżka nawet w najbardziej ponury, deszczowy dzień.

Dlatego – po tym przydługawym wstępie – zapraszam Cię do video-podsumowania 2018-go roku i małej zapowiedzi tego, co szykuję (szykujemy) dla Ciebie w najbliższym czasie 🙂

Wierzę, że ten tekst pozwoli Ci spoglądać na moje NASZE sukcesy i mierzyć je podobną miarą. Jeżeli czujesz, że mówię do Ciebie, o Tobie – pisz!  – agnieszka@oplotki.pl

 

 

Ps. Tekst napisałam w styczniu 2109 – świadomie czekałam z jego publikacją aż pół roku… bo widzę, że niektóre plany, cele zamierzenia potrafią wytrwać próbę czasu. Misja OPLOTKI się nie zmienia. Dążymy do promowania polskiego rękodzieła i kobiecej przedsiębiorczości wszelkimi sposobami… koniecznie podglądaj nasze kanały, a znajdziesz wsparcie, społeczność i przydatne know-how 🙂 Do zobaczenia!

Ps.2. Więcej informacji na temat SOMBA znajdziesz tutaj albo po prostu pisz agnieszka@oplotki.pl

 

Moja opowieść byłaby za krótka oraz za mało interesująca, miałaby za mało urwisk nad przepaścią (taka mikro kalka z angielskiego cliffhanger), za mało palpitacji serca, gdybym miała za pierwszym razem powody do radości. Nie miałam – dotacja przeszła obok. Niedaleko, niemal mnie musnęła, ale nie tyle blisko, by móc wywalczyć cokolwiek.

ciemny hiacynt

Byłam na 38 miejscu, przyznano 35 dofinansowań, był ryk, potem płacz, później szloch a następnie kilka ataków arytmii. Klasycznie. Bardzo dotkliwie przeżyłam to niepowodzenie (w mojej głowie wciąż niesie się echo: porażka, klęska, upadek!!!). Nie chcę pisać o załamaniu, wspomnę tylko, że moja rodzina bardzo się o mnie martwiła. Kilka kolejnych dni wolałabym usunąć z pamięci, choć się nie da. Łzy na wierzchu, niechęć, apatia, nieprzyjmowanie racjonalnych argumentów – słowem degrengolada. Ogólna. Odmówiłam wszelkich działań, najchętniej owinęłabym się w kokon z mięciuśkiej wełny z merynosów (żeby nie gryzła, no przecież).

Pozwolono mi na trwanie w rozpaczy przez kilka dni, może weekend. Potem zaczęto motywować do napisania odwołania. Mąż, dzieci, rodzice, koleżanki z puli szczęśliwczyń też (tu znowu zadziałała wspomniana w poprzednim odcinku Agnieszka, doskonała psycholożka, dobra, wspierająca dusza!) znajomi – wszyscy nawoływali do napisania odwołania, co po kilku dniach uczyniłam. Nic mi to nie dało, prócz wskoczenia o dwa oczka wyżej w klasyfikacji, ale ten krótki acz intensywny czas pozwolił nabrać dystansu, względnego spokoju i zaplanować działania.

Ochłonęłam, i choć wciąż jeszcze trawiłam niepowodzenie, zabrałam się za szukanie kolejnych projektów, no bo w końcu co, kurczę blade. Odczytawszy oceny mojego wcześniejszego biznesplanu, wyłuskałam powtarzające się zarzuty (dotyczyły łączenia różnych dziedzin w jednym biznesie – w moim przypadku szkoły językowej i rękodzieła). Mój projekt był oceniany przez trzy osoby. Okazało się, że to co dla mnie i moich trenerów było atutem i oznaką przedsiębiorczości, dla oceniających stało się powodem do odebrania mi największej liczby punktów. Niektóre zarzuty przeczyły sobie wzajemnie („za duża przestrzeń”, „za mała przestrzeń”, „przestrzeń dobrze dobrana”), niektóre były trochę jednak od czapy („jeśli uczestnik dysponuje samochodem o wartości 35000pln, to niezasadne jest przyznawanie dotacji”), wszystkie bolały dotkliwie, ale każdy był jakąś nauką.

 

Postanowiłam działać dalej, nie miałam wiele do stracenia. Nadal żałowałam bardzo i z zainteresowaniem obserwowałam rozwój biznesów dziewczyn, które dotację uzyskały. Też tak chciałam. Zadzwoniłam zatem do wspomnianego już w poprzednich odcinkach Poznańskiego Centrum Wspierania Przedsiębiorczości z pytaniem o kolejne projekty z EFS. Tym razem odesłano mnie z kwitkiem, ale bogatsza w cierpliwość, postanowiłam zadzwonić do źródła, czyli Urzędu Marszałkowskiego i dostałam kilka wskazówek. Ponownie rozpoczęłam poszukiwania.

Jak zacząć prowadzić warsztaty rękodzieła…i się nie poddać…

Często słyszę, że jestem osobą pogodną, pozytywną i takim to łatwiej się wszystko udaje. Nic bardziej mylnego. Fakt, jakoś nie potrafię publicznie narzekać, bo sama nie znoszę wysłuchiwać biadolenia, ale już z tym wiecznym pasmem sukcesów echhh…

I tak było na początku z warsztatami. Patrząc na obecny, ciasny oplotkowy grafik i fakt, że czasem trzeba odmawiać zarezerwowania miejsca, bo najzwyczajniej w świecie  nie ma już wolnych, jakoś nadzwyczaj łatwo pozwala zapomnieć o bolesnych początkach.

Ale skoro ten tekst dedykowany jest niepowodzeniom, to w kontekście warsztatów zdecydowanie jest, co powspominać. 

Trudne początki

Pierwszy warsztat poza domem pamiętam do dziś. Przeżywałam tydzień, organizowałam ze 3 dni, a gorycz porażki łykałam miesiąc…

Założyłam fanpage, zrobiłam wydarzenie i założonego dnia, o wyznaczonej godzinie stawiłam się w odpowiedniej lokalizacji. Jakież było moje rozczarowanie faktem, że nikt, absolutnie nikt nie przyszedł! Rozczarowana klikałam w sylwetki zainteresowanych. No przecież… jak to!? 12 zainteresowanych a nikt nie przyszedł?!

Ehhh

Teraz sama z siebie się śmieję!

Komplet 5 uczestników to statystycznie pojawia się w dobry dzień, kiedy mamy jakieś 12 deklaracji obecności i 4 tuziny zainteresowanych… no i co najmniej 6 opłaconych rezerwacji… ale i wtedy bywa, że jadę przez pół miasta dla 2 osób.

Ale jadę!

Nie poddałam się wtedy. Wyobraźcie, że z uporem maniaka wpisywałam coraz to nowe warsztaty do facebookowego grafika i dopiero 11-ty warsztat z rzędu (!) odbył się … i to w gronie aż (!) 3 żywych ludzi

Około 6-go warsztatu przestałam wracać ze spuszczoną głową do domu. Udawałam, że przez 3 godziny czekam na spóźnioną koleżankę, dziergając sobie w najlepsze (uwierzycie w to!) Teraz chyba bym się na to nie zdobyła. 

Też planujesz prowadzić warsztaty rękodzieła?

Niezależnie od techniki jest wiele wspólnych wskazówek, jak „uprzyjemnić” sobie tą pracę i sprawić, aby goście warsztatów czuli się „dopieszczeni”.

Potrzebujesz wsparcia w tym obszarze, chcesz porozmawiać o tym, jak krok po kroku wyglądają warsztaty w OPLOTKI, od czego zacząć… zajryj do tego wpisu: Jak prowadzić warsztaty rękodzieła .

pisz: agnieszka@oplotki.pl

lub sprawdź nasz kurs i dołącz do grona nieziemskiej ekipy rękodzielniczek prowadzących warsztaty po mistrzowsku, koniecznie wskocz na stronę kursu: Prowadź Warsztaty Rękodzieła po Mistrzowsku

W 8 modułach głównych oraz bonusach, które mniej więcej co miesiąc wskakują na platformę (w tym również masterclassy i sesje Q&A na żywo) zebrałam masę swoich doświadczeń, ale również tricków, które sprawdziły się na moich warsztatach oraz wiedzę na temat tego jak uczyć innych (w tym dorosłych). Materiały przyogotowane w formie nagrań video, plus nagrania audio sesji Q&A, plus workbook, który pozowli zanotowac wszystkie Twoje pomysły, uporządkować wiedzę i stanie się jednym z narzędzi do ulepszania Twoich warsztatów.

Kurs napakowany wiedzą praktyczną (choć i odrobina teorii się znajdzie ;P) – kliknij grafikę powyżej, by przejść do strony ze szczegółami – znajdziesz tam również opinie uczestniczek kursu.

Sklep internetowy z rękodziełem może być dobrym kanałem sprzedaży, ale nie jest rozwiązaniem dla każdej marki handmade. Wymaga nie tylko produktów i zdjęć, ale też formalności, kosztów, ruchu i cierpliwości, bo sam sklep nie gwarantuje jeszcze sprzedaży.

Kiedy własny sklep internetowy z rękodziełem ma sens

Gdy chcesz budować własną markę

Gdy chcesz mieć większą niezależność

Gdy jesteś gotowa na dłuższy proces

Co trzeba przygotować, zanim uruchomisz sklep

Regulamin, polityka prywatności i zwroty

Płatności i dostawa

Koszty abonamentu i „drobnych” wydatków

Największy mit o sklepie internetowym z rękodziełem

Największym mitem jest przekonanie, że sam sklep internetowy zacznie sprzedawać. Bez ruchu, komunikacji i promocji nawet dobrze przygotowany sklep może stać pusty.

Najbardziej bolą porażki których nie zawinisz.

Żeby nie było tak kolorowo postanowiłam zebrać w jednym miejscu wszystkie niepowodzenia, które tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że twardego dupska trzeba do przedsiębiorczości.

Starasz się, wypruwasz sobie flaki, masz uzasadnione poczucie ze zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy i … klapa. No i tak było z moim sklepem internetowym, choć może trudno w to teraz uwierzyć, ale był już nawet moment, że (gdyby nie roczny abonament wykupiony z góry) to po sklepie nie byłoby już śladu.

Trudne początki

Zaczęłam szukać jak wystawić swoje prace nie korzystając ze zbiorczych platform sprzedażowych. Podskórnie czułam, że tam z pewnością „zginę w tłumie”. Platformy zagraniczne odpadały, bo zakładałam że ciężkie dywany nie nadawały się choćby ze względu na koszty wysyłki. Objawieniem była dla mnie jedna z platform sprzedażowych. Tam mogłam założyć swój własny sklep. Dzięki 14-dniowemu okresowi próbnemu połknęłam haczyk.

Przez prawie 2 tygodnie przykuta do komputera uczyłam się obsługi sklepu. Z uporem maniaka studiowałam filmiki instruktarzowe by w końcu umieścić opisy i zdjęcia produktów w odpowiednich miejscach. Kiedy w końcu skonfigurowałam setki drobnostek podjęłam decyzje o wykupieniu abonamentu. Długo zajęło mi przekonanie siebie ze nie ma sensu na miesiąc, bo takie przedsięwzięcie potrzebuje co najmniej kilku miesięcy na rozwój. Roczny abonament wydawał się najsensowniejszy. Kwota netto oczywiście razy 12 miesięcy + 23% podatku, ręka zadrżała … ale mówią, że „do odważnych świat należy”.

Jeszcze trudniejszy start

Spodziewałam się fanfar, trąb anielskich, pasma sukcesów i kolejki zamówień. Zamiast tego czekała informacja, że bez polityki prywatności, regulaminu, wzoru formularza zwrotu, zdefiniowania form dostawy i bramek płatniczych, żadna transakcja się nie odbędzie. No dobra, zabrałam się za wszystkie zbędności i niezbędności, które umiałam ogarnąć samodzielnie.

Oszczędzę ci wyliczania szczegółowych kosztów, ale uwierz mi, że wszystko, co bezpłatne to się skończyło kiedy zapłaciłam abonament i pokazałam ze jednak chce sprzedawać przez Internet.

Tzw. „drobnica” zabrała mi prawie miesiąc z życia. Został jeszcze regulamin wraz z wszystkimi formularzami oraz polityka prywatności (nie stresuj się nie wyskoczę teraz z historią RODO, wole wspomnieć o takich detalach finansowych, jak ZUS, urząd skarbowy, czy czas potrzebny na twórcze rękodzieło).  Nie pytaj, jak wyglądało moje domostwo w tym czasie…powiedzieć „chaos” – to jak nic nie powiedzieć J

Zapał i dobre chęci wzięły górę.

No, gdybym może nie powiedziała A, to pewnie nigdy nie byłoby B (czyli dzisiejszej platformy Oplotki and Friends -sklepu, gdzie sprzedają zaprzyjaźnieni rękodzielnicy).

Nie pytajcie skąd wyczarowałam fundusze na prawną obsługę sklepu i ile czasu, uwagi i poszukiwania opcji na moją kieszeń mi to zajęło…Ale, jak powiadają…”Jeżeli jest chęć, znajdzie się sposób, jeżeli jej brak, znajdzie się powód”.

Skrócę opowieść…UDAŁO SIĘ!…obecnie radca pomaga ubrać w rzeczywistość nasze niekończące się pomysły.

No i pewnie tu powinien nastąpić happy end i krocie ze sprzedaży…

No ehm..nie do końca…

Sklep w końcu ruszył i był gotowy obsługiwać realne transakcje. Teoretycznie każdy mógł wejść, znaleźć piękny detal wnętrzarski dla siebie kupić lub ewentualnie skontaktować się w celu zmodyfikowania rozmiaru, czy koloru …. Teoretycznie…bo w praktyce nikt o tym moim wyśnionym sklepie nie miał pojęcia! No…miałam już działający fanpage, ale tam promowałam warsztaty …więc wiedziałam, że niekoniecznie są to osoby, które chcą kupować gotowe produkty, raczej na fanpage-u są te, które chcą je zrobić samodzielnie…

No i zaczęło się!

Jak to ja…na oparach entuzjazmu…ruszyłam na podbój szkoleń sprzedażowych…chyba nie było bezpłatnego instruktażu marketingowego, który uszedłby mojej uwadze…(no nie kryję, że nadszarpnięty budżet nie pozwalał na płatne szkolenia, a Poznań w szkolenia przebogaty).

Powoli (i tu żeby nie było wątpliwości…mówię raczej o miesiącach, nie tygodniach) zaczęłam rozumieć…o co w tym wszystkim chodzi…

I drgnęło!

Możesz sobie wyobrazić całą moją radochę, kiedy w końcu misterna machina ruszyła w grudniu 2016…

Szampan, kurtyna…brawa…

No nie do końca…

Potem był martwy styczeń i zero pomysłów, jak przetrwać do Wielkanocy.

Dopiero kolejny rok nauczył mnie, jak wykorzystać dni Babci, Mamy, letniej mody, jesiennych czapko-szałów…

No i teoretycznie powinnam sobie teraz spokojnie dziergać w domu i sprzedawać personalizowane ręczne dodatki do wnętrz…tyle, że w całej tej walce przegapiłam siebie…

Przecież ja wcale nie chcę siedzieć całymi dniami w domu, kiedy mąż w pracy, a dzieci w przedszkolu po to by dziergać bez końca…Ja przecież kocham ludzi! To przecież głównie warsztaty dają mi frajdę z tej rękodzielniczej działalności!

Dlaczego sam sklep nie wystarczy

Potrzebujesz ruchu

Potrzebujesz promocji

Potrzebujesz spójnego modelu sprzedaży

Jakie są najczęstsze pułapki przy sklepie handmade

Niedoszacowanie kosztów

Niedoszacowanie czasu

Zły kanał dla Twojego stylu pracy

Czyli na przykład, jak u mnie – samoświadomość, że nie chcesz siedzieć całymi dniami w domu i tworzyć w nieskończoność, bo tak naprawdę kochasz ludzi i warsztaty.

I CO TERAZ?

Jeżeli też tworzysz, pamiętaj, aby doceniać swoje umiejętności i poświęć chwilę na temat wyceny swojej pracy. Polecam Ci BIBLIOTEKĘ BIZNESU HANDMADE, w kótre zebrałam wszystkie doświadczenia związane ze sprzedażą rękodzieła na przestrzeni lat.

Agnieszka@oplotki.pl

Agnieszka Gaczkowska

www.oplotki.pl

FAQ

Czy warto mieć sklep internetowy z rękodziełem?

Tak, ale tylko wtedy, gdy pasuje do Twojego modelu marki, sposobu pracy i planu sprzedaży. Sam sklep nie gwarantuje jeszcze zamówień.

Jak założyć sklep internetowy z rękodziełem?

Trzeba przygotować nie tylko produkty i zdjęcia, ale też regulamin, politykę prywatności, zwroty, płatności, dostawę i cały techniczny setup sklepu.

Czy sklep internetowy z rękodziełem od razu sprzedaje?

Nie. Wpis bardzo wyraźnie pokazuje, że po uruchomieniu sklepu może pojawić się rozczarowanie, bo bez ruchu i promocji nikt nie dowie się, że sklep istnieje.

Jakie są koszty sklepu internetowego z rękodziełem?

To nie tylko abonament. Dochodzą koszty prawne, płatności, dostawy, czas wdrożenia i wiele „drobnych” elementów, które łatwo zlekceważyć na starcie.

Czy własny sklep jest lepszy niż marketplace?

Nie zawsze. Własny sklep daje większą niezależność, ale wymaga większego zaangażowania w promocję i budowanie ruchu.

Jeśli chcesz rozwijać sprzedaż rękodzieła spokojniej, mądrzej i bez chaosu, zajrzyj do Biblioteki Biznesowej dla Handmade.

 

11 czerwca 2019 roku w Auli Artis w Poznaniu odbyło się pierwsze spotkanie poznańskich podcasterów, czyli Pyrcaster 2019. Chciałabym rzec, że i ja tam byłam, chleb jadłam i wino piłam, ale niestety spotkanie odbywało się bez trunków wyskokowych, co w pełni popieram, zwłaszcza jeśli w otoczeniu mamy tyle wartościowego sprzętu. Zacznijmy jednak od początku…

Jako osoba aktywnie tworząca od pewnego czasu podcast Co we freelansie piszczy”, a także Wirtualny Office Manager dwóch organizatorek z przyjemnością wzięłam udział w tym wydarzeniu. Znam obie Agnieszki i wiem, że jak one się wezmą za przygotowania, to spotkanie będzie na najwyższym poziomie.

Miesiąc przygotowań do wydarzenia, które okazało się prawdziwą petardą

Niesamowite jest to, że organizacja tego wydarzenia trwała tylko około miesiąca. Rzadko kiedy udaje się po pierwsze zebrać tak dużą ekipę, po drugie całkowicie zapełnić salę, a po trzecie dać wartość, o której przez długie tygodnie będzie się mówić w sieci. Wszystkim organizatorom Pyrcaster 2019 udało się zrealizować to zadanie na tip-top.

Jak sami przyznali, zakładali, że uda im się zapełnić salę w połowie. Jednak w najśmielszych snach nie marzyli, że ich organiczne zasięgi pozwolą na sprzedanie niemal 100% biletów. Za to między innymi należą im się ogromne brawa.

Pyrcaster 2019 to jednak nie tylko zapełniona po brzegi sala. To wydarzenie pełne merytoryki, ale przede wszystkim praktyki. Każdy z uczestników miał bowiem okazję nie tylko wysłuchać teorii podcastowania, ale również zobaczyć na żywo przygotowanie sprzętu (sprawdzić, który rodzaj mikrofonu najlepiej sprawdza się w sytuacjach ekstremalnych) oraz… nagrać na żywo swój pierwszy odcinek.

A najlepsze jest to, że wiele osób skorzystało z tej opcji! Pojawiły się oczywiście dziesiątki pytań – głównie o technikalia, co tylko świadczy o tym, jak bardzo świadome jest poznańskie środowisko osób zainteresowanych podcastami. Nikt nie pytał, a po co, a dlaczego… za to padło mnóstwo pytań: „jak…?”.

Teoria, praktyka i największa wartość – ludzie

To wydarzenie nie odniosłoby takiego sukcesu, gdyby nie jego organizatorzy. Siedmiu wspaniałych 🙂 Poznańscy podcasterzy, którzy nie tylko przecierają szlaki, ale też z ochotą dzielą się swoją wiedzą. Każdy z organizatorów opowiadał o podcastowaniu z innej perspektywy. Każdy z nich też reprezentuje inną branżę, często niszową. A mimo to wszyscy mają swoją publiczność.

Do śmiechu doprowadziły nas również perfekcyjnie przygotowane przez Jędrzeja Paulusa warsztaty z rozgrzewki aparatu mowy, czyli ćwiczeń, które są absolutnym must have każdego podcastera, a które niestety bardzo często pomijamy. Ich brak niestety sprawia, że głoski artykułowane są płasko, niewyraźnie, połykane i zapominane. Dzięki Jędrzejowi mieliśmy możliwość poćwiczyć język i sprawić, by stał się giętki i przekazał wszystko, co pomyśli głowa. Chcesz małą próbkę? Do dzieła – głośno i wyraźnie:

Wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu, który entuzjastycznie oklaskiwał przeliteraturyzowaną i przekarykaturyzowaną sztukę.

Proste, prawda? 😀

Mieliśmy też okazję posłuchać o badaniach i statystykach na temat podcastowania oraz posłuchać:

  • Czym nagrywać,
  • Jak obrabiać,
  • Jak edytować,
  • Gdzie wrzucić,
  • Jakie parametry musi spełnić odcinek, by był dobry,
  • Jakie warunki powinien spełnić dobry podcast,
  • Czy powinien zawierać reklamę,
  • Jak długie odcinki nagrywać,
  • Co jest ważne w podcastach itp.
  • Czy będzie kolejne wydarzenie?

Jestem pewna, że tak. Wszyscy poczuliśmy nie tylko bakcyla podcastowania, ale też potrzebę organizowania takich spotkań. Jeśli wiec podcasty są Ci bliskie, obserwuj fanpage Pyrcaster i czekaj na dalsze informacje.

Relację z tego wydarzenia możesz posłuchać w oplotkowym podcaście 30/2019.

 

Karolina Brzuchalska

Wirtualny Office i Project Manager, Mentor Wirtualnych Asystentek

www. prettywelldone.pl

 

 

Ps. Tutaj znajdziesz informacje o osobach, które współtworzyły to niesamowite wydarzenie:

http://www.poradnikowo.com/
https://porozmawiajmyoit.pl/
https://codeboy.pl/
https://oplotki.pl/
https://jakzrobicpodcast.pl/
https://jestemzielona.pl/

A tutaj znajdziecie profile naszej wspólnej inicjatywy:
https://www.instagram.com/pyrcaster/
https://www.facebook.com/pyrcaster/

www.pyrcaster.pl

Ten odcinek oczywiście zmontował niezastąpiony Krystian Zych z https://jakzrobicpodcast.pl/

 

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

SOMBA SUMMER SCHOOL – CO TO  TAKIEGO ?

Jak to się zaczęło

Wielokrotnie wspominałam, że moja działalność w oparciu o rękodzieło nie byłaby tak skuteczna, gdyby nie wsparcie mojej mentorki Sigrun. Całą historię współpracy z nią w programie SOMBA opisałam ze szczegółami TUTAJ. Dlatego nie będę już wracać do opisywania wszystkich detali…jednak mimo wszystko…napiszę o niej znowu.

Wakacje w czerwcu?

Jak wspominałam – biorę udział w programie SOMBA – czyli Sigrun’s Online MBA – gdzie uczę się , ogólnie mówiąc, biznesu online. Program – w przeciwieństwie do wielu kursów cyfrowych trwa okrągły rok, co pozwala na okresy bardziej i mniej wzmożonej pracy dostosowanej do indywidualnego rytmu. Tegoroczne wakacje zaplanowałam w czerwcu…oczywiście nie bez powodu. Od dawna wiedziałam, że lipiec i sierpień to – w przeciwieństwie do innych szkół – wcale nie wakacje. Wręcz odwrotnie – to czas dużych emocji, wielkich skoków edukacyjnych i eksperymentów – O zgrozo! –na ludziach!

Workation?

Lipiec i sierpień to czas, kiedy większość z nas odpoczywa. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, choć śmiem twierdzić, że wielu przedsiębiorców …też  – ale zbyt długi odpoczynek mnie męczy i rozleniwia. Uwielbiam to, co robię, dlatego format 'SUMMER SCHOOL’, czyli sprintu biznesowego wewnątrz Online MBA( SOMBA ) mocno do mnie przemawia i postanowiłam Wam o tym troszkę opowiedzieć.

W czerwcu 2019 przez dwa tygodnie smażyłam się w Chorwacji, oczywiście po 3cim dniu cyfrowego detoksu dziękowałam swoim przeczuciom i z wielkim zapałem wygrzebałam laptopa z dna walizki. Jestem tym typem, który choć nie musi, to i tak z wypiekami na twarzy podgląda, co tam dzieje u mojego biznesowego „dziecka” czyli OPLOTKI. Nazywam takie praco-urlopy „Worcation”.

Odpoczęłam, ale jednocześnie zbierałam myśli, spisywałam obserwacje i pomysły, podpytywałam moje klientki i współpracowniczki, czego jeszcze nam w tym rękodzielniczym ekosystemie wsparcia brakuje. Zbierałam siły na SOMBA SUMMER SCHOOL.

Somba Summer School

To dwumiesięczny czas wytężonej pracy w rocznym programie SOMBA. W tym czasie tworzymy zupełnie nowe kursy online. Od A do Z – ale nie w teorii! – Tworzymy je po to, aby od razu przetestować na realnych uczestnikach.  Jest kilka zasad uczestnictwa w tym zbiorowym sprincie – ale najważniejszą  jest działanie! Sigrun i jej zespół prowadzi nas krok po kroku przez proces tworzenia, testowania, ulepszania i wprowadzania naszych kursów do stałej – już wtedy płatnej – oferty.  Oczywiście największą zaletą tej „akcji” jest fakt, że ponad 200 osób w dokładnie tym samym czasie pracuje nad swoimi cyfrowymi produktami i energia grupy potrafi zmobilizować. Uwierzcie mi, nawet 30-stopniowe upały nie są tak gorące, jak zagorzałe dyskusje w naszej wewnętrznej grupie wsparcia. Nie ma pytań bez odpowiedzi, nie ma zadań za trudnych i pomysłów zbyt szalonych…jest za to ogrom merytorycznych rad, burze mózgów i porcja praktycznych narzędzi – wielka wymiana informacja- dzięki której każdy z nas tworzy EPICKIE kursy online.

Jak to wygląda dla uczestników naszych kursów?

Zasady są proste. Kurs, który tworzymy, niezależnie od tematyki, musi być 4-tygodniowy, bezpłatny dla uczestników, którzy chcą wziąć udział w jego testowaniu i kończyć się zebraniem wszystkich opinii na jego temat. To właśnie dzięki nim będziemy w stanie go ulepszyć, zanim trafi do regularnej sprzedaży. Klasyczne win-win – kursanci otrzymują wielką porcję naszej pracy bezpłatnie, a my otrzymujemy ich krytyczne uwagi na temat kursu.

Dumnie donoszę, że  – oczywiście- nie mogła bym ominąć takiej okazji i dzięki energii grupy zamierzam rozprawić się z najczęstszym wyzwaniem rękodzielników! Postanowiłam skonstruować program, który raz na zawsze pozwoli  uczestnikom odpowiedzieć sobie na pytanie „Czy to, co robię – HANDMADE – to kosztowneHOBBY, czy dochodowy BIZNES”. Celem programu jest przeprowadzenie uczestnika przez taki proces, po którego przejściu będzie wiedział, czy w swojej obecnej sytuacji, przy swoich obecnych możliwościach – jest w stanie zarobić „na chleb”  (albo, jak to zgrabnie jedna z uczestniczek kursu ujęła, „nie tylko na chleb, ale na masełko”) prowadząc działalność w oparciu o rękodzieło. Chodzi o to, żeby każdy z uczestników zderzył się ze swoją rzeczywistością i realnie ocenił swoje szanse na powodzenie.

Handmade – hobby, czy biznes

Oczywiście najłatwiej jest przeładować taki kurs wiedzą, zasypać toną informacji, narzędzi, wzorców i schematów…których potem nikt nie wdroży w życie, ale odłoży „na wieczne potem”…ale właśnie dokładnie NIE O TO chodzi w Somba Summer School. Celem programu jest nauczenie nas – twórców – jak zredukować kurs do absolutnego minimum wysiłku ze strony uczestników (mamy nawet limit na ilość video i pdf-ów, które możemy udostępniać w naszych kursach)  przy jednoczesnej maksymalizacji efektów. I tutaj  widzę największą wartość…ale też największą pracę. …no bo jak tego dokonać, żeby w kilku video zawrzeć taką wiedzę, zadania, wzorce, które pozwolą na uporanie się z tak fundamentalnym pytaniem uczestników kursu…”Czy  biznes rękodzielniczy jest dla mnie? Czy może lepiej, żeby to pozostało moje hobby?”…

 

Redukcja, Redukcja i jeszcze raz analiza…

Nie muszę Wam pewnie opowiadać, że z moją tendencją do tzw. „overdelivery” ( czyli przygniatania nadmiarem)  to jest dla mnie najtrudniejsza część zadania. Jak z tych godzin nagrań, ton mądrych książek, procesów, które sama przeszłam, programów, z których chciała bym wyłowić dla uczestników cenne „perełki” … jak mam z tego skompilować krótką całość, którą łatwo i przyjemnie będzie przyswoić  podczas 4-tygodni (no i nie zapominajmy, że to jednak środek wakacji…apetyt na „ciężkie rozkminy” raczej wtedy mocno spada). I za to uwielbiam Somba Summer School – wiem, że poprzeczka jest tak wysoko, że samodzielnie pewnie przeszła bym pod nią…i w którymś punkcie po prostu się poddała…ale nie tutaj…nie kiedy 200 innych osób „daje radę” ! Dzięki tej wspólnej mobilizacji pracuję jak szalona nad okrajaniem merytoryki programu do absolutnego minimum, potrzebnego do osiągnięcia przez uczestników zamierzonego efektu.

A czy mi się uda?

Głęboko w to wierzę!

Możesz samodzielnie się przekonać i skorzystać z programu. Wakacje 2019 to czas eksperymentu, zbierania cennych opinni uczestników o kursie i jego ulepszania.Później program trafi do stałej oferty OPLOTKI: https://oplotki.pl/handmade-hobby-czy-biznes/

Śmiało podziel się informacją z koleżanką.

Wierzę, że Ci za to podziękuje

Agnieszka@oplotki.pl

Ps.

Jeżeli chcesz, abym przesyłała Ci informacjena temat programu SOMBA ( Online MBA), gdzie uczę się, jak budować OPLOTKowy biznes online – zapisz się tutaj. Poinformuję Cię o najbliższym naborze do programu oraz będę wysyłać informacje o bezpłatnych, choć bardzo wartościowych materiałach mojej biznesowej mentorki i autorki SOMBA – Sigrun.

 

Mały up-date z 2021 🙂 

Kurs rzeczywiście okazał się Hitem! to właśnie dlatego odświeżam ten wpis! – Kurs Handmade Hobby Czy BIZNES rzeczywiście trafił do stałej oferty…a wakacyjny tryb pracy wszedł mi w krew…w tym szalonym 2021 roku nie lada projekt! KSIĄŻKA!!!!

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.

Jeśli zastanawiasz się, czy szydełkowanie online może być dla Ciebie, odpowiedź brzmi: tak — nawet jeśli nigdy wcześniej nie trzymałaś szydełka w ręku. Nie musisz być „cierpliwą duszą”, mieć wielkiego doświadczenia ani wpisywać się w żaden stereotyp, żeby zacząć. Wystarczy ciekawość, odrobina otwartości i gotowość, by spróbować czegoś nowego.

Szydełkowanie online może być dobrym sposobem na rozpoczęcie nowej pasji, złapanie oddechu i nauczenie się czegoś krok po kroku — bez presji, bez pośpiechu i we własnym rytmie.

Szybka odpowiedź: czy warto zacząć szydełkowanie online?

Tak, warto. Szydełkowanie online daje Ci możliwość nauki od podstaw, bez wychodzenia z domu i bez stresu, że nie nadążysz za grupą. To dobry start szczególnie wtedy, gdy chcesz sprawdzić, czy ta technika naprawdę jest dla Ciebie, ale potrzebujesz spokojnej, uporządkowanej ścieżki.

Dlaczego wiele osób odkłada szydełko, zanim w ogóle spróbuje?

Bardzo często problemem nie jest samo szydełko, tylko wszystko to, co sobie o nim wyobrażamy.

Odkładamy start, bo:

  • wydaje nam się, że to nie hobby dla nas,
  • myślimy, że trzeba mieć wyjątkową cierpliwość,
  • zakładamy, że i tak nam nie wyjdzie,
  • albo czekamy na idealny moment, który nigdy nie przychodzi.

Tymczasem wiele pasji zaczyna się właśnie od małego kroku. Nie od gotowości. Nie od perfekcji. Tylko od decyzji, żeby spróbować.

Najczęstsze mity o szydełkowaniu

Wokół szydełkowania nadal krąży sporo stereotypów. Niektóre są zabawne, inne skutecznie odbierają odwagę do startu. Warto je rozbroić, zanim pozwolisz im zadecydować za Ciebie.

Szydełkowanie jest tylko dla starszych kobiet

To jeden z najbardziej absurdalnych stereotypów. Szydełko nie ma przypisanej metryki. Nie trzeba mieć określonego wieku, żeby zacząć. Nie trzeba też czekać, aż „przyjdzie na to czas”.

Szydełkowanie może stać się częścią życia osoby młodej, zapracowanej, twórczej, dynamicznej — dokładnie tak samo jak każdej innej.

Szydełkowanie nie pasuje do nowoczesnego życia

Bardzo często słyszymy, że rękodzieło to coś „niemodnego”, „przeszłego” albo niepasującego do współczesnych wnętrz i współczesnego stylu życia.

A przecież wystarczy rozejrzeć się wokół, żeby zobaczyć, że szydełkowanie wraca w zupełnie nowej odsłonie:

  • w dodatkach do wnętrz,
  • w modzie,
  • w projektach użytkowych,
  • w świadomym wybieraniu rzeczy tworzonych wolniej i uważniej.

Żeby szydełkować, trzeba być bardzo cierpliwą

Nie trzeba mieć idealnego charakteru ani spokojnej natury. Szydełkowanie nie jest zarezerwowane tylko dla osób, które nigdy się nie denerwują i zawsze mają czas.

To nie cechy charakteru decydują o tym, czy możesz zacząć. O wiele ważniejsze jest to, czy chcesz spróbować i czy dasz sobie prawo do nauki bez presji.

Szydełkowane rzeczy wyszły z mody

To kolejny mit, który nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością.

Szydełkowane dodatki, kosze, dywany, torby, dekoracje i ubrania wracają w nowych formach i bardzo często wyglądają nowocześnie, świeżo i funkcjonalnie. Wszystko zależy od tego, co tworzysz, z jakiego materiału korzystasz i jak patrzysz na tę technikę.

Dlaczego mimo wszystko warto spróbować?

Bo szydełkowanie daje coś więcej niż gotowy przedmiot.

Szydełkowanie porządkuje głowę

Ruch rąk, powtarzalność i skupienie na kolejnych oczkach pomagają zatrzymać natłok myśli. To jedna z tych aktywności, które pozwalają wrócić do siebie i na chwilę odciąć się od codziennego chaosu.

Daje satysfakcję i poczucie sprawczości

Jest ogromna różnica między „oglądaniem inspiracji” a zrobieniem czegoś własnymi rękami. Nawet prosty projekt potrafi dać poczucie dumy, sprawczości i satysfakcji, której trudno szukać gdzie indziej.

Może stać się codziennym rytuałem

Szydełkowanie nie musi oznaczać wielkich projektów i wielkich planów. Czasem wystarczy kilkanaście minut dziennie, żeby ta czynność stała się czymś, co naprawdę Ci służy.

Czy da się nauczyć szydełkowania online?

Tak — i właśnie dlatego powstały kursy oraz materiały online, które prowadzą krok po kroku.

Tak, jeśli uczysz się krok po kroku

Największy problem na starcie zwykle nie polega na tym, że szydełko jest trudne. Problemem jest chaos:

  • za dużo przypadkowych tutoriali,
  • za mało ciągłości,
  • brak jasnej ścieżki od podstaw do pierwszych projektów.

Dlatego nauka online działa najlepiej wtedy, gdy masz uporządkowaną drogę i nie musisz zgadywać, co robić dalej.

Online działa lepiej, gdy masz uporządkowaną ścieżkę

Szydełkowanie online ma sens wtedy, gdy możesz:

  • wracać do materiałów,
  • uczyć się we własnym tempie,
  • zatrzymywać i powtarzać fragmenty,
  • rozwijać umiejętności krok po kroku.

To szczególnie ważne dla osób początkujących, które nie chcą zaczynać od frustracji.

Nie musisz zaczynać sama

Nauka online nie oznacza samotności. Dobrze przygotowany kurs czy społeczność wokół niego może dać Ci poczucie wsparcia, kierunku i motywacji do dalszego działania.

Dla kogo szydełkowanie online będzie dobrym startem?

Dla osób początkujących

Jeśli nigdy wcześniej nie szydełkowałaś, nauka online może być bardzo dobrym startem — pod warunkiem, że zaczynasz od podstaw i nie próbujesz od razu robić wszystkiego naraz.

Dla tych, które chcą uczyć się we własnym tempie

Nie każda osoba lubi naukę w grupie, na żywo, w określonych godzinach. Szydełkowanie online daje Ci swobodę: wracasz do materiałów wtedy, kiedy możesz i kiedy masz na to przestrzeń.

Dla tych, które nie chcą zaczynać od chaosu

Jeśli masz dość skakania między przypadkowymi inspiracjami, krótkimi filmami i niepewnością, co dalej — uporządkowana nauka online może oszczędzić Ci mnóstwo energii.

Najczęstszy błąd na starcie

Najczęstszym błędem na początku nie jest brak talentu.

Najczęściej blokuje nas coś innego:
przekonanie, że szydełkowanie jest dla kogoś innego, ale nie dla nas.

A przecież najlepszy sposób, żeby to sprawdzić, to po prostu dać sobie szansę.

Jeśli chcesz iść krok dalej…

Jeśli po przeczytaniu tego tekstu czujesz, że szydełkowanie naprawdę Cię woła, ale nadal chcesz zobaczyć, jak wygląda nauka krok po kroku, przeczytaj dalej tutajKurs szydełkowania online krok po kroku

Tam zobaczysz:

  • dla kogo jest kurs,
  • czego możesz się nauczyć,
  • jak wygląda nauka od podstaw,
  • i czy to dobry wybór dla Ciebie.

Chcesz zacząć szydełkować krok po kroku?

Jeśli chcesz nauczyć się szydełkować spokojnie, we własnym tempie i przejść od podstaw do własnych projektów, zobacz pełną ofertę tutaj:

Szydełko: roczny kurs online


FAQ

Czy szydełkowanie jest trudne?

Nie musi być trudne. Najwięcej trudności pojawia się wtedy, gdy zaczynasz bez planu i próbujesz uczyć się z wielu przypadkowych źródeł naraz. Gdy masz uporządkowaną ścieżkę, nauka staje się dużo prostsza.

Czy szydełkowanie jest tylko dla starszych osób?

Nie. To jeden z najczęściej powtarzanych stereotypów. Szydełkowanie może być dla każdego — niezależnie od wieku, stylu życia czy wcześniejszych doświadczeń.

Czy można nauczyć się szydełkować online?

Tak. Nauka online może być bardzo skuteczna, jeśli prowadzona jest krok po kroku i daje możliwość wracania do materiałów wtedy, kiedy tego potrzebujesz.

Czy trzeba być cierpliwą, żeby szydełkować?

Nie trzeba być idealnie spokojną ani „stworzoną do rękodzieła”. Dużo ważniejsze od cech charakteru jest to, czy chcesz spróbować i dajesz sobie prawo do nauki.

Od czego zacząć szydełkowanie?

Najlepiej od podstaw, prostych materiałów i uporządkowanej nauki. Dzięki temu szybciej zobaczysz postępy i nie zniechęcisz się na samym początku

Odkryłam, jak być w 2 miejscach w tym samym czasie!!!

Nie, nie – tekst nie będzie o przełomowym odkryciu zasługującym na NOBLA, ale jak najbardziej będzie mówił o tym, jak udało mi się zhakować czas wolny, żeby nie tylko był czystą przyjemnością, ale praktycznym narzędziem do rozwoju i satysfakcji z procesu nauki!

Niemożliwe?! Poczytaj dalej – ten „patent” jest banalnie prosty! (Że też wcześniej o tym nie pomyślałam!)

Rękodzieło jest ze mną odkąd pamiętam. W dzieciństwie jako zabawa, w dorosłym życiu jako sposób na odpoczynek… z czasem stało się też stałym motywem mojej pracy zawodowej.

Ciągle nie mogę pojąć, jak to się stało, że na takie „podwójne” wykorzystanie długich godzin czasu twórczego przyszło mi do głowy dopiero teraz!

Dzięki Kasi uświadomiłam sobie…

…że to świetny moment na naukę języków obcych lub odświeżanie tych bardziej przykurzonych. Niby „jakaś” znajomość języka w głowie jest…ale kiedy przychodzi czas na jego użycie… jakoś wiecznie posiłkuję się angielskim (lub nieproporcjonalną do przekazu gestykulacją )

Dopiero, kiedy zaczęłam otrzymywać Kasi mini-lekcje video ( jeżeli jeszcze ich nie znasz – koniecznie sprawdź tutaj) – OLŚNIŁO MNIE! I żeby nie było…władam angielskim, francuskim, hiszpańskim i  mocno łamanym niemieckim, ale nauki duńskiego jak żyję, nie planowałam. A jednak!…

Kasi lekcje są krótkie, treściwe, a przede wszystkim „lekkie” do przyswojenia…a jako, że wiecznie nie mam czasu, żeby odsłuchiwać je w pełnym skupieniu…to zaczęłam je odtwarzać podczas pracy szydełkowej ( tak…rękodzieło to u mnie i praca i rozrywka).

Zaczęło się niewinnie.

Kasi video są po prostu fajowe – bije z nich energia, motywujący do nauki zapał. Ogrom jej pracy włożonej w każdy materiał sprawia, że dla proces nauki dla odbiorcy to niczym osmoza… jakoś tak „samo wnika”.

Na początku po prostu oglądałam z ciekawości podczas pracy z nowymi szydełkowymi wzorami, albo testując nowe włóczki na kolejne projekty….aż w końcu mnie OLŚNIŁO!

Przecież to genialne!

Podczas pracy manualnej (i nie mam tu tylko na myśli „zawodowych” rękodzielników, ale wszystkich, którzy lubią „podłubać”) uaktywniają się obszary mózgu odpowiedzialne za tzw. motorykę małą. Czyli po ludzku – te miejsca, które są blisko związane z rozwojem mowy. (Jeżeli się zastanawiasz, dlaczego przedszkolaki tak dużo wycinają, wyklejają i malują w krytycznym momencie rozwijania umiejętności językowych…to TAK! właśnie dlatego! – one już to odkryły…intuicyjnie!….my tylko im troszkę pomagamy).

Co tu dużo pisać! Nie da się opisać!

Po prostu spróbuj!

Jeżeli  lubisz dziergać, rysować, pisać, TWORZYĆ rękami – spróbuj w trakcie tego procesu uczyć się języka. Nagrania, audycje, audiobooki… morze możliwości!

Dziękuję Kasiu  za to OLŚNIENIE! Pewnie nie wpadła bym na ten świetny sposób na uprzyjemnianie czasu „pracy” twórczej, gdyby nie praca Kasi (tutaj znajdziesz  Kasię)

I choć nie planowałam nauki Duńskiego…to ciągle z ciekawością wracam do nagrań…a od niedawna powolutku odświeżam języki, które odłożyłam na półkę (szczególnie ten nieszczęsny hiszpański, na który wiecznie mało czasu). Ze zdziwieniem odkrywam, że pochłanianie kolejnych lekcji, audiobooków w obcych językach przychodzi bez wysiłku, kiedy jest „tłem” pracy manualnej.

Jeżeli Ty też właśnie podejmujesz decyzję o rozpoczęciu nauki języka, lub planujesz uporządkować sobie wiedzę z takiego zakresu – z całego serca polecam Ci patent na łączenie przyjemnego z pożytecznym.  Jeżeli dodatkowo, jak ja, nie wyobrażasz sobie dnia bez szydełkowania, drutów, rysowania z dziećmi lub innej twórczej formy spędzania czasu – to polecam Ci patent na dodanie do tej czynności pożytecznych lekcji językowych. Nawet nie zauważysz, kiedy Twoje umiejętności wzrosną, a sama nauka będzie się kojarzyła z dużą zabawą, a nie obowiązkiem.

Ps. ostatni językowy audiobook wciągnął mnie na dobre…

dziergałam jak szalona…

i tak …

lekcja po lekcji… przesłuchałam… całą „książkę”…

a w tle powstało takie cudo…

(dzieci nie narzekają na nową słabość mamy = moja nauka języka kojarzy im się z nowymi rękodzielniczymi zabawkami, a od czasu językowego OLŚNIENIA…formy  nabierają coraz większych rozmiarów)

Agnieszka Gaczkowska

www.oplotki.pl

Ps. Była bym zapomniała!!!

Polecam Twojej uwadze wywiad z Kasią, który nagrałyśmy na potrzeby podcastu OPLOTKI.

Całe nagranie znajdziesz tutaj

Ps.2. Skąd znam Kasię?

Razem pracujemy w rocznym programie MBA – SOMBA – tutaj znajdziesz artykuł na ten temat..

 

 

Masz dosyć narzuconych definicji szczęścia?

POZNAJ SEKRET SUKCESU NA WŁASNYCH WARUNKACH

i bądź pierwszą osobą, która przeczyta książkę

 

OPLOTKI. SUKCES HANDMADE.

 

Książka, w której zawarłam lekcje i wskazówki, jak zbudować własną definicję sukcesu na bazie mojej wyboistej drogi.

Porcja skondensowanej wiedzy w cenie dostosowanej do każdego budżetu.

Treść, którą pochłoniesz przy parującym kubku w ulubionym fotelu, w dowolnym miejscu i czasie.